wtorek, 4 kwietnia 2017

Rozdział 4


Wprawne ręce dzierżące grube, drewniane bele zastygły w bezruchu; ich właściciele nie dowierzali. Zakłopotani młodzieńcy skrzyżowali spojrzenia i trwali tak w milczeniu, aż tęższy z nich nie wydukał:
– Szukasz reszty Smoków, siostro? Skończyliśmy z nimi niedawno, chyba udali się do…
– Wygarbujcie mi skórę.
Na ogolone czaszki wstąpiły krople potu. Gałki młodzieńców niemal wyszły z orbit. Oto wyrosła przed nimi drobna, chudziutka istotka, o cerze bledszej niż śnieg na płatkach kwiatu zimowej śliwy. Odkąd powierzono im rolę codziennego bicia ciał towarzyszy celem upośledzenia im nerwów tuż pod skórą, nigdy nie zawitała do nich dziewczyna z Japonii. W uszach wciąż dzwoniło pouczenie mistrza Funga:
„Waszej siostry nie wolno okładać ani bambusem, ani trzciną. Przeznaczono ją do małżeństwa, nie walki”.
Zakaz nie zmienił się, nawet wówczas gdy w Kimiko w obudził się Smok Ognia, cudaczna prośba jawiła się zatem jako absolutna niedorzeczność.
– Odejdź stąd, siostro – odprawili ją zgodnym duetem, skinieniem zapraszając kolejnego mnicha.
Tupnęła nogą, nie przepuszczając go. W oczach tliły się ogniki zdecydowania.
– Nalegam – powiedziała dobitnie. – Mój oblubieniec leży w trumnie za morzem, w pyle świątynnym oczekując dnia pochówku. – Spierzchnięte wargi poruszały się delikatnie, zupełnie nie pasując do stanowczych słów wysypujących się z nich. – Spaliłam przeszłość, żyję odtąd jako równa wam mniszka. A skoro tak, żądam równego traktowania. Już!
Plac zamarł na parę chwil porażony napadem Kimiko. Taksowano ją bezlitośnie, szepcząc między sobą: „a pamiętacie, jak rzuciła się na Cheng Ko?” Jednak w miarę upływu sekund wrażenie podziwu względem siły wojowniczki stopniało. Kilkoro z zebranych zaklaskało, rechocząc szyderczo:
– Przestrzelcie jej ten kościsty tyłek!
– Niech kwiczy jak prosiak!
– Zobaczymy, czy ci się to spodoba!
Zrezygnowani młodzieńcy gestem dłoni pozwolili siostrze wejść na okrągłą platformę. Deski rampy nabrzmiały wilgocią od porannej mżawki, trzęsąc się przy lekkich tąpnięciach malutkich stóp.
Smok Ognia zignorowała cierpkie komentarze braci, nie zważała też na palce przesuwające się po zestawie drągów do zadawania bólu. Podniosła czoło wysoko.
„Ciało zatapia się w błoto Ziemi, ale duch szybuje na skrzydłach do Niebios.”
Świt zwiastował pogodę przeciętną dla pory deszczów: wiatr to zbijał chmury w szarą masę, to znów je rozdzierał. Trudno przewidzieć, czy ulewa uświetni efektem wieczorny pokaz sztuk walk na Święto Środka Jesieni. Kimiko nabrała świeżego powietrza pełną piersią. Promienie słońca przecinały wstęgami jasności widok na łańcuch górski rozpinający się na horyzoncie. Duchy ośnieżonych szczytów błyszczały, błogosławiąc Xiaolin.
„Czy mogłabym żądać czegoś jeszcze?”, zadawała sobie to pytanie wówczas, kiedy świadomość zbaczała z empirycznych dróg na rzecz ścieżek wydeptanych marzeniami.
Ostry świst rozległ się tuż przy uchu. Wrzasnęła nie z powodu bólu, a zaskoczenia. Odruchowo zablokowała drugi cios ku uciesze obserwującej gawiedzi.
– Poddaj się uderzeniom! – radzili.
– Kij to od dziś twój mąż! Ulegnij mu!
Próbując uspokoić trzęsące się mięśnie, oparła się mocno na nogach, zagryzając zęby w dolnej wardze. Trwała w bezruchu, prosto niby sosna, przyjmując z pokorą początkowy etap procesu hartowania.
„Nic nie czujesz! Nie przesuniesz się nawet o włos!”
Mnisi okładali wystawione na głodówkę ciało, strzegąc się przed uderzeniami powyżej szyi. Smokowi Ognia wymierzono dokładnie dwadzieścia ciosów. Skrupulatnie je odnotowywała i zapamiętywała. Skóra bowiem cierpła, zaznaczając się w strategicznych odcinkach opuchlizną, na której wkrótce wykwintną fioletowo-sine pręgi. Kości trzeszczały sucho na wzór strun lutni naciągniętych do granic możliwości, wydających akordy wprawiające trzewia w bolesne drżenia. Kimiko przestała liczyć uderzenia nacierających pałek, oślepła na osobliwe piękno świtu i ogłuchła na chichot mnichów. Modliła się o siłę.
„Nie ugnę się, wytrzymam!”
Przebiła wargę aż do krwi, nim mnisi stuknęli czubkami kijów w posadzkę.
Zachwiała się, ale nie upadła, błądząc rękami po żebrach, brzuchu i plecach. Wędrówka palców po obszarach, gdzie spadł grad ciosów, przyprawiała o mdłości. Twarz przybrała nieszczęśliwy wyraz, lecz spod powiek nie wytrysnęły łzy, ponieważ zazdrośni mnisi śledzili poczynania barbarzyńskiej współwyznawczyni.
„Nie tu i nie teraz...”
Pocieszała się, przywołując w umyśle wizerunek Króla Smoków.
„Popatrz na mnie ze swej leśnej kryjówki”, poprosiła. „To na mnie zesłałeś dar, nie na nich. To ja poszczę, przepisując Sutrę Lotosu, nie oni, zjadacze mięsa...”
– Pomóc ci, siostro? – ktoś z tłumu zaoferował się ociekającym słodyczą głosem, podjudzając innych do przyłączenia się.
Spuściła ramiona w dół ciała, wstrzymała oddech, nie chcąc drażnić pękających żeber i odwróciła się do mnichów, mierząc ich dumnie z wysokości wyimaginowanego grzbietu Króla Smoków.
– Poradzę sobie. Smocza moc nigdy mnie nie zawodzi – ostatnie zdanie zatruła jadem uszczypliwości, jakiego nie nawykła stosować. Wiedziała, że ona, jak i dwóch obcych z Zachodu – Raimundo i Clay – są obiektem maskowanej konwenansami antypatii, gdyż ukradli dary przysługujące Chińczykom tego pokolenia.
„Och, ojcze, z damy przeistoczę się w złośnicę…”
Zeszła z platformy powolnym, ale dość równym krokiem. Należało położyć kres przedstawieniu, póki ją – aktorkę – nadal przystraja kostium pozornej siły. Nikt z widowni nie powinien zaklaskać, nim ona sama nie wyjdzie na scenę, żeby ukłonić się po raz ostatni w osobie zwyciężczyni.

