niedziela, 12 lutego 2017

Rozdział 1




Wieczorny wiatr potrząsał gałęziami ciasno stłoczonych sosen, sygnalizując swą obecność tym stojącym na baczność wiekowym żołnierzom, konkurującym ze sobą w niemej walce o najsłabszy promień słońca. Podniesione ku niebu igły sosen stykały się gdzieniegdzie z piłkowanymi liśćmi dębów, w cudownym
upiornym
planie natury.
Stojąc na sąsiednim szczycie, patrząc na kosmatą połać zieleni, ulegało się hipnozie. Im dalej na północ od murów starej świątyni, tym drzewa stawiały wiatru wyraźnie zacięty opór, protestując przeciw jego psotom. Spinały się gałęziami, niby jedno podtrzymywało drugie, wchodząc w skład pancerza ochraniającego
zniewalającego
istnienia poniżej kłującej kopuły.
A może to tylko niewinna fantasmagoria zmęczonego umysłu?
Różowy blask dogorywającego dnia pieścił na pożegnanie czubki drzew, ogrzewając ich korony, a one w zamian machały ociężałymi od igieł ramionami.
Czy las gotował się do snu?
Nie, las nigdy nie odpoczywał.
Las żył.
Zapuszczał korzenie w głąb ziemi, eksploatując ją. Miliony miesięcy księżycowych temu lat rozrastał się, w łagodnych rejonach przybierając formę chyboczącego się filuteryjnie bambusa, w surowszych manifestując swą obecność pod postacią skarłowaciałej, szczeciniastej kosodrzewiny. Sosny, dęby, modrzewie, klony, śliwy, bambusy, wu tong. Nieważna postać – las rósł zdrowo, przeciwstawiając się natarciom żywiołów, szukał nowych terytoriów, przeglądał się w stawach, barwił lustra jezior odcieniami zieleni, zasysał nadmiar wody, pożerał obumarłą materię.
Osamotnione krzewy, szczątki lasu – na pozór sieroty, w rzeczywistości zawiadowcy, wręcz pionierzy – parły do przodu, ośmielając braci. Skupywały się w zagajniki, łączyły, zawiązywały sojusze, dając początek kolejnemu skomplikowanemu organizmowi o unikatowym klimaksie. Kolonii oczekującej nadejścia matki, ostatecznego wchłonięcia, aby zasilić szereg olbrzymiej społeczności.
Od gór aż po płaskie, upstrzone bagnami wybrzeża. Ściana lasu taranowała wszystko. Las nawarstwiał się w basenach wielkich rzek, towarzyszył ich rozwidlającym się korytom, ogarniał zasięgiem wielkie równiny, ponieważ zawsze sobie radził, czy to na podłożach lessowych, czy na uboższej w minerały glebie. Cóż znaczą dla niego gorące, wilgotne klimaty albo chłodne, nieprzyjazne tereny?
O wiele ważniejsza była walka. Tak, w lesie toczyła się walka. Od świtu do nocy, od nocy do świtu. Istoty mniejsze niż ziarnko piasku rywalizowały z wielkimi jak skała. Las akceptował się w roli areny. Potyczki o słońce, wodę, pokarm, po prostu przeżycie rozgrywały się na jego oczach.
Las udzielał schronienia. Ciężko szukać lepszej kryjówki od jego najmroczniejszych, przepastnych zakamarków. Zapewniał wytchnienie od upałów. Wyposażał w możliwość zdobycia pożywienia. W jego zaciszu zaś panowała anarchia. Owszem, królestwo oferowało bezpieczeństwo przed zagrożeniami z zewnątrz, ale z chwilą przekroczenia granicy dwóch wymiarów podlegało się odmiennym prawom, niewidocznym na pierwszy rzut oka, choć szybko dającym się we znaki i okrutnym. Tu każdy mieszkaniec, poczynając od wątłej koniczyny czy żuka, kończąc na niedźwiedziu, musiał pozostać czujnym, wyrachowanym. Litość i ustępstwa spotykały się z ostracyzmem, a nawet śmiercią.
Zdawał się emanować pięknem, co było niewątpliwie prawdą. W rzeczywistości jednak, czy powinno się mu zaufać? W lesie objawiała się dzikość, folgowano instynktom. Właśnie tu dostrzegano destrukcyjną siłę natury, jej skłonności do faworyzowania mocniejszego gatunku względem słabszego. Owe pierwsze sojusze prędzej czy później rozpadały się, gdyż organizmy dążyły do maksymalnego wyzyskania szans dostarczanych przez las. Siedliska fluorescencyjnych grzybów wciśnięte w wybrzuszające się korzenie; porosty toczące próchniejące, wydrążone przez korniki kory; liany oplatające drzewa; kwiaty wabiące owady obietnicą uczty na krótko, nim zamkną je w naostrzonych blaszkach i rozpuszczą kwasem; samice zjadające nowonarodzone potomstwo; trujące żaby o przezroczystej skórce eksponującej ich wnętrzności; węże wbijające się w miękkie ciała ofiar; gęstniejąca sieć naczyń połączonych przyspieszająca rozkład martwych ciał.
Zawsze trzeba spodziewać się niebezpieczeństwa, szczególnie w lesie.
Tak, las wyposażał w możliwości, pozwalał działać na własną rękę, nie bacząc na konsekwencje. Siła lasu drzemała w bezwzględności i niezaspokojonym apetycie. Można zataić w nim zbrodnię, a natura zaaprobuje ją, uprzejmie zacierając najdrobniejszy ślad.
W lesie odradzało się zło, bo las wnosił olbrzymi wkład w ignorowaniu zła. Stwarzał warunki do niszczenia słabych, sprawiając tym samym, że źli stawali się gorsi, chciwsi, rozzuchwaleni. Oto prawdziwe oblicze lasu. Kiedy brał wdech, wraz z nim oddychali jego obywatele.
Kto powstrzyma las? Jego władza utwierdziła się od Himalajów, przez basen rzeki Jangcy, aż po mokradła dziurawiące wybrzeża. Pieśń zwycięstwa krążyła po lesie za pośrednictwem wiatru.
Z liścia na liść.
Z igły na igłę.
Słowa chwały urzeczywistniały się w szumie lasu.
Z łodygi na łodygę.
