środa, 3 maja 2017

Rozdział 5


Suche drwa zajęły się, pękając i żarząc bladopomarańczową łuną, onieśmielone przytłaczającą scenerią Lasu Smoka. Wilgoć obciążała wachlarzowate liście w koronach leśnych żołnierzy, wsiąkała w ich kory, karmiła porastający je mech. Wiatr rozrzedził warstwę chmur, odsłaniając ospowatą czaszę zawieszoną na firmamencie nieba. Ostro zarysowane, czarne bruzdy szpecące srebrny glob odzierały ze złudzeń; żona łucznika – ta, która według kobiecych pieśni wychyliła czarkę nektaru Nieśmiertelnych, wskutek czego uleciała aż na księżyc – zgodnie z wierzeniami przypuszczalnie bawiła się z białym królikiem wetkniętym w wystające korzenie cynamonowca, lecz z perspektywy istot ziemskich nadal pozostawała niewidzialna.
„Nie do wypatrzenia, jak co roku. Niczym cienka bariera odgradzająca bezpieczeństwo od zagrożenia”, refleksje pustoszyły umysł xiaolińskiej mniszki przeklinającej godzinę szaleństwa każącego wymknąć się z pokoju przez okno niby złodziej po to tylko, by pierwszy i ostatni raz wejść na ścieżkę nieznanego. „Oto ja nad klifem, a pode mną spieniona otchłań.”
Skrobała paznokciami ciemną korę nasiąkniętą wilgocią, zastanawiając się, jak potoczyłyby się sprawy, gdyby została w klasztorze albo zeszła do wioski razem z resztą braci? Tymczasem uległa fantazji, szukając mitologicznej istoty w osnutym złą sławą Lesie Smoka, a przecież obiecała dać spokój dziecinadzie, skupić się na spełnieniu r e a l n y c h marzeń. Na ukończeniu z wyróżnieniem szkolenia, trwaniu w postach, przepisywaniu sutr w intencji zbawienia dusz grzeszników. Tak właśnie czynią szlachetni mnisi – błaganiem o interwencje z Niebios uszlachetniają innych. Te instrukcje przekazali natchnieni naukami założyciele Xiaolin, wśród których największymi zasługami odznaczył się Wielki Mistrz Dashi. To jego imię figurowało na szczycie Wielkiej Steli w Lesie Pagód…
„Las Smoka zabija”, powróciło rykoszetem wspomnienie głosu obcego, odbijając się po kościach ciała sztywniejącego ze strachu. „Wabi śmiałków swą niezwykłością, gubi w labiryncie drzew”.
Rozejrzała się wokoło w poszukiwaniu złowieszczych oznak potwierdzających tezy herszta bandy. Sosny i dęby stały jednak bezruchu, a zewsząd rozlegały się raz cichnące, raz nasilające się trzaski, popiskiwanie gryzoni, serpentynowe ślizganie się węży.
– Zagubieni nieszczęśnicy przeistaczają się w upiory – powtórzyła słabiutko tę przedziwną część przestrogi, dokładnie trawiąc osobliwą prawdę o Lesie Smoka.
„Jeżeli to w ogóle prawda”, wyraziła podszyty nićmi wątpliwości sceptycyzm, zapominając o istotnym argumencie; nieco ponad tydzień wcześniej usilnie starała się nakłonić Omiego do dania wiary okolicznym plotkom o dzieciach i dorosłych zgubionych prawdopodobnie tu, w tym lesie. Od ich rozmowy zaginięcia wcale nie ustały.
„Nie! Król Smoków nie dopuściłby do zbrodni!”, przekonywała się, ale kiedy przelotnie omiotła wzrokiem szajkę, opuściła ją wszelka odwaga.
Nie mogła patrzeć na nieczystość, jaką kalali się ci ludzie. Nie chodziło wyłącznie o morderstwa na niewinnych smokach. Od przeciwnej strony obozowiska dochodziły paskudne odgłosy mięsa odrywanego od kości. Kimiko całą wolą skupiła się na płomieniach, które wyczarowała. Jak to skomentował przywódca bandy, w świąteczny wieczór spadła im z nieba rozkoszna zapalniczka, trzeba wykorzystać okazję i zjeść coś porządnego, bo w „tym pierdolonym lesie” nawet żywica jest do niczego. Nielitościwie bolące ciało wstrząsnął dreszcz, odświeżając wspomnienie porannego hartowania. Skoro mordercy dzieci Smoczego Króla panoszą się po jego królestwie, należałoby przypuszczać, że także las kpi z majestatu mitologicznego stworzenia.