***

– Kimiko, czy naprawdę nie weźmiesz udziału w pokazach sztuk walki? – mały brzmiał jak chłopiec błagający z ustawiczną nadzieją o zabawkę; jego entuzjazm nie słabł wraz z następnymi odmowami.
– Omi, spójrz na mnie – wyszeptała ochryple, przyciskając usta o zimną ścianę holu.
W półmroku lśniły świeżo zakrzepłe rany na plecach przyjaciółki. Smok Wody nie lubił okazywać smutku, wolał udawać, że życie płynie dawnym rytmem, jakby powitanie dnia z tym samym uśmiechem przylepionym do ust wystarczyło, by odegnać nieprzychylny los.
– Nie musisz występować z nami. Posiedzisz na ławce, najesz się księżycowych ciastek, porozmawiasz z Ruling… – wyliczał, a dostrzegłszy cień wzgardy błąkający się na obliczu Japonki, ściągnął brwi, na wpół surowym, na wpół przerażonym tonem dodając: – Dlaczego dałaś się zbić? Czy Chen i Cho nie wiedzą, że początkujących traktuje się trzciną?!
Przyległa bardziej do ściany, pragnąc już tylko wślizgnąć się do pokoju.
– Chciałam być taka jak wy – tłumaczyła słabo. – Przecież nie musicie obchodzić się ze mną jak z kwiatem…
„Zgniłam, nim ktokolwiek zdążył się mną nacieszyć”.
W lodowatym zmierzchu sucha dłoń mnicha zacisnęła się na nadgarstku Kimiko.
– Dziś Święto Środka Jesieni – przypomniał łagodnie. – Koniec żniw; nie grozi nam klęska nieurodzaju.
– Odprawiłam do Bogini Księżyca stosowne modły – odparła bezbarwnie, kręcąc nosem, jakby usiadła na nim mucha.
– Wyjątkowy wieczór dla kobiet… – naciskał Omi.
– Ja nie jestem kobietą, tylko mniszką. Nie dla mnie zabawy na ulicach…
– Kimiko! – niecierpliwił się malec. – Nie daj się prosić! A co, jeżeli w tym roku ujrzysz na księżycu drzewo cynamonowe a pod nim białego zająca? Hę?
Usta dziewczyny opromienił nieznaczny uśmiech, który napełnił przyjaciela radością, lecz zgasł równie szybko, jak się pojawił.
Pokręciła głową, odpychając dzieciaka.
– Posłuchaj, Omi – zwróciła się do niego z żalem promieniującym ze słów. – Zostanę na zawsze w klasztorze, tak. Ale honor nakazuje mi nosić w sercu żałobę. Jeżeli skóra przestanie mnie boleć, niczego to nie zmieni. Nie wolno mi uczestniczyć w zabawach. – Wzruszyła ramionami. – Ale ty idź. Wiemy, jak lubisz demonstrować nasze umiejętności.
Zawisło nad nimi krępujące milczenie. Po drugiej stronie murów koledzy zbierali się, by w akompaniamencie rozochoconych krzyków wyruszyć do doliny i dać wspaniały pokaz kung fu okolicznym mieszkańcom.
– Idź – wyganiała go.
– Dotrzymam ci towarzystwa – zaproponował.
– Po co? Dwa Smoki Żywiołów nie wywołają takiego zachwytu bez trzeciego.
– Ani czwartego.
Splotła ramiona na piersi, wytrącona z równowagi celną ripostą. Złapała się ostatniej deski ratunku:
– Musisz pilnować Claya i Raimunda, żeby nie jedli mięsa.
– Będzie ciężko – westchnął. – Bez twojej pomocy…
– Nie, Omi – ucięła. – Bezpośrednio nie mam zamiaru mieszać się w ich czyny. Straciłam dla nich serce.
Odwróciła się na pięcie, wbrew protestom Smoka Wody pchnęła drewniane drzwi i weszła do bezpiecznej przystani – swego więzienia.
– Dobrej nocy, braciszku – rzuciła na odchodnym, zamykając się w celi.
Omi nie dowierzał, jak bardzo zmieniła się jego przyjaciółka.
„Nigdy już nie opowiesz nam bajki…?”
Nogi jakby wrosły mu w podłoże, niczym drzewo zachłannymi korzeniami wciska się w grunt. Nie wiedział, co ze sobą począć. Cienie w korytarzu pogłębiały się. Przez mur słyszał nawoływania braci:
– Gdzie ten mały?
– Wychodź, Omi, wychodź!
Raz jeszcze zlustrował przygnębiający prostokąt mroku wgryzający się w ścianę. Rozpalona wyobraźnia wymalowała przed nim Smoka Ognia płaczącą pośrodku pokoju, bijącą czołem przed posągiem Kuan-in, pogrążoną w niemej rozpaczy.
Pochylił się przed siebie, składając ręce na wysokości serca, polecając przyjaciółkę duchom Nieba i Ziemi.
– Dobrej nocy, siostro.

***

Srebrny dysk wyzierał figlarnie zza płynących nisko chmur, a jego zimny, potoczysty blask lał się na wygięte ku niebu naroża dachów, przydając im nieziemskiego nimbu. Ażurowe okiennice celi Kimiko na podobieństwo sita rozdzierały srebrzyste snopy, obsiewające podłogę i sprzęty kwadratowymi plamami światła. Dziewczyna wpatrywała się na niebo oraz księżyc, na błyszczącą połać trawy, a także okrągłą bramę z granitu wytyczającą granicę między dziedzińcami Xiaolin, a Lasem Smoka.
Tym razem, zamiast na wierzchołki drzew, spoglądała wyżej, dopatrując się pomyślnej wróżby z interpretacji zmieniających formy nieuchwytnych chmur.
– Powinnam nakleić na drzwi papier – wypowiedziała w martwą przestrzeń, sącząc skromną zupę z zielonej herbaty. – Ach, czerwony papier… Spaliłam go na placu, razem z robótkami.
Odesłała do domu prawie wszystkie skrzyneczki, zostawiając jedną, najmniejszą i w dodatku opróżnioną, żeby symbolicznie przypominała o pustce w sercu. Zatrzymała też pościele, przybory do szycia, nieco ziółek leczniczych. Obecnie pokój sprawiał wrażenie bardziej ponurego. Jedyną pociechą wydawał stos przepisanych Sutr Lotosu, które już za cztery dni, skoro tylko skończy się post, spali w ofierze. Ich dym wzniesie się wysoko, skręcając się w wysublimowaną kaligrafię, aż do onirycznej krainy – do pałacu Króla Smoków.
Odstawiła filiżankę, podchodząc bliżej do okna. Świeżo zakrzepła krew na ranach piekła. Imaginacja podsunęła wizje zabrudzonego plamami bandaża oplatającego piersi. Nie umiała na niego patrzeć, tak jak nie wiedziała, co naprawdę wyciska z oczu łzy: fizyczne cierpienie czy samotność?
„Żono łucznika, ty któraś uleciała aż na księżyc, wiesz, co mnie trapi, prawda?”
Pękatą kulę skrył kłąb obłoków, osłaniając ją przed żałosnym obliczem wyglądającym z okna świątyni. Kimiko przeszył dreszcz. Na króciutki moment poczuła ulgę od rozdartych ran i siniaków na grzbiecie i żebrach. Wiatr czesał wierzchołki Lasu Smoka. Jego ściana piętrzyła się tak blisko, że wystarczyło wyciągnąć palce, aby go pogłaskać.
„Las by mi ulżył”, nasunął się pomysł, lecz nie roztrząsała go w ogóle, gdyż jasność ponownie skąpała skórę, wydobywając z niej piękno. „Palce przypominają kość słoniową…”
– Żono łucznika – powtórzyła, urzeczona iluzoryczną grą świateł. – Czy bawisz się z białym królikiem zwiniętym w kłębek pod cyprysem? Czy wciąż szukasz zaginionego męża, zapalając kaganek rozjaśniający ziemię? – Usta przebiegł skurcz, obnażyła zęby w posępnym grymasie. – Żadna kobieta nie powinna dziś czuć się samotnie…
Dotknęła serca – biło mocno i szybko jak odlany z brązu dzwon. Z przymusu zerknęła na egzemplarze Sutry Lotosu, zwinięte w rulony zasznurowane szkarłatnymi tasiemkami.
„Mogłabym pisać je na nowo lub wziąć pędzel i nakreślić jakiś rysunek, ewentualnie udać się do biblioteki i czytać albo pójść wreszcie spać…”
Ale nie potrafiła. Ilekroć koncentrowała się na wirującym obłoku myśli, próbując go zatrzymać, ponosiła klęskę.
„Nie chcę tak żyć!”, krzyczała w duszy, bojąc się wyartykułować skargi nawet przed martwymi murami świątyni.
A jak chcesz żyć?, odezwał się pesymistycznie głos rozsądku.
Oplotła szyję dłońmi, nie mając ani pomysłu, ani woli, aby wykłócać się ze sobą, przeprowadzać wewnętrzny monolog.
„Nie wiem, czego chcę…”, przyznawała ckliwie.
Pomyśl, tu jesteś bezpieczna i wolna, tu przydasz się światu, tu zyskasz chwałę, tu osiągniesz Nirwanę, tu…
– Jestem samotna – dokończyła, słysząc, jak skrzypią ażurowe okiennice. – Samotna wśród zazdrośników, na obcej ziemi. Mogę mówić, ale nikt nie zrozumie mojej mowy – zawyrokowała, spuszczając wzrok w stromą przepaść. – Nim pogrzebię młodość w klasztorze, czegoś spróbuję...
Czego?, nagabywało sumienie, lecz wojowniczka odepchęnła pytania, na które wciąż nie znała odpowiedzi.
Chłodny powiew owionął twarz i szyję, wpełzł aż pod kołnierz białego habitu. Zachwycona hipnozą połączonych sił dostojnego księżyca odkrywającego przed zagubionymi drogę w niebezpieczeństwach nocy; swawolnych chmur manipulujących sączącym się z nieba blaskiem; szeptem wiatru dającym wytchnienie; kosmatą połacią tajemniczej kryjówki uwielbianego Króla Smoków Kimiko wyskoczyła na parapet, wystawiając na zewnątrz stopy obute w miękki aksamit.
„Sprawdzę, czy Las Smoka nadal nas lubi”, postanowiła lekko, napychając płuca przyjemną wonią mokrej ziemi. „Liu Bai musiał, po prostu musiał czymś mu się narazić. Założę się, że jadł mięso i pił wino. Ach, ci Chińczycy z południa… bezwstydni i postępowi jak Ruling.”
Ześlizgnęła się zwinnie po sękatym daktylowcu, wylądowała na porysowanej płycie i opatuliła szczelniej jedwabną szatą. Wyczarowała kilka ogników, służących za światło oraz źródło ciepła, obierając kierunek ku wiekowym sosnom. Płaszcz chmur przyodział księżyc na dłuższą chwilę, ale Kimiko wcale to nie odstraszało. Prędko dotarła do bramy. Wrota nie stawiały oporu. Żelazne sztaby połyskiwały w płomieniach, odkrywając świat leśnego spokoju. Odwróciła się, żeby dojrzeć starych, otwartych okiennic na piętrze świątyni. Bieliły się, niezachwiane i kpiące z żywiołu wiatru. W uszach odbiło się nieśmiałe huczenie sowy – urywane, przytłumione poruszaniem się drobnych zwierząt wychodzących na żer. Kimiko znów wystawiła twarz na podmuchy z lasu. Wydawał się oddychać pierwotną magią, nawilgłą i mroczną.
Mimo to nie czuła strachu, bardziej fascynacje, dziwne łaskotanie w podbrzuszu. Przyjemne powiewy muskały zbolałą skórę. Wtem księżyc opromienił ściółkę, ukazując czerniejący dywan naniesionych przez wiatr liści. Zdążyły opaść i przegnić.
W towarzystwie płomieni zbliżała się do wyciągniętych w jej stronę gałęzi. Błyszcząca od rosy trawa łaskotała ją aż po odkryte kostki. Wkroczyła dziarsko do leśnego wymiaru, poddając się ułudzie ducha wyrywającego się do gwiazd królujących z piedestału pasma Song.
„A przecież ogień niczego się nie lęka”, wojowniczka uśmiechała się do siebie. „Jest najpotężniejszą siłą natury! Jej pierwszą i ostatnią bronią!”

