poniedziałek, 27 marca 2017

Rozdział 3



Przynajmniej raz w tygodniu Kimiko schodziła do najbliższej, a zarazem największej z wiosek u podnóża klasztoru, odwiedzając kobiety wliczające się do wspólnoty zaprzysiężonych sióstr. Zgrupowania te spajały węzłami wiecznej przyjaźni gospodynie urodzone tego samego roku. Latami celebrowały zainicjowaną przez matki znajomość przy wspólnym gotowaniu, szyciu i plotkowaniu. Na wyraźne życzenie opata dziewczynie w przeprawianiu się przez trakt towarzyszyli pozostali Smoczy Wybrańcy, a w ostatnich latach przyłączali się do nich co bardziej ciekawscy mnisi znużeni siedzeniem w świątyni. Zaglądanie do wioski celem przypatrywania się życiu codziennemu narodu, który w przyszłości mieli chronić i który mógł im napełnić kieszenie owocami grubo posypanymi palonym cukrem, rysowało się w umysłach małostkowych, znudzonych chłopców jako najwyższy obowiązek i przyjemność w jednym. Sprawiedliwe wydawał się podział obowiązków: mnisia brać kręciła się po okolicy, a ich siostra pobierała nauki gotowania od szanownej pani Sui.
Wilgoć wciskała się do kuchni wszelkimi możliwymi zakamarkami i szparkami między parapetem a okiennicami. Mimo panującej od dwóch dni jesiennej słoty w pomieszczeniu panował gorąc. Japonka kucała na ławie przy żeliwnym kotle postawionym na palenisku, marszcząc nos od słodko-kwaśnej woni potu. Nie zniwelował go zapach gotowanych liści kapusty.
– Nareszcie spadł deszcz – gdakała pani Sui, wkładając do wrzątku resztę warzyw posiekanych przez młodą uczennicę. – Szepnijcie dobre słowo bogom, żeby trwały nieco dłużej niż rok temu. Susza zniszczyła nam część upraw na południu.
– Dobrze, zrobię, jak prosicie. – Odwzajemniła się promiennym uśmiechem, choć w sercu ledwie tłumiła krytykę względem pani Sui ustawicznie obrastającej w biały tłuszcz.
Najbardziej wpływowy człowiek w wiosce – pan Sui – uprawiał żyzne pola rękami dzierżawców, dzięki czemu jego żonie niczego nie brakowało, podczas gdy biedniejsza część społeczeństwa w powiecie łaknęła przynajmniej miseczki soczewicy w najtrudniejszych czasach. Zeszłej zimy aż do wiosny klasztor dostarczał pożywienia cierpiącym głód wioskom. Pomimo zaangażowania w akcje charytatywne na rzecz narodu blask świetności buddyjskiego ośrodka przygasał – ludzie przestawali wierzyć w opiekuńcze duchy, a nieprzychylne władze panoszące się w stolicy nakładały na świątynie coraz wyższe podatki.
Kimiko zabrała się za ścieranie papryki na pastę, a wtem do kuchni weszła córka gospodyni, stukając irytująco modnymi, cudzoziemskimi bucikami na obcasach.
– To wy! Nie słyszałam, jak weszliście! – krzyknęła radośnie na widok mniszki z klasztoru górującego nad ich domem.
Przysiadła się do Smoka Ognia, posyłając matce wściekłe spojrzenie.
– Ruling, gdybyś nie spędzała całych dni przy książkach, tylko była tu teraz ze mną i mi pomagała, nie przegapiłabyś przybycia czcigodnej mniszki – fuknęła kobieta, odpłacając się karcącym wzrokiem. – Nawet nie zawiązałaś koka, czy ci nie wstyd?
– Matko, trzymasz w domu trzy służące, ale żadna nie wyręczy cię w domowych obowiązkach – zaoponowała młodsza, nie przywiązując wagi do krytyki pod adresem niedbale rozpuszczonych włosów. – Masz za miękkie serce.
Brwi pani Sui, wyskubane na wzór zarysu skrzydła, wystrzeliły ku górze.
– Coś takiego! Przed wyjazdem mówiłaś dokładnie na odwrót! Zmieniłaś zdanie? Zwiedziłaś parę miast na wybrzeżu i uważasz się za wielką rewolucjonistkę – zakpiła. – I zepnij te kłaki!
Ruling nie straciła panowania nad głosem brzmiącym niczym dzwoneczki używane przy obrzędach ku czci Buddy.
– Matko, płacisz srebrem, by te leniwe krowy mieszkały tu na nędzną pokazówkę. Zwolnij je.
– Oszalałaś, dziewczyno! Przyjęłam je jako córki mych sióstr!
Kimiko wstała, nie chcąc uczestniczyć w kłótni pokoleń. Należało unikać negatywnych emocji, ponieważ zatruwały serce, a swary zwykle szykowały miejsca o wiele gorszym grzechom niż gniew i nieposłuszeństwo. Lecz Ruling złapała ją mocno za dłoń, ciągnąc z powrotem na miejsce.
– Wasze nadgarstki są takie chudziutkie – okazała troskę, ucinając sprzeczkę z matką.
Wojowniczka wyrwała się córce gospodyni, chowając ręce między kolana, aczkolwiek nie sprzeciwiła się obłapianiu przez nią jej słodkiej buzi i ubrania.
– Smoki Xiaolin noszą się naprawdę postępowo. – Przejechała wypolerowanymi paznokciami po obcisłych spodniach gościa. – W Szanghaju mężczyźni padliby wam do stóp.
– Ruling! – Zlekceważona pani Sui pogroziła drewnianą łyżką. – Już ja dobrze wiem, co wyprawiałaś z tym znajomym z południa. Nowe czasy czy nie pod dachem przodków nie pozwolę na bezeceństwo! Czcigodną mniszkę nie męczą brudne myśli!
Córka zachichotała, uderzając się po udzie, zupełnie nie przejmując się zgorszeniem sianym pośród sąsiadów.
– No tak… jeśli wyjdzie za mąż, zapozna się z brudem dostatecznie – odparła beztrosko.
Dziki skurcz wykrzywił twarz matki. Mimowolnie parsknęła, chowając roześmiane usta za rękawem koszuli. Nagła zmiana atmosfery sprawiła, że Japonka odetchnęła z ulgą, z drugiej strony nie pojmowała dowcipu koleżanki. Nie chcąc wyjść na niedouczoną, szczebiotała wraz z kobietami niby dziecko ot tak cieszące się wraz z dorosłymi. W fortunnym przypływie wesołości pani Sui obiecała zastanowić się nad przetrzebieniem szeregów służby i odesłaniem najbardziej gnuśnych dziewcząt do domów, zaś Ruling zaproponowała nafaszerować rybę.
– A co się tyczy włosów, zamierzam je ściąć, tylko nie wydajcie mnie przed matką – wyszeptała Japonce na ucho. – Wplatanie świecidełek i wstążek we fryzury to taki staroświecki zwyczaj, prawie jak bandażowanie stóp. Kobiety na prowincji są zacofane. Na wybrzeżu żadna się tak nie czesze. – Obejrzała się konspiracyjnie na odwróconą plecami panią Sui znaną też w okolicy z czarnych, lśniących włosów zachowanych w doskonałym zdrowiu pomimo upływu lat.
Kimiko ukuła zadra przykrości. Osobiście uwielbiała gruby kok matki dziewczyny owinięty wokół dwóch srebrnych szpul zwieńczonych ametystowymi kuleczkami. Ruling natomiast ubierała się na południową modłę – w kolorowe sukienki wycięte po bokach, obnażające uda, z wysoko stojącymi kołnierzami. Odstawiła spinki, a usta malowała jaskrawą szminką, tymczasem pani Sui ograniczała się do maleńkiej kropki purpury kolorującej dolną wargę.
– Zero perspektyw w Henanie – trajkotała dziewczyna. – Czcigodna mniszko, tak wam zazdroszczę. Wy lada moment wrócicie do domu, do Tokio, a my będziemy się tu dusić, aż zapuścimy korzenie jak te obmierzłe lasy obok… – westchnęła teatralnie. – Matko, powinniśmy się wynieść, choćby do Pekinu.
– Mowy nie ma, od piasku z pustyni sie choruje – oponowała pani Sui. – Zatyka usta i oczy.
– W takim razie zostaje Szanghaj. Albo lepiej Japonia… budują tam nowoczesne fabryki. – Kręciła się na szerokiej ławie, z uwagą przyglądając się Kimiko. – Jestem przekonana, że już wkrótce nasi bracia zza morza prześcigną nas w rozwoju.

