niedziela, 12 marca 2017

Rozdział 2




– To mówisz, że kim jest twój mąż?
– Narzeczony, Clay – sprostowała, kucając w oczekiwaniu, aż Omi schłodził jej kark wyczarowaną przez siebie wodą. – Opowiadałam wam wiele razy.
Miny żądnych wiedzy chłopców wymalowało zdumienie.
– Tak, i za każdym razem, gdy o niego pytamy, okazuje się, że nic nie wiesz – wypomniał Raimundo, osłaniając zielone oczy daszkiem złożonym z wielkich rąk. – Nie pojmujemy, jak można żenić się z obcym?
– „Wychodzić za mąż” – poprawił Omi, wzmacniając ciśnienie, pod którym woda moczyła szyję, długie włosy i plecy Japonki. – Przyjacielu, mieszkasz z nami pięć lat, a wciąż mylisz słowa.
– Ja nie mylę słów – zaperzył się, wskazując palcem na ściągającego koszulę Claya. – Sprawdzam, czy on czuwa.
– On ma imię – nadmienił Omi, marszcząc brwi. – I tak się składa, że lepiej mu idzie nauka chińskiego.
– Podobnie jak manier – Kimiko rzuciła nieco kąśliwie, wstając z ziemi i splatając wstążką ociekające wodą włosy. – Od razu lepiej – odetchnęła. – Omi, jesteś niezrównany.
Malec wyeksponował szereg białych zębów, prostując się na baczność. Komplementy działały na niego motywująco.
– Dobra, Clay, twoja kolej – zakomenderował.
Wrześniowe słońce prażyło ostro na bezchmurnym niebie. Mieszkańcy powiatu Dengfeng radzili sobie, szukając schronienia w zaciemnionych jaskiniach. Także mnichom, otoczonym z czterech stron puszczą, dokuczały wszędobylskie promienie, zwłaszcza w południe, kiedy na klasztornych dziedzińcach rozbrzmiewała kakofonia wojennych okrzyków splatających się ze szczękiem oręża i tupaniem setek par stóp.
Smok Wody – Omi – służył przypisanym mu żywiołem najbardziej potrzebującym wojownikom. A któż bardziej potrzebował ochłodzenia, jeśli nie jego przyjaciele, zobowiązani do porcji codziennych ćwiczeń? Mistrz Fung nawykł wyraźnie zaznaczać, że to oni stanowią główny trzon mnisiej armii, która prawdopodobnie zostanie użyta przeciwko wrogowi gubernatora Fan Zhongxiu.
„Nieprzyjaciel gubernatora, generał Shi Yousan, nie spodziewa się, że zbuntowane wojsko rozbije czwórka Smoków Żywiołów”, powtarzał, podkreślając wagę tego stwierdzenia wymachiwaniem bambusowej laski.
Jednak żeby udzielić pomocy sojusznikowi i uwiecznić zwycięstwo na jednej z granitowych stel Lasu Pagód, postawionego przy Xiaolin, należało wesprzeć gubernatora jak najszybciej, póki drużyny Czterech Smoków nie rozdzieliło zamążpójście Kimiko.
– Chcemy przez to powiedzieć, abyś nas nie opuszczała – Clay podjął temat, wlepiając w nią oczy przesłonięte mokrą grzywką lepiącą się do czoła. – Xiaolin potrzebuje cię do walki przeciw generałowi Shi.
Kimiko skrzyżowała ramiona na piersi.
– Czyżby? – wygięła usta w rozdrażnieniu. – Czy tylko po to?
Clay w mig pojął bezmyślność, w jaką nieopatrznie ubrał prośbę.
– Nie, oczywiście, że nie – usprawiedliwiał się, wstając z popękanych płyt dziedzińca. – Ciężko nam przyjdzie rozstać się ze starszą siostrą. To tak jakby pożegnać się z racuchami prababci Betty.
Odwróciła się do nich plecami, by nie wiedzieli groteskowego grymasu żalu wymieszanego z uśmiechem wywołanym z powodu absurdalnego porównania syna farmera. Ojciec przestrzegał, aby jako kobieta szlifowała się w maskowaniu emocji. Po to wszak posłał ją do klasztoru. Musiała ćwiczyć się w cierpliwości i znoszeniu bólu, ponieważ są one bramami prowadzącymi do osiągnięcia spokoju.
– Sama wiesz, że małżeństwo cię skrzywdzi, na zawsze podetnie skrzydła. Zamienisz się w kurę domową! – dodał Clay. – Bezinteresowną, bezbarwną, nudną...
– Pomów z tatą – podchwycił Raimundo. – Zrozumie sytuację.
Tylko Omi milczał, nie podważając decyzji ojca dziewczyny.
– Mówicie, jakbym miała wybór – odezwała się wreszcie, różowiejąc od palących promieni atakujących policzki. – Wy, obcy, nie znacie nas.
Chłopcy wymienili spojrzenia. Pierwszy raz Kimiko zaakcentowała ich odmienność. Zerknęli na Omiego, nie znajdując w jego kamiennym obliczu niczego oprócz współczucia.
– Wasi ojcowie klękali przed waszymi matkami, kiedy p r o s i l i ich o rękę – kontynuowała, po czym zmusiła się do parsknięcia. – Klęczeć przed kobietą! Cóż za niedorzeczność!
Powietrze wibrowało od negatywnych uczuć, niejako potęgując wzmagający się upał. Proporcjonalnie do niego rosły okrzyki mnichów wprawiających się w rzemiośle bojowym. Za bramą z pobielanej cegły mistrz Fung rygorystycznymi komentarzami karcił uczniów opornych w przyswajaniu wiedzy. Cisza na sąsiednim tarasie pogłębiała się zatem, aż dzwoniła w uszach. Raimundo omiótł stopy kolegów, opuścił ramiona w rezygnacji i wyszedł z cienia drzew.
Zamierzał rozładować atmosferę.
– W cztery lata pokonamy drania – ogłosił wesoło, tytułując draniem zbuntowanego generała. – Co to dla nas, hę?
Kimiko, do której zaadresował to przeświadczenie, odwróciła się, a słaby skurcz ulgi niespodziewanie ozdobił jej wargi.
– Oczywiście – przytaknęła – Jakoś się ułoży.
Chłopcy odetchnęli, Omi zaś ośmielił się niefrasobliwie zauważyć:
– Raz jesteś smutna, raz się śmiejesz.
Japonka poklepała go po łysej głowie.
– Hm, przy trzech młodszych braciach raczej nie nauczę się ogłady.
– Ej, co ty masz do naszych manier? – Szturchnął ją Raimundo.
Udała, że się zachwiała i założyła ręce na biodrach.
– O, widzisz? Założę się, że w miesiąc po ślubie mąż zażąda rozwodu.
Teraz Clay teatralnie wypuścił powietrze z ust, przeczesując jasną czuprynę.
– Wysoko się cenisz! Ja ci mówię, że w dwa dni.
Wizja rozstania przegoniona, przynajmniej na razie.
W weselszych nastrojach dobrali się w pary i zajęli miejsca na wprost siebie po dwóch stronach wyznaczonego im placu, kontynuując trening. Delikatny powiew muskał liśćmi okrążających ich, równo posadzonych cyprysów. Podłoże naznaczone siecią pęknięć lekko drżało, dając Smokom poczucie łączności z dopracowującymi umiejętności braćmi zza muru. Nad placem wciąż unosił się kurz.
Wiatr wystąpił przeciw ziemi, a ogień sprzeniewierzył się wodzie.
Smok Wiatru, Raimundo, wbrew taktyce Claya, trzymającego w szachu żywioł ziemi, nie bawił się w zbyt długie przysposabianie do potyczki w „bezpiecznej” pozycji wyjściowej. Od razu zaatakował. Dzięki smoczej mocy skakał najwyżej spośród reszty wybrańców. Jego powściągliwy i oszczędny w ruchach przeciwnik nie przestraszył się zagrożenia pikującego z nieba. Odskoczył z nóg na ręce, podniósł wysoko biodra i twardą niczym głaz stopą zablokował pierwszy cios. Raimundo nie stracił czujności, przysięgając rewanż Clayowi za poranną klęskę. Wylądował tuż obok, podejmując walkę wręcz.
Dwieście metrów od zagorzałej rywalizacji Smoków Wiatru i Ziemi, Kimiko mierzyła siły z Omim. Zatoczyli idealny okrąg, badając kroki przeciwnika. Znali nawzajem swoje mocne strony, tak jak słabości. Do zalet Smoka Ognia należały szybkość, elastyczność i zdolność do zaskakiwania, ale te cechy marniały wobec płynności i precyzji ruchów, jakimi chwalił się Smok Wody. Ich lustracje ciągnęły się nieraz godzinami, lecz dziś mistrz Fung zabronił im zwlekać, gdyż, jak tłumaczył, w upale nie powinno się przeciążać nadal młodych, niezaprawionych ciał cennych wojowników.
Odgłosy walki przyjaciół zachęciły Omiego do zaczepki:
– Słyszysz? Może zaczniemy? Chyba i tak wiemy, kto wygra.
– Zgodzę się z tobą – odparła, nie tracąc czujności. – Jeśli teraz zaatakujesz, szybciej wyliżesz rany.
– Ustąpię ci, starsza siostro. – Zignorował prowokację, nadal uroczo się szczerząc.
Kimiko zaśmiała się niewinnie.
– Ależ proszę, braciszku, przestrzegaj porządku wszechświata!
Nim wykrzyczała ostatnie słowo, oboje, jak na sygnał gongu, przywołali żywioły. Strumienie ognia i wody z sykiem zbiły się w gęstą parę. Białe kłęby zwilżyły twarze Smoków, wciskając się do nosów oraz ust. Kimiko zmrużyła oczy, wypatrując przez ciemnoszarą zasłonę sylwetkę przyjaciela, ale nie zauważyła niczego.
„Oczywiście.”
Przysiadła prawie do ziemi, rozstawiając stopy jak najdalej od siebie. Przeniosła środek ciężkości na wyciągnięte lewe ramię, prawe zaś ułożyła na plecach, nasłuchując.
Ostrza wiatru siekają słupy ziemi. Raimundo przeklina. Liście cyprysów szurają po dziedzińcu. Mistrz Fung karci ucznia drewnianą pałką. Chłopiec płacze.
Odkleiła dłoń z pleców. Poruszyła palcami, które zapłonęły pomarańczowym blaskiem.
Rozlana woda pluska pod ciężarem biegnącego tu dwunastolatka. Trzydzieści metrów. Poły pasa furkoczą jak chorągwie. Piętnaście metrów. Zęby zgrzytają z radości... Pięć metrów…
Odbiła się od podłoża. Wyprostowane ramię i gorące snopy nakreśliły powietrze wstęgą jasności, niemal godząc Omiego rzucającego się na nią niby lampart wyskakujący z krzaków.
Sparował cios, wytwarzając lodową tarczę. Na moment stracił orientację. Nie zdążył więc uniknąć uderzenia w klatkę piersiową, które odrzuciło go parę metrów od Japonki. Asekurując się rękoma, wykonał salto, opadając tuż przy starym, rozłożysty drzewie. Dziewczyna znów przywołała ogień, który pomógł jej wskoczyć na spadzisty dach pierwszego piętra świątyni. Rozcierała sobie brew, uspokajając nieregularny oddech. Z tej wysokości oceniała swoje szanse.
– Hej, Kimiko! – zawołał malec. – Czy widzisz rzeźbę?
Pozłacany gargulec czaił się na gzymsie, zaledwie parę kroków od mniszki. Oczywiście Fung nie znosił, gdy uczniowie demolowali gromadzone od wieków bogactwa klasztoru, ale Omi nie kierował się przezornością. Posłał przyjaciółce chytry uśmieszek. Serią szybkich przewrotów w tył dotarł do przeciwległej ściany, śladem Kimiko wskoczył na dach i z sekretnego schowka na grzbiecie drugiego potwora wyjął lśniące ostrze. Japonka chwyciła za swoją broń – krótki miecz przydający się do walki na niewielki dystans. W tej samej sekundzie zakręciło jej się w głowie. Oparła się o posąg. Docierały do niej strzępy przechwałek malca. Nabrała łapczywie parnego powietrza.
Na horyzoncie zamajaczył Las Smoka. Stojąc niewzruszenie, nie poddawał się złocistemu żaru lejącemu się z nieba. Wizja zielonych żołnierzy odgoniła szum w uszach. Kimiko zbiegła ze szczytu dachu, od jakiego mocno się oderwała, a Omi – niby lustrzane odbicie – skopiował ruchy przyjaciółki. Pasma ogników oraz ogromnych kropel ciągnęły się za nimi, rysując się z dołu przepięknymi ściegami. Ostry brzdęk zaświadczył o perfekcyjnym skrzyżowaniu się sztyletów wojowników. Siekli nimi powietrze, splatali się rękoma i odpychali nogami, póki nie wylądowali miękko na ziemi. Smok Wody próbował podciąć Japonce nogi, ale ona dość zręcznie uciekała stopami, bijąc nimi w kolana i brzuch karłowatego mnicha.
Noże świszczały tuż przy uszach i szyjach dzieci, ale one walczyły, darząc się olbrzymim zaufaniem. Jedno było godnym przeciwnikiem drugiego, bo życie drugiego zależało od umiejętności pierwszego. Ostrza ślizgały się po sobie, a wtem ręka Kimiko zawahała się, bo skronie przeszył kolejny, nagły skurcz. Sztylet, który dzierżyła, drasnął skórę na policzku Smoka Wody. Popłynęła z niego krew.
– O nie… – Rozszerzyła oczy w przerażeniu, tracąc czujność.
Chłopiec wykorzystał zmieszanie Smoka Ognia, powalając ją na ziemię. Kopnięte przeń ostrze z suchym trzaskiem wbiło się w wybrzuszający się korzeń cyprysu.
– Wygrałem! – obwieścił dumnie.
Kimiko podniosła się do pozycji siedzącej, półprzytomnie wodząc za dzieciakiem manifestującym zwycięstwo.
– Boli cię? – spytała, ledwo trzymając się prosto. – Chcesz odpocząć?
Zamilkł, patrząc na nią skonfundowany.
– Nic mi się nie stało – oznajmił, rozstawiając szeroko ramiona, by osobiście oszacowała „straty”. – Widzisz?
– Tak, widzę – powiedziała już mocniejszym tonem. – Krew na twojej twarzy.
Przystawił palce do policzków, nie zważając na pieczenie.
– To tylko ranka. – Machnął ręką. – Uważasz, że wojownik mojego formatu przejmie się taką drobnicą? Obrażasz mnie!
Potrząsnęła nim, przywołując do porządku.
– Wcale nie, kilka centymetrów wyżej i straciłbyś oko. Przeze mnie.
– Nic niezwykłego podczas walki. Zdarzają się wypadki. Jeśli weźmiemy udział w wojnie… – zaczął szczerze.
– Właśnie! – przerwała mu. – Wojna. W oczach braci i mieszkańców wioski widzisz lęk.
Omi wydął usta w grymasie zdziwienia.
– Do czego zmierzasz?
– Coraz więcej słyszysz o wojnie. Szykujemy się na nią, a przecież powinniśmy ją potępiać, a już na pewno nie opowiadać się ani za gubernatorem Fan, ani generałem Shi.
– Gubernator Fan był kiedyś mnichem – przypomniał oponent.
– Tak, i jak skończył? – zakpiła. – Zresztą mieszkał tu na długo przed naszym przybyciem. Dlaczego mamy dla niego ryzykować?
Schowała dłonie za plecami, czując, że musi wreszcie przełamać tabu i wyznać, co burzy jej sny, nawet jeśli jako kobiecie nie przysługiwało Kimiko prawo głosu.
– Wojna jest pasmem cierpień, nie rozumiem więc, czemu nasi mistrzowie chcą wziąć w niej udział?
– To wojna obronna… chyba – skwitował Omi. – Także Budda potrzebuje strażników depczących demony. A skoro tak, do naszych obowiązków należy bronić kraju, tak jak od wieków czyniły to zastępy smoków, począwszy od dynastii Tang. – W miarę mówienia wizja chwały błyszczała mu na dnie oczu. – Jeżeli odniesiemy sukces, a wierzę, iż tak się stanie, klucznicy wyryją wykaz naszych imion na Wielkiej Steli w Lesie Pagód!
Omi należał do grupy mnichów poddających się marzeniom zapisania się na chlubnych kartach historii Xiaolin – podobnie jak trzynastu wojowników wyróżnionych prawie półtora tysiąca lat temu przez księcia Li Shimina, którego ojciec założył wspaniałą dynastię Tang. Ci mnisi dali początek tradycji klasztoru, zapewniając mu estymę, a co za tym idzie bogactwa i ochronę przed najcięższymi prześladowaniami buddyzmu.
Kimiko sięgnęła pamięcią sześć lat wstecz, do owego poranka, kiedy Fung pierwszy raz przyprowadził ją przed oblicze wystrzelonych w niebo pagód zbudowanych przed wiekami z cegieł i kamieni. Iskrzyły się purpurowym pobrzaskiem. Palcami wodziła po wydłubanych w granicie tabliczkach, chłonąc moc ideogramów opierających się wietrze i deszczom. Przyroda nie wymyła liter świadczących o niezłomności ducha ówczesnych mnichów; przetrwały one, dowodząc, iż pozycja Xiaolin plasowała się na podeście pośród klasztorów świata. Japonka ugięła się pod wywodzącą się ze średniowiecza dostojnością Lasu Pagód, upadając na kolana i dziękując, że ona, liche stworzenie z barbarzyńskiego wschodu, wstępuje do grona tak zacnych duchownych. Wydawało jej się, że Las Tańczącego Feniksa i Las Odlatujących Żurawi, na jakich brzegach piętrzą się xiaolińskie stupy, błogosławią ją, kołysząc gęsto zalesionymi ramionami. Moc tamtego wspomnienia odżyła w niej, objawiając się drżeniem mięśni.