Z kolca na kolec.
Las pałał żądzą.
Obrał kolejny cel: krainy leżące za pasem gór północnych. Rosły na nich stepy, aż proszące się o wysłanie szpiegów…
A wtem obok lasu pojawiło się osobliwe zwierzę, konkretnie grupy zwierząt. Wzrostem przewyższające lisy, budową mizerniejsze od jeleni. Chordami nadciągały z zachodu. Pozbawione kłów i pazurów, poruszały się na dwóch tylnych kończynach, porozumiewały językiem obcym, nie do rozszyfrowania.
Od bambusa do sosny, od dolin po torfowiska, las zastanawiał się, cóż to za dziwo?
Z ciekawością śledził stworzenia, towarzysząc im przy polowaniach, zbieraniu owoców i łowieniu ryb. Na noc niczym mrówki wykopywały pieczary, szybko ucząc się stawiania lepianek. Musiały wyprawiać skóry martwych zwierząt, żeby się okryć. Nie pożerały własnych dzieci. Zmarłych grzebały, zawodząc głośno.
Pomimo znaczących różnic od wszystkiego, co las widział, przyjął on nowe stworzenia. Czyż nie są częścią pradawnego kręgu? Ludzie – nazwani tak później przez las – nie odstawali specjalnie od pozostałych gatunków. Również kierowali się zmysłami. Las wystawiał ku nim sękate ramiona.
„Chodzicie, dzieci, zaopiekuję się wami”.
Serca dwunogów łatwo zniewolić; ich instynkty wydają się uśpione, jednakże wystarczy stworzyć odpowiednie warunki, aby zmusić do określonego działania. Podsunięte okazje, wyjątkowa atmosfera, odseparowanie od stada – tak manipuluje się ludźmi. Las świadkował morderstwom, kradzieżom, gwałtom skrytym w jego podszyciu. Napawał się zbrodniami, śmiał z nich, pomagając zaistnieć. Rozrywał on więzi, prowadził do szaleństwa, zawijał kłączami i pożerał.
Nic nie pokona wpływu lasu.
„Korzystajcie, dzieci, z dobrodziejstw! Nasyćcie się nimi, a w zamian wpompujcie we mnie życie!”
Ale szybko stało się coś, czego las w zgubnej pysze nie przewidział. Ludzie zbratali się z wrogiem lasu, podnosząc rękę na swego żywiciela.
Ujarzmili ogień.
Płomienie paliły, sczerniały glebę, zadawały ból. Ilekroć niebo rozrywała zygzakiem oślepiająca jasność, tylekroć las dygotał gałęziami w geście udobruchania burzy. Pioruny powalały zielonych żołnierzy, wzniecały iskry, przeradzały się w trawiący pożar ogarniający sobą ogromne nieraz tereny, zadawały straty leśnemu imperium. Dopiero deszcze siąpiące z napęczniałych chmur – przyjaciół lasu – niosły wybawienie. Zniszczone połacie należało bez zwłoki zasiedlić, rozsypać nasiona, czekać na kiełkujące ku życiu młodziutkie trawy, krzewy, drzewa, wyścielić je śliską ściółką. Las zawsze się odradzał, dlatego na widok zmierzających ku niemu pochodni próbował się uspokoić:
„Podpalą cię, wyrośniesz zdrowszy. Wypuścisz nasiona na osmoloną ziemię. Przecież dzieci radują twoje serce!”
Lecz tym razem stało się inaczej. Człowiek wypalał drzewa metodycznie, skrawek po skrawku, zadając więcej cierpień tą powolną torturą. Nad czubkami roślin unosił się złowrogi, duszący dym, iskry wzlatywały snopami, siejąc śmiertelne przerażenie wśród zastygłych z niemocy obywateli. Stada ludzi powiększały się, w miarę jak kurczył się las. Kosztem lasu i zwierząt dwunożne potwory zmieniały porządek rzeczy. Bezbronny, sparaliżowany las płakał nad wyschniętymi jeziorkami, suchymi korytami rzek, wykarczowanymi pieńkami.
„Czy to z moje winy… czy ja uczyniłem ich takimi?’, pytał się, licząc, że to, co ludzie zdobyli, zadowoli ich dostatecznie.
Ale ludzie są nienasyceni, podobnie jak niegdyś las.
Przychodzili nie tylko z ogniem, brali naostrzone kamienne narzędzia i rąbali las na kawałki.
Cięli.
Piłowali.
Zabijali.
Wdzierali się weń, odbierając należne terytoria, rujnowali królestwo. Las trwożnie szeptał: „są tu, w dolinie rzeki Huai, w Honau i Hopei! Plądrują, gwałcą, mordują! Nie popuszczą żadnej sadzące!” Potem te okrwawione żywicą członki lasu służyły barbarzyńcom jako budulec zagród i domów, urzędów, pałaców i świątyń, gdzie otaczali czcią tych swoich przebrzydłych bogów.
„Czemu mi to robicie?!”, skarżył się coraz słabszym szeptem, zagłuszanym przez hałaśliwe narzędzia z brązu, później żelaza.
Najeźdźca eliminował rozpaczliwe próby oporu – gdy tylko zauważył, że na wydartych bezprawnie osiedlach zdołała zapuścić korzenie choć jedna sadzonka, natychmiast ją niszczył. Łamał, wyrywał, dusił leśne dziecko, co pogłębiało postrach. Nie okazywano litości także im, dzieciom.
Słońce mocniej prażyło, wiatr dął od suchego środka lądu, rośliny więdły, gatunki wymierały. To klimat się zmieniał. Kaprysy przyrody szły w parze z apetytem ludzi. Kosmata szata, widziana z lotu ptaka, malała, spychana coraz bardziej na północny wschód, ustępując miejsca domom o kamiennych fundamentach i ścianach złożonych z trupów zielonych żołnierzy, pokrytych glazurowanymi, zakrzywionymi gzymsami lub złotymi pagodami. Ludziom się powodziło, ich materialne bogactwo procentowało. Formowali z porcelany naczynia upodabniane do zwierząt; hodowali w morwowych sadach jedwabniki, wykorzystując ich rozwinięte kokony jako materiał na ubrania; na rozpięte białe płachty pozyskiwane z włókien bambusów przenosili wizerunki krajobrazów; odpalali race wybuchające na nocnym niebie kolorowymi