 ***

Po paru godzinach opuściła zamożny dom rodu Sui. Od dwóch pokoleń wstecz nie krępowano tu nóg dziewczynkom, a zeszłego roku pozwolono najstarszej córce na naukę na wybrzeżu. Ruling weszła w krąg owych wyzwolonych, wykształconych panienek, o jakich czasami się słyszy. Na podobieństwo Chińczyków z południa kraju nasiąkła postulatami całkowitego odcięcia się od kroczenia ścieżkami wypróbowanymi przez przodków. Ci ludzie wyparli z serc bogów i mądrość na rzecz zagranicznych zabawek. Dziewczyna nie uważała za konieczne chodzić po ulicach w asyście męskiego opiekuna, obnosiła się publicznie z tezami, że obie płcie są sobie równe, nie wiedziała nic zdrożnego w jawnym spotykaniu się z chłopcami w herbaciarniach, a co więcej – i było to solą w oku Japonki – kpiła z tradycji wybierania przez rodziców partnerów życiowych.
„To śmieszne! Skąd dzieci wiedzą, kogo poślubić, skoro nie mają doświadczenia i gardzą prawością przekazaną w darze od przodków?”
Kimiko często zmawiała gorące modlitwy w intencji nawrócenia kosmopolitycznej części narodu, gdyż miłość do niego wpoił jej ojciec. Ojciec w ogóle nauczył córkę, że odejście od tradycji jest godną potępienia zbrodnią niemal taką jak zamach na Smoczy Tron.
Bogatsza o nowe plotki – ponoć w Szanghaju oddają do użytku jednopiętrowe domki z bieżącą wodą i światłem płynącym ze szklanych baniek – ruszyła główną drogą, rozglądając się za przyjaciółmi. Toczyła się ciężko, zamiast przeskakiwać nad kałużami, jak to czyniła zazwyczaj. Pogoda wypompowała z niej energię. Nad dachami domów unosiły się lekko obłoczki mgły rozwiewanej przez wiatr szumiący z Lasu Smoka. Mijając wyczyszczone na błysk progi, odczuła, że czegoś brakuje i dopiero skręcając w stronę małego ryneczku, zrozumiała. Dzieciarni. Zwykle brzdące wraz ze starszym rodzeństwem dreptały po uliczkach, chowały za drzewami i człapały do straganów z owocami, żeby kupić owoce za parę miedziaków. Mniszka obróciła się kilkukrotnie, przeczesując wzrokiem okolicę, szukając maluchów bawiących się gałgankami, krzyczących i wyrywających sobie z rąk ryżowe ciasteczka. Pustka uderzyła w nią mocniej, ponieważ pogłębiała ją cisza zionąca od zwykle zatłoczonego targu. Witryna sklepiku bławatnego stała zaryglowana drewnianymi kratami. Kimiko pamiętała, że w tamtym miesiącu właściciele zwinęli interes i wyruszyli na nieco bezpieczniejszy zachód, blisko pustyni. Reszta mieszkańców trzymała się korzeniami w ziemi przodków, przynajmniej na razie. Pomimo mającego się wkrótce rozstrzygnąć konfliktu między generałem a gubernatorem trzeba prowadzić normalne życie i coś jeść.
Zaprawione goryczą refleksje urwały się w momencie wyłowienia przy kilku nielicznych straganach grupki współbraci, a wśród nich Smoczych Wybrańców. Stali do niej tyłem, targując się z zapałem z pomarszczonym Hua. Przyśpieszyła kroku, aby zajść ich niespodziewanie i zamarła. Do miski stojącej przed Clayem i Raimundem handlarz nałożył drewnianymi szczypcami dwa wypieczone kawałki ryb!
Czerwień zalała policzki oburzonej Japonki.
„No tak, w klasztorze nie wolno jeść mięsa, zeszli więc do miasta, by obejść zakaz i napełnić brzuchy!”
Tylko Omi, jako dumny chiński buddysta, sterczał z boku z rękami wbitymi w kieszenie, kręcąc z politowaniem głową na oblizujących się kolegów.
„Ciekawe, czym przekupili Hua? Obiecali nałowić mu więcej ryb w zamian za zakazane jedzenie?”
Japonka wypracowała sposób napominania kolegów nie wprost, co uważała za lepsze aniżeli wszczynanie awantur. Pobudzała ich wyobraźnie i wrażliwość bajkami oraz poezjami z morałem. Działała w myśl prostej logiki: nikt nie lubi bezpośredniej krytyki, dopiero opowiadanie uwite wokół tożsamego problemu bohaterów stwarza możliwość samodzielnego wysnucia wniosków nad błędami.
Starła z ust rozczarowanie, wyruszając przed siebie. Omi wypatrzył ją jako pierwszy, jako że przyjaciele konsumowali beztrosko resztki dowodów zbrodni. Pochylił głowę, uśmiechając się z zażenowaniem.
– Dobre mięsko! – pochwalił Clay, ssąc pałeczki. – Musimy to powtórzyć. Nie da się wyżyć na ryżu i warzywach…
Raimundo przytaknął, przyjmując te słowa jako usprawiedliwienie ich przewinienia.
– Czego Budda nie widzi i tak dalej.
Pokłonili głowy przed starcem, a on odpłacił im się raz jeszcze nieufnym uśmiechem krzywych zębów, przypominając o targu, jaki dobili.
– Czekam jutro o świcie nad rzeką – napomknął.
– Nie bójcie się o nic. – Raimundo machnął wielką, ciemną ręką, bagatelizując obawy handlarza. – Słowo mnichów.
Chłopcy wstali, ciesząc się w duchu ze smykałki do interesów, lecz pobledli, idąc w ślad za wzrokiem Omiego.
Ich przyjaciółka w dwóch susach znalazła się przy nich.
– Wracamy? – zapytała jakby nigdy nic, rozciągając różowe usteczka w łagodnym wyrazie. – Powinnam zaparzyć mistrzowi ceremonialnej herbaty.