„Jak coś takiego mogło mnie spotkać?”, zadawała pytania, wiedząc, iż żadna odpowiedź nie złagodzi krytycznego położenia. Wzniosła oczy ku niebu, z bezradną złością wyobrażając sobie Żółtego Cesarza obracającego Kołem Życia, głuchego na prośby śmiertelnych. „To tak wygląda opieka nade mną? Czy nie złożyłam ci dość darów, chciwy dziadzie?”, niemal tupała nogami na jawną niesprawiedliwość, lecz w ostatniej chwili zdołała się pohamować, porażona własnym bluźnierstwem. „To… to chyba Las nasącza mnie trucizną…”
Łatwiej uwierzyć, że czynniki zewnętrzne, w tym wypadku demoniczne siły uosabiane przez naturę, przyczyniają się do biernego zachowania wobec przodków i bóstw, noszącego lekki posmak wrogości, niż przyznać się do ciernia rozgoryczenia tkwiącego w sercu.
Opatuliła się ramionami, w napięciu lustrując otoczenie.
„Odprowadzi mnie do świątyni, tak? Akurat! Polazł gdzieś!”
Siedziała nieruchomo na małej polance częściowo osłoniętej przed
złowrogimi
spojrzeniami Lasu Smoka. Ochronę zawdzięczała ponad metrowemu wału zmurszałych kamieni – żałosnym resztkom licznych w dawnych wiekach fangtou. Wiatr ze świstem wciskał się przez siatkę pełzających po nich wygłodniałych mchów i pnącz. Pustelnie te wznoszono poza obrzeżami głównego klasztoru celem przysporzenia macierzystej świątyni estymy wynikającej z powiększenia terytorium. Niestety ząb czasu, wyludnienia mające miejsce przy najostrzejszym prześladowaniu buddyzmu, dewastacje za okresu dynastii mandżurskiej, a ostatecznie nieokiełznany element – dzikość przyrody – wykruszyły je, spłaszczyły do poziomu ziemi, wgniotły w igliwie. Dachy zapadły się, farby na ścianach złuszczyły, a deski zbutwiały, obnażając zaokrąglone fundamenty. Stary westybul oraz wykusza okien zastąpiły śmieci: nadgniłe liście, igły i szyszki, kawałki roztrzaskanych, czerwonych dachówek. Szczątki murów tworzyły coś na kształt przepierzeń prowizorycznej kryjówki. Dzieło budowniczych, mistrzów dawnej sztuki architektonicznej, rozsypało się w samotności, służąc w sposób tak niegodny miary przeszłości. Na przykład mordercom smoków. Sprowadzenie fangtou do równie przygnębiającej roli bezcześciło świętość, zadawało cios następczyni pokoleń wojowników.
Pomyślała, że właśnie tu mocniej rozbrzmiałyby postulaty rewolucjonistów, iż nic na ziemi, począwszy od duchów, a na rzekomych bożkach kończąc, nie jest nieśmiertelne.
„Tu niegdyś mieszkali ludzie…”
...nim Las Smoka ich zabił – jakaś zjawa z przeszłości, szepcząca wprost do ucha Kimiko, podsunęła jej ten pomysł.
Zadrżała bardziej. Cieszyła się choć z tego, że w dalszym ciągu nie zwróciła na siebie uwagi łowców. Lekceważyli ją, zajęci nieczystym rytuałem, jaki ich pochłaniał. Wymieniali się przy tym komentarzami dotyczącymi udanego polowania.
„Ile trwa zabezpieczanie obozu?”, z minuty na minutę poddawała się panice. Wyimaginowany lód pod nogami pękał w miarę upływającego bezczynnie czasu. „I na czym niby polega, skoro nie wziął ze sobą żadnej broni ani narzędzi?”
Choć nie wiedziała, czego spodziewać się po długowłosym osobniku ze złotymi ślepiami, tak o wiele więcej obaw budzili jego porywczy, głośni towarzysze, z których jeden pomylił mniszkę z lisim duchem i błagał o „przestrzelenie tyłka”.
Ich pan zniknął, przedtem wydając polecenia przygotowania obozu i troski nad zagubioną perełką. Naiwna w swym niedoświadczeniu, braku przygotowania, przesadnej ufności Kimiko odruchowo wczepiła palce w poły szat arystokraty, bojąc się wulgarnej w jej ocenie czwórki. Najgorzej prezentował się Jebak, a także biała cudzoziemka.
W odpowiedzi stanowczo wyszarpał się z kurczowego uścisku Japonki, zmierzył chłodno i pouczył cierpko z doskonale słyszalną urazą:
– Czy nie przysięgałem na honor, że nikt cię tu nie skrzywdzi?