kwiatami; wytworzyli między sobą strukturę rolników i arystokratów; rodzili mędrców tłumaczących mechanizmy rządzące ich światem. Las nauczył się rozumieć mowę ludzi – wierzyli oni, że po prostych liniach wędrowały demony, dlatego opanowali do mistrzostwa sztukę wtapiania wiosek i miast w naturalną rzeźbę terenu, bez konieczności stawiania równo wytyczonych ulic czy budowania ostrokątnych balkonów, drzwi lub okien. Posługiwali się zawiłymi systemami płacenia podatków, wznoszenia nowych budowli, uczenia się, rozliczania drogą sądową. Ich gesty, słowa, pokłony, wzajemnie okazywany szacunek ustalała etykieta. Ludzie uczestniczyli w rozmaitych ceremoniach związanych z kręgiem narodzin i śmierci. Przed ołtarze z tabliczkami, które zamieszkiwały strzępki dusz przodków, zanosili ofiary, uiszczając tym zapłatę za rzekomą pomyślność zsyłaną na potomków. Płci żeńskiej narzucili krępowanie bandażami stóp. Prowadzili między sobą wojny o zagarnięte terytoria. Rok w rok las słuchał łoskotu kół wozów bojowych żłobiących w ziemi koleiny, zaś szczęk oręża i tupot koni doprowadzały go do obłędu. Sznury wałów i fortyfikacji, ostatecznie ogromny mur będący szramą widzianą z niebios, przetykały się z sztucznie osuszanymi albo nawadnianymi polami. Człowiek kształtował przyrodę, jak tylko sobie zażyczył
Świat istot ludzkich jawił się zatem jako obcy, niepojęty i sztuczny. Ten wypracowany przez nich klimaks wyrósł na leśnym cmentarzysku. W miejscach, gdzie niegdyś las szczycił się zbrodniczym panowaniem, wkradły się wielkie miasta, budynki zbite ciasno na wzór bambusów. Żwirowe drogi, wydeptane aleje, wijące się szosy – a wreszcie, nie do wiary! – samodzielnie poruszająca się machina, bestia z żelaza.
Ogień, kamień, stal i beton – oto, co tworzyło biocenozę Państwa Środka. Zawodzeniem lasu nikt się nie przejmował, głowy mieszkańców zajmowały jak zawsze ważniejsze problemy. Na przykład przegrane bitwy z wojskami białych diabłów zza morza, susze dewastujące zboża, epidemie dziesiątkujące ludność, bunty wprowadzające chaos. Co najstraszniejsze: cesarz dynastii mandżurskiej – Syn Niebios – abdykował, ziemię zaś spowił opar wieku zdominowanego wojnami światowymi.
Najstarsze na ziemi cesarstwo upadło, dokładnie tak jak niegdyś las.
Upokorzony radził więc sobie na północnym wschodzie, zakleszczony z jednej strony skażonymi ręką ludzką gniazdami, a z drugiej stepami mongolskimi; tymi samymi, które niegdyś planował zająć.
„O ironio, stepy zachowały niemal taką samą formę jak sprzed tysięcy lat, a ja? Czy stepy są lepsze ode mnie?”
Las zmarkotniał, nie roszcząc już sobie praw do niepodzielnej władzy. Wraz z wydarciem mu pierwotnych sił spadła jego wola, chęć walki. Pogodzony z klęską, postanowił dobrze sprawować się na ostatnich podlegających mu połaciach, które nowi panowie pozwolili mu zatrzymać.
Leśni ludzie – rolnicy – opiekowali się nim; mimo iż dysponowali ogniem i piłami, nie używali ich przeciw lasowi. Zapuszczali się w puszcze, zbierając opadłe stare gałęzie, gasili pożary wywoływane przez burze, tępili plagi owadów żerujące na drzewach, stawiali osady blisko lasu, uprawiając ziemię i hodując kozy. Żyli we względnej zgodzie z otaczającą przyrodą, a od czasu do czasu popełniali zbrodnie, chowając dowody w wygłodniałym gąszczu.
Zagwarantowana równowaga uśmierzała ból ducha lasu.
Drugą grupę ludzi jemu przyjaznych stanowili mnisi. Chronili się przed głodem i smrodem pustynnego zachodu oraz niezdrowego południa. Modlili się i ćwiczyli osobliwe tańce, określane mianem sztuk walki. Las tolerował łagodnych mnichów od ponad tysiąca pięciuset lat, ponieważ odkąd zawitali w jego strony, nie niszczyli swoich braci-zwierząt i ich siedlisk. Codziennie znajdowali w lesie coś, co czcili jako święte: strumyk, grotę, drzewo – łechtając tym ego lasu. Kosmate połacie otaczały więc świątynie buddyjskie, co nadawało im wyglądu kanciastych wysepek zalanych morzem szmaragdów. Pnącza lasu wspinały się po starych murach, w postaci mchu wżynały się w pęknięcia w kamiennych konstrukcjach, przesyłając dalej informacje sosnom i dębom. Las lubił się przyglądać oraz słuchać, nie bez dozy ostrożności. Już raz ich gatunek go skrzywdził.
Dziwne opowieści obfitujące w mitologiczne stworzenia mieszały się z zawodzeniem czytanym z sutr, a także odgłosem ciosów wydawanych przez skaczące, wirujące w powietrzu, wykonujące niesamowite akrobacje oraz wijące się niczym kłącza ciała. Historie o duchach gwiezdnych konstelacji, słońca i księżyca, mórz i skał, miłosierdzia i bogactwa, chorób i wojen pieściły uszy lasu słodkimi zapewnieniami. Czyżby był on duchem lasu i nic o tym nie wiedział? Z pewnością. A zatem należy mu się godne miejsce w panteonie chińskich bóstw, tuż obok smoków.