Cudzoziemskie twarze Smoka Ziemi i Smoka Wiatru zastygły w wyrazie zdziwienia, ale bez sprzeciwu przytaknęli, przyglądając się uważnie dziewczynie. Nie sprawiała wrażenia złej, przez co odczuli ulgę. Najwyraźniej zdążyli pochłonąć ostatni kawałek mięsa, nim jej bystre oczy zarejestrowały zawartość miseczek. Tylko Smok Wody zachował czujność, widząc przecież, jak spojrzenie Japonki prześlizgiwało się po całej ich trójce.
Zrównał marsz z Kimiko, nie dając się oszukać.
– Czy to prawda, że córka pani Sui wróciła? – zaczepił ot tak.
Osłoniła minę długimi włosami, chowając grymasy zdenerwowania. Zapatrzyła się na spowite gęstniejącą mgłą wierzchołki sosen rozpościerających się tuż przy masywach pasma Song. Widok na Las Smoka rozmywał się przez parę buchającą z nozdrzy niespokojnego Króla Smoków.
„Czyżby Kimiko miała rację?”, Omi – przygnieciony majestatyczną oprawą górskiego krajobrazu – zapomniał na parę sekund o incydencie na targu. Ogłuszyła go cisza zalegająca w tej części wioski tętniącej zwykle życiem. „Las Smoka przestał nas lubić, bo popieramy konflikt północy z południem? Bo wyludniają się wioski?”, podchwycił tok myślenia, rozwijając nici strzępków wspomnienia rozmowy sprzed tygodnia. „Bo maleje liczba jego wyznawców?”
– Ano wróciła i chce ściąć włosy, ale ani słowa jej matce. – Bezbarwny głos Kimiko ocucił go.
Kontynuowali pochód w milczeniu, w przeciwieństwie do rozochoconych braci. Ci bowiem chlapali ozorami, komentując na głos groteskowy wygląd stóp dwóch młodziutkich kobiet, które za namową przyjaciółek podobnych do Ruling postanowiły rozluźnić bandaże i stopniowo przywrócić krążenie w okaleczonych kończynach. Ich nogi nigdy już nie będą tak zdrowe jak przed krępowaniem, ale przynajmniej znów zaznają wolności, swobodnego biegania i skakania. Wróżono, że jeszcze w tej dekadzie wytępi się tę okrutną, oszpecającą praktykę.
Wyszli z wioski, idąc doliną usianą tarasami ryżowymi. Wbrew staraniom grzęzli w miękkim błocie po kostki, co jakiś czas przeklinając pana Sui i jego wielki ryżowy interes na północy i południu. Kłosy gotowe do żniw pękały, zapowiadając dobre zbiory. Wiatr czesał dojrzałe plony, napawając Smoki nadzieją na uniknięcie głodu. Na skraju Lasu Zielonych Dzwonków widzieli majaczące w oddali po drugiej stronie pnie bambusów łaskoczących listowiem Niebiosa. Słońce ogrzewało na pożegnanie kosmatą zieleń mętną, bladą poświatą. Poruszeni dzikim pięknem natury wspinali się dalej po zmurszałych kamiennych stopniach. Za drużyną Smoków kroczyła reszta mnichów, niektórzy ociężali od słodyczy schowanych w fałdach pomarańczowych szat. Odcinali się jaskrawo od połyskującej wilgotnej zieleni otulonej mgłą.
– Zaraz się ściemni! – pogonił ich Raimundo, wypuszczając z ręki chłodny powiew, musnął nim współbraci, aż ich odkryte ramiona obsiał dreszcz.
– Pajac! – zawołał jeden z nich, grożąc dowcipnisiowi pięścią.
Brazylijczyk roześmiał się tylko głośniej i, nie tracąc animuszu, dogonił pozostałą trójkę Smoków.
„Pomieszało mu się od mięsa. Popisuje się mocami jak prostak”, Kimiko odruchowo zrzuciła irytujące zachowanie kolegi na karb złamanego przykazania, ignorując fakt, że Raimundo jest tak samo nieznośny jak zwykle, a wyłącznie świeże zbulwersowanie sugeruje inną przyczynę. „Trzeba działać. Jak szła tamta historia…?”
Wciąż przewodząc miniaturowej procesji powracających mnichów, przemierzali nierówny teren, chwytając raz po raz za wystające z ziemi korzenie lub przytrzymując się gałęziami. Wspinaczka do klasztoru znaczyła się w wielu miejscach ostrymi występami. Zdarzało się, że wieśniacy łamali na nich kręgosłupy. W szczelinach bieliły się kości, karmiąc pierwociny lasu.
Wyszli wreszcie na wąski trakt, skąd po paru minutach wyłoniły się zarysowane w oddali wierzchołki spadzistych gzymsów. Zimna, mokra ciemność wybiegła im na spotkanie, spływając z wierzchołków Song.
Kimiko otrzepała zziębnięte ręce o czerwoną bluzę, niby od niechcenia zaczynając snuć swe opowiadanie:
– Wiecie, przypomniała mi się pewna bajka. Pokojówka opowiedziała mi ją wiele razy, bo za każdym brzuch bolał mnie ze śmiechu.
Oczy Claya – jasne kulki ze szkła – zalśniły wesołym blaskiem.
– Nie zaczekasz do kolacji? – spytał, ponieważ tak wypadało, choć uwielbiał japońskie opowieści obfitujące w najcudaczniejsze wątki i doprawdy nie mógł się ich doczekać. – No, skoro masz teraz wenę…
Pozostałe Smoki zebrały się przy dziewczynie, na chwilę zapominając o otaczającym ich półmroku oraz głosach lasów objawiających się w plusku strumieni, kroplach chłoszczących liście i szumie ucichającego wiatru.
– Raz się zdarzyło, że bogaty człowiek zaprosił do siebie mnicha – powiedziała oszczędnym w ekscytację tonem.
Chłopcy zawyli znacząco – historie o im podobnych bohaterach podbudzały wyobraźnie, bo któż ma więcej z nimi wspólnego, jeśli nie mnisi?
– Na urządzonej uczcie podano wiele smakołyków: wodne kasztany, pestki arbuza z sezamem, pieczone bakłażany w kwaśnych sosach i ostre pasty w naleśnikach…