***

To Las lękał się ognia.
Sosny zakołysały się, trzęsąc grubymi igłami przed wdzierającym się w las ogniem. Płynął w powietrzu, udając świetliki! Podążał za istotą dwunożną – za człowiekiem płci żeńskiej. Las nie spodziewał się takiego zamieszania.
„Tylu przybyszów! Jakże ja ich ugoszczę!”
I ten paskudny ogień.
„Dawno cię tu nie widziałem”, łypał na przeciwnika groźnie, choć ten zdawał się ignorować leśnych żołnierzy, szydzić z ich majestatu! Utworzył wokół istoty pierścień, jakby ją chronił. A istota ślizgała się po podłożu sprawniej niż inne jej podobne, przeskakiwała nad korzeniami, straszyła stada traszek i żab, które z salwą głośnych plusków uciekały do wody i błota. „Bezczelność!”
Las nie chciał człowieka i ognia u siebie w ciemną, głuchą noc. Osobno stwarzali wystarczający problem, co dopiero razem! Człowiek szedł, powłócząc szatą, nie zważając na gęstniejące drzewa oraz wystające z nich ostre szpule. Ocierał się białymi łapami o mokre konary, wychylał głowę, jakby w poszukiwaniu, wzdychał z rezygnacją, po czym znów chichotał, ewidentnie coś knuł.
„Cóż za nieczyste intencje cię tu sprowadziły, człowieku?”
Istota zachowywała się nader głośno, więc albo wyprawiła się do lasu, nie wiedząc, jak polować, albo nie miała takiego zamiaru. Rozgorączkowany las śledził ją zapamiętale, od czasu do czasu podtykając pod nogi wystające korzenie, lecz na próżno. Istota znała widać sztuczki lasu, bo omijała każdą pułapkę, począwszy od czających się w jamkach węży, skończywszy na namiękłych od deszczu bagniskach. To płomienie pomagały jej się bronić. Las zastanawiał się, kim jest ta osoba? Jego sycząca, wijąca się podświadomość pracowała zawzięcie, przywołując informacje zachowane w słojach najstarszych drzew.
„Nie przybyła z wiosek jak inni, tylko z klasztoru hołubiącego smokom”, wyliczał.
Przystanęła przy ogromnym dębie, wodząc palcami po grubej, spękanej korze.
„Ogień płynie za istotą, jakby potrafiła kontrolować tor jego lotu.”
Powąchała mech zarastający chropowate wypukłości leśnego żołnierza.
„Płomienie się jej słuchają, a ona bawi się nimi, rozporządza, jak chce.”
Wierzchołki drzew zatrzęsły się z poruszenia.
„Ona włada ogniem! Ona mnie spali! Ona jest zła!”, panikował.
Śmiech istoty rozległ się w powietrzu, małpując trele ptaka. Zawtórował im szum strumieni, którego echo odbijało się po puszczy. Rzuciła się biegiem do źródła dźwięków, zostawiając las całkowicie oszołomiony.
„Trzeba ją zabić”, zawyrokował. „Ci mnisi są niebezpieczni, ujarzmili przyrodę. Przyjaźnią się z ogniem!”
– Królu Smoków, czy jesteś tam? – nagły, przenikliwy szept doszedł do uszu lasu.
„Ona szuka Króla Smoków…”, wieści przeskakiwały z liści na liście. „Ale u mnie nie ma Króla Smoków, nie taki, jakiego obraz pielęgnują mnisi Xiaolin....”
Wędrówka istoty trwała jeszcze długo, nim zatrzymała się przy jeziorku skrytym wśród gąszczu krzewów. Gdyby szła dalej, ujrzałaby maleńką rzeczkę o dnie wyłożonym białymi kamykami. Księżyc od dobrej godziny nie wyłaniał się zza chmur. Tylko ogniki wirujące wokół istoty dawały światło. Las nienawidził tego dwunożnego potwora.
„Nie jesteś taka jak inni mnisi, których sobie zatrzymałem. Nie chcę cię tu!”
Drzewa po raz ostatni zakołysały się, wydając z siebie suchy ryk. Ale nawet on nie przeraził zuchwałego intruza.
„Pragnę twojego cierpienia, twoich tortur, twojej śmierci”, mruczał las do głuchej istoty. „Niech oni się tobą zajmą, złe stworzenie, niegodny smoku”.
Na tafli pojawiły się koncentryczne kręgi. Czarne włosy mniszki zsunęły się z pleców na boki, kiedy wychyliła się w przód, aby lepiej dojrzeć wijącą się pod powierzchnią wstęgę. Z wody wynurzył się wpierw łeb. Dwie bursztynowe łzy osadzone w głębokich oczodołach błyszczały, oświetlone ciepłym blaskiem płomieni.
„Oni zabijają marnych naśladowców Króla Smoków!”
Las zaśmiał się zawistnie, trzepocząc liśćmi, upajając się ciężarami, pod którymi uginały się gałęzie. Czuł niepohamowane pragnienia. Byli tu, gotowi wydrzeć życie ze złych stworzeń.
„Czyli smoków podobnych do ciebie”.