Las rozmiłował się w podaniach o istotach, jakich ciała falowały niczym poskręcane serpentyny, z długimi wąsami wyrastającymi z uzbrojonych paszcz, łapami tygrysa zwieńczonymi pazurami orła, brzuchami jaszczurek osłoniętymi łuskami karpia odbijającymi promienie słońca tęczowymi refleksami. Stały na straży indyjskich nauk, dawnych skarbów, boskich przybytków. Utożsamiały się z energią obiegu wody, dlatego przybywały na ziemię wraz z przyjaciółmi lasu – mgłami, chmurami i monsunami, bawiły się w spienionych falach, wznosiły ponad szczytami gór oblepionymi wiecznym śniegiem. Machnięciem ogona przeganiały susze, tchnięciem z nozdrzy szafowały szczęściem. Nie bez przyczyny samego cesarza chińskiego nazywano smokiem, bo rządził niczym to mądre stworzenie z piedestału wyznaczonego mu przez niebiosa. Smok malował się w wyobraźni lasu jako istota doskonała.
Las chłonął wiedzę, z największą przyjemnością koncentrował wobec czego uwagę na jednym z najstarszych klasztorów przypisującym smokom szczególne znaczenie. Z owej świątyni – kolebki sztuk walki – rozprzestrzeniała się wieść o mnichach-wojownikach szkolących się w tajemnych tańcach inspirowanych siłami natury. Klasztor rozpoznawano jako Xiaolin, co przyjęto od jego lokalizacji.
Świątynia w lasach.
Las szeleścił z dumy na taki pomysł uhonorowania go, i mimo że była to zaledwie namiastka władzy, jaką niegdyś dzierżył, potrafił ją docenić, gdyż znaczyła dla niego wiele – wciąż się liczył, istniał w świadomości ludzi, więc żył.
Klasztor Xiaolin, owa wyjątkowo lubiana przez las świątynia, szkoliła w swych murach wojowników żywiołów. Nadawała im tytuły smoków, na cześć potomstwa Króla Smoków. Te dzieci, co wprawiało las w zdumienie, uczono kontrolować moc czterech siły natury, jakby natura mogła dać się zdominować! Ale lasowi trudno było zaprzeczać w bodźce odbierane przez liście i kolce wetknięte w ściany sekretnej budowli. Faktycznie, dostrzegał spirale wiatru mącące powietrze nad spadzistymi dachami; od rana do wieczora nienaturalnie zawieszoną parę; przysłuchiwał się głuchemu bębnieniu, charakterystycznemu łoskotu akompaniującego głazom osuwających się lawinowo; wreszcie czuł ogień, jego swąd zatykający aparaty szparkowe, iskry zapalające liście zawijały się ze strachu! Te zjawiska nie brały się z przyczyn naturalnych. Człowiek podporządkował sobie przyrodę, nie ulegało wątpliwości. Magia tryskała z Xiaolin, las obawiał się jej. Zwłaszcza ognia, przyczyny jego nieszczęść. Człowiek wykorzystał destrukcyjną siłę ognia, ale ogień istniał przed człowiekiem. Las poprzysiągł płomieniom zemstę, nie wiedział jednak, przy jakiej okazji ją spełni.
Zadawał też sobie pytanie: kto powstrzyma człowieka?
Las jednak nie chciał wnikać w sprawy go nie dotyczące ani w nie ingerować. Poświęcił się nauce, a oto, czego las się dowiedział podczas tysiąca odbytych lekcji: wedle klasztornych legend smoki i las łączyły nicie porozumienia. Ponoć sam Król Smoków zamieszkiwał lasy, a konkretnie wszystkie zbiorniki wodne ukryte wśród drzew. Pod jeziorami i nad nimi, w pieczarach, budował obfitujące w przepych pałace, kryjąc się przed wścibskimi oczami dwunogów, oddawał się pięknu i dobru. Wiele wieków temu mnisi postanowili nadać imiona dla poszczególnych partii lasu. Słusznie zauważono, że u podnóża klasztornych murów rozrastały się najgęstsze lasy w prowincji Henan, a może i w całych Chinach. Przypisywano puszczy wyjątkowe wytłumaczenie tego fenomenu, a mianowicie: sam Król Smoków żył w t y c h puszczach.
Miło wiedzieć, że tak wspaniały władca uznał zielone poszycie lasu za godną siebie kryjówkę. Niestety las kontrolował wszystko w swoim obrębie, wiedział, co się w nim działo, dlatego też zdawał sobie sprawę lepiej od mnichów Xiaolin, że karmią się fantazjami, poprzedzającymi gorzkie rozczarowanie. Tu nie mieszkał żaden Smoczy Król, jedynie las szepczący do serc tych, których wrażliwość pomagała usłyszeć jego głos. A o czym szeptał? O opowiadaniach, które wtłaczali w niego mnisi, naładowanych czarami, pięknem, smokami. Od czasu do czasu namawiał do zbrodni.
Jednak mnisi nigdy nie poznają prawdziwej przyczyny, czemu las lubi mieszkać przy nich – tak obiecywał sobie las. Uważał, że gdy dowiedzą się, iż kocha on słuchać opowiadań o smokach, miłujący dotychczas pokój mnisi wyśmieją go i podpalą. A przecież ognia bał się najbardziej, a w kontekście nie tak dawnych wydarzeń echa absurdalnych myśli szumiały w jego koronach.
Sekret gęstości lasu polegał tak naprawdę na tym, że zebrał resztę swych rozproszonych sił, nienawiść i zgryzotę, pamięć o dobrych czasach, wijącą się podświadomość i scementował je po północnej stronie klasztoru. Napęczniał zieloną tkanką, w wielu miejscach trudną do przeniknięcia i nigdy nieskażoną ludzką nogą. Nawet wiatru ciężko było prześlizgiwać się między ciasno zbitymi szpalerami drzew, stąd zapanowało przekonanie, że ta część lasu jest tajemnym sanktuarium, kryjówką dla smoków. Las chciał wyjść oczekiwaniom mnichów naprzeciw; rozrastał się dziko na północy, emanując pierwotną mocą sprzed setek tysięcy lat, siejąc w sercach smoczych wojowników pobożny popłoch. W efekcie las na wschodzie klasztoru nazwano Lasem Zielonych Dzwonków, na południu Lasem Tańczącego Feniksa, na zachodzie Lasem Odlatujących Żurawi.
Las na północy Lasem Smoka.
Las Smoka prowadził politykę przeciw wiatrowi, pląsał w deszczu, trzymał się ziemi, nienawidził ognia.
I tak od wieków, na wieki.