Clay oblizał się łakomie.
– Proszę, Kimiko, przez ciebie robię się głodny… – zajęczał.
Ona uśmiechnęła się, przyjacielsko otaczając go ramieniem.
– Spośród tych wszystkich pyszności najładniej prezentowały się małe rybki sprowadzone z Chin, nie skropione ani odrobiną soku cytryn, gdyż tak były dobre. Gospodarz musiał na chwilę opuścić mnicha gnany pilnym wezwaniem chorej żony. Wróciwszy, spostrzegł, że półmisek z rybkami stoi pusty. Rozgniewał się i wezwał sługi, po czym każdemu z nich wymierzył dziesięć razów laską w stopy. Słudzy zarzekali się, że nie uszczknęli ani odrobiny jedzenia z pańskiego stołu. Wtem wstał mnich, wymigując się obowiązkami w świątyni. Zaaferowany szlachcic jął go przepraszać. Już miał kazać odźwiernemu wyprowadzić czcigodnego gościa, a wówczas z nosa i uszu mnicha zaczęły wyskakiwać rybki! Zdumiony gospodarz zapytał, skąd te się tu rybki dostały? Mnich wybąkał, że ostatnimi czasy lubią wyskakiwać ze wszystkich otworów ciała. Wielki pan zapalił się złością i nakazał wyrzucić za próg mnicha uchylającego się od moralności.
Zawiesiła spojrzenie na Smoku Ziemi i Smoku Wiatru. Z satysfakcją odnotowała wypieki na ich policzkach.
– My... – wybąkał Clay.
– Jak to, nie śmiejecie się? – Udała zaskoczenie. – Przed chwilą skakaliście z radości.
Omi triumfował, podnosząc wysoko ostry podbródek.
„A jednak widziała ich! A mówiłem, że ściągną na siebie kłopoty!”
– Bo my… – spróbował Raimundo.
– Nie chcę tego słyszeć – ucięła próby tłumaczeń zawstydzonych przyjaciół. – Ani słyszeć, ani rozumieć, dlaczego wy, Smoczy Wybrańcy, łakomstwem przyczyniacie się do zabijania zwierząt! – Ostre słowa Kimiko odbijały się echem od pni sosenek.
Z rozkoszą zasysały rozgoryczenie pobrzmiewające w oskarżeniach.
– Akurat ty sama nie zachowujesz się jak prawdziwa mniszka – do rozmowy włączył się nowy głos, dochodzący zza pleców Smoków.
Drużyna stanęła, zwracając się ku głosicielowi śmiałej tezy. Zobaczyli młodzieńca w pomarańczowej szacie – tego, który odgrażał się Raimundowi. Marszczył grube, czarne brwi, aż połączyły się w jedną, prostą linię.
– Co to znaczy? – Japonka nie pojmowała zarzutu. – Co to znaczy, że nie zachowuję się jak prawdziwa mniszka, mów! Czy kiedykolwiek uchybiłam się od obowiązków? Czy złamałam jakikolwiek zakaz?
Chłopak posłał siostrze wyzywający uśmiech – okrutny i wulgarny, aż przeszył ją dreszcz.
– Nigdy nie zaznałaś procesu utwardzania skóry. Nie biją cię codziennie pałkami w tym celu – wypomniał. – Nie myjesz skóry, zimą pocierając się soplami lodu, a latem stojąc nad wodospadami. Śpisz na jedwabiu i w aksamitach. Łatwiej ci znosić posty, bo nie przechodzisz nawet w połowie tego, co my.
Argumenty przeciwnika skutecznie zasznurowały usta Kimiko. Krew odpłynęła z jej twarzy, a nogi ugięły się lekko.
– Bacz na słowa, ty tępy bambusie – warknął Raimundo, zwijając pięści. – Ona nie musi robić tego, co my, bo wkrótce zajmie stanowisko wielkiej pani.
– Dokładnie. – Chłystek splunął na ziemię, dając upust drzemiącej w nim złości. – Marnuje tylko dar Smoka Ognia w naszym pokoleniu! Opuści klasztor i zacznie żyć jako zwykła, bezwartościowa, świecka kobieta mając za jedyny obowiązek rodzenie bachorów swego pana.
Dziewczyna zacisnęła zęby, nie potrafiąc ścierpieć obelg. Chłopak, który nic o niej nie wiedział, śmiał twierdzić, że jej marzenia i głodówki są mniej warte od porannego tłuczenia mnichów, w wyniku czego nabierali właściwości granitów. Pluł jadem na święty związek z narzeczonym, a przede wszystkim na przyszłe dzieci – na ciało z jego ciała! W sercu Kimiko odezwała się także nieoczekiwana dla niej obca melodia wypływająca z postulatów Chińczyków z południa uznających kobietę i mężczyznę jako równych sobie. Owa melodia buntu zagłuszyła nauki ojca kpiącego z podobnych tez, powtarzającego, że żaden edykt rozumnych ludzi nie wywyższy istoty bezużytecznej na poziom istoty użytecznej. Jeśli jednak prawdę mówili uczeni wierzący w duchy Zachodu, Kimiko nie wolno dłużej pozwalać na najdrobniejsze słowo wystawiające na szwank jej dumę.
Rzuciła się na mnicha ku zdziwieniu obserwujących. Bracia pozostający z tyłu dołączyli do zgromadzonych, z konsternacją przypatrując, jak siostra podniosła rękę na kogokolwiek z nich. W ziemię – mokrą od mgieł i jesiennego deszczu – zatopiły się śliwki w cukrze wypadłe z kieszeń kolegi. Cheng Ko, bo tak go nazywali, odsunął od siebie nieme oszołomienie, dopiero kiedy pojął, że klasztorna ostoja łagodności wyciera mu twarz o błoto. Raz po raz tłukła jego głową! Przyjaciele Kimiko próbowali ją odciągnąć. Twarz atakującej zaciekle Japonki upodobniła się do pyszczka prychającej kocicy.
Las Zielonych Dzwonów zatrząsł się od mnisich krzyków, przesyłając ich echo dalej, aż na północ, dopóki nie umilkły, rozbijając się o zielony szereg Lasu Smoka.