– Tak, to prawda – odparła ugodowo, decydując się na zmianę tematu. – Chodź, odpoczniemy, podpatrując Claya i Raimunda.
Usiadła wraz z przyjacielem w cieniu krużganka, oplatając trzęsące się nogi. Smok Ziemi ścierał się w potyczce ze Smokiem Wiatru tak zaciekle, że obaj nie dostrzegli skromnej widowni. Słońce zeszło z zenitu, świecąc teraz łagodniejszym odcieniem złota. Omi oparł się o ścianę z drewna, bystrym spojrzeniem obłapiając nienaturalnie wyciszoną Japonkę.
– Zaniemogłaś – podsunął. – Czy to dlatego, że nie je…
– Nie! – Wyprostowała plecy, rozwijając dotąd pochmurnie ściągnięte brwi. – Nie… – powtórzyła, powściągając emocjom, jak na damę przystało. – Nie, ja tylko… wina upału.
Mimo młodego wieku Smoka Wody intuicja nie dawała wiary tym zapewnieniom. Nie przekonywała kwaśna mina przyjaciółki, błądzącej przygasłym wzrokiem po sylwetkach trenujących w oddali kompanów.
– Skoro tak uważasz. – Uśmiechnął się, by dorzucić – który to dzień?
– Osiemdziesiąty piąty – przyznała obojętnym tonem, pod którym chciała ukryć dumę.
„Cóż, to, co czynisz, zasługuje na pochwały, ale jak długo wytrzymasz? Jesteś jedynie dziewczyną”.
Mimo wątpliwości potrząsnął głową, kończąc wymianę zdań. Lecz Kimiko nie potrafiła nie wykorzystać okazji. Musiała zahaczyć o kolejną kwestię, jaką długo w sobie nosiła.
– Ponoć Las Smoka przestał nas lubić – wypaliła.
Zesztywniała, gdy Omi gwałtownie zwrócił się ku niej. Kilka nowych kropel potu zrosiło mu czoło. Jej samej szata przykleiła się do pleców.
– Kto ci nagadał taką bzdurę? – spytał.
– Tak mówią w wiosce.
– W wiosce lubią plotkować.
– Owszem, ale oprócz mnichów zaginęło też tuzin dzieci chłopów, poganiacz osłów, och, i Fen, stary wyrabiacz koszy wraz z żoną – wyliczała. – W ciągu miesiąca! Zaprzeczysz?
Omi zasępił się, drapiąc palcami po łysinie.
– Kimiko, nie sądzę, żeby te zaginięcia łączyły się ze sobą. Tym bardziej teraz, kiedy zbliża się wojna, dzieją się różne dziwne...
– Przestań – przerwała mu. – Dobrze wiesz, że Fen mieszkał najbliżej Lasu Smoka i to tam się zapuszczał w poszukiwaniu materiału na kosze. Żona często mu towarzyszyła, bo matka nie zmiażdżyła jej stóp. Nie raz widzieliśmy poganiacza, podróżującego między Lasem Smoka a Lasem Zielonych Dzwonków. A dzieci to dzieci i wejdą wszędzie.
– Do czego zmierzasz?
Zbliżyła się do chłopca, łapiąc go za rękę. Nie próbował się wyrwać, ponieważ dygotała z przejęcia.
– Ty i inni macie przede mną sekret. – „Zamykacie się w swojej wielkiej izbie i nie informujecie mnie o wielu sprawach”, kusiło ją, by dodać, ale zrezygnowała, ograniczając się do zaprawionego goryczą stwierdzenia: – Czy Las Smoka rozgniewał się przez nas, obcych?
– Dlaczego miałby to robić? – dopytywał Omi zahipnotyzowany oczami Japonki. – Jesteście mnichami, nie wyrządziliście mu żadnej krzywdy.
Potrząsnęła głową, zwiększając ucisk na palcach małego.
– Wkrótce rozpęta się wojna. Coraz większe rzesze zamorskich diabłów niepokoją duchy tego kraju. A w szeregach mnichów znaleźliśmy się my – dziwadła z barbarzyńskich państw…
– Nic podobnego – oponował.
– Czy dlatego Liu Bai umarł? Las go… pożarł? Pochodził z południa, a każdy wie, że Chińczyków z południa cechuje pazerność, fałsz i słabość.
– Kimiko!
Omi nie krył zniesmaczenia. Wyrwał się w końcu dziewczynie.
– Ponoć zdarto mu pół twarzy, rozbito czaszkę tak, że mózg wylewał się na trawę, a ręce…
– Uspokój się! – Uderzył ją siarczyście w policzek, jak krnąbrne dziecko.
Nie pisnęła ani nie zawyła. Zamilkła, spoglądając na niego cierpliwie. Zwęził oczy w szparki, co przydało mu wyglądu cudacznie zbliżonego do groźnej podobizny Funga uwiecznionej na rycinie sprzed dwudziestu lat, kiedy powierzono mu pieczę nad zakonem.
– Tamta noc należała do najgorszych w moim życiu – oznajmił osobliwym tonem. Z gardła wydobywały się nuty ni zgrozy, ni złości. – Nic przed tobą nie ukrywamy, a nawet jeśli, pamiętaj, że twoje przeznaczenie nie pokrywa się z naszym. Nie powinnaś wiedzieć o brudzie trawiącym Las Smoka.
– Póki pobieram tu naukę, nie widzę przeszkód – wysyczała. – Zresztą mistrz Fung chce nasz wmieszać w wojnę. Uważacie ją za mniej brudną od tego, co się tu dzieje?
– O co ci właściwie chodzi? Czemu mnie męczysz? – Zwinął dłonie w pięści.
W oczach Kimiko zakręciły się łzy.
– Mówiłam przecież, ta wojna jest bezsensowna. Las też to wie. Czuje strach i zbliżający się chaos. A jeśli obwinia nas, mnichów, którzy zamiast strzec pokoju, popieramy wojnę, aby się na niej wzbogacić?
– Tu nie chodzi o bogactwa! – spurpurowiał Omi, wymierzając cios ścianie, o którą przedtem się opierał. – A o chwałę klasztoru i bezpieczeństwo ojczyzny. Jesteś tylko dziewczyną z Japonii, nawet nie prawdziwą mniszką! Jakim prawem wypowiadasz się o czymś, co cię nie dotyczy?
Zamarła, wielkimi jak spodki oczami patrząc na malca.
– Boję się – wyszeptała. – I boję, że Las Smoka przestanie nas kochać tak, jak my go kochaliśmy. Co, jeśli Król Smoków nigdy nam nie wybaczy, jeżeli robimy coś nie po jego myśli?
Omi zawstydził się, bo doprowadził przyjaciółkę do płaczu. W rzeczywistości siedziała przed nim tylko marna kobieta, jakiej umysł nie potrafił ogarnąć spraw wszechświata.
Westchnął i przytulił Kimiko.
– Przepraszam, nie chciałem krzyczeć ani cię bić – powiedział, szurając stopą. – I nie powinnaś się bać, nie z mocą Smoka Ognia. Udział w wojnie przywróci w prowincji harmonię. Przecież po naszej stronie stoją wojownicze bóstwa i xiaolińscy przodkowie. Ani się obejrzysz, a generał Shi oberwie od nich waźrą!
Wygięła usta w nikłym, pojednawczym uśmiechu. Pociągnęła parę razy nosem i otarła policzki rąbkiem czerwonej szaty.
– A uważasz, że Las Smoka wciąż nas lubi? – spytała z rozczulającą naiwnością w głosie.
– Dlaczego nie? W końcu to naszych opowiadań słuchał całymi wiekami. – Wzruszył ramionami, z wyraźną ulgą odwzajemniając uśmiech. – A czemu właściwie tak zależy ci na przyjaźni Lasu Smoka? Raczej nie często się tam zapuszczasz.
Kimiko już się uspokoiła, choć nadal ocierała łzy z zaróżowionych oczu.
– Prawda – oznajmiła pogodniej. – Lecz żyje tam Król Smoków. Nie zniosłabym, gdyby się okazało, że go zasmuciliśmy.
Omi ze zrozumieniem przytaknął.
Siedzieli w skupieniu, aż rozległ się gong zwołujący mnichów na posiłek. Ujrzeli Claya biegnącego w ich kierunku. Smok ziemi nigdy nie przegapił okazji do jedzenia. Tuż za nim biegł Raimundo, ubrudzony błotem i kurzem, wywieszał język, wołając za rywalem:
– Gdzie leziesz? Mamy walczyć… Jeszcze ci pokażę! Jutro!
Kimiko i Omi wymienili się znaczącymi, nieśmiałymi uśmiechami, niemal zupełnie zapominając o kłótni. Chłopiec chwycił Japonkę za rękę, pomagając wstać.
– Dziś zjesz podwójną porcję warzyw, czego osobiście dopilnuję – ostrzegł.
– W porządku – odpowiedziała z ociąganiem.
– A potem opowiesz nam bajkę przy stole! – ożywił się. – Tę o podstępnym borsuku.
– Dziku – poprawiła.
– Przecież mówię!