***

Nie przypuszczający obecności leśnego intruza pukającego w okno gabinetu – roznamiętnionego w odwiecznej rozrywce podglądania – opat klasztoru, Fung, kreślił ostatni ideogram. Ryżowy papier wchłonął myśli, które staruszek rozważał od dawna, a właściwie zanim jeszcze ogłoszono skład nowej drużyny smoczych wybrańców. Od osiemdziesięciu dziewięciu lat nic nie poruszyło sercem mnicha na tyle mocno, żeby ośmielił się spisać spostrzeżenia na starożytnym zwoju. Po raz pierwszy złożyło się, iż trójka kontynuatorów dzieła pokoleń mnichów przybyła zza morza, a tylko czwarty wywodził się z Państwa Środka.
Dzieci najeźdźców – parę lat temu szatkujących wielkie Cesarstwo pod płaszczem misji niesienia pokoju i miłości – efektem zawirowań dziejowych zasiliły szeregi mnichów, niespodziewanie odkrywając w sobie moce żywiołów.
Dwóch chłopców z wszechpotężnej Ameryki, tak różnych jak różni się swawolny, lekki wiatr od stabilnej, łagodnej ziemi. Dziewięcioletniego wówczas Raimunda, nieślubne dziecko brazylijskich cyrkowców, rodzice podrzucili wieśniakom u skraju lasu, zanim wyruszyli z grupą sobie podobnych na polowanie na pandy i tygrysy. Nie powrócili z niej, ponieważ zignorowali ostrzeżenia; las nienawidził obcych. Mieszkańcy nie chcieli podjąć się opieki nad ciemnoskórym dziwadłem o zielonych oczach, toteż oddali go na wychowanie mnichom z klasztoru górującego na szczycie. Świeżo powstałe państwo nigdy nie upomniało się o potomka swych obywateli.
Wkrótce z podobnej przyczyny pojawił się u mnichów jasnowłosy syn kupca ze Stanów. Przedsiębiorczy ojciec Claya sprzedał ranczo na ziemi ojczystej, a zyski przeznaczył na szukanie szczęścia w Chinach. Wojny i poddańcze traktaty umożliwiły mu założenie tartaku na skraju lasu, niestety nie minął miesiąc, a Baileyowie pożegnali się z życiem. Zignorowali niszczącą siłę leśnych ludzi, oburzonych na wizję białych potworów wprowadzających w ich górską egzystencję ryczące, żelazne maszyny tnące. Wierzyli, że złoszczą pradawne duchy przyrody. Podpalili tartak i dom przedsiębiorcy. Cudem ocalałego z pożogi chłopca znaleziono błąkającego się po wiosce i oddano pod opiekę mnichów, ufając, że poskromią oni jarzmo zła przesiąkającego białą istotę.
Trzeciego członka drużyny, córkę japońskiego arystokraty, żarliwego buddysty, wysłano do wielkich Chin, aby zdobyła jak najlepsze wykształcenie i przeżyła w bogobojnej czystości kłopotliwy wiek, nim stanie przed przeznaczonym jej od kołyski narzeczonym, powiększając tym samym wpływy rodu Tohomiko. Stwarzało to naturalny problem, bowiem wraz z ukończeniem dwudziestego roku życia nowicjuszom golono włosy, owym aktem na zawsze wcielając ich do zakonu. Kimiko zaś miała tu tylko studiować i opuścić mury świątyni przed dwudziestymi urodzinami, a nieoczekiwanie okazało się, iż smok obudził się w niej, na wzór pozostałych cudzoziemców. W jedynej dziewczynie w Xiaolin.
Zapowiadało się zatem wyjątkowe pokolenie. Co pięćdziesiąt lat smoczy dar, nazywanych przez wielu też przekleństwem, ujawniał się tylko w czwórce mnichów. Stali oni na straży pokoju i dobra. Jeśli zabraknie jednego elementu układanki, skutki odczuje cała drużyna. Nie powinno się dopuścić, aby Kimiko kiedykolwiek opuściła świątynię. Wraz z nadejściem odpowiedniej chwili należy wynegocjować rozwiązanie z rodziną Tohomiko.
I wreszcie czwarty wybraniec. Sierota od wczesnego dzieciństwa, podłożony pod bramy klasztoru przed dziesięcioma laty. To w nim Fung pokładał największe nadzieje. Dostrzegł w chłopcu potencjał, na długo zanim uaktywniła się w Omim smocza moc. Opanowanie, wola walki i cierpliwość pomagały mu w szybkiej wspinaczce na następne etapy szkolenia. Stary mistrz widział go również w roli przywódcy.
Odłożył pędzelek z wilczego włosia, to zginając, to rozprostowując zramolałe palce. Świeca, przy której pracował, wypalała się, nikłym światełkiem wydobywając kontury skromnego pokoju. Naga czaszka Funga błyszczała od tłustego potu spływającego mu strużkami na kark i plecy. Tegoroczne upały dokuczały niemiłosiernie i nawet oczekiwany z najwyższą niecierpliwością moment rozwinięcia czarnych skrzydeł nocy nie ukoił ziemi osmalonej sierpniowym żarem. Srebrna poświata księżyca oświetlała miękko postrzępione obłoki. Przez uchylone na oścież papierowe okna opat widział, jak czubki drzew Lasu Zielonych Dzwonków kaleczą wolno płynące chmury, nawijając na gałęzie ich jedwabne nitki. Nad horyzontem tworzyła się mgła. Pierwszy, silniejszy podmuch wiatru tchnął w kierunku świątyni upragnioną świeżość. Stary mnich zaciągnął się głęboko powietrzem przesyconym kwaśnym odorem potu, mdłych kadzideł, napawając się lekkim aromatem ciągnącym od leśnych przyjaciół. W noce takie jak ta, kiedy księżyc wisiał wysoko na granatowym firmamencie, należało czuwać. Fung spojrzał ponownie na gąszcz ideogramów. Jakiś impuls kazał mu przypomnieć sobie ostatnie zaginięcia mnichów: dzieci i młodzieńców. Wbrew pozorom ucieczki z klasztoru nie zdarzały się rzadko, zwłaszcza wśród osób tęskniących do życia za murami albo karmionych opowieściami od mieszkańców pobliskich wiosek czy też podróżników z innych krajów. Młode umysły nasiąkały bzdurami oferowanymi złudnym czarem współczesnego świata. Mówiło się też o likwidacji klasztorów, gdyż nowa władza sprzeciwiała się im. Czy zaginieni naprawdę zeszli ze ścieżek oświecenia, pragnąc podjęcia się życia świeckiego, zanim będzie za późno? Mnisi nie posiadali rzeczy osobistych, jeśli nie wysyłała im ich rodzina. Porzucali swoje cele i odchodzili, nie powiedziawszy ani słowa. Zawsze pod osłoną nocy.
Wtem bezwiednie otworzył szeroko oczy, podnosząc się z obolałych kolan. Ubódł go instynkt wojownika.
Cynobrowe drzwi otwarły się, kładąc bursztynowy snop światła na plecy starca stojącego nad stołem z rozwiniętym zwojem. Pokiwał spokojnie głową, wiedział wszak, co się zdarzyło w noc taką jak ta.
– Mistrzu – zaczął młodszy mnich, oddając głęboki pokłon. – Liu Bai...
– Zniknął? – podchwycił Fung, odwracając się. – Jak tamci?
Wyblakłe oczy opata lśniły zimnym błękitem.
– Nie, mistrzu. Tym razem uczeń nie zaginął. Smoczy wybraniec Omi przed dwudziestoma minutami znalazł chłopca na skraju lasu. Miał zdarte pół twarzy i okaleczone ciało. Ślady wskazują na atak tygrysa albo dużego kota.
Następna fala potu zmoczyła szatę na plecach starego. Oblizał spierzchnięte wargi, zaciskając obie dłonie na ramionach mnicha.
– Gdzie dokładnie Omi znalazł Liu Baia? – wyszeptał, czując, że drętwieją mu nogi.
Oczywiście, śmierć mnicha nie musiała się łączyć z pozostałymi przypadkami zniknięcia, to nazbyt proste i naiwne rozwiązanie zagadki, na którą akurat teraz przeznaczył czas na analizowanie.
Stary głupcze, zaprzeczasz Instynktowi?
– Na skraju lasu… – odparł tamten bladymi wargami.
– Którego lasu? – naciskał Fung.
– Lasu Smoka.