***

Nieśmiałe ruchy gibkiego ogona mąciły wodę. Drobne fale obmywały wygładzone, płaskie kamyki. Serce Kimiko tłukło się po bolących żebrach jak więzień. Przykucnęła zaledwie parę metrów od wyłaniającej się sylwetki. Z wrażenia ogniki otaczające ją posypały się iskierkami na mokrą trawę. Siedziała niezdolna nawet do mrugnięcia. Dwie spiczaste łapki wyszły na brzeg, uczepiając się grudkowatej ziemi. Nieco światła na chwilę tylko wychyliło się zza chmur, dzięki czemu dziewczyna lepiej przyjrzała się kroplom srebrzącym się na zielonych łuskach. Smok otrzepał się niczym kot!
„O, Niebiosa…”
Ogarnęła ją cicha radość: ciepła i czuła. A zatem legendy głosiły prawdę – w Lesie Smoka uwiły sobie gniazdo najprawdziwsze smoki!
Mimo że smok nie wyglądał kropka w kropkę jak olbrzymie stworzenia pociągnięte tęczowymi farbami na zwojach w westybulu świątyni, nie przypominał też żadnego innego znanego zwierzęcia. Był istotą drobną, delikatną jak płatki wiśni, o poplątanym ogonie i ostrych pazurach wieńczących palce łap.
„Nie boi się mnie?”, zachwyciła się, śledząc ruchy bursztynowych ślepi.
Smok w istocie sprawiał wrażenie, jakby nie zdawał sobie sprawy z obecności gościa. Wodził wzrokiem po listowiu.
„Szuka jedzenia?”
Zażyczyła sobie podejść do niego i zaanonsować się, gdyż czuła, że mitologiczny stwór, od którego mnisi Xiaolin zapożyczyli sobie tytuły dla adeptów wypracowanych latami nauk, zrozumie ją, a także wskaże drogę do pałacu Króla Smoków.
Nie zdążyła się przywitać, bo świst przeciął powietrze tuż nad głową Japonki. Metalowe widły wbiły się celnie w ziemię, przygważdżając smoka! Źrenice Kimiko rozszerzyły się, a usta otwarły w zdumieniu. Nie musiała odwracać się za siebie, bo oto ciemny, pozbawiony formy kształt skoczył przed nią. Dziki śmiech rozdarł ciszę. Woda w jeziorze ochlapała Kimiko. Zerknęła na jedwabne szaty przerażona krwawymi plamami. Chrupot kości zagłuszył jej cichutki jęk. Zbyt ogłupiała, żeby zareagować, patrzyła z bezgłośnym krzykiem cisnącym się na ustach na ręce, które gruchotały miękkie ciałko.
– Jebak, Jebak, patrz, co znalazłem! – Znów ten lepki, okrutny śmiech.
Postawny człowiek wyciągnął zza pasa worek. Umieścił w nim nieżywego smoka. Zarzucił sobie zdobycz na ramię, kompletnie lekceważąc schowaną w krzakach dziewczynę. Z mroku wyłoniło się jeszcze kilka postaci – dwóch mężczyzn dołączyło do mordercy. Naramienniki na ich nagich klatach błyszczały niebezpiecznie w blasku chowającego się księżyca.
– Tylko jeden? – odezwał się najwyższy z grupki. – Popatrzcie na to! – Zamachał potężną łapą, w której trzymał aż trzy poskręcane smoki.
Kimiko zawładnęły mdłości.
– Liczysz na nagrodę? – Z cienia sosny wychyliła się nowa postać; niska, krocząca z gracją. Podeszła do grupki, kołysząc biodrami oraz mrucząc jak kocica. – I dobrze. Wynosimy się do domu, ten las jest taki brudny – dodała z niesmakiem.
– Najpierw przekonamy się, czy tyle smoków mu wystarczy – oznajmił ostatni z łowców. – O, już tu idzie.
Japonka nie podążyła za kierunkiem wskazanym przez palec mężczyzny. Trzęsła się ze strachu i obrzydzenia. Obrzydzenia do siebie. Obowiązek nawoływał wyskoczyć zza krzaków, powstrzymać łowców smoków, lecz mięśnie wypowiedziały posłuszeństwa. Zagrabiła palcami kupkę gliny, przewidując, że tylko sekundy dzielą ją przed wybuchnięciem i ucieczką.
„No dalej… trenowałaś… klasztor przygotował cię do walki!”
Z gałęzi sosny rosnącej najbliżej zeskoczyła kolejna sylwetka. Czwórka ludzi natychmiast złożyła pokłon smukłemu mężczyźnie o długich włosach. Ten zaś niecierpliwym gestem ręki kazał im wstać i pokazać zdobycze. Wziął worek ze świeżo zabitym smokiem, wyciągnął jego ciało, obwąchał, ważył chwilę, po czym kiwnął z aprobatą głową, aby zaraz przejść do następnego.
„Zwyrodnialcy!”
Kimiko nieco ochłonęła, próbując racjonalnie ocenić szanse na ucieczkę. Trójka łowców dzierżyła szable i kusze, podczas gdy ich herszt wraz z kobietą nie byli ani trochę uzbrojeni.
„Póki siedzę tu, nic mi nie grozi…”, dodała sobie otuchy.
Oczy przyzwyczaiły się do półmroku. Kontury sylwetek stawały się wyrazistsze, a uwagę przyciągała jasnowłosa diablica z Zachodu. Sterczała z boku, z ramionami skrzyżowanymi na piersiach, oczekując werdyktu i rychłego opuszczenia, jak to ujęła, brudnego lasu.
Wreszcie przywódca wyprostował się, kładąc jedną dłoń na biodrze.
– Doskonały połów, kiciusie – pochwalił w klasycznym języku chińskim ochrypłym głosem. Przekręcił głowę w prawo, spoglądając na drzewo, z którego zeskoczył przed paroma minutami.
Kimiko zatrzęsła się, słysząc tego człowieka.
„On brzmi, jakby dwa miecze ślizgały się o siebie...”
Zaciągnął się świeżym oddechem lasu i drgnął.
– Czuję zapach kobiety.
Podglądaczka nieopatrznie bardzo głośno wypuściła powietrze z ust. Herszt obrócił się powoli ku jej kryjówce. Dostrzegła parę oczu tlących się jak pochodnie, dokładnie takie, jak ślepia tamtego zabitego smoka. Wzrok mężczyzny spoczął na niej, nonszalancko omiatając czoło, usta, zszedł po szyi aż na kołnierz białej, mnisiej szatę. Nieodgadniony grymas wpełzł mu na twarz.
– Witaj.
Krew powoli wznowiła krążenie w ciele wojowniczki. Zza pleców obezwładniającego ją mężczyzny wychyliły się nieprzyjazne twarze kompanów. Jeden z nich  ten, który zabił aż trzy smoki  oblizał się po wargach. Wyszedł z szeregu i padł przed przywódcą na kolana.
– Wasza Wysokość – zwrócił się do niego, w bardzo eleganckim i dawnym stylu, splatając ręce na wysokość serca. – Ona jest lisicą, pozwól mi ją ukarać.
„Wasza Wysokość?”
Odbiorca pozdrowienia jednostajnie skracał dystans między sobą a intruzem, nie spuszczając badawczego spojrzenia. Nie uśmiechał się, raczej przejawiał ciekawość. Japonka zwinęła dłonie w pięści.
„Nie chcę umierać!”
Ulotny wojowniczy wyraz rozbawił herszta, bo obnażył równe zęby.
– Ona nie jest lisicą – zawyrokował, modelując głosem, od jakiego nieprzerwanie obsiewały dziewczynę dreszcze. – Ani żadnym innym demonem, tylko człowiekiem z krwi i kości.
– Panie… – zajęczał łowca, tracąc opanowanie, jakby męczyło go pragnienie. – Proszę, chcę przestrzelić jej tyłek.
„Przestrzelić mi tyłek… Chce mnie zbić!”
Do rozmowy włączyła się kobieta, wypluwając głoski gorzej od żmii:
– Jebak, Jebak, Jebak, nie przepuścisz nawet żebraczce.
Długowłosy mężczyzna zlekceważył ich oboje, tak jakby koncentrując się na podglądaczu, przestał dostrzegać swych kompanów. Stanął na odległość metra od Smoka Ognia.
– Rozumiesz nas? – spytał tak, że krew ścinała się w żyłach.  Zgubiłaś się?
Odpowiedział mu chór chichotów.
Mimowolnie pokiwała głową.
– Wyjdź do mnie – rozkazał bezceremonialnie, rezygnując z pozornie uprzejmych zwrotów.
Tym razem pokręciła głową. Zamiast skomentować odmowę, zlustrował intruza płomiennym spojrzeniem. W powietrzu zawisł szczęk stali.
– Ogłuchłaś? Wyjdź, jak Jego Wysokość prosi – ktoś krzyknął.
Wreszcie spokojny, pewny siebie mężczyzna podniósł rękę gestem nieznoszącym sprzeciwu. Brygada z tyłu umilkła. W tle rozległo się echo skrzeczących żab i huczenie sowy.
– Wyjdź do mnie – powtórzył raz jeszcze, wyciągając dłoń.
Łzy zakręciły się w oczach Kimiko. W najstraszniejszej godzinie życia odkryła swe przeznaczenie, a wychodząc z klasztoru w Święto Środka Jesieni, przypieczętowała je. Las Smoka zawsze ją pociągał, może dlatego, że to tu miały wybielić się jej kości? Godząc się z losem, pozwoliła hersztowi wyprowadzić się z bariery dzielącej ją od bandytów. Palce zaciskające się na nadgarstku odznaczały się siłą niepodobną do żadnego mnicha, który kiedykolwiek ośmielił się ją choćby musnąć. Wyszła z krzaków gotowa na cios. W skośnych, złotych oczach podobnych do ślepi gada zauważyła coś na kształt satysfakcji. Zacisnęła powieki, żegnając się ze światem, a wówczas ten dziwny człowiek kucnął, niespodziewania gładząc jej prawą stopę!
Mimowolnie odskoczyła, ale nie udało się wyrwać nogi. Paraliż obezwładnił wojowniczkę, kiedy obcy bez skrupułów obmacywał dziewczęcą kostkę. Jego palce drażniły skórę, wspinając się coraz wyżej, aż do kolan.
Nikt jej tak nie dotykał.
– Nie… – jęknęła, nie zdając sobie sprawy, że łkała rzewnie już od dobrej minuty.
Schyliła się, by strzepnąć bezwstydną rękę, ale wtedy on złapał za nadgarstek Smoka Ognia i wstał. Palcami wolnej ręki odgarnął włosy z jej czoła. Uciekała przed świdrującym natarciem skrzącego się wzroku, jednak jego właściciel gwałtownie pochwycił ją za podbródek.
– Dlaczego nie popatrzysz mi prosto w oczy? – wyszeptał.
Bo nigdy nie patrzyła w oczy obcego mężczyzny, gdyż dobrze ją wychowano. Krzyżowanie wzroku zarezerwowano wyłącznie dla małżonków, a obostrzenia wyraźnie mówiły, iż wolno im to było robić tylko za hibiskusową zasłoną. Cokolwiek to znaczy.
Zmusił ją do zajrzenia mu w źrenice – pionowe, drżące z ciekawości. Przełknęła ślinę. Spotkanie złych ludzi odczytywała jako karmę, odwet za pyskowanie chłopcom i wdanie się z nimi w bójkę.
– Kości twoich stóp nie zostały w dzieciństwie złamane, nie jesteś więc kaleką ani wieśniaczką, mniemając po stroju, należysz do zakonu... – oznajmił głośno. – … mnichów Xiaolin – wypowiedział ostatnie słowo z szyderą.
Pchnął oniemiałą ze zdziwienia wojowniczkę, wyswobadzając jej nadgarstki. Obrócił się na pięcie, minął nadal klęczącego łowcę, i wyrzucił z siebie obojętnie:
– Jebak, pozwalam ci ją ukarać.
Zdawał się doszczętnie stracić zainteresowanie intruzem. Jego podwładny z kolei poderwał się z ziemi. Przewiercił mniszkę wulgarnym spojrzeniem przekrwionych oczu.
„Ukarać? Za co?”
Reszta mężczyzn zagwizdała.
– Podziel się potem z nami!
Kobieta oparła głowę o bark herszta.
– Tylko nie zabij jej w połowie – uprzedziła. – Założę się, że jest dziewicą.
„Dziewicą?”, Kimiko łykała nowe słowa, przeskakując wzrokiem po twarzach zebranych. Łowca nazywany Jebakiem ruszył na nią, prężąc muskularne ramiona.
– I masz rację, mnisi Xiaolin przymykają oczy na spożywanie zakazanych potraw, ale seks jest u nich absolutnie wykluczony. – Perorował ten ochrypły głos, krztusząc się śmiechem. – Wierzą, że rozprasza energię ducha, niszcząc kung fu.
Zęby Jebaka zalśniły tuż przed oczami Kimiko, kiedy wyciągnął po nią łapę. Pisnęła, lecz instynkt kazał stanąć do walki.
„Kung fu... Przecież ja władam ogniem!”
Pierwszy, słaby płomień wystrzelił z ręki mniszki, godząc nagą pierś. Łowca zawył, zginając się w plecach. Kimiko nie zwlekała – kopnęła go między nogi, po czym wycelowała w brzuch, powalając brutala na trawę.
Gniew przejął kontrolę nad nią jak wtedy, kiedy rzuciła się na brata w zemście za oskarżenie jej. Furia wykrzywiła niewinne dotąd oblicze, aż pozostali cofnęli się.
Oprócz jednego.
Przywódca wystąpił z szeregu z malującym się na twarzy zadowoleniem. Japonka wypuściła strumienie ognia w ziemię; dwa słupy podniosły ją nieznacznie ponad głową grupki. Powróciło poczucie bezpieczeństwa. Wystarczy dmuchnąć, aby spalić łowców smoków!
Kobieta cofnęła się, zasłaniając ramionami, a opryszki wyciągnęły miecze i kusze, szykując się do ataku.
Po raz kolejny ich zapędy wstrzymał władca.
– Odejdźcie – warknął.
Zdziwili się chórem.
– Wasza Wysokość, ona…
– Ona jest Smokiem – podchwycił, obracając oblicze ku szybującej wśród iskier i płomieni dziewczyny. – Tak jak przypuszczałem, biła od niej energia inna niż u byle mnicha.
Zachowywał się, jakby miał do czynienia z eksponatem, cenną zdobyczą lub…
„Smokiem…”, przemknęło Japonce przez myśl.
Towarzysze dostosowali się do polecenia, oddali pokłon i rozproszyli się w mroku. Na polu walki zostali tylko oni – Kimiko, w której złość biła się z przerażeniem oraz on – kimkolwiek był, człowiek polujący na bezbronne stworzenia, o dziwnych oczach i przenikliwym głosie.
Emanował od niego spokój, w ogóle się nie bał.
– Co zamierzasz zrobić? – zadrwił. – Trwonić bezużytecznie moc? Twój ogień wkrótce osłabnie, zabraknie ci paliwa. Nadal szkolisz się w wojaczce, bo nie ukończyłaś dwudziestego roku życia, na co wskazywałyby twoje śliczne, długie włosy.
– Chcę wrócić do domu! – wrzasnęła, o wiele słabiej niż się spodziewała.
Pokiwał głową, nie przestając uśmiechać się z fascynacją.
– A gdzie twój dom, perło?
Zaniemówiła. Nikt się do niej nie zwracał w tak swobodny, figlarny sposób.
– Zejdź tu do mnie – poprosił, a nie rozkazał jak przedtem. – Nie skrzywdzę cię.
Chcąc nie chcąc opuściła się na ziemię, gdyż obcy nie minął się z prawdą. Smoki na szkoleniu nie umiały szafować mocą ot tak, bez wysiłku.