 ***

Nawet zamknięta w pokoju, siedząc przed rozłożonym egzemplarzem Sutry Lotosu, nie wyraziła skruchy. Sprawa nie dotykała wszak materii byle bzdury, a nadszarpniętego honoru. O ile z łatwością odpuszczała stawianiu muru sekretów oddzielających ją od tajemnego świata chłopców, o tyle nie miała zamiaru tolerować impertynencji kogoś obcego ośmielającego oczerniać je życie jako Smoka Ognia, a w przyszłości żony i matki.
Cheng Ko kwiczał jak zarzynany prosiak, a przecież podbiła mu tylko oko.
„Doprawdy, ktoś taki imputuje mi marnotrawienie daru”.
Przeglądała książkę pod płaszczykiem zimnej jak kostki lodu zaciętości, choć wewnątrz kipiała złością. Nigdy wcześniej nie doświadczyła podobnego uczucia, a gdyby tak się zdarzyło – od razu zdusiłaby je w zarodku. Popatrzyła na chmury płynące po niebie, manipulujące grą świateł księżyca. W ciszy słyszała wiatr huczący od Lasu Smoka. Wsłuchując się w dziki koncert, z przestrachem uświadomiła sobie w pełni, że pierwszy raz zareagowała nienawiścią.
„A podobno potępiam przemoc… Pofolgowałam namiętnościom…”
Dotychczas puszczała wszelkie docinki przyjaciół mimo uszu, wiedząc przecież, że świadczą o dziecinadzie i wcale nie umniejszają jej rangi jako najstarszej mniszki. Nie umiała zatem wyjaśnić, dlaczego tego wieczora skrzywdziła współwyznawcę.
„Czyżby urzeczywistniały się słowa ojca? W każdej kobiecie drzemie pierwiastek zła yin, ciemności i wilgoci, a demony czekają na jego wybudzenie, żeby ją pochwycić i zabrać do piekła…”
Dziewczynie zatrzęsły się dłonie. Na podłogę uderzył elementarz dobrych manier. Kartki odsłoniły obrazek demonstrujący poprawne serwowanie herbaty. Wiotka jak trzcina sylwetka chyliła się w głębokim ukłonie, podając oburącz filiżankę matce poślubionego dzień wcześniej pana. Panna młoda całą swą postacią manifestowała cztery cnoty niewieście: powściągliwość, pokorę, posłuszeństwo i skromność. Malarz tchnął w nią szacunek do rodziny męża, wyrażający się w absolutnym poddaństwie, przyzwoleniu na sprawowaniu kontroli nad jej ciałem i umysłem.
„Za taki czyn wyrwą mi język, wypatroszą oczy i obetną ręce!”
Kimiko upadła na kolana przed posągiem bogini miłosierdzia, drżąc niczym liść.
„Nigdy więcej nie stracę panowania, obiecuję! Kuan-in, chroń mnie przed stoczeniem się na dno!”
Za szczelnie zamkniętymi powiekami wyłoniła się lekkomyślna twarz Ruling.
„To ona głupstwami zatruła mi serce”.
Insynuowała brudy – tak się wyraziła – brudy!, których mniszka nie rozumiała. A jej matka – dewotka na zewnątrz, a w środku przegniła gruba baba – popierała córkę, ani myśląc ustawić do porządku. Wyzywała obie kobiety od heretyczek i bezbożnic, przenikała ich serca, wyliczając każde przewinienie, jakiego wspólnie się dopuściły. A w miarę upływu czasu ich rysy zbrzydły, ciemniały, kurczyły się.
„Głośne, kłótliwe awanturniczki! Bezwstydne, gorszące, patrzące mężczyznom prosto w oczy i ulegające im na przekór szlachetnym tradycjom przodków! Zdradzieckie wielbicielki zachodnich luksusów! Interesantki dbające o swoje mienie i uprawy, nie dzielące się bogactwem z biedakami, obrastające warstwami tłuszczu!”
Poruszona do głębi Kimiko dopiero teraz poczuła wstyd. Wściekłość zbladła, zastąpił ją żal.
„Moja noga nigdy nie postanie w domu, gdzie kumają się z zamorskimi demonami! Ani chwili więcej nie poświęcę na wyobrażaniu sobie, jak to jest oglądać świat oczami białych potworów! A Clay i Raimundo, ci pożeracze ryb, nie są już moimi przyjaciółmi!”
Zgrzytała zębami, wbijając gorejące spojrzenie w szeregi leśnego oddziału otulonego kłębami pary. Kiwających się gałęzie i trzęsące igły przywodziły skojarzenie kojącego pozdrowienia, przeznaczonego tylko dla niej, tego właśnie wieczora.
– Czy ktoś tak niegodny jak ja odważyłby się szukać Błękitnych Jezior, pod powierzchnią których wzniósł pałac Król Smoków? – szepnęła z kołaczącym sercem.
Rozległo się pukanie do drzwi. Kimiko prawie podskoczyła. Ktoś płasko otwartą dłonią uderzał w barierę strzegącą ją od chłopców.
– Mistrz Fung kazał po ciebie posłać – odezwał się Omi. Jego zmęczony głos brzmiał głucho.
Oczyściła nos, przetarła kilkukrotnie oczy i uśmiechnęła się słabo, dodając sobie wątpliwej otuchy. Opat wzywał ją w kwestii bójki – instynkt nie pozostawiał złudzeń. Po powrocie do klasztoru nie wezwano jej, aby ćwiczyła się w godnym usługiwaniu przy stole. Zamiast tego kazano czekać w pokoju i zajmować dziewczęcymi sprawunkami.
– Przekaż mu, że idę – odkrzyknęła słabiej niż się spodziewała.
Żadnej odpowiedzi ani szurania butami. Omi najwyraźniej odszedł. Ponownie znalazła się w kleszczach ciszy. Nienawidziła jej. A najbardziej lękała się odizolowania od ludzi.
„Niedorzeczność”, pocieszała się, wstając z klęczek i wychodząc na korytarz oświetlony nikłym blaskiem kilku pochodni. „Ja nigdy nie zaznam samotności. Wkrótce wrócę do domu, do taty i kuzynek, a potem zamieszkam z mężem i służbą, dom wypełni śmiech naszych dzieci, a jeśli nadejdą dni starości, pojawią się moje synowe i wnuki…”
Kimiko szła, oddalając od siebie widmo tyrady oraz kary, postanawiając w sercu, że od tej pory poświęci się realistycznym marzeniom; takim, które faktycznie się spełnią. Koniec z mrzonkami o odległych światach i podróżach w czasie. Trzeba dorosnąć, zebrać siły, by spełnić określone cele. Modlitwa, posty, walka, nauka i samodoskonalenie się – tak jawił się plan dni na najbliższe cztery lata. Zimne, grube ściany i ciemne kąty świątyni awansują do roli jedynych przyjaciół, towarzyszy morderczych treningów, a w momencie rozstania bez żalu pożegna mnisią brać, odda się potężnemu japońskiemu rodowi z północy, wywiąże się z obowiązku wobec męża i przodków.