Poznajcie Las!
Myślałam, żeby tę opowieść przeznaczyć na książkę, aleee… lepiej będzie, jak jeszcze się podszkolę w pisaniu! Nie wypada niszczyć drzew na coś, na czym wciąż ćwiczy się warsztat. To by tylko bardziej wkurfiło Las Smoka. xD Liczę na szczerość, więc piszcie, co sądzicie! Nie chcę uprawiać tu grafomanii! ;-;

20 komentarzy:

  1. Hmm... Teraz utwierdziłaś mnie w tym, że to będzie cholerne rozbudowane opko, bo owszem jest pisane jak ksiązka, posida fajne zabiegi, a ja już Cie znam i wiem, że choćbyś miała sobie wypruć wszystkie żyły, nie pozwolisz, żeby nastepne rozdziały odstawały od tego. Co za tym idzie? Dopiero w jakimś rozdziale 40 dojdzie do jakiś chamiko pocałunków. Tak obstawiam.
    No niby nie ma nic złego w tym, że tak opisujesz bohatera, jakim jest las i w sumie musiałaś jakieś wprowadzenie zrobić, i wszystko to jest super, czytało się z podziwiem i uznaniem każdy fragment (za wyjatkiem zdani o Kimi, która ma narzeczonego od dnia urodzin), noale jak tak ma dalej iść, to już widze, że powstanie drugie iw, w dodatku takie iw dwa razy mocniej dopieszczane. xdd Przewiduę, że skończysz tego bloga po... 5 latach? xd Ale dobra, przynajmniej będę miała fajną, zdrowo napisaną lekturę, która podniesie mi samej poziom, bo w końcu najlepiej jest się uczyć od najlepszych. A nie znalazłam jak na razie bloggera, który by pisał lepiej od Ciebie. :x
    Także ten, nie mogę się doczekać samego Chase'a. Las Smoka zaciekawił, tak samo jak jeszcze ten od Feniksa i Odlatujących Żurawi. xd
    Poziom notki: 10000000000.
    Weny :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego musisz mnie pilnować i mobilizować, abym wyrobiła się w 12 miesięcy!
      Oj, sis, rozejrzyj się, jest tylu lepszych blogerów. Choćby Ty, Ty i... Ty. Przeceniasz mnie jak zwykle. xd
      A zauważ, że Las Feniksa jest naprzeciw Lasu Smoka. Przypadeg? xd

      Usuń
  2. Witam :)
    Widziałam reklamę. Zajęta byłam mordenizacją szaty graficznej mojego drugiego bloga i teraz znalazłam czas, aby wejść. I od razu mówię, że skomentuję dopiero jutro, ponieważ jestem padnięta, a o 8:30 muszę wstać :v
    Przeczytałam jednak kawałek początku (do zdania "czy las gotował się do snu), bo normalnie nie mogłam się powstrzymać i bardzo mi się spodobało :D
    Opis był obrazowy, subtelny i taki klimatyczny. Można nawet nazwać go symbolicznym ze względu na piękne porównanie do żołnierzy i walki o każdy promień słońca. Urzekło mnie to :)
    Ogólnie po tym krótkim początku widzę, że masz całkiem przyjemny i delikatny styl pisania (a delikatność stylu wcale nie oznacza nie opisywania krwawych scen i rzezi ;) ).
    Nie mogę się doczekać żeby wstać, pójść do przyjaciółki - przez którą nawiasem mówiąc muszę wstać o 8:30! - przyjechać, ii przeczytać Twoje opo :)
    Szata graficzna również bardzo mnie urzeka :3 uwielbiam takie kolory, krajobrazy...
    Pozdrawiam, weny i inspiracji i do jutra, wieczora ;3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. PS: Masz chyba przesuniętą strefę czasową publikowania postów, bo mój komentarz pisałam o 4:30 w nocy, a pisze, że został opublikowany o 19:37 XD
      Sorki za SPAM!

      Usuń
    2. Cześć, cieszę się, że Ci się tu spodobało! :D I miło znaleźć kogoś, kto wiec, co to Xiaolin i jeszcze... lubi paring Chase x Kimi! To daje okruch nadziei, że jednak reklamowanie się u autorów może ma jakiś sens. xd
      Już naprawiam usterkę. Dziękuję, również życzę weny i pozdrawiam. :D