Potem wszedł w „labirynt drzew”, osamotniając mdlejącą ze strachu dziewczynę. Jebak, kołysząc splecionymi w kitkę warkoczykami, podszedł do bladej istotki i, jakby nie przywiązując wagi do wcześniejszej ochoty wymierzenia jej kary, p o p r o s i ł, by dostosowała się do życzeń Jego Wysokości, rozpalając ognisko i pilnując je. Nie wiedząc, co począć – odmówić i narazić się, czy pójść na współpracę – omiotła wzrokiem zbójecką szajkę, a spotkawszy się z ich strony z zupełnym zobojętnieniem, zdecydowała się na drugie rozwiązanie.
Nie potrzebowała ani żywicy, ani igliwia, aby w utrudnionych warunkach zapalić chrust. Odparowała z niego wilgoć, wbiła w środek pola ogrodzonego rowkiem z kamieni i resztek glinianych dachówek, wznieciła płomienie, po czym odeszła na kilka kroków od swych „opiekunów”. Wolała unikać z nimi kontaktu. Znalazła sobie wnękę z dawnych fundamentów fangtou, oplotła się ramionami, wlepiając zaszklone oczy w igrające ogniste języki.
Trzech mężczyzn o typach urody z najróżniejszych zakątków Azji i biała kobieta respektowali rozkaz, tając wcześniejsze uprzedzenia względem małego szpiega, co sprawiło, że w dziewczynie uformowało się coś przypominającego zdumienie, a jednocześnie podziw dla charyzmy herszta, który ich sobie podporządkował i kupił lojalność. Pojęła w mig, iż tylko on gwarantuje przeżycie tej nocy.
„Kto to?”, z braku lepszego zajęcia snuła domysły nad jego tożsamością, pamiętając o nieludzkich oczach i uszach, a także szlacheckiej galanterii i oskomy do niezdrowych żartów wynikających z rzekomej nudy. „W bajkach tacy mężczyźni uchodzą za kanibali, piekielne duchy, potwory i…
Nos podrażnił zapach skwierczącej niedźwiedziej skóry. Kimiko wzdrygnęła się, zwracając teraz twarz ku srebrnej łzie perlącej się na szarym niebie. Mimo zatkanych uszu wyraźnie słyszała obrzydliwe plaskanie ciętego na kawałki mięsa, oddzielanego od wnętrzności. Z chlustem wypadły z brzucha upolowanego niedźwiadka. Kompani siekali krwawą breję mięsa, żeby jak najszybciej poddać ją termicznej obróbce. Treść pokarmowa przesuwała się z żołądka mniszki wprost do przełyku. Szalała z niepokoju mimo ochrony rozpościerającej się nad nią na wzór płacht namiotu. Wszak czyż barbarzyńcy nie są barbarzyńcami również i wtedy, gdy włożą na grzbiet jedwabie? Respektowanie poleceń czy nie, nie zapomniała, że przychodzi jej się mierzyć z bandytami.
– Panienko – Jebak zwrócił się do niej z lekko wyczuwalną ironią – z okazji święta życzysz sobie przysmaku z niedźwiedzich łap czy gulasz z flaczków?
Wstręt spleciony z przerażeniem sparaliżował Kimiko, nie wiedziała bowiem, jaką przyjąć postawę. Nie zje mięsa, nikt jej nie zmusi. Możliwe, że Jebak (swoją drogą dziwne imię) droczy się z nią, gdyż naprawdę nie ma najmniejszego zamiaru dzielić się żywnością. Z drugiej strony ich pan nakazał roztaczać nad gościem opiekę, toteż sługa nie powinien znajdować radości w zabawie jej kosztem. Ciążyła też nad wojowniczką inna groźba – co, jeśli obrazi tych ludzi, nie kosztując mięsa?
– Jebak, nie podskakuj do nowej perełki Jego Wysokości – wtrącił kolega pociągający wino z menażki.
Pieszczotliwe, niewinne określenie „nowa perełka” bynajmniej tak nie zabrzmiało w ustach łowcy.
– To nie perełka, to nieopierzona kura – podchwyciła kobieta. Splotła ramiona na obfitej piersi, krzywo obłapiając dygoczącą przybłędę o oczach wielkich jak spodki. – A jaka milcząca, zarozumiała!
Trzeci mężczyzna, najniższy, szarpnął ją za płowe włosy, przedrzeźniając:
– „A jaka milcząca, zarozumiała!” Żółć się w tobie przelewa?
Prychnęła, marszcząc nos jak wściekła kotka pyszczek.
– Ty nawet nie znasz czegoś takiego jak zazdrość; od ośmiu miesięcy nie odwiedziła cię żadna kobieta – odgryzła się, lecz on tylko zatarł ręce, uśmiechając się głupkowato i teatralnie zatrzepotał rzęsami.