 ***

Wieczorem od północy zerwał się upragniony wiatr. Potrząsnął Lasem Smoka, świszcząc między gałęziami drzew. Cykady grzechotały, wprawiając w drgania mikroskopijnie pomarszczone tymbale. Drapieżne ptactwo wyszło na żer, polując na stonogi i chowające się pod kamieniami żaby  wypatrywały niebezpieczeństwa zastygłymi, szklistymi oczami. Do nocnego koncertu dołączył wkrótce Las Zielonych Dzwonków i Las Odlatujących Żurawi. Las Tańczącego Feniksa zdawał się zaś falować, pozwalając, żeby wysokie bambusy uginały się pod naporem oddechów bóstw góry Song.
– Wreszcie spadną deszcze! – prorokował Raimundo, gestykulując rękami niczym erudyta.
– I dobrze, owoce dojrzeją akurat na Święto Środka Jesieni. – Oblizał się Clay. – Nie mogę się doczekać!
– Nie możesz się doczekać niczego, co zakończy się obżarstwem – podsunęła Kimiko z wyraźną dozą krytyki, ale przyjaciel nie dopatrzył się aluzji w jej głosie.
Podszeptywał razem z chłopcami, co jakiś czas chichocząc. Japonka spochmurniała na ten widok – zbyt często dotykało ją bolesne uczucie dające się we znaki przy podglądaniu sekretnych rozmów między przyjaciółmi. Jakby zimna stal wbijała się w żebra.
Odstąpiła nieco od Smoków przewodzącym grupie chłopców w wieku od czterech do piętnastu lat. Księżyc wspinał się po granatowym sklepieniu, asystując pochodowi udających się na spoczynek wojowników. Okna otwarto na oścież, korzystając z podmuchów odświeżających starą świątynię. Dwóch kluczników w niebieskich szatach dbało o dyscyplinę, unosząc pochodnie tkwiące w sękatych palcach. Żołnierski marsz wybrzmiewał, póki chłopcy nie zatrzymali się przed wrotami prowadzącymi dalej do przybudówki sypialnianej.
Kimiko, składając znikającym w półmroku izby przyjaciołom życzenia dobrego snu, udała się na prawo, korytarzem oświetlonym pomarańczowym płomieniem igrającym na dłoni. Klucznik z brodą przerzedzoną niczym pojedyncze kłębuszki bawełny odprowadzał ją podejrzliwym wzrokiem. Niemal mentalnie popychał Japonkę za drzwi kobiecego pokoju.
Jako tymczasowej mniszce o arystokratycznym rodowodzie surowo zabraniano jej odpoczywać w dormitorium dla chłopców. Nieraz koledzy zapewniali, jak to zazdroszczą ojca, który zadbał, by koleżanka spędzała noce w osobnym pomieszczeniu, wprawdzie wymiarowo marnym, ale przynajmniej własnym.
– Czy zdajesz sobie sprawę, jak ciężko zasnąć, gdy tuzin chłopaków obok ciebie chrapie? – skarżył się Omi.
Jednak ona nie widziała niczego dobrego w pustych czterech ścianach, nawet jeśli wyposażono je w cynową wannę oraz matę z trawy pampasowej zaścieloną czterema pościelami z jedwabiu. Tak cichych, przygnębiających, szarych.
Nie dla niej śmianie się z przyjaciółmi pod kocem na wspólnie dzielonym kangu.
Wstręt do samotności wykluł się już w Tokio, do dziesiątego wszak roku życia dziewczyna spała z pokojówkami i młodszymi kuzynkami. Pamiętała doskonale, jak ochoczo wymieniały się anegdotami i emocjami towarzyszącymi codziennym przygodom. Szczególnie lubiła relacjonować występy wędrownych aktorów lub cudaczne prośby szczebioczących białych dam, jak na przykład, by podniosła kimono, gdyż chciałby się przekonać, dokąd sięgają jej śnieżnobiałe skarpetki.
Niestety wesołe noce upłynęły równie szybko, jak upłynęła dziesiąta wiosna życia, bo ni stąd, ni zowąd Kimiko wyruszyła z ojcem do Chin. Ich wspólne „wakacje” w Luoyangu, dawnej stolicy Cesarstwa, oddalonej pięćdziesiąt kilometrów na północny zachód od Xiaolin, trwały zaledwie trzy tygodnie. Według ojca zaaklimatyzowanie się do obcego państwa przebiegło idealnie, nie widział zatem powodów, żeby odwlekać przyjazd córki do klasztoru ukrytego w lasach. Dowód na te przypuszczenia dostarczyły mu obserwacje ruchliwej Kimiko lepiącej kulki śniegu z grupą chińskich dziewczynek usługujących na wewnętrznym dziedzińcu wynajętej rezydencji.
Sącząc lotosową herbatę, powtarzał opatowi niezliczoną ilość razy, że pierworodna wywodzi się z porządnej rodziny, dlatego nie życzy sobie żadnych nieprzyzwoitych sytuacji, cokolwiek rozumiał przez to stwierdzenie. Zgodnie z naleganiem ojca na okres kolejnych dziesięciu lat wydzierżawiono małej osobny pokój z wszelkimi możliwymi wygodami, na jakie rzecz jasna przystał klasztor za odpowiednią cenę, z tym tylko wyjątkiem, że Fung sprzeciwił się pomysłowi posiadania przez przyszłą mniszkę służącej.
– Kto to widział, aby brać sługę dla mnicha?
Ojciec pokręcił nosem, ale pokładając w córce nadzieje, odpuścił i pożegnał ją w kilku słowach, zapewniając solennie, że pozostaną w kontakcie listowym, a także będzie wysyłał wszystko, czego mała potrzebuje. Kimiko nawet nie załkała, odprowadzając ojca wzrokiem aż do bramy wykończonej czerwonymi dachówkami. Wybuch płaczu pierwszego dnia okryłby ją hańbą. Listy z ojczyzny przychodziły regularnie, co miesiąc – a w nich, oprócz pozdrowień i systematycznego wymuszenia przyrzeczeń efektywnej nauki – ojciec ustawicznie przestrzegał, aby nigdy nie dopuściła, by „mnisi kładli się obok niej do snu”. Kimiko często zadawała pytania: „dlaczego? Czyżby w nocy chłopcy zmieniali się nie do poznania?” Odpowiedź na wątpliwości zawsze brzmiała pokrętnie: „dobra córka strzeże się pilnie, wypełniając cnotę posłuszeństwa rodzicom”, więc szybko dała sobie spokój. W wieku szesnastu lat wciąż nie potrafiła dociec, co też się kryje pod jałowymi, do znudzenia powielanymi argumentami. Wielokrotnie kusiło ją złamać zakaz, zaprosić do siebie pierwszego lepszego kolegę, kazać mu koło siebie legnąć i czekać, co takiego nieprzyzwoitego i złego się stanie. Ale wpajana od dziecka pokora i posłuszeństwo względem rodzica tłumiły szalone pomysły. Kimiko mogła tylko zacisnąć usta w wąską linię, znosząc ojcowską ignorancję. Cierpiała tym mocniej, bo oprócz niej w klasztorze nie przebywały żadne dziewczyny. Nie sposób do odpowiednich towarzyszek nocnych rozmów zaliczyć starą Wang, która uczyła ją między innymi ręcznych robótek, pochowaną zeszłej zimy w Dolinie Cyprysów albo rozkosznych bliźniaczek porzuconych przez rodziców, którym się zmarło w niemowlęctwie. I tak właśnie Kimiko spędzała noce w pokoju o wiecznie chłodnej podłodze.
Przeraźliwie cichym królestwie cieni.
Przy śniadaniu z zazdrością przysłuchiwała się konwersacjom kolegów, często ubarwiających swe wypowiedzi frazami: „A wczoraj w nocy” lub „Ach tak? A wczoraj to twierdziłeś co innego!”, śmiejąc się przy tym serdecznie i wyjadając ryż z warzywami ze wspólnych misek. Nieumyślnie stawiali mur między sobą a Kimiko. Choćby przed dzisiejszym pożegnaniem. Chowając przed przyjaciółką jakąś cząstkę swego męskiego świata, nie dostrzegali potrzeby ujawnienia go przed nią.
„Wykluczyli mnie ze społeczności”, załamywała się wewnątrz, pod pozorem bladego uśmiechu udając, że wie lub domyśla się różnych sekretów i powodów do wybuchów radości u nich.
Raz wyłapała z kontekstu, że zakradli się do spiżarni po czerwony cukier. Raczyli się też opowiastkami o duchach. Kimiko znała tyle cudacznych japońskich i chińskich legend, a także te egzotyczne opowiastki dzieci białych ludzi o wilkach i biednych sierotach, mimo to nikt nigdy nie zaprosi jej na wieczorne siedzenie w izbie dla chłopców. Co najwyżej dzieliła się historyjkami przy kolacji.
„To niesprawiedliwe!” wpadała w złość, która ulatniała się z zawsze chwilą zamknięcia cynobrowych drzwi.
Pstryknięciem palców zapaliła knoty świec, a grymas niesmaku wykrzywił usta. Mętne światło zarysowało kształty i kolory prostych skrzyń na ubrania oraz przybory do pisania. Rzut okiem na niedokończoną Sutrę Lotosu odpędził widmo rozgoryczenia. Odseparowanie od innych miało plusy, pozwalało ochłonąć i przywołać mantrę, że furia powinna być mnichom obca.
„A w gruncie rzeczy, z jakiej racji miałabym wymagać od przyjaciół czegoś, co zabraniają z góry narzucone ojcowskie reguły? Nocą nie mogę przebywać z mnichami młodszymi niż osiemdziesiąt lat i tyle. Ach, czemu nie potrafię się z tym pogodzić?!”, gorączkowała się, przygnieciona wskazówkami taty, zgodnie z którymi staruszków nie musiała się obawiać, są bowiem równie nieszkodliwi co zwiędły korzeń wistarii. Nie pojmowała i tej metafory, ale doświadczona w rozmowach o mężczyznach z ojcem, nie prosiła o dodatkowe wyjaśnienia, podobnie jak nie żądała zaproszeń od chłopców, mimo iż ich pragnęła, bo przecież: „Prawdziwa dama nigdy nie ujawnia swych emocji. Prawdziwa mniszka nigdy nie mówi o swych pragnieniach. Prawdziwa kobieta jest echem i cieniem mężczyzny”.