„Z łaski Niebios urodzę pięknych, silnych i zdrowych synów”, zaperzyła się, przechodząc przez westybul. Wyszła na dziedziniec, gdzie przesiadywał mistrz. „Jakkolwiek to wygląda oczywiście…”
Powietrze pęczniało od ciężkiej woni kadzideł zmieszanych z pyłem roztaczanym przez wiekowe mury świątyni. Nie przegoniło go nawet mokre tchnienie nocy wichrzące pasma włosów z pleców Kimiko. Uklękła na bambusowych deskach ganku, czekając, aż mnich pomocniczy rozsunie papierowe drzwi. Po drugiej stronie jaśniał nieznaczną nikły blask kaganka. Liczyła pęknięcia w deszczułkach nabrzmiałych od wilgoci, wsłuchując się w grzechotanie i szepty płynące ze środka izby.
Wreszcie ciepły blask opromienił napiętą twarz dziewczyny.
– Wejdź, uczennico – oznajmił rozdzierająco przejmującym tonem mnich lustrujący córkę darczyńcy ze współczuciem.
Kimiko nie zauważyła smutku w jego oczach, ponieważ zgodnie z obyczajem ograniczyła się do wbicia wzroku w miękkie pantofle wetknięte na sękate stopy prawej ręki opata, mistrza Zhi. Podniosła się i weszła do pokoju. Na poczesnym miejscu przy stole siedział Fung. Blatu nie ścieliła ani herbata, ani miseczka z jedzeniem.
Zaniepokoiła się.
„Musiał naprawdę się wściec, skoro nie jest w stanie nic przełknąć”.
Ignorując drapanie w gardle, przyrzekła znieść karę z pokorną godnością. Pokłoniła się czołobitnie, pierwszy raz ciesząc się z obecności oblepiających kąty cieni. W półmroku nikt nie zauważy świeżych łzawych ścieżek szpecących zarumienione policzki.
– Mistrzu – wydusiła – dysponuj moim życiem.
Nie widziała go. Jedynie słyszała, jak westchnął. Zrazu coś zaszeleściło, jakby kartka, po czym mężczyzna przemówił łagodnym głosem, czego Kimiko w obecnych okolicznościach nie spodziewała się absolutnie:
– Dziecko, oto klęczysz przede mną pełna nadziei na przyszłość, a tymczasem spadło na mnie brzemię przeszycia ci serca sztyletem.
Powaga w tonie mistrza wypełniła usta Kimiko goryczą lęku. Znała doskonale to uczucie – posępność potęgującą się wraz z upływającymi sekundami, nierealną i obrzydliwą, wdzierającą się w serce, wysysającą radość. Wojowniczka zastygła. Żaden trening nie przygotowywał do stawiania czoła złym wieściom. Fung nie mógł mówić o incydencie w lesie, przy czymś równie przyziemnym nie użyłby tak patetycznych słów, raczej zganiłby ostro krnąrbną uczennicę i odesłał z płaczem do pokoju.
Ciągle szeleścił kawałkami papieru!
– Ojciec! – Nie wytrzymała i spojrzała na niego zamglonym łzami oczami. – Czy Niebiosa zabrały mi ojca?!
Bruzdy Funga pogłębiły się. Faktycznie trzymał w dłoniach list. Wstał, przeszedł obok stołu i położył przed mniszką złożony na pół arkusik. Przez światło kaganka dało się zobaczyć gęstą sieć ideogramów wyzierających zza cienkiej kartki. Bez słowa skierował się do drzwi i zniknął w ciemności swego domu, a za nimi wyruszył wierny mistrz Zhi.
Kimiko nie widziała listu, bo to na pewno był list. Korespondencja nigdy nie przechodziła przez ręce Funga, a jeśli tym razem tak się stało, znaczyło, że adresat miał powód, aby mistrz osobiście przygotował Smoka Ognia do treści wiadomości. Tyle że nie czuła się przygotowana. Siedziała przygwożdżona do podłogi, widząc nieszczęście schowane w spłaszczonym gąszczu sylab.
– Tato – pisnęła.
Wzięła do palców złowrogą kartkę. Natychmiast ją rozprostowała.
„Córko”, tak brzmiał pierwszy wyraz. „Dlaczego nie czuję ulgi?”
Oślepła na początkowe zwroty grzecznościowe i pozdrowienia. Oczy wyławiały meritum treści. Zdecydowane pociągnięcia pędzla przypominały nie znaki, a tłuste, czarne robaki wyjadające papier. Przebiegała po treści rozbieganym wzrokiem – minął dobry kwadrans, nim zrozumiała szyk ideograficznych liter. Zatkała usta ręką, tłumiąc krzyk.
– O, mój mężu… – załkała żałośnie.
Niebiosa wystawiły na próbę swą wyznawczynię, ponieważ doświadczają po równo każdego. Kimiko zaznała w życiu zbyt wiele słodyczy – jej szczęście zachwiało porządkiem wszechświata. A dziś sprowokowała złe duchy, przeciwstawiając się hierarchii. Także cesarzowa nie znaczy więcej niż pierworodny syn chłopa. Nadzieje dziewczyny wyparowały jak rosa na trawie, kiedy dosięgają ją pierwsze promienie poranka.
– Sprowadziłam na ciebie gniew Niebios – zalała się łzami.
Ojciec rzecz jasna nie winił córki za śmierć narzeczonego, jednej z wielu ofiar trzęsienia ziemi, które parę dni wcześniej nawiedziło wybrzeże Japonii. Nie wiedział wszak o jej grzechu. I mimo że Kimiko nie poznała owego młodego człowieka, zawsze czuła z nim duchową łączność – zwłaszcza wznosząc modły w jego intencji, szyjąc hafty na posag, wyobrażając sobie skośne oczy i słowa padające z ust danej jej od kołyski miłości.
A teraz nigdy go nie zobaczy ani nie usłyszy, chyba że w snach.
– Będę cię czciła w każdej sekundzie niegodnego żywota, panie mój – zarzekała się, mocząc obficie rękawy sukna.
Choć serce miała w potrzasku, musiała odpisać ojcu w ważnej kwestii, którą siłą rzeczy poruszył. Wstydziła się na myśl, że powinna zastanowić się szybko w takiej sprawie. Wolała, aby ojciec jak zwykle sam zdecydował, co dla córki okaże się najlepsze. Ale tym razem zostawił jej wolny wybór, a to przez wzgląd na dar Smoka Ognia. Postawił przed nią ultimatum:

„Zaręczyliśmy cię, a zatem z ciałem i duszą jesteś własnością rodziny twojego narzeczonego. Zgolisz włosy, poślubisz tabliczkę zmarłego oblubieńca i zaczniesz żyć jako wdowa, usługując swym teściom, inaczej splamisz honor mój i ducha niedoszłego męża. Jeśli jednak twe serce pragnie kroczyć drogą oświecenia, zajmij miejsce w klasztorze, gdzie wzrośniesz w nauki i w moc Smoka Ognia, broniąc naszych braci w tych trudnych czasach.”

Spod powiek Japonki wytrysnęły gorzkie łzy. Uderzyła czołem o podłogę, oddając w wyobraźni hołd narzeczonemu i jej wciąż niezakwitłej młodości, jaką zabrał ze sobą do Żółtych Źródeł.

 ***

– Dobrze się stało.
– Tak zostało postanowione.
– Niebezpieczeństwo przegnane.
– Dar Smoka Ognia ocalony.
Szepty krążyły po klasztorze, z dziedzińca na dziedziniec, z korytarza na korytarz, z izby do izby. Pod maskami poprawnego współczucia mnisi kryli ulgę. W rzeczywistości nie zależało im na zranionych uczuciach, zdeptanych marzeniach i rozrywającym cierpieniu siostry. Jednostka znaczyła nic w strumieniu dusz płynącym nieprzerwanie od początków istnienia świata. Kimiko weszła w skład mnisiej społeczności, czy się to komuś podobało, czy nie, zyskała dar, który w połączeniu z mocami żywiołów pozostałej trójki wojowników był sekretną bronią rozstrzygającą w wiszącym w powietrzu konflikcie trawiącym prowincje Państwa Środka. Jeśli zwycięży zbuntowany generał Shi, gniew jego armii zemści się na sojuszniku przeciwnika, na świątyni. Trzeba zatem uczynić wszystko, aby wygrał gubernator Fan. Mnisi postawili na szali dobre imię i majątek, a przechylą ją na korzyść sprzymierzeńca Cztery Smoki Xiaolin. Nigdy nie było w tym planie miejsca na zamążpójście Kimiko.
Dziewczyna spodziewała się ukrytej radości mnichów. Widok ich pozornie zasmuconych twarzy napawał ją obojętnością. Uważała, że cieszą się słusznie, w końcu nikt nie zna przeznaczenia. Los ustanowił domem dla Kimiko właśnie świątynie.
„W gruncie rzeczy, czy mogłabym żądać czegoś jeszcze?”, pytała się, wyciągając zużyte hafty z kufra i rozkładając je na placu treningowym. „Jako żona i matka raczej nie osiągnęłabym Nirwany, a zostając mniszką przysłużę się szerszej sprawie, zaś moje imię wyryją na Xiaolińskiej Pagodzie. Byle zwierzę da radę wzbogacić ziemię potomstwem. Ja wzbogacę ten kraj pokojem – płodem mych rąk i umysłu”.
Z powściągliwością i godnością w zaczerwienionych, mokrych oczach zapaliła to, co wiązało ją z przeszłością. Elementarze dobrych manier, książki z poezją, niezgrabne ręczne robótki. Wielki płomień wystrzelił snopem iskier, obracając w proch kobiece drobiazgi. Sylwetka ich zrozpaczonej właścicielki nie poruszyła się na tle igrającego ognia. Czarne, rozpuszczone włosy odcinały się od surowych, białoszarych, lnianych szat żałobnych. Rozsiani na placu i pod krużgankami mnisi zerkali ukradkiem na to kamienne oblicze. Wydawało się im ono szczytem majestatu i elegancji. Ból nadał rysom siostry osobliwego piękna. Kwiat młodości dziewczyny zwiądł, nim zdążył rozwinąć płatki. Pochylali głowy z szacunku do awansu społecznego dziewczyny. Oto stała się kimś z pogranicza walczącej mniszki a wdowy.
„Czy mogłabym żądać czegoś jeszcze?”, powtórzyła, wcale nie rozumiejąc sedna słów.
Wodziła wzrokiem za dymem wijącym się wprost do Niebios, do gardzieli ołowianych chmur zwiastujących deszcz. Lasy ich otaczające zaszeleściły dziko.


Ponieważ zakończyłam szczęśliwie swoje dwa obecne opowiadania, poświęcę temu blogowi więcej uwagi. Ach, gdyby pisanie pracy szło tak szybko... xD