– O, liczyłaś?
Tak oto dokuczali sobie nawzajem, zawstydzając Japonkę i dezorientując. Nie pojmowała, dlaczego codziennie używane określenie jak na przykład „odwiedzać”, „włócznia”, „wrota” budziły w zbójeckiej szajce swoiste podniecenie, zupełnie jakby kryły się pod nimi aluzje.
Ich bezpośredniość również żenowała.
– A wiecie, jak pozbyłem się sraczki? – zapiał wstawiony już kolega. – Wytarłem dupę o magiczną brzozę. Magiczną brzozę!
Dziewczyna marzyła, aby w podobnie czarodziejski sposób znaleźć się pod swoją kołdrą, wsłuchać się we własny, świszczący w głuchej ciszy oddech. Zatęskniła za samotnością.
„Czemu wyszłam z klasztoru?”
Nie pamiętając powodu – pragnienia znalezienia w lesie czegoś niezwykłego, na przykład Króla smoków – otuliła się ramionami, kurcząc w duszy. Nasłuchiwała dźwięków tlącego się wesoło płomienia, skwierczącego mięsa, śmiechów łowców, aż w końcu wiatru trzeszczącego w rozłożystych gałęziach.
„Ojcze… Omi… ratujcie mnie…”
Kimiko zdawało się, iż upłynęły godziny; trwała w letargu, bierna na bodźce z zewnątrz, pochłonięta ucieczką do drugiego świata, do wyobraźni. W bajkach o wędrowcach i kupcach w przeciwnościach podróży pomagała Kuan-in, bogini miłosierdzia, przybierając postać wielkich żab, żółwi lub jastrzębi – na grzbietach tych zwierząt omijali niebezpieczeństwa, docierali do celów.
Jednak wybiła godzina urzeczywistniająca wcześniejsze obawy mniszki. Jebak kazał się zbliżyć i wziąć małą porcję zakazanego jedzenia. Zaschło jej w gardle. Odmówiła piskliwie, ledwo zagłuszając syk płomieni.
– Dziękuję wam, czcigodny panie, lecz ja nie muszę jeść, naprawdę.
– Co to za odmowy? – warknął. – Jeśli nie damy ci żarcia, Jego Wysokość położy nas trupem.
– Jedz, wybredna suczko – dokończyła kobieta, zwracając ciało w kierunku Kimiko, jakby licząc na wybuch wiszącej w powietrzu konfrontacji.
Rozochocony słowami towarzyszki Jebak w dwóch susach znalazł się przy Smoku Ognia, wciskając w dłonie miseczkę z parującym kawałkiem brązowego mięsa.
– Żryj.
Z przestrachem poderwała się z miejsca, upuszczając wciśniętą porcję. Zerknięcie na oprawców ugruntowało ją w przekonaniu, że wpędziła się w okropne tarapaty. Nie spodobała im się ta reakcja. Ich napiętnowane oburzeniem twarze zlały się w ścianę furii.
– Perełka gardzi nami – zaskrzeczała blondynka, podjudzając kompanów. – Ukarz ją.
Dłoń Jebaka wprawdzie wystrzeliła ku górze, ale zatrzymała się, nim zadała cios.
– Niech to wyliże – zadecydował i kopnął pobrudzone mięso wprost pod nogi dziewczyny. – Słyszałaś? Żryj z ziemi, kundlu!
Skuliła się, zatkała uszy i zacisnęła oczy, błagając w myślach o wybawienie. Jebak popchnął ją, bełkocząc coś zniekształconym głosem. Wtem czyjeś ręce złapały mniszkę od tyłu za nadgarstki, zmuszając do opuszczenia ich wzdłuż ciała. Dźwięki otaczające ją nabrały niesamowitej ostrości.
– Ona jest mniszką, która nie jada zwierząt, także poza klasztorem, tępaki – rozległo się łajanie.
Kimiko niczym dziecko oczekujące powrotu rodzica podskoczyła z nadzieją.
– Podnoś – zakomenderował podwładnemu, wskazując na plątającą się u jego stóp przyczynę „kłótni”.