Jako kobiecie nie wolno jej decydować o tym, co dla niej dobre. Świat urządzono dla wygody mężczyzn, dlatego też wszelkie swawole równały się buntem przeciw prawom ustalonym przez Niebiosa i Ziemię. Kimiko głęboko ufała, że cnotliwe życie doczesne zaowocuje odrodzeniem się w przyszłym jako mężczyzna. I choć głupie wydawało jej się przekonanie, że mnisi są bardziej niebezpieczni w nocy niż za dnia, w ostatecznym rozrachunku nie sprzeciwiała się poleceniom ojca.
Mimo to wybujała wyobraźnia przychodziła z pomocą, znajdując usprawiedliwienie dla tej kłopotliwej materii.
„Po zachodzie słońca chłopcy przeistaczają się w żądne krwi potwory, kukiełki w rękach złośliwych dzików i borsuków. Tak, tak, to całkiem logiczne. Wystarczy przypomnieć sobie biednego podróżnika, którego noc zastała w szczerym polu. Przebrzydły dzik zesłał na niego wizję pogrzebu i trupa wychodzącego z grobu, aby pożarł biedaka!”
Odruchowo wzdrygnęła się, choć godzinę temu sprzedała tę opowiastkę balansującą na granicy fantazji a rzeczywistości przy ogólnej wesołości współbraci. W klasztorze nie groziło żadne niebezpieczeństwo ze strony mitycznych stworów.
Uderzyła w śmiech, dodając sobie otuchy, i podeszła do okiennicy, wpuszczając świeże powietrze ciągnące z Lasu Smoka – z tej ciemnozielonej formy rysującej się na tle nieba nakłutego gwiazdami, rozciągniętej dalej aż po horyzont i północny wierzchołek łańcucha górskiego Song. Oparła się o parapet, wyruszając na wyimaginowany spacer wśród drzew. Wieczorami najczęściej poddawała marzeniom o Królu Smoków wyłaniającym się z powierzchni kompleksu jezior srebrzonych plamami księżycowego blasku wyzierającego z liściastego baldachimu.
„Też mam swój sekret”, uśmiechnęła się od ucha do ucha, zakasała ręce i wzięła do pracy. Po raz wtóry przysięgła rozstać się z poczuciem niesprawiedliwości, po prostu wypełniać powinności do końca tej egzystencji.
Za cztery lata wróci do Japonii i połączy z nieznanym narzeczonym. Z dobrze wychowanej panny, a później obytej w naukach mniszki i utalentowanej wojowniczki przyjmie rolę przykładnej żony i odpowiedzialnej matki, a po ewentualnej śmierci męża, dochowa mu wierności, obejmując obowiązki nienagannie prowadzącej się wdowy.
„Tyle urozmaiceń!”
Budda z pewnością doceni ją w przyszłym wcieleniu, a może nawet już w tym Kimiko osiągnie Nirwanę. Wizja raju napełniała mniszkę dziecięcą radością. Utyskiwanie nie sprawi, że teraźniejszość stanie się lżejsza, mniej samotna. A nie ma wątpliwości co do tego, że poszczęściło jej się – uważała tak, weryfikując swą sytuację z losami biednych kobiet w ojczyźnie i w Chinach, ilekroć czytała poematy umniejszające rangę płci słabej. Przyglądała się otoczeniu z ciekawością dziecka, dlatego też szybko zorientowała się w doli kobiet, współczując im. Od urodzenia tłuczone jak gęsi. Wykorzystywane przez rodzinę. Zmuszane do usługiwania i znoszenia cierpień z uśmiechem na ustach. Hodowane tylko po to, aby je stracić. Ot, bezużyteczne gałązki. Pracowały ciężko na polach ryżowych, w spiekocie, a kiedy przekraczały próg domów mężów, podwajały się ich męczarnie. Teściowie wysługiwali się nimi, mogąc je bić lub wyzywać, dokuczać przykrymi uwagami, a po ich śmierci, to od żon oczekiwano, że zajmą się domem. I tak do zgonu współmałżonków, kiedy to spod ich władzy przechodziły pod władzę najstarszego syna. Jeśli zamożność pozwalała, w dzieciństwie bandażami miażdżono biedaczkom stopy, by uzyskać efekt pączków lotosu. Pomimo zakazu ostatniej cesarzowej co do okaleczania dziewcząt, w wiosce nieopodal klasztoru Kimiko napotykała młode kobiety chwiejące się na złamanych kościach, rzekomo dodających ich posiadaczce uroku w oczach mężczyzn. Ona, Japonka, nie widziała nic urokliwego w groteskowych, pałąkowatych kikutach.
Klasztor zapewniał jej jako taką swobodę. Samotność w sercu rekompensowała sobie wolnością. Od sztywnych reguł domu rodzinnego wolała całkiem elastyczne zasady Xiaolinu. Chłopcy z drużyny ją szanowali, ponieważ urodziła się jako pierwsza. Mistrzowie zaś żartobliwie tytułowali „małą panienką”. Nikt nie liczył ziarenek ryżu w jej miseczce. Nie wyganiał w pole. A treningi nigdy nie przeszkadzały – przeciwnie, postrzegała w nich wyraz absolutnego uwolnienia się, oderwania od ziemi na silnych nogach, przełamywania oporu powietrza z szybkością gazeli, natomiast broń dawała poczucie niezależności, a ogień wybuchający w rękach rozpierał dumą i przekonaniem o wyjątkowości. Otrzymała szansę trenowania swego ciała, dochodzenia do kresu ludzkiej wytrzymałości. Nic nie powstrzymywało jej dociekliwości przed doświadczaniem ulotnego życia. Śmiała się, kiedy chciała, a nie wtedy, gdy „wypadało”. W upalne dni wraz z przyjaciółmi szła często do Lasu Odlatujących Żurawi, gdzie brodziła w strumyku, po łydki, upajając się obmywającą stopy wodą i błotem wciskającym się między palce. Wspinała się na najwyższe drzewa, by nazrywać owoców, nie przejmując się konsekwencjami, czyli podartymi spodniami, które potem całej ich czwórce łatała. Łapała malutkie żabki i tłuste ropuchy, cykady i węże. Schodziła do wioski, od starych matron ucząc się przyrządzać przepyszne ciasteczka na Nowy Rok. Rwała się do podpalania fajerwerków, rozświetlających styczniowe niebo. A przede wszystkim kochała marzyć. Dzięki marzeniom odwiedzała wcielenia, którymi, zdawało jej się, była w przeszłości; przebijała się przez czasoprzestrzeń, szydziła z odległości. Widziała siebie jako samuraja składającego wierność królowi, pirata ukrywającego skarby, muzykanta szarpiącego za struny. Dziurawiła chmury swym orlim dziobem, plądrowała rafy koralowe jako mała rybka, w postaci kotki przyjmowała pieszczoty z ręki cesarzowej. Wspominając tętniące życiem ulice Tokio, zastanawiała się, czy kiedykolwiek parała się zawodem bajarza – „och, podobałaby mi się ta praca!”? A może tresowała zwierzęta? Albo sprzedawała wykwintne jedwabie? Lub pożyczała parasolki pięknym paniom o białych twarzach, stawiającym drobniutkie kroki na wysokich sandałach z laki? A jeśli i ona dawniej przechadzała się między domami, podzwaniając dzwoneczkami i koralikami obciążającymi fryzurę?
Tyle pytań szalało w głowie Kimiko na wzór iskier wykrzesywanych przez wyobraźnie. Gasły szybko, ustępując miejsca nowym mrzonkom. Wchodziła bowiem też w skóry białych olbrzymów o wielkich stopach. Między innymi człowieka, który gościł u taty, prosząc o możliwość s f o t o g r a f o w a n i a pięcioletniej wówczas Kimiko na tle kwitnących wiśni. Stała cierpliwie w odświętnym kimono, a wąsacz komplementował ją, dzierżąc w dłoniach dziwne pudło składające się jakby z „oka” i miechu. Prawdopodobnie do dziś kopia tego czarno-białego malowidła oprawiona w bambusowe ramy spoczywała w biurze ojca. Podobały się też Kimiko owe pulchne damy odziane od stóp do głów w czerń, które o dziwo szczyciły się swą samotnością, a brak męża wetowały sobie opieką nad sierotami i nauczaniem ich nowomodnej wiary.
Zaróżowiona na policzkach od snucia refleksji i marzeń wróciła wreszcie na ziemię, zabierając się za co wieczorne obowiązki. Wpierw wyjęła z szafy nową bieliznę pościelową, a starą wyrzuciła do kadzi z wodą w przyległej do pokoju komórki. Pościeliła łóżko, uklepała poduszkę, położyła ją na drewnianym klocku. Zapaliła jeszcze kilka świec. Zwykle nie musiała marnować wosku, lecz czuła, że dziś nie da rady utrzymać w powietrzu wyczarowanych płomyków. Przypływ szczęścia zaliczał się do namiętności. A każda namiętność, czy to pozytywna, czy negatywna, gubiła. W umyśle dziewczyny odbijały się jako echo nauki, wedle których tylko wyzbycie się emocji pozwoli osiągnąć wybawienie z kręgu życia i śmierci. Stojąc nago obok bali z brudną pościelą, wylała na namydloną skórę kolejną porcję letniej wody z wiader, które Omi w swej uprzejmości zawsze po południu napełniał. Patrzyła na wir znikający w dziurze w podłodze, a zaraz potem przerzucała wzrok na rysujące się dość wyraźnie żebra i malejące z tygodnia na tydzień pączkujące dotąd piersi. Efekt osiemdziesięciu pięciu dni poszczenia. Odmawiała jedzenia zbóż, zadowalając się korzonkami i gotowanymi warzywami. Od paru lat poddawała się tej praktyce, zyskując podziw u reszty kleru. Także ojciec był z niej dumny, bo mimo głodu nie zaprzestała treningów. Uważano, że to dlatego smoczy dar – ogień – uaktywnił się w siostrze pochodzącej z barbarzyńskiej Japonii. Każdy smoczy wybraniec pracował nad zdobyciem swego daru, czy to przez czytanie tekstów, czy ciężką pracę na polach bitewnych. A mniszka zapewniła sobie przychylność Niebios, przepisując Sutrę Lotosu w intencji zbawienia myśliwych polujących w tych lasach na niewinne bażanty, spożywających ich mięso, niedochowującym wierności żonom. Dwa razy do roku przepisywała sutry, wcześniej oczyszczając się całkowicie, lecz obrzędy te trwały nie dłużej niż pięćdziesiąt dni. Tym razem jednak postanowiła podwoić tę liczbę. Głodówka oswobadzała z kaprysów ciała, pozwalając rozwinąć skrzydła duszy i umysłowi.