Szykujcie się, zabawa nabiera rumieńców.

4 komentarze:

  1. Czy ta Ruling będzie jakaś taką Keiko, albo Dianą? Xd Przyjaciółką Kimi? Powiem Ci sis, że ta scena w kuchni to mi sie z iw skojarzyła. Kimi pobiera nauki, jak od Chiyo, z tym, że ta pani Sui nie jest wredna. xD No i Kimi nie obiera ziemniaków, a miętoli paprykę.
    Zachwycam się językiem, choć chyba powiewa mi licenjatem. xd Chociaż nie! Ty zawsze pisałaś górnolotnie, że nie można Tb dorównać. Chociaż! Nie wiem czy też chce, bo to jednak Twoja oryginalność.. Ja mogę mieć tą swoją... byle jaką.. xd Trochę mnie to boli, że w tak krótkim czasie potrafisz napisać opko o takim poziomie. Nie uwierzę, że jak siadasz, to wcale nie mówisz sobie: "a zrobię takie słownictwo, zeby znowu Layali srała z zazdrości". ;q
    Weny! ;X

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jej nie będzie. Musiałam pokazać, że Kimiko uczy się jakiś tam babskich pierdółek typu pichcenie. Chociaż fakt, to z ta kuchnią przypomniała mi się iw. xD A daj mi spokój z tym językiem i nie wspominaj licencjatu. xD
      Powiedz lepiej, jak się zapatrujesz na żałobę Kimiko? xd

      Usuń
  2. Postu bez powodu nigdy nie popieram, a powodem może być jedynie stan zdrowotny. Posty religijne nigdy nie były dla mnie czymś normalnym, więc pretensje tej dziewuchy były dla mnie po prostu śmieszne.
    Trochę nie rozumiem zwyczajów i nie wiem czy je wymyśliłaś, czy naprawdę w chinach takowe są. Czy naprawdę jak umrze narzeczony, to kobieta staje się służącą w domu jego rodziców?
    Widzę, że jedna z bohaterek przewidziała przyszłość i to, że Japończycy Chińczyków w końcu wyprzedzą.
    Taki wybór jak bycie służącą, a bycie mniszką, to jak żaden wybór. Czy nie mogłaby poślubić innego mężczyzny po odsłużeniu żałoby?

    https://takamilosc.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, czemu od razu „dziewuchy”? Ona nikomu nie nakazuje pościć (czyli odmawiać sobie jedzenia zbóż), to jej prywatna sprawa. Ona tylko krytykuje mnichów, którzy jedzą mięso i nie ma w tym nic szczególnego. To taki sam zakaz religijny jak u nas nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij. Osoby wierzące zazwyczaj nie negują fundamentalnych zakazów. Wrócę do tej kwestii w rozdziale 5, ale już teraz powiem, że w klasztorze Shaolinu/Xiaolinu naginano zakaz spożywania mięsa, co w przeszłości spotykało się z krytyką innych buddyjskich ośrodków. Czemu? Oni wierzą, że jedząc krówkę czy świnkę jesz własną babcie, ojca, siostrę, syna, współmałżonka. Nigdy nie można być pewnym, w jakim ciele po śmierci odrodził się członek rodziny. Xd

      Naprawdę był taki zwyczaj, jeszcze w XX wieku, chyba przed wprowadzeniem komunizmu. To rodzinę męża uważano za prawdziwą rodzinę kobiety, a jeśli facetowi troszku się zmarło przed ślubem, cóż, to niczego nie zmieniało, ślub miał się odbyć. I nie, to nie działało w drugą stronę. Jak umarła babka, rodzice narzeczonego bez żalu znajdowali mu nową. To też pokazuje, jak tragiczna była sytuacja kobiet. Na potrzeby opowiadania przeniosłam ten zwyczaj też na jakiś tam okręg w Japonii. Bo ta sama religia, podobna mentalność, no i jednak Japończycy do pewnego czasu naśladowali niewolniczo Chińczyków.

      Nie mogłaby nikogo innego poślubić. To znaczy, teoretycznie mogłaby, ale spotkałaby się z ostracyzmem społecznym. Straciłaby honor. Z dwojga złego lepiej już żyć jako mniszka. Bawić się ogniem, sztukami walki itp.

      Usuń