Jebak bez szemrania zastosował się do polecenia, po czym szerokim gestem zaprosił pana do kręgu. Ten zaś bezceremonialnie pociągnął gościa za sobą, bliżej płomieni. Dziewczyna wolała wrócić do poprzedniego, względnie bezpiecznego kącika. Zamanifestowała to pragnienie próbą wyrwania się. Obcy, najwidoczniej nieprzyzwyczajony do braku posłuszeństwa, uniósł Japonkę parę centymetrów nad ziemią. Przeszedł z nią kilka kroków, a następnie stanowczo posadził na jego osobistej kłodzie w polowych warunkach imitującej tron. Zajął miejsce tuż obok, stykając się z Kimiko biodrem. Nie mając nic do powiedzenia, splotła palce na kolanach. Wyprostowała plecy, przyjmując oziębłą postawę. Nie czuła się komfortowo. Skupiła się na obserwacji szajki. Raczyli się wesoło słodkim winem pędzonym na bazie ryżu, a pałeczkami nabierali mięso na głębokie talerzyki. W pobliżu walały się zwijane wojłoki oraz tobołki, jeszcze dalej nieżywe smoki. Po raz kolejny doświadczyła ataku dreszczy. Nie spodziewała się niczego więcej, mało tego – nie chciała. Wprawdzie nocne przygody zaburzyły spokój żołądka wytrenowanego postami, niemniej mniszka marzyła wyłącznie o wtopieniu się w czerń drzew lub rozpłynięciu się w chłodnym powietrzu, czy też uleceniu w górę wraz ze snopami strzelających iskier. Po prostu, by przestać istnieć, ewentualnie udawać, ot nie narzucać obecnością. Zaplotła ramiona wokół kolan, z uporem maniaka gapiąc się na larwę tarzającą się w glebie. Wyginające się tłuste ciałko przywodziło skojarzenie koszuli nocnej. Nerwowy tik przemknął po twarzy Kimiko. Czyż położenie mniszki nie jest tożsame do położenia robala? Stworzenie łaknące życia, ale o tak żałosnej kondycji, że nic nieznaczące dla otaczających ją niebezpiecznych ludzi.
– A to dla ciebie.
Ocucona uprzejmym tonem zwróciła oczy ku przywódcy. Postawił obok niej miseczkę z ryżem posypanym siekanym bakłażanem. Zamrugała, nie dowierzając.
„Jakim cudem przegapiłam proces przyrządzania ryżu? Znów odleciałam?”
Przyjęła danie z nieśmiałym podziękowaniem. Nie podał go jej pod nogi jak psu, lecz prosto w dłonie. Przyjrzała się mu, wbrew dobroci herszta przygryzając wargi.
„Jeśli urażę mojego gospodarza, jego stosunek do mnie ulegnie zmianie i żywa z tego lasu nie wyjdę!”
Ale z drugiej strony pomyśl o świętym wyrzeczeniu. Dziewięćdziesiąt siedem dni ostrego postu pójdzie na marne. Jak zareagują twoi bracia?, przekonywało sumienie.
Ambiwalencja Kimiko nie mogła ciągnąć się wiecznie. Świadomość gradu nieprzychylnych spojrzeń przeszywała. Próbując pogodzić argumenty instynktu przetrwania ścierającym się z racjami stojącego na straży przyzwoitości sumienia, wygrzebała pałeczkami warzywa z ryżu. W innych okolicznościach smakowałoby wybornie, lecz teraz przypominały papierową masę rozpuszczającą się na języku. Kimiko z trudem przełknęła pierwszy kęs. Uważała, by przypadkiem żadne ziarenko nie przylepiło się do kawałków bakłażana. W czasie krótszym niż pięć minut opróżniła warzywa, zostawiając niemal czysty ryż. Nie wiedząc, co począć dalej, wbiła pałeczki do porcji kleiku, licząc, iż nikt nie będzie zaprzątał sobie głowy prawie nietkniętą kolacją.
Pomyliła się po raz kolejny.
– Dlaczego nie jesz? – zapytał oburzony herszt, spoglądając na wystające pałeczki.
– No przecież mówię, gardzi nami – podjęła zawsze czujna blondynka, spluwając na ziemię.
Kimiko zaskomlała, nerwowo zaciskając uda. Nie wiedziała, co wybrać: szczerą odpowiedź czy kłamstwo, jednak czuła podskórnie, że ani okoliczności, ani żaden zbój nie namówią ją do złamania wyznawanych wartości. Jeżeli przeżyje, jak spojrzy w lustro? Wierzyła, że siła woli kształtuje się w chwilach próby, kiedy człowiek wystawiany jest na pokusę. Dlatego choćby przyszło jej przypłacić życiem za tę odmowę, pozostanie do końca prawdziwą buddystką i godną tytułu Smoka Ognia wojowniczką klasztoru Xiaolin.
– Mnie nie wolno jeść zbóż – zabrzmiała twardo, wprawdzie słabiej niż zamierzała, ale na tyle wyraźnie zaznaczyła sprzeciw, aby podnieść z dumą czoło. – Nie wolno i już. Jestem wdzięczna za troskę, jednak muszę odmówić, a jeśli obraziłam was, proszę mnie zabić.