Dzięki smoczej mocy trzymała się nieźle, choć faktycznie, często musiała zwolnić tempo na treningach, w przeciwnym razie kręciło jej się w głowie. Na przykład po południu, w ostrym słońcu, nie wytrzymywała tempa ćwiczeń. Jednak czym jest jej zadowolenie – zwykłej dziewczynki – wobec wielkości czynów dziejących się w małym pokoiku? Dokonywane przez nią ablucje procentowały.
„Bezbożnicy nawrócą się i już nigdy nie skrzywdzą ptaków ani żon”.
Żeby tak się stało, Kimiko musiała się poświęcić, bo na tym polegało życie kobiet – na poświęceniu. Dziś pomaga ludziom uniknąć kar piekielnych, jutro będzie usługiwać rodzinie męża. Dzięki temu ona sama przejdzie na wyższy poziom oświecenia. Wysławianie niewzruszoności wobec przeciwności i pogarda dla pragnień są najwyższymi przejawami moralności. Zadrżała jednak na myśl o wypadku. Smok Wody określał go jako niewinny, ale ona naraziła malca na większe niebezpieczeństwo niż byle przecięty policzek. Jutro rano porozmawia z Fungiem, żeby zwolnił ją z walki wręcz z kimkolwiek na okres ostatnich dwóch tygodni.
Z ochotą kopiowała ideogramy, stawiając na ryżowym płótnie delikatnie poprowadzone kreseczki i załamania. Energicznie rozcierała tusz w kostce, dopóki nie zgęstniał, przybierając barwę obsydianu. Nie skarżyła się na bolące oczy czy przeciążone głodem i ćwiczeniami mięśnie. Walczyła ze słabościami, każdy znak dopracowując z należytą starannością. W namaczaniu pędzla i wypełnianiu białych plam czuła, jak mądrość płynąca z nauk nabiera realnych kształtów, koi strapione serca, odmienia życie myśliwych, przynosi pokój.
„I to moja dłoń pośredniczy w cudzie”.
Niemal widziała, jak dwadzieścia pięć napisanych egzemplarzy Sutry Lotosu trafia do pałacu Smoczego Króla. Inaczej niż w podaniu o świętokradcy, który kopiował ją z nieczystym sercem, bo jadł w tym czasie ryby i chadzał do domu kwiatów, w efekcie czego tusz z papieru porzuconych tekstów zlał się w czarną rzekę, a po śmierci zły człowiek trafił przed sąd, gdzie duchy podziemia porąbały go na kawałki.
Zapełniła ostatnią linijkę. Popatrzyła na swoje dzieło pod kątem, w mdłym świetle świec rozkoszując mieniącą się siatką gęsto postawionych znaków. Ziewnęła głośno. Wstała z podłogi, zawinęła nowy egzemplarz Sutry Lotosu i odstawiła z namaszczeniem do jednej z dziesięciu skrzyneczek stanowiących własność jej ojca.
Mnisi nie posiadali niczego swojego.
Z sąsiedniej skrzynki wydobyła niedokończoną robótkę z lawendowego aksamitu i turkusowego jedwabiu. Z pobożnej mniszki natychmiast przeobraziła się w cnotliwą pannę młodą. Fascynacja ojca zwyczajami Chińczyków wykraczała daleko poza zainteresowanie przeciętnych krajan, dlatego też nakazał córce na podobieństwo zachodnich sióstr szyć z myślą o posagu. Ponadto w wymianie korespondencji podkreślał, że praktycznie cały okrąg, z którego pochodzi narzeczony, „oślepia doskonałość w tradycji i mądrości naszych wielkich braci”. Kimiko nie pozostawiono wyboru. Oczywiście Chinki szyły z konieczności; pościele, kołdry, zasłony, apaszki, chustki do nosa i ubrania, które wykonały w narzeczeństwie, służyły im potem już jako mężatkom oraz wdowom. Nawet szaty ślubne musiały wyjść spod palców narzeczonej, co oczywiście wiązało się z demonstracją umiejętności artystycznych i technicznych młodej kobiety. Kimiko nie szyła z konieczności – szyła, by zadowolić ojca. Posługiwaniem się igłą i nicią uczyły ją pokojówki, potem stara Wang, a ostatecznie kobiety z wioski.
Analizowała tak sens swego życia, a wtem igła wbiła się w palec, ale dziewczyna zauważyła to dopiero, kiedy na jedwabiu wykwitła plamka szkarłatu. Zerwała się szybko z podłogi i weszła do komórki, gdzie wcześniej się myła. Zamoczyła skrawek chustki w zimnej wodzie. Tarła ostrożnie, ale krew wsiąkła na dobre. Żyłka na czole zapulsowała niebezpiecznie.
Nienawidziła, jeżeli coś działo się przeciw niej. Już miała podrzeć robótkę, jednak po chwili zabrzmiał wewnętrzny instynkt, napominający, że złością niczego nie osiągnie, gdyż należy się ćwiczyć w cierpliwości. Oddychała zatem, koncentrując negatywną energię wyzwalaną przez drobne złości, przesuwając ją z ośrodka w mózgu wzdłuż kręgosłupa, następnie rozpraszając to rozdrażnienie po kościach nóg, aż do stóp.
Z czystym umysłem raz jeszcze przyjrzała się chustce, tym razem pod pomarańczowe promienie świec. Dwie splecione ze sobą chryzantemy błyszczały ślicznie, lecz szpeciła je krew tuż przy niedokończonym płatku mniejszej z nich. Uświadomiła sobie, że jej „talent” w materii kobiecych czynności w żadnym razie nie równał się pięknym, regularnym siegom nauczycielek. Chociaż musiała równocześnie przysposabiać się do roli mniszki i żony, serce szło za drogą oświecenia. Ale nie umiała sprzeciwić się ojcu, który wymagał, by przy licznych zajęciach poświęciła przynajmniej godzinę na ozdabianie chustek prostymi motywami kwiatów bądź liści. Rzecz jasna nikt nie wymagał, aby własnoręcznie robiła kołdry czy ubrania, a już na pewno suknię ślubną, to byłoby ewidentne zmarnowanie cennych jedwabi i aksamitów. Ojciec poinformował niedawno, że złożył zamówienie u słynnej krawcowej mieszkającej w Kadze, do córki zatem należało tylko szycie ozdobnych chust, na których przygotowanie wysyłał co miesiąc materiał.
– Chłopcy mają zdecydowanie łatwiej.
Z naiwną złośliwością pomyślała, że kiedy narzeczony ujrzy zakrwawioną chustkę, wyobrazi sobie, jak bardzo angażowała się na początku ich wspólnej drogi.
„Będzie dla mnie milszy!”
Z pieczołowitością dołączyła gotowy haft do rosnącej z roku na rok kolekcji innych, dochodząc do wniosku, że tak czy siak, wystawienie tych brzydactw w dniu wesela na widok publiczny, skompromituje ją tylko. Nieporadne kształty, krzywe ściegi, nieokrzesany dobór kolorów…
„Wstyd!”, zaśmiała się, niemal widząc minę ojca. „Ot, takie małe rozczarowanie”.
Natychmiast złapała się za głowę. Skoro tylko do głosu dochodziła buntownicza część natury, szybko musiała odgrzebać siłę woli, by ją stłamsić. Przypomniała sobie nieostrożne słowa wypowiedziane przez Claya na dziedzińcu. Rozwód. To straszne choćby myśleć o podobnej hańbie. Ojciec przetrzepałby córce skórę, gdyby naraziła rodzinę na taki wstyd.
Zamknęła wieko skrzyni. Klęknęła przed ołtarzem służącym za podest dla niewielkiej figurki bogini miłosierdzia Kuan-in, której co wieczór polecała nieczyste dusze myśliwych, a dla siebie wypraszała, by rezultaty jej pracy przysporzyły życzliwość teściów.
„I błagam, niech mój mąż mnie kocha. Niech mnie nie bije. Ani nie krzyczy. Niech teściowa się ze mną zaprzyjaźni, a teść szanuje. Proszę cię, proszę cię…”, wznosiła modły, ceremonialnie uderzając czołem o podłogę.
Wstała z klęczek, skinieniem palca zgasiła wszystkie dopalające się świece, zostawiła otwarte okno i wślizgnęła pod kołdrę.
Okres upałów faktycznie mijał; przyjemny aromat wypełniał pokój. Kimiko obróciła się na brzuch, podnosząc oczy. Zza geometrycznie zaprojektowanej kratownicy dostrzegła wznoszącą się górę Song. Chmury odsłoniły pękaty księżyc. Wydobył z mroku biel skóry małej marzycielki. Myśli mniszki popłynęły wraz z potoczystym, zimnym światłem do lasu.
„Las Smoka życzy mi dobrej nocy”, stwierdziła, odczytując w szumie liści łagodne pozdrowienie. „Król Smoków ukrywa się w nim. To smutne mieszkać samemu w lesie, tak jak ja mieszkam tutaj… Kocham moich braci mnichów, chcę kroczyć drogą wojowniczki, ale bez używania przemocy… Zresztą jakie to ma znaczenie? Nie umiałabym żyć jak pustelnik… Królu Smoków, proszę, nie krzywdź mieszkańców wioski ani nas. Ta wojna szybko się skończy, obiecujemy ci.”
Wtuliła się w poduszkę, przymykając oczy.
Z radością poddała się wizji przystojnego władcy, który na jej oczach zmienił się w mitycznego stwora, po czym zabrał Japonkę na przejażdżkę na swym grzbiecie do krainy nieznającej konfliktów, gdzie śmierć nie ma racji bytu, a obowiązki, pokora i posłuszeństwo wobec ojców, mężów i synów znaczą tyle, co brzęk skrzydeł owada wpadającego w pułapkę muchołówki.