– Chcę wrócić do domu – powtórzyła łamiącym się głosem, stykając palce stóp z rozmiękłym gruntem.
– A gdzie on jest? – naciskał, wystrzeliwując w górę czarną brew.
– W klasztorze Xiaolin! – Wypięła dumnie pierś, wychodząc z założenia, iż na pewno prezentuje się groźnie.
Rozmówca przekrzywił głowę, splótł ramiona za plecami i, nie tracąc animuszu, indagował dalej:
– Pytam o twój prawdziwy dom. Mieszkasz w Chinach tymczasowo, zgadłem? Uczysz się tu tylko, czyż nie? Twój akcent cię zdradza, karzełku.
Chińczycy karzełkami tytułowali pogardliwie młodszych braci z Japonii. Kimiko zachodziła w głowę, skąd po pięciu minutach znajomości ten ktoś tyle o niej wie?
Postanowiła grać na zwłokę.
– Może… jestem sierotą wojenną?
Rozbawiła go.
– Nie jesteś – wydusił przez śmiech. – Twoje ubranie uszyto z jedwabiu wyrabianego w Kadze. Żadna sierota nie mogłaby sobie pozwolić na sprowadzony zza morza jedwab, szczególnie że mnichom nie wolno posiadać drogocennych przedmiotów. I nie zaprzeczaj, bo gdy cię rozbiorę, z pewnością na wewnętrznej warstwie szat zobaczę twoje inicjały.
Zbladła, cofając się. Nieznajomy wyrównał między nimi dystans dokładnie o tyle  samo kroków. Kimiko podniosła rękę, a skupiając płomienie, wystrzeliła je w powietrze.
– Przestań tak mówić, złodzieju! – wrzasnęła rozpaczliwie.
Doskonale się z nią bawił, bo teatralnie rozłożył ramiona, wystawiając się na srebrzysty poblask. Dopiero wówczas przyjrzała mu się dokumentnie. Opuściła ją odwaga.
„Jego uszy są spiczaste!”
– Dlaczego nazwałaś mnie złodziejem? Domniemywałbym wielu obelg, ale na pewno nie takiej.
Skóra obcego kontrastowała ostro tła czarnoszarego lasu, a pośrodku twarzy jarzyły się gadzie ślepia. Rzuciło się wojowniczce, że wbrew upiornemu wyglądowi, fizjonomia herszta przedstawiała idealne, szlachetne proporcje, jakby zrodziła go szlachcianka, nie wiedźma.
– Powiedziałeś, że ukradniesz mi ubranie – wyszeptała, pchając głos przez ściśnięte gardło.
Pogłębił zawadiacki uśmiech.
– Nie, powiedziałam, że cię rozbiorę – uściślił. – Na co mi mnisi habit?
Faktycznie, zbója spowijał najczystszy jedwab. Czarne spodnie i, zdawało się, granatowy albo fioletowy kaftan z rozciętymi do łokci rękawami budziły skojarzenie hanfu dawnej arystokracji. Na piersi wił się smok wyszyty srebrną nicią.
– Po co chcesz mnie rozebrać? – odzyskała głos po owych pośpiesznych kalkulacjach.
– Żeby ci się przyjrzeć, oczywiście – operował swawolnym tonem. – Czy nie wiesz, co wyczynia z umysłem mężczyzny widok zgrabnego ciała kobiety odzianego wyłącznie w nocne buciki? – Potoczył natarczywym wzrokiem po nogach dziewczyny, aż spoczął nim na pantoflach z czarnej aksamitki wystających zza rąbka szaty. – Nienawidziłem okaleczonych stóp Chinek.
Łydki Kimiko zadrasnęły krzaki, za którymi chowała się jeszcze przed kwadransem.
„Niech przestanie mówić mi o takich rzeczach! Czy przed tym ostrzegał mnie tata? Ja głupia, dlaczego wyszłam z klasztoru akurat nocą?”
Musiała oszczędzać ogień, który pomagał w walce wręcz, a ponieważ nie wzięła ze sobą żadnej broni, jedynie w ucieczce widziała szansę na przetrwanie. Skumulowała smoczą moc i na chybił trafił wystrzeliła nią w bandytę. Odwróciła się na pięcie i puściła sprintem w drogę powrotną. Podarła spód szaty o igły skarłowaciałych krzewów.
„Schowam się w jakiejś dziupli, pod korzeniami albo w wydrążonym drzewie!
Ściana lasu zdawała się ciasno zbitymi szeregami żołnierzy, za plecami jakich znalazłaby bezpieczeństwo. Nie zważając na łamiący ból w plecach i w brzuchu biegła co tchu, byleby nie widzieć już tych okrutnych, złotych ślepi ani nie słyszeć języka wypluwającego nieprzyzwoite treści.
„Jak kobieta może stanąć przed kimkolwiek wyłącznie w pantofelkach? To potworne! Och, tato!”
Słowa przywódcy szajki odbijały się pod czaszką Kimiko, napędzając mięśnie do pracy. Ręce niemal zatapiały się w wilgotnym podcieniu lasu. Księżyc zgasł na dobre; widziała jedynie ciemność, a słyszała własny, płytki oddech. Wtem nagły cios odrzucił Japonkę od granicy między polaną a lasem. Leżała na trawie, w ustach czując mokrą ziemię. Coś ją przygniatało, zadawało ból, dotykając wszędobylskimi palcami po obitym ciele. Krzyknęła na całe gardło.
– Ćśśś… – Ciepły oddech rozlał się po jej szyi. – Nie wrzeszcz w lesie.
Obcy zacisnął dłonie na nadgarstkach wojowniczki, aby mu się nie wyrwała i wtedy z niej zszedł.
– Uczniowie Xiaolin są coraz słabsi – oznajmił autorytatywnie. – Wy niby chcecie walczyć przeciw generałowi w wojnie północy z południem?
Położył się obok, kompletnie nie zważając na to, że pobrudzi swe drogie ubranie.
– Wybacz moją złośliwość, czasem muszę się z kimś pobawić, kiedy nadarza się okazja – mówił teraz zupełnie innym tonem, łagodnym, wręcz sympatycznym. – Bo widzisz, najczęściej po prostu bardzo się nudzę.
Otworzyła oczy, wciąż pełna obaw co do zamiarów potwora o złotych ślepiach. Nie dowierzała, że pod tą groźną powłoką kryje się choć szczypta czystych intencji.
Muszę się z kimś pobawić? – zacytowała go. – Umarłabym ze strachu!
Odgarnął niesforne kosmyki przesłaniające jej czoło. Mimo przepraszających zwrotów bynajmniej nie było mu przykro.
– Najmocniej przepraszam, taka moja… gadzia natura – utemperował złość mniszki i raptem spoważniał. – Wyciągnij lekcję z dzisiejszego wieczora. Następnym razem pomyślisz dwa razy, nim zapuścisz się sama w głąb Lasu Smoka.
Uniosła brwi, kpiąc w duchu z naiwności nieznajomego.
– Niby czemu? Mieszka w nim Król Smoków.
To on wybuchł śmiechem, wgniatając usta o ramię Japonki. Gwałtowne ruchy jego ciała, kiedy pokładał się z radości, wprawiały mniszkę w coś z pogranicza zawstydzenia a strachu. Owo uczucie zagubienia pogłębiło się z chwilą uzmysłowienia sobie, iż mężczyzna – nawet nie chłopiec! – położył się obok niej. Zaskowytała jak pies.
– Król Smoków, tak? – podjął wreszcie, pochylając się nad ofiarą.
– Tak… i spotka was kara za zabijanie smoków!
Ściągnął usta, pozorując zmieszanie.
– Jak to?
Wściekłość zmieszana z lękiem zatruła głos Kimiko goryczą.
– Popełniacie straszny grzech!
– Typowy mnich Xiaolinu, a potem się dziwicie, że was nie lubię – rzekł cicho, jakby do siebie, ścierając z twarzy fałsz. – Oceniasz, nie znając faktów, przykre.