Pomyślała, że zwiększenie pola rażenia płomieni efektywnie podkreśliłoby jej odwagę, lecz porzuciła ten zamiar, dochodząc do wniosku, że lepiej nie szafować jarczmarcznymi trikami. I tak naraziła się dostatecznie. Spodziewała się nagle zapadłej ciszy. Takiej, jaka ścięła plac treningowy dziś rano, gdy żądała od chłopców równego traktowania. Znów się przeliczyła, ponieważ herszt bandy zaśmiał się serdecznie, a pozostali mu wtórowali.
– Po co od razu zabijać? – wydusił, zabierając Kimiko feralną miseczkę. – Wystarczyło przyznać, że pościsz. – Przełożył zawartość naczynia do potrawki siedzącego obok Jebaka, a następnie zwrócił się do kobiety. – Przydaj się na coś, przypiecz jej jakieś warzywa.
– A czemu ja? – spytała wyzywająco.
Potraktował ją lodowatym spojrzeniem.
– Nie poczynaj sobie po pańsku, bo do pani ci brakuje – odparł władczo, kładąc nacisk na poszczególne głoski. – Rób, co każę.
Kimiko wbiła wzrok w stopy oblepione błotem. Wyrażony w ściągniętych ustach gniew cudzoziemki krępował. Nie pojmowała powodów wymierzonej w niej jawnej wrogości, choć gdyby przegnała lęk, stanęła na bardziej stabilnym gruncie, zapytałaby. Nie nazywała siebie nieśmiałą, po prostu od urodzenia znała miejsce w szeregu. Zwyrodnialcy czy nie, są mężczyznami, dzierżą w rękach przewagę, a zatem ona winna pozostać – przynajmniej w pewnym zakresie – posłuszna ich woli. Zwłaszcza wobec niewzruszonej postawy, wyniosłości i beztrosce przywódcy.
– Wasza Wysokość, czy mnisi nie żyją dostatecznie bezbarwnie? – odezwał się ten, który przedtem przedrzeźniał towarzyszkę, ciągnąc ją przy tym za włosy. – To znaczy, czy wegetarianizm sam w sobie nie jest ciężką rezygnacją? Po co dodatkowe posty?
Wywołany rozsiadł się wygodniej na kłodzie, splótł nogi w pozycji lotosu, a nostalgiczny uśmiech zmiękczył mu rysy.
– Niezupełnie – rzekł tonem nauczyciela opowiadającego ciekawostki zainteresowanym pupilom. – W dużym uproszczeniu, tak, mnisi zachowują wstrzemięźliwość w kwestii mięsa oraz wina, a także spożywania ostrych przypraw jak papryka czy czosnek. Zadowalają się mdłymi potrawami, jednakże wielu ta nijakość nie wystarcza. Kiedy noszą się z zamiarem złożenia specjalnych darów bądź wysłuchania w szczególnych intencjach, dodatkowo rezygnują z jedzenia zbóż. Ich dieta opiera się wtedy wyłącznie na warzywach, owocach, słodyczach i produktach mlecznych.
– Fu, jogurty, ohyda! – Wstrząsnął ramionami pytający. – Co za popierdoleńce.
– O, Crove, po prostu nie poznałeś ich świata – herszt odparł protekcjonalnie, zwracając gadzie ślepia na Kimiko.
– A ty, perło, czemu pościsz?
– Ja… – zawahała się, oblewając rumieńcem aż po korzonki włosów, a przecież nie miała powodów do zakłopotania. Najwidoczniej przebywanie w towarzystwie wyjętej spod prawa szajki wyssało jej pewność siebie.
– Przepisujesz sutry? – podsunął łagodnie.
Przytaknęła.
– Bardzo ładnie, czyżby Sutrę Lotosu?
Po raz kolejny ograniczyła się do kiwnięcia głową.
– Za ile dni kończysz?
Nie mogła potwierdzić albo zaprzeczyć gestem, musiała wyartykułować odpowiedź.
– Trzy – powiedziała krótko.
– A jaka intencja?
Domyślając się, jak zabrzmi to w obecnej sytuacji, spuściła wzrok.
– No… Za myśliwych polujących na bażanty.
Prychnięcia niemal położyły ją trupem. Speszyła się jeszcze bardziej. Obcy mężczyzna, tyle wiedzący o klasztornym życiu, zlustrował Japonkę dokumentnie, nie zważając na dokuczliwe komentarze podwładnych. Obnażył zęby, zwężając oczy w szparki.
– Zamknąć się, prostaki – rozkazał, nie racząc ich spojrzeniem.