      Usuń
  3. Jeśli mam być szczery, to moim zdaniem jest nieco przerostu formy nad treść. Wiele raz piszesz to samo, ale ubierasz w inne słowa, przez co mam wrażenie, że początek to jedna wielka powtórka. Rozumiem obrazowość, rozumiem opisy, ale nie ma co przesadzać. Czytelnik zapamięta, jak powiesz mu dwa razy, że las boi się ognia, a ludzie ogniem palili las. Ty to powtarzasz chyba z dziesięć razy w tym rozdziale.
    Uwielbiam czasy początku XX wieku, a jak rozumiem to właśnie w nich toczy się twoja opowieść (na to wskazuje mi pojazd blaszany). Jeśli już przy tym jestem, to opis tworzenia miasta bardzo przypadł mi do gustu.
    Rozumiem, że wybrańcami stali się sami podrzutkowie. Nie powiem, ciekawe rozwiązanie. Do mnichów nie mam nic, choć nie zawsze ich rozumiem. Sztuki walki nie są mi obce, aczkolwiek te, które sam uprawiam wywodzą się z innej kultury, ale mimo wszystko walka to walka. Tak więc nie pozostaje mi nic innego, jak tylko czekać na kolejny rozdział.
    Pozdrawiam ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, dzięki za konstruktywny komentarz. Fakt, muszę pracować nad tym, aby nie topić sensu słów w gąszczu słów. :D Jeśli chodzi o powtórki, były one celowe, tak jak natarczywe słowo "las". Ten lęk lasu przed ogniem jeszcze mi się przyda, więc w pierwszym wolałam to mocno podkreślić. :D
      Tak, są to początki XX, ale szerokość geograficzna bardzo inna i chyba temat opka też może... może wyjdzie oryginalny (w końcu chyba mało osób interesuje się Chinami z ubiegłego stulecia xd).
      Postaram się, aby nic tu nie było obce i niezrozumiałe, w gruncie rzeczy między europejską kulturą a tamtą jest trochę podobieństw.
      Dziękuję, również pozdrawiam. C:

      Usuń
  4. Dostałam reklamę, więc przyszłam i nie postanowiłam nie pisać komentarza, choć błagam, nie obraź się, ale jak na razie nie trafiło to w mój gust. Owszem - piszesz pięknie. Naprawdę, mogę nawet powiedzieć więcej, że po prostu jest niesamowite. Masz bardzo duży zasób słownictwa i nie wahasz się z niego korzystać i to jest piękne, ale odepchnęło mnie niestety bardzo to, co opisał Dariusz.
    Czułam się przytłoczona naciskiem na wiele rzeczy i moim zdaniem rozwodziłaś się za długo aż do końca, choć nie skreślam tego opowiadania i zapiszę je sobie i zaczekam na drugi rozdział, bo zawsze warto :)
    Pozdrawiam serdecznie ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Absolutnie się nie obrażam, wręcz pożądam konstruktywnej krytyki. Dziękuję za miłe słowa oraz postaram się nie przytłaczać tak czytelników. :D
      Również pozdrawiam!

      Usuń
  5. Przybyłam :)
    Przepraszam, że tak późno, ale mimo ferii czas mi uciekał, a w ten ostatni dzień w końcu zwolnił heh.
    Jeden błąd:
    „Czy to z moje winy” – mojej
    Rozdziałem jestem bardzo zachwycona. Anielsko (moja najwyższa forma zachwycenia). Co prawda zgodzę się z poprzednimi komentatorami, że przez pierwszą cześć rozdziału pisałaś prawie to samo; że las toczy walkę, ale według mojej subiektywnej opinii nie jest to błędem, ale podkreśleniem czym las się borykał i jak się czuł, bo mimo że się "powtarzałaś" to pisałaś, o czym innym "inne przykłady". Mi się akurat czytało przyjemnie :)
    Pisać to Ty umiesz, widać, że włożyłaś dużo pracy w napisanie tego, a efekt jest zadowalający.
    Pomarudzę tylko na "części" tego rozdziału, bo moim zdaniem dobrze by wyglądało jakbyś to całe o lesie napisała jako Prolog, a rozmowę Funga z mnichem jako osobny rozdział. Albo po prostu jakoś podzielić ten rozdział na 1a i 1b, bo początek jest naprawdę piękny (cały rozdział jest) ale jak czytałam to gdzieś w połowie nieco zapomniałam co było na początku xD. Nie to tylko takie moje osobiste odczucie, żaden błąd :)
    Zasób słownictwa, opisy, odczucia lasu - to Ci wyszło naprawdę anielsko. Rozwój cywilizacji bardzo mi się spodobał, ponieważ nie wrzuciłaś od razu całego opisu, ale kawałek, potem odczucia lasu, potem znów kawałek, las itd. Nadało to takiego lekkiego "spowolnienia" i odczucia, że to naprawdę działo się powoli, epokami. Mi się bardzo podobał opis ten :)
    Co by tu jeszcze... Podobało mi się, anielsko było, więc nic już chyba do dodania nie mam :)
    Ciekawa jestem, kiedy pojawi się Chase (ach... <3), kiedy spotka Kimiko, jak się rozwinie cała akcja i ciekawa jestem jak przedstawisz bohaterów. Czy tak samo jak w kreskówce, czy może bardziej "poważnie". Ale nie może zabraknąć kowbojskiego żargonu Clay'a xD i nieogarnięcia światem Omiego xD i ognistego temperamentu Kimiko.
    Jej, dobra xD. Po prostu czekam!
    Jak tylko się pojawi rozdział 2 proszę o info :)

    Pozdrawiam, weny i inspiracji
    sekretna-dusza.blogspot.com (inny blog, bo mam 3 i podpisuje się raz tak, a raz tak xD)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć!
      Twoja opinia bardo mnie zmotywowała. :D To takie optymistyczne wiedzieć, że ktoś czeka na Chase'a i spotkanie z Kimi, które to (zdradzę Ci w jakże wielkim sekrecie xd) dojdzie w rozdziale 3 lub 4. :3
      Słusznie zauważyłaś, że fragment o lesie powinien być raczej prologiem, a rozkminy Funga i rozmowy z drugim mnichem stanowić osobną część, aleee... wtedy prolog byłby dłuższy od pierwszego rozdziału, a ja chciałam je ze sobą połączyć, by szybciej przejść do akcji właściwej czyli (uwaga, jeszcze większy sekret xddd) Chamiko Romansów!
      Dziękuję za miłe słowa. Jak pisałam wyżej, no musiałam powtórzyć to i owo. Fajnie, ze zauważyłaś. :D
      No, co do charakterów kochanych mnichów zobaczysz, jak będzie. Nie wiem tylko, co z kaleczeniem slangu przez kochanego Omiego. Akcja toczy się na początku XX wieku, prawdopodobnie rok 1927. xDDD Nie czuję się na tyle pewnie, by wytykać tu mowę jednego bohatera względem drugiego. Co najwyżej Omi może pouczać Raimunda i Claya co do ich chińszczyzny. xd

      Dziękuję, również pozdrawiam i życzę weny. Wpadnę do Ciebie, jak tylko uporam się już raz na zawsze z pierwszym rozdziałem mojego jakże boskiego licencjatu. xd