Dziewczyna prychnęła niczym dzika kotka.
– A co tu podlega ocenie? Odbieracie życie niewinnym stworzeniom! Smokom! Strażnikom prawd, skarbów i…
– Stanowią składnik mojego... lekarstwa.
Urwała w pół zdania. Patrzyła oniemiała na złote ślepia, czując, że czerwieni się aż po uszy.
– Nie porywałbym ich ani nie zabijał, gdyby nie zależało od nich moje życie.
– Jesteś chory? – spytała z niezamierzonym współczuciem.
Odpowiedział jej wymuszonym uśmiechem, ograniczając się w słowach. Zagarnął mniszkę bardziej do siebie, tuląc ją.
– Zimno ci, perło? – zmienił temat, do reszty mieszając Kimiko w głowie.
Zaprzeczyła, zaskoczona, że ból w klatce piersiowej i plecach zelżał.
„Czy to szok?”
Płaszcz chmur przerzedził się, odsłaniając popielate niebo i iskrzący się wielki dysk. Japonka, zahipnotyzowana jego pięknem, zapatrzyła się nań, konstatując, że wymknięcie się z klasztoru do lasu w Święto Środka Jesieni było okropnym szaleństwem.
– Szukasz królika śpiącego pod cynamonowcem?
Absurdalność okoliczności wycisnęła spomiędzy ust nerwowy śmiech. Ten śmiech odgonił widmo samotności. Mężczyzna głaskał perełkę po policzkach, marszcząc brwi.
– Jutro rano odprowadzę cię do klasztoru.
Ulotny czar chwili prysł. Kimiko uświadomiła sobie, że leży na trawie w środku nocy, otoczona pierścieniem starego lasu, mając za towarzysza obcego mężczyznę, któremu przyświecały mordercze zamiary, o osobliwym wyglądzie i głosie.
– Odprowadzić? Mnie? Jutro?!
Zatkał jej usta dłonią.
– Czy nie wpojono ci zasad dobrego wychowania? – skarcił, wstając wreszcie z ziemi,
W Japonce obudziło się pragnienie sprawiedliwości.
– Przed momentem zmusiłeś mnie do pogwałcenia zasad dobrego wychowania, każąc na siebie spojrzeć – wypomniała impertynencko.
Odwrócił się do niej plecami, tając cwaniacki uśmiech.
– W noc poświęconą pięknej płci zapuściłaś się do Lasu Smoka – zamruczał tajemniczo, po raz kolejny przeskakując z tematu na temat. – Las od czasu do czasu wzywa ludzi, w tym mnichów, a dziś przyszła kolej na ciebie.
Zdumiona wojowniczka w ślad za obcym podźwignęła się z trawy, zrównując z jego profilem. Znienacka bez żenady zatopił palce w jej rozpuszczone włosy, zwracając się w końcu ku Smokowi Ognia.
– To chyba znak, nie uważasz? – potrącił ją łokciem, jakby rozmawiał z przyjacielem, nie byle kobietą, w dodatku nieznajomą.
– Możliwe – odparła, odnotowując u siebie nową falę rozdarcia.
„Powinnam bać się go, a tymczasem współczuję. Skoro od zdobycia smoków zależy jego życie, to zmienia postać rzeczy… tak sądzę”.
– Ponoć przed miesiącem znaleźliście u podnóża lasu martwego mnicha – zagadnął.
Beztroska, kiedy wygłaszał znany mu incydent, zmroziła Kimiko. Siedział w pozycji lotosu, rytmicznie to odrywając, to kładąc kolana na ziemi.
– Skąd to…?
– Las Smoka zabija.
Dotąd zbita z tropu wojowniczka poczuła, jakby wielka pięść uderzyła ją w żołądek. Nie potrafiła strawić rewelacji podobnego kalibru. Mężczyzna objął ją ramieniem, nie spotykając się z najdrobniejszym cieniem protestu. Przykleił ich policzki do siebie.
– Dobrzy ludzie, którzy są zbyt słabi, by mu się oprzeć, giną tu. Ten las jest szczególny. Drzemie w nim esencja wszystkich lasów Chin. Wabi śmiałków swą niezwykłością, gubi w labiryncie drzew, dopóki nie umrą i nie przeistoczą się w leśne upiory. Czasem napuszcza na nich zwierzynę. Rzadko oddaje ofiary, a jeśli już, to dla pokazu, aby dać do zrozumienia, kto rozdaje karty. Tak jak zrobił to ostatnio.
Nie obchodziło ją, czy nieznajomy znów chce ją nastraszyć. Wyrwała mu się, ale on udaremnił zamiary ucieczki, podcinając dziewczynie nogi i zakleszczając w uścisku. Kimiko popiskiwała ze strachu.
– Pragniesz tu umrzeć? – wysyczał jej na ucho. – Spotkanie ze mną potraktuj jako łut szczęścia w prezencie od Bogini Księżyca.
– Czemu niby Las Smoka miałby to robić? – wystękała. – Sądziłam, że jest dobry i nas lubi.
– Las oszalał z rozgoryczenia. Zbrodnia miesza mu się z miłością. Tak was lubi, mnisi, że pragnie, abyście zamieszkali w nim na zawsze i przekazali mu swą moc, byście wpompowali w niego życie niczym – zawahał się, szukając odpowiedniej metafory – kobieta żądająca od mężczyzny syna. Zemsta jest dzieckiem Lasu Smoka. Szczególnie nienawidzi ognia, bo wiele lat temu ogień zadał mu największy ból. – Sugestywnie zwęził powieki w szparki, a mówił coraz wolnej, zniżając ochrypły głos. Wsadził nos między pukle włosów sparaliżowanej Kimiko, upajając się ich zapachem. Obezwładniał ją śmiałymi gestami – wędrówką palców po cienkiej szacie, przerażał opowieścią. Szczękała zębami z zimna albo po prostu lęku.
– Chce wbić w was korzenie, zniewolić i pożreć. Natura lasu jest zwodnicza – kontynuował, jakby równocześnie zatapiał się w myślach, pocierając twarz o skórę Japonki, łaskocząc ją rzęsami i brwiami. Źrenice odcinające się od tęczówek poszerzyły się jak u tygrysa gotującego się do ataku. Nagle oderwał się od niej, przyprowadzając do porządku. Odchrząknął – Tak, las namawia do zbrodni, nie warto go słuchać.
– Nie rozumiem. Słyszysz go?
Po raz kolejny go rozbawiła. Zatrzęsły mu się ramiona, kiedy wstawał na równe nogi, wystawiając dłoń ku niej.
– Usłyszy go każdy, kto przestanie gadać, tylko wsłucha się w rytm przyrody – wytłumaczył. – Masz wielkie szczęście, że na nas trafiłaś.
Przygoda wyssała ze Smoka Ognia energię. Nie miała siły wykłócać się, więc przytaknęła. Obcy wymacał w ciemności dłoń mniszki.
– W środku nocy, szczególnie w Lesie Smoka, grozi niebezpieczeństwo. – Zmierzył krytycznie drzewa haratające niebo ostrymi gałęziami.
– Powinnam pójść.
Ani myślała przebywać dłużej z nim i z jego podwładnymi. Wolała już stawić czoła rzekomym leśnym pułapkom niż spotkać się z gębami tamtych agresorów. Ale przywódca łowców nie dopuszczał odmowy sprzedanej w papierek aluzji. Przygarnął dygoczące ciało wojowniczki do siebie, pochylając się wprost nad jej uchem. Zawahał się, bo zamarł na moment, lecz nagle coś go tknęło. Ułożył dłonie jedna na drugiej na poziomie serca, zgiął lekko kark, doprawiając tym gestem znany z książek historycznych wizerunek rycerzy służących na cesarskim dworze.
– Przysięgam na swój honor, że włos ci z główki nie spadnie.