Cisza w obozowisku aż dzwoniła w uszach, zaś cykanie świerszczy, szuranie drobnych zwierząt i grzechotanie gałęzi tylko ją pogłębiały.
– Czy zechcesz się pomodlić też za mnie, łowcę smoków? – wypalił.
Zabrzmiał zupełnie poważnie, aż pozostali wyprostowali się z wrażenia. Nie mniej zdziwiona Kimiko przytaknęła.
– Dziękuję – powiedział, zginając kark.
Otrzymała drugą porcję pieczonych warzyw, za którą zabrała się z udawanym wprawdzie apetytem, przewidując, że sprawi przyjemność temu osobliwemu mężczyźnie. Często zwracał ku niej wzrok, by upewnić się, czy nic jej nie brakuje. Zachowaniem nie odstawał ani odrobinę od gospodarza podejmującego gościa w zwykłym domu w niedzielne popołudnie. Potem zaparzono herbatę.
– Wasza Wysokość – marudził Crove. – Czemu mamy pić te siki, skoro siedzimy w dziczy?
Najwyraźniej doskwierał mu brak drugiej butelki alkoholu. Przywódca zalał przełyk ciepłym napojem, oblizując usta z zadowoleniem.
– Otaczają mnie zwierzęta, ale to wcale nie znaczy, że sam mam zachowywać się jak one.
Zaciekawiło Kimiko, dlaczego użył liczby pojedynczej? Czyżby nie uważał swoich kompanów na tyle ważnych, aby zaznaczyć różnice między nimi a zwierzyną?
– Picie herbaty uszlachetnia – ciągnął. – Bo czy istnieje coś porównywalnie finezyjnego i wymagającego czasu oraz umiejętności od ceremonii parzenia? – Teraz zwrócił się do mniszki. – Od czego zależy jakość poszczególnych gatunków herbaty?
– Od pory roku, lokalizacji listków na drzewie i rąk, które je zbierały – wyrecytowała, zachęcona ogładą herszta. – Najlepsze listki zbiera się wczesną wiosną, na górnych partiach gałęzi przez dziewczynki o najdelikatniejszych palcach.
– Pięknie – pochwalił. – A jakim rodzajem herbaty obecnie się raczymy?
– Herbatą białą, yinzhen. Poznaję po srebrnym puszku na pączkach listków.
Mężczyzna nie krył zachwytu.
– Wreszcie ktoś okrzesany, dostrzegający walory sztuki picia herbaty!
– Panie, porównujesz nas do Japonki! – zaoponował Jebak. – Której babka musiała być kurwa gejszą.
– Oczywiście, a dziadek cesarzem – zakpił, nalewając gościowi więcej naparu. – Nie zdziwiaj, kiciusiu, pochodzenie nie ma znaczenia, w przeciwnym razie brzydziłbym się wami, barbarzyńskie pomioty.
Milczenie spowiło szajkę gęstym oparem skrępowania. Zgarbili się. Kimiko czuła strach każdego, wymykający się z nich porami.
– Spójrz na nich, pani. Czy nie wydają ci się paskudni? – zwrócił się do niej, tytułując „panią”, co w obecnej sytuacji zabrzmiało bardziej jak przywara. – Nie są tacy jak ja czy ty, lecz inni, ciemni i brzydcy. Ni to Azjaci, ni Europejczycy. A ona – skinął podbródkiem w kierunku blondynki – jest klasycznym przykładem zamorskiej diablicy, bo z pewnością tak ją sobie nazywasz w główce, prawda? – Zmierzył Kimiko wzrokiem, uśmiechając się szeroko.
Cudzoziemka zachichotała nerwowo, wpychając sobie kciuk między zęby. Zamrugała zalotnie. Brew przywódcy wystrzeliła ku górze. Blondynka wstała i przeszła obok towarzyszy, kołysząc biodrami. Usiadła przy swym panie, obejmując go w pasie. Przycisnęła usta do miejsca tuż za jego uchem. Kimiko z konsternacją, a przede wszystkim fascynacją przyglądała się temu zachowaniu. Nigdy nie widziała czegoś podobnego. Mężczyzna nic nie mówił, tylko ze znudzoną miną pozwalał, aby służąca błądziła wargami po jego włosach i szyi, mrucząc w uwielbieniu. Japonce głośno zabiło serce, kiedy czubek języka kobiety wychylił się spomiędzy obnażonych zębów, by podrażnić ucho jej pana. Jęk zamarł na ustach oszołomionej Kimiko. Usłyszał go herszt. Posłał gościowi osobliwe spojrzenie, a następnie wyrwał się z uścisku blondynki i uderzył ją celnie w policzek.