      Usuń
    2. To czekam :D !!!!!!!!!!!
      I nie może zabraknąć Dojo :P

      Usuń
  6. Mam mieszane uczucia co do takiego początku. Ja rozumiem, że niektóre powtórzenia były konieczne (mowa tu o niektórych słowach), ale czytając ten rozdział odnosiłam wrażenie jakby co kawałek było to samo zdanie, tylko został zastosowany inny szyk. Jakbym miała ja sama to zobrazować, to zdania były typu:
    - Ala ma kota, co zwie się Feliks i lubi pasztet.
    - Kot Ali, co zwie się Feliks, lubi pasztet.
    - Ala ma kota, on lubi pasztet, zwie się Feliks.
    i można by tak jeszcze długo długo kombinować. U ciebie ciągle było o ludziach nieszanujących lasu, oraz o tym, że las boi się ognia. Super, czytelnik może i by nie zapamiętał tego za pierwszym razem, bo faktycznie to co powiedziane raz często nam umyka podczas czytania, ale ja osobiście wolę jak coś jest pokazane, jak jest opis ruchu, jakieś sytuacji, a nie takie streszczenie. Łatwiej mi zapamiętać, że coś się stało, gdy przeczytam o tym co się tak naprawdę działo, a nie dostanę skrót, takie suche fakty - on lubi to i to, a boi się tego i tego. Zamiast przeczytać "Zosia boi się myszy", wolałabym dostać opis jak mysz wyszła zza szafki szkolnej i Zosia z piskiem wskoczyła na ławkę.
    Mnisi jako obrońcy lasu i przyrody, nie powiem, pomysł ciekawy i oni sami zwykle mi się z takimi kojarzyli, ale już dziwnie się poczułam czytając o tych dzieciach, bo tu znowu były skróty, a historie takie fajne, więc może warto było je opisać, zacząć jakby od początku, od poznania się tych dzieci, a nie tak gnać na łeb na szyję?
    Ja się poczułam trochę przytłoczona natłokiem informacji, a brakło mi opisów sytuacji. Ty pisałaś, że coś się stało, ale nie opisywałaś ruchu i tego jak to się działo.
    Poza tym lubię poznawać nowe kultury, a Chin nie znam. Wiem o nich naprawdę niewiele, więc chętnie bym poczytała, ale fabuła musi mnie porwać, bym została tu na dłużej. Tak więc póki co nie piszę, że jestem na tak, ani nie mówię od razu, że jestem na nie.

    Pozdrawiam
    https://takamilosc.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć. :D Fakt, popłynęłam tu z powtórzeniami, ale spokojnie, to bardzo celowy zabieg. :D Teraz już wiem, że fragment o lesie bardziej by się sprawdzał w roli prologu. xD Spoko, postaram się tak nie streszczać, choć nie ukrywam, że czasem lepiej zawrzeć coś w opisie, co by nakreślić sytuację, a potem udowadniać to scenami. :D Co do dzieci, cóż, oni będą zdecydowanie tłem, a to dlatego, że chcę się tu skupić na bardzo szczególnej (vide nietuzinkowej) relacji między dwójką bohaterów. :3 Niemniej dziękuję bardzo każdemu za to, że czuwa. Fajnie by było, gdybyś została troszkę dłużej, bo bardzo by mi się przydał zdrowy krytycyzm. :D
      Życzę weny na wszystkie Twoje opowiadania (plus, już teraz żywię nadzieję, że wkrótce będziesz publikować Legendę :D)
      Pozdrawiam

      Usuń
    2. Tylko potem ja zwykle nie krytykuję. Potem się wczuwam w historię i skupiam na bohaterach, relacjach, klnę na nich, albo ich wychwalam :) Muszę jednak być z jakąś historią długo, by w pewien sposób ją "pokochać".
      Obecnie będę wpadać, gdy tylko będę mogła, ale do czerwca mam tak słabo z czasem, że pewnie kiedy tu ponownie zajrzę, to będzie na mnie czekało już kilka rozdziałów.
      Legendę? Swoją Legendę sama na równi uwielbiam i na równi nienawidzę. Brutalizm w niej momentami nawet mnie samą przytłacza. Myślę więc, że po skończeniu "Na kartkach pamiętnika" powrócę do "Się nie zdarza", a następnie przejdę do "Prawdziwej Legendy".

      Usuń
  7. Hej. Dostałam od Ciebie reklamę już dość dawno temu, ale wpadłam tu dopiero dzisiaj. Podczas czytania, muszę powiedzieć, ciągle się zachwycałam i trochę zazdrościłam, że ktoś tak ładnie pisze, a ja nie umiem. Nie da się ukryć Twoich zdolności, zasobu słownictwa – jest naprawdę genialny. Przyjemnie się płynęło przez te słowa, wszystko jest napisane perfekcyjnie, ale podzielam jednak zdanie poprzedników, że tych opisów mimo wszystko było trochę za dużo, ciągle mówiły o tym samym.
    Przechodząc dalej, nie są to do końca moje klimaty, nie znam ich za dobrze, ale nie będę na razie skreślać tego opowiadania. Może z biegiem czasu bardziej je polubię. Mam nadzieję, że ciekawie to rozwiniesz.
    Czekam na więcej i pozdrawiam ;)
    http://niebowczerni.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć, dziękuję za opinię. Masowość zażaleń pod adresem powtórek coś chyba znaczy. xD Ale to był celowy zabieg, coś dla ala prologu, więc raczej już nie będę go stosować. Cieszę się jednak, że tyle osób czuwa.
      Spróbuję sprawić, byś polubiła, ale jak coś, nie zmuszam do niczego. Choć fajnie byłoby mieć kogoś z tak mocno analitycznym umysłem (MBTI tak bardzo ułatwiające wszystko 😂).
      Porządkuje powoli swoje życie, więc wkrótce Cię odwiedzę. :D
      Również życzę weny i pozdrawiam!

      Usuń
  8. Wpadam z działu reklamy ;)
    Ogólnie historia zapowiada się ciekawie, choć zgodzę się z wcześniejszym komentarzem - czasem od pięknego stylu lepsza jest wartkość akcji. Najlepiej unikać zbyt mocno rozwiniętych opisów, gdy nie są one konieczne.
    Ogólnie co do treści, to będę zaglądać z dziką rozkoszą ;)
    pozdrowienia z mam-biblioteke.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  9. To jest lepsze od niejednej książki, którą czytałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Można się zarumienić, czytając takie słowa. :D

      Usuń