18 komentarzy:

  1. Sis, jak możesz mnie tak denerwować? xd Co ja Ci zrobiłam, no co, że wystawiasz mnie znów na takie próby... xd Jak czytam ciągle o tym narzeczonym to się tak denerwuje strasznie, i żeby nie wybuchnąć, wmawiam sobie, że to pewnie taka zmyśla tylko i tym gościem okaże się Czesław... Łudzę się tą lichą nadzieją...
    Fajny pomysł z tą wojną. Czuć wgl odmienność świata. Niby Xiaolin, ale jednak są zmiany wprowadzone, więc taką alternatywę mocniejszą czuję. Nawet Omi i Kimi wydają się postaciami o kompletnie innych charakterach, tylko ten Clay i Rai są tacy kanoniczni. ;p Wgl moje każde zmysły były wyczulone, jak Radosław się wypowiadał... Doszukiwałam się z przywyknięcia raikimowych sugestii, że rai coś ten teges do Kimi i czytałam jak na szpilkach. xd Na szczęście, uf, nie było! Cieszę się, że nie robisz zboczonych mistrzów, i że tata Kimi dba, by jego małej nie brakło aż tyle luksusów. Zauważyłam też, już w trofeum, jak przesiąkasz czytaniem tych chińskich, japońskich książek. Wszędzie widze ślady inspiracji, zwłaszcza te od buddy. xd No ale taki był Twój zamiar, by zrobić to mega chińskie, ja wontów nie mam, przy okazji od czytania tej lektury pogłębi mi się wiedza. xd Także wiedz, że wychodzi Ci realizowanie założeń.
    No, ciekawe co będzie dalej. Zamierzasz wypuszczać mnichów na front, skoro taką wojne poruszyłaś? Bedą jakieś bombowce, szturmowcy? Heylin wojsko, Hannibal? Wuya? Jack i jego roboty? OC - las smoka - pokaże jakieś nadnaturalne zdolności przy świadkach? :x

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kimiko będzie bardzo przykładna zasadom, ale postaram się, aby zachować w niej ten ogień i żeby nie była introwertyczką. Xd A zauważyłaś, że teraz to Omi poprawia błędy językowe? Xd I ten, oni będą trzymać sztamę (chyba wu siedzi mi w głowie), bo Azjaty i wgl.
      Żadne sraikim. To musi być chamiko spełnienie, acz nie bez problemów.
      Taa, chciałam, żeby klasztor był realnie taką ostoją przyzwoitości. A Kimi wyszła z kochającej, choć surowej rodziny.
      Oj, sis, nie traktuj tego bloga jako jakiejś kopalni wiedzy. Naginam tu czasoprzestrzeń 😂
      Las jako OC... to już wiem, czemu nie lubisz czytać o lesie xd OC takie be...xd
      Mówiłam, żadnego naciągania fabuły bardziej niż to konieczne. To musi być syntetycznie skonstruowane opcio, które mam zakończyć dokładnie za rok.

      Usuń
  2. Brak ognia nie oznacza, że jest źle. A już ja wiem, jak Ty ten ogień wprowadzisz... Pamiętasz jak na iw nagle nadałaś Kimi buntowniczych cech? I co wyszło? Ludzie narzekali jej bunt i wymądrzane sie przy Chasie. xd Dlatego po prostu... bądź ostrozna. Nic nie jest zakazae, ale miej na uwadze pls, żeby sie nie powtarzać... xd
    To fajnie, jak mają mieć sztame. xd Lepsza sztama miedzy nimi, niz zeby Kmi miała ja ze sraem.
    Nie da sie. Robisz tu discovery xD walić czasoprzestrzeń. xD
    Nie noo, nie to że nie lubię czytać o lesie. Zwracam Ci tylko delikatnie uwagę, żebyś nie obdarowywała go taką uwagą i taką miłością przez cały czas, bowiem cały 1 rozdział był o nim i wiesz.. xd No chyba, ze tak ma być w założeniu blog, a chamiko to takie postacie uzupełniające. Tak też ludzie piszą. ;p
    Taki challenge sobie postawiasz? xD Oj, sis... no będę trzymać kciuki, ale wydaje mi się, że juz trochę Cie znam... xd Ale jak Ci się uda, to bede klaskać. Mnie takie rzeczy nigdy nie wychodzą. :x

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie gwarantuję, że jakieś iw motywy się nie powtórzą, ale chcę zrobić tak, by była to zupełnie inna historia, oryginalniejsza. xD
      Taką sztamę trzymają, że lubią się policzkować...xd
      Oj no, żadnego Discovery ani National Geographic. xD to czysta fikcja literacka!
      Las Smoka jest Czymś dla szczególnego Smoka...xd a może nie Tego Smoka, a innego.
      Planu zwykle szlag trafiają, ale i tak spróbuję być świadomą autorką xf

      Usuń
  3. Podoba mi się świat jaki stworzyłaś, a właściwie jaki zapożyczyłaś, bo przecież nie jest on od początku do końca wymyślony przez ciebie. W Chinach tak kiedyś było (dobrze kontaktuję? jesteśmy w Chinach, a nie Japonii, nie?). Obiło mi się nawet o uszy na lekcjach historii, to obwiązywanie dziewczynkom stóp, by za daleko od domu nie odeszły (by ojcom i mężom nie uciekały). Natomiast irytują mnie te magiczne wstawki, ja nie przepadam za taką czarodziejską fantastyką. Lubię mistycyzm, nierealne stworzenia, jakieś religijne wątki, nawet pewnego rodzaju paranormal czyli spełniające się sny itd, ale już wyczarowywanie wody, ognia czy innych dziwactw kojarzy mi się z takimi bajkami, coś jak z HP.
    A ponieważ lubię jak się tworzą relację międzyludzkie w opowiadaniach, to wyczekuję rychłego pojawienia się męża :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie do końca zapożyczony świat. Wzięłam sobie tylko bohaterów (ale zupełnie zmieniłam ich historie), a także miejsce akcji (o którym to musiałam trochę poczytać, ponieważ pierwowzór nie dostarczał interesujących mnie informacji). Tych chińskich i japońskich (głównie chińskich, Japonii tu tyle co kot napłakał) realiów też nie wzięłam z oryginału, sama musiałam ich wyszukać. Blog to w ogóle wynik moich czysto hobbystycznych dociekań. ;D

      Też nie przepadam jakoś wybitnie z fantastyką (jedynym wyjątkiem był, jest i będzie zawsze właśnie Harry Potter ;D). Magiczne element tworzą mi tu tylko tło, więc spokojnie, nie mam zamiaru rozwlekać się przy nich bardziej niż to konieczne. Bohaterowie akurat posługują się żywiołami, które zakorzenione są mocno w chińskiej kulturze (oprócz 4 podstawowych są jeszcze żelazo i drewno, ale tu już wchodzimy na grunt magii Yin Yang, ale w ten obszar wolę się już nie zagłębiać xd).

      Uu, relacje między ludzkie, to świetnie, bo ja to kocham i będę mocno rozwijać. :D

      Usuń
    2. Ja myślę, że Darkowi właśnie chodziło o to, że zapożyczyłaś świat z historii, z przeszłości, a nie z jakieś kreskówki/mangi.
      Ja tworząc "Prawdziwą Legendę" wzorowałam się na starożytności, ale wzorowałam się na różnych kulturach, z każdej biorąc coś, coś pomijając, coś dodając od siebie. Zaś tworząc "Zostaw uchylone" skupiłam się na tym jak naprawdę wyglądało życie we Włoszech i Hiszpanii na początku XX wieku. Zapożyczyłam więc ten świat jaki stworzyłam (nie licząc bohaterów, chodzi mi o kulturę i poglądy społeczne, życie rodzinne) od Włochów i Hiszpan tego XX wieku.

      Usuń
    3. Mam takie wyczulenie, co poradzić? :D Jednak pisanie fanfika jest sztuką, bo trzeba stanąć na głowie, by był on jak najmniej fanfikowaty, a zrozumiały i klarowny (dlatego też nie zgadzam się z panującym stwierdzeniem, że są one z gruntu łatwiejsze i gorsze od autorskich opowiadań).

      Hm, widzę więc, że masz podobną awersję do pisania w polskich, współczesnych realiach?
      Sama dawno temu pisałam opko osadzone w radzieckich. xD

      Usuń
    4. Nie do końca się z tym zgodzę, bo nie wszystkie FF są pisane dla osób, które nie znają kanonu. Te które są pisane dla tych co znają historię są z założenia prostsze, bo charakter już jest, miejsce jest, nie trzeba niczego wymyślać samodzielnie. Jest też FF o gwiazdach, te banały pisane przez nastolatki i dla nastolatek... Więc nie każde FF jest jakieś górnolotne i o czymś, większość z tych na które trafiłam była o niczym.