Jestem na wenie. Pisałam to piętnastostronnicowe draństwo trzy dni, więc jak są błędy, krzyczcie :D

12 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A opisy jak zwykle pierwsza klasa ;p

      Usuń
    2. To może inaczej! Xd Gdzie Mistrz Fung? Chcialabym pojsc do niego na skarge ze pobito biedna, drobna Kimi! Jej nie wolni bic! A jakby nagle sie znalazl nowy maz? I co. Dostanie zepsuta zone! Xd
      Omi jest sympatyczby i mily. Ale tez jestem pod wrazeniem, bo on sam sprawia wrazenie dojrzalego. Nie to co ci chuliganie Srai i Clay... Nawet w swieto ida jesc mieso... Wczesniej wyobrazalam sobie, ze Kimi jednak będzie chciala isc na impreze, no ale jednak to bu bylo trochę nienaturalne gdyby okazala sie typem imprezowiczki. Choc z rrugiej strony! To jednak takie swieto, wypadaloby obejsc. Bogowie moga sie pogniewac. ;p i w sumie chyba pogniewali bo las zwabił! xd Wracajsc. Wyobrazalam sobie, ze Kimi i reszta smokow pojdzie sie zaprezentowzc i to tam moze Chase ją zobaczy. :p A tu proszę! Przyłapała go na łowieniu smoków. Oryginalnie. Jeszcze nie bylo sceny z Chasem polującym na smoki, a przecież.. To takie właśnie jemu właściwe. XD

      Usuń
    3. On już się nią nie interesuje. Kimiko będzie na wieki wieków w klasztorze, to jak chce się hartować jak inni, to droga wolna.
      No, mnisi w tej religii nie powinni jeść mięsa, a święta to żaden wyjątek. Zupełnie inaczej niż u nas.

      Tia, a jakie łowy udane. Są smoki, są kobiety. xd

      Usuń
  2. Szczerze, to trafiłam na tego bloga, nie mając pojęcia o jego tematyce. Na początku, gdy trafiłam na opis potężnego, niebezpiecznego lasu, miałam skojarzenie z uniwersum Survarium, polecam xD ogólnie to bardzo podoba mi się twój styl. Tworzysz tak niesamowicie barwne opisy z łatwością, jakbyś po prostu bawiła się słowami. Historia też jest ciekawa, a postać głównej bohaterki wyrazista i fascynująca. Słowem krytyki: poświęć więcej czasu na sprawdzanie gotowych rozdziałów, bo wkrada się dużo literówek i źle odmienionych wyrazów. To tyle. Pozdrawiam i czekam na następne rozdziały. Przy okazji zapraszam też do mnie:
    https://preludiumofwyverntrylogy.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tia, literówki to moja zmora. :c

      Dziękuję za takie miłe słowa. Fajnie, że choć nie znasz kanonu, jakoś Cię zainteresowało. :D

      Odwiedzę Cię wkrótce. :D

      Usuń
  3. Ja już chyba nie pamiętam czasów, gdy pisałam coś trzy dni. Ostatnio mam taką wenę, że jak już siadam, to zapisuję cały rozdział albo nawet i kilka pod rząd. Nie umiem pisać tak "na raty".
    Co tyczy się rozmowy z poprzedniego komentarza, to przenoszę ją do tego. Ja wiem, że mnisi wierzą w reinkarnację, ale nigdy nie popierałam umoralniania kogoś na siłę, oczekiwania po kimś, że jeśli my jesteśmy uczciwi, to i on będzie. Życie takie nie jest i nie ma co stawiać się za jakiś wzór i przykład, robić coś, a potem gderać, że jako jedynym przestrzega się jakiś tam postów. Wyznaję taki pogląd, że albo robimy coś dla siebie, albo nie róbmy tego wcale, nigdy nie możemy oczekiwać wzajemności, ani nagrody za takie postępowanie. Dlatego warto postępować w zgodzie z własnym, a nie cudzym sumieniem.
    A dziewucha... bo ja często na dziewczyny mówię dziewuchy :)
    Widzę jednak życie mniszki nie będzie pisane tej młodej niemal wdowie. Czuję, że już wybrałaś dla niej kawalera. Zastanawiam się tylko dlaczego smoki są mu potrzebne do życia i przydałby się lepszy, bardziej obrazowy, a jednocześnie prostszy opis tych stworzeń. Tak bym mogła sobie je wyobrazić.
    W tym rozdziale wychwyciłam też nawiązanie do prologu, do ognia i nienawiści lasu do wszystkiego co go z sobą nosi.
    Twoja bohaterka to masochistka, że sama, na własne życzenie poddała się takim torturom? Jaki to ma cel? Biją w każdą część ciała, by wojownicy byli odporni na ciosy, mniej wyczuleni na zadawany im ból, by w jakiś sposób się uodpornili?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raz napisałam rozdział w jeden dzień, ale był króciutki, ledwie 6 stron. Ten musiałbym pisać jeszcze przez noc albo do wypalania oczu. ;D

      Bohaterowie żyją we wspólnocie, bardzo ścisłej i, mówiąc dosadnie, problem jednego członka z automatu staje się problemem drugiego. Jasne, że nikogo nie można zmusić, aby zachowywał się przyzwoicie, ale można próbować, zwłaszcza jeśli druga osoba coś znaczy. Wtedy załącza się postawa odpowiedzialności za niego. Kiedy bohaterka widzi, jak przyjaciele łamią zakaz, nie potrafi po prostu przymknąć oczu. Tym bardziej, że według niej właśnie odmawianie sobie jedzenia poskutkowało otrzymaniem pożądanego daru. Skoro przestrzeganie zasad przysparza nagrody, strach pomyśleć, co stanie się z mnichem, który gwiżdże na swoje śluby i obowiązki. Wizja piekła i wszystkich tortur przewidzianych za nieposłuszeństwa nie należy do milusich, także według chińskich buddystów.
      Oczywiście można uznać, że Kimiko jest przy tym dumna wręcz wyniosła i rości sobie prawo władzy nad sumieniami innych, ale ludzie mocno zżyci etyką i moralnością często popadają w takie paskudne stany.

      Nooo, każda wyrosła na Disneyu dziewczynka wie, że miłość życia spotyka się w leśnej głuszy. Xd Ale u mnie nie może być zbyt łatwo i miło. Co to za true związek bez odrobiny straszliwych cierpień? :3

      Dokładnie o to chodzi. Każdy mnich (od dziecka) poddaje się takim torturom, bo wtedy staje się mniej wrażliwy na ciosy i skuteczny.

      Usuń
  4. Hej :)
    Wpadam zameldować, że wiem o rozdziałach, ale szukam czasu i po kolei nadrabiam blogi :)
    Do Ciebie powinna też niedługo zawitać, może w weekend. Do niedzieli na pewno przybędę "P
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć, nie spiesz się, u mnie i tak wszystko teraz stoi. ;D

      Usuń
  5. Świetny rozdział *_* spotkanie Kimiko i Chase'a jest cudowne <3 nie mogę się doczekać następnego rozdziału.Podoba mi się bardzo motyw lasu pełnego tajemnic i mistycyzmu.
    Pozdrawiam i życzę weny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super, że podoba, dziękuję za opinię! :3

      Usuń