      Usuń
    5. No niestety rzadko kto się sili na oryginalność, nowatorskie podejscie do tematu, dbałość o język, spójność fabuły, złożoność postaci i tak dalej. Jednak nie jest to wyłączny problem fików, bardziej opowiadań początkujących autorów. Dlatego też boli mnie ta łatka stawiana odgórnie każdemu ff. Często można stracić szansę przeczytania interesującej historii.
      Imo do każdego fandomu da się podejść w sposób dojrzały i oryginalny, cierpliwie tłumacząc niuanse uniwersum. Kiedy zaczęłam pisać Inną Wersję (ten sam fandom) jedni chwalili za powiew świeżości, bo nieskromnie mówiąc czegoś TAKIEGO jeszcze nie było, a inni szykowali mi stos za skandaliczne treści i zniszczenie dzieciństwa. Niektórzy chyba do dziś chcą mnie spalić, ale z innej przyczyny (za to jakie akcja obrała tory). ;D
      W każdym razie, wiele już wymyślonych postaci kryje w sobie olbrzymie pokłady potencjału, który warto wykorzystać i wydobyć na grunt opowiadania.
      Więc kto wie, może znajdzie się kiedyś autor piszący sensownie o gwiazdeczkach Disneya...xd

      Usuń
  4. Czegoś tu nie rozumiem. Ona ma w sobie smoka, tak? Czy nie ma? Czy tylko ojciec ją wysłał do klasztoru w jakimś konkretnym celu? Inna sprawa, że nie rozumiem tego celu, bo czego mogą ją nauczyć chłopcy, jeśli ma się kształcić w byciu posłuszną żoną? Czegoś mi tutaj brakuje, jakiegoś logicznego wyjaśnienia, w które byłabym w stanie zawierzyć. Póki co jest to za grubymi nićmi szyte. Jeśli jednak dziewczyna ma w sobie smoka, to znaczy, że jest z tymi chłopcami na równi, więc po cholerę oni ją traktują tak z góry, zwłaszcza, że nie są jednej kultury i narodowości?
    Jak widzisz, czepiam się :)
    No ale tylko na początku, na koniec dodam, że ubawiłam się przy wymianie korespondencji i dopytywaniu dlaczego nie wolno jej spać z chłopcami w jednej sypialni. Potem jednak posmutniałam, gdy zrozumiałam jak ona bardzo czuje się przez to wyobcowana, odsunięta od wielu spraw.
    Chciałabym też już poznać szanownego małżonka, jego charakter i jego rodzinkę. Ciekawi mnie czy modlitwy dziewczyny zostały wysłuchane, czy bogowie je zignorowali.
    Dodam też, że las kojarzy mi się z moją "Prawdziwą Legendą" i lasem strzeżonym przez Strażniczki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mądre pytania. Przy okazji odpowiadania na nie, chcąc nie chcąc, poruszę trochę więcej kwestii, bo tak rozkminiam, co tu jeszcze mogłoby budzić Twoje wątpliwości. :D

      No to: Kimiko w klasztorze odkryła w sobie smoka (właściwie żywioł ognia, nikt tu smokiem nie jest), ale nie to było celem jej taty, kiedy ją tam posyłał. Taki klasztor to dość surowe miejsce, gdzie mocno kładzie się nacisk na opanowanie, dyscyplinę, żelazną wolę, doskonalenie umysłu itp. A Xiaolin/Shaolin słynął już z takiej renomy, kiedy u nas rządzili Jagiellonowie. Ponad to Japończycy od wieków zachwycali się „wielkimi braćmi z zza morza”, przejęli po nich praktycznie cały dorobek własnej kultury (wiadomo, zmodyfikowali i dodali coś tam od siebie). Często też odbywali pielgrzymki do Chin, właśnie do obiektów buddyjskich.

      Ojciec bohaterki jest tu absolutnym fanem Chin i żarliwym buddystą (wspominałam w pierwszym rozdziale), dlatego chciał, aby córka wytrenowała umiejętność skrywania emocji (np. złości i zazdrości, bo przecież „prawdziwa dama blablabla”) oraz rozbudziła w sobie ekstremalnie głęboką pokorę do stojących wyżej w hierarchii (ojciec, teść, mąż, nawet synowie) i miłość do Buddy. A ponieważ można się domyśleć, że pieniążków tatusiowi nie brakuje, posłał swe dziecię do „szkoły z internatem”. ;D + co do korespondencji (fajnie, ze się uśmiałaś :D), zauważyłaś, że mimo to, ojciec zakłada pewne niebezpieczeństwo, bo mnisi pomimo tej swojej duchowości mogą czyhać na cnotę córeczki.
      Ale cóż, regularnie dostarcza pieniędzy z wynajmowania oddzielnego pokoju (plus jakiś mały datek, coś jak u nas ofiara na tacę), więc pokłada nadzieję, że jest bezpieczna. No, to chyba tyle.
      Jak coś pytaj śmiało. :D

      Hahah, Kimiko uczy się z edukacyjnych książek xD I od kobiet z wioski (będzie z nimi scena w następnym rozdziale – taki niegroźny spojler. A wcześniej miała starą mniszkę, która umarła), bo wbrew pozorom klasztor nie jest aż tak zamknięty na świat zewnętrzny.

      Kwestia małżonka (właściwie jeszcze narzeczonego) pojawi się już w następnym rozdziale („jeszcze mniejszy” spojler :D)

      Uu, to może Cię zainspiruję, abyś jak najszybciej wracała właśnie na Legendę. ^ ^

      Usuń
    2. Własnie ostatnio się nawet wzięłam za poprawianie tej "Prawdziwej Legendy" i myślę, że... że... jest szansa na to, że jeszcze w tym roku, pod jego koniec, zacznie być publikowana (najpierw "Na kartkach pamiętnika" i "Się nie zdarza").

      Usuń
    3. Koniec roku? To, niech no spojrzę na kalendarz, prawie rok! ;Q

      Spoko, uzbroję się w cierpliwość. Tak po prawdzie do czerwca nawet nie mam czasu czytać blogów, które od dawna już obserwuję (a jest ich w wuj). Chlip.

      Usuń
  5. Witam :D
    W końcu czas do mnie przybył i mogłam na spokojnie poczytać sobie o moich ulubionych mnichach :3
    Rozdział na bardzo wysokim poziomie, zresztą jak poprzedni. I nie trzymasz się tak sztywno zasad kreskówki, charakterów postaci, choć i tak w dużym stopniu przypominają mi oryginały, choćby Clay czy Raimondo. I mi się to podoba, szczerze powiem, bo jest bardziej poważnie, realistycznie i w ogóle ;)
    Biedna Kimiko, samotna, smutna, i moim zdaniem bez prawa wolnej woli, co jest chyba największą kradzieżą! Mam nadzieję, że uwolni się ona z tego świata i zazna szczęścia. I wiem, że jeszcze nic nie było o jej przyszłym małżonku, ale już go nie lubię. Dziwne i bezsensowne, ale... cóż. Do ojca Kimiko również nie pałam specjalną sympatią :/
    Zadziwiło mnie zachowanie Omi'ego :o nigdy bym nie pomyślała, że ten maluch mógłby kogoś, zwłaszcza dziewczynę, siostrę, uderzyć.
    Bardzo mi się też podoba, to że czas akcji osadzony jest, gdzieś w przeszłości XIX/XX w.? Idealnie to pasuje do klimatu jak i dróg bohaterów, zwłaszcza Kimiko. Tak strasznie mi się smutno robiło, gdy o niej czytałam :(
    Żywię nadzieję, że wkrótce zacznie się coś dziać, a Kimiko, coś czuję, że się zbuntuje, ale pozna Young'a ;3 OH! Nie mogę się doczekać :3
    Opisy, jak już wspominałam pod poprzednim rozdziałem, budujesz bardzo obrazowo i poetycko, mogłabym rzec, co mi osobiście trafia w sam środeczek środka gustu ;3 z łatwością przeplatasz je z emocjonalnymi, a nawet zdają się one być jedynie tłem do opisywanych emocji, co mnie urzeka :)
    Nie mam pojęcia, co jeszcze mogłabym napisać. Ogólnie wszystko mi się podobało, naprawdę :)
    Znalazłam jedynie takie cos:
    "W upalne dni wraz z przyjaciółmi szła często do Lasu Odlatujących Żurawi" - wydaję mi się, że powinno być "(...) często chodziła(...)", lepiej brzmi i jest poprawniej ;)
    Czekam na kolejny rozdział :)

    Pozdrawiam ciepło i weny :)
    anielskie-dusze.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa! :D Bardzo sie staram, by było moja wizja pasowała do kanonu, ale nie trzymała się go nie wiadomo jak bardzo. Lubię usuwać niedojrzałe elementy na rzecz bardzo, bardzo dla dużych dzieci... xD
      Omi uderzył Kimi, bo w tym wieku ma do tego takie jakby prawo. :c I nikt, w tym ona sama, mu tego nie wyrzucą. Ale to nie znaczy, że sie nie przyjaźnią, po prostu taka mentalność.
      Pan Young rozweseli Kimiko... xD

      Usuń
  6. Polubiłam główną bohaterkę :D Może jestem dziwna, ale ja bardzo lubię takie historie o aranżowanych małżeństwach i życiu w izolacji. Nie wiem doprawdy, co z tego wyniknie, mam nadzieję, że mnie zaskoczysz. Ale na razie jestem w stanie się utożsamić z Kimiko , która jest naprawdę żywa i aż mam ochotę sobie machnąć jakiś spoiler, ALE NIE (pewnie i tak to zrobię, ale będę dzielnie udawać haha).
    Co do pozostałych bohaterów, to nie mam jeszcze zdania, nie jestem w stanie określić ich znaczenia dla fabuły. Skoro jednak nie poświęciłaś im na razie za dużo miejsca, to chyba aż tak nie będę się przejmować.

    Więcej chyba nie będę pisać, ale czasami gubię się w tych wszystkich nazwach. Mam nadzieję, że to po prostu początki i po jakimś czasie będę w tym świecie czuć się jak u siebie.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest nas dwie! xD Miło, że utożsamiasz się z bohaterką.



      Za niedługo dojdziesz do fragmentów, w których redukuję bohaterów do 2. Wierzę, że mogło Ci być trochę ciężko, ale spokojnie, staram się pisać tak, aby nieznający kanonu dość szybko się połapali.

      Usuń