– Nie dotykaj mnie, dziwko, siejesz zgorszenie.
Jasne włosy zakryły twarz Dziwki, mniszka widziała tylko zwilżone śliną czerwone usta rozciągnięte w okropnym wyrazie.
– Perełka się zniesmaczyła?
– Nie, podnieciła się – sprostował oschle. – Zrobiła coś gorszego niż zjedzenie mięsa.
Wszystkie spojrzenia spoczęły na Japonce. Zarumieniła się koszmarnie, dopiero teraz odnotowując falę gorąca i wilgoci, które zalały ją pod pachami i między udami.
– Postuluję, żeby ją zaspokoić – zaproponował ostatni, nieznany z imienia łowca.
– Jestem za – podchwycił Jebak. – Kutas sam się pcha na wierzch .
Jego Wysokość pokiwał głową z politowaniem.
– Mózgi wam posrało, kiciusie? Ile razy mam tłumaczyć – gwałt nie przyniesie wam żadnej satysfakcji, a poza tym – zwiesił głos, przybierając groźny wyraz twarz – perełka nie jest wasza...
...tylko moja, szelest liści zdawał się dokończyć wypowiedź przywódcy, ucinając temat raz na zawsze. Po plecach wojowniczki przebiegły dreszcze, kiedy złapał ją za rękę i mocno ścisnął.
Strach znów zdjął łowców smoków; zamilkli, nie wiedząc, gdzie zaczepić spojrzenia. Mężczyzna wrócił do picia herbaty, sącząc drobne łyki.
– Panie… – Crove próbował rozładować atmosferę. – Dlaczego często widzę xiaolińskich mnichów jedzących mięso?
– Bo każda religia, prędzej czy później, usprawiedliwi fakt złamania lub obejścia wyznawanych przez nią zasad – odparł spokojnie, jakby zapomniał o wcześniejszym temacie. – Mnisi Xiaolin nie są tu wyjątkiem. Mogą jeść mięso, o ile nie przebywają na terenie klasztoru, dlatego tabunami schodzą do wiosek, żeby się pożywić.
– Wiedzieliśmy, że to hipokryci! – ryknęli chórem, znajdując sobie ofiarę, na której spożyliby swoją wściekłość.
– Niezupełnie. Jak wspomniałem, wyznawcy każdej religii znajdą sobie wytłumaczenie, w przypadku Xiaolin sprawa jest prosta. Mnisi otaczają czcią bóstwo wojny, strażnika Buddy, Narajanę. A wedle niego jedzenie mięsa zapewnia niezwykłą siłę, tak konieczną na polach walki, stąd też przełożeni klasztoru od wieków pozwalają mnichom łamać przepisy żywnościowe, ale wyłącznie poza główną świątynią. Ta praktyka do dziś spotyka się z potępieniem ze strony innych buddyjskich ośrodków.
Rumieniec na buzi dziewczyny nie zbladł. Słowa arystokraty atakowały w równym stopniu ją oraz braci. Nawet jeśli nazwanie członków zakonu hipokrytami było uzasadnione, tak ciężko to znosiła. Czym innym jest upominanie siebie nawzajem, bez publiczki, czym innym słuchanie krytyki od morderców. Zgarbiła się, czując, jak komórki ciała kurczą się ze wstydu.
– Bóstwo wojny? A ponoć mnisi kładą nacisk na pokój – drążył dociekliwy łowca.
– Tak, lecz podobnie jak w przypadku jedzenia mięsa, także i na walkę znajdą wymówkę. Widzicie, w pierwszych latach kształtowania się wielkiej dynastii Tang klasztor napadli piraci. Okoliczności zmusiły mnichów do chwycenia za broń. Legenda głosi, że bóstwo wojny pomogło im wówczas odeprzeć atak. Kilka miesięcy później poproszono ich o poparcie księcia Li, założyciela dynastii. Jak zdecydowali przełożeni klasztoru? Uznali, że skoro wielkie bóstwo przyszło pomocą, aby bronić ich włości, analogicznie oni powinni ratować państwo. Książę zwyciężył przeciwników i umocnił władzę, a w dowód wdzięczności on i każdy cesarz po nim nagradzał Xiaolin złotem i kosztownościami. Dopiero najeźdźcy z Mandżurii i ich barbarzyńska dynastia Qing nadwątliła siły świątyni. Toteż teraz, obecni przełożeni klasztoru, muszą opowiedzieć się, po której stronie stoją. Watażków z północy czy republiki?
– Mnisi wydają się wyjęci spod prawa.
– Nie, koteczku, przestrzegają tylko jednego zakazu. – Cienie w kącikach ust mężczyzny pogłębiły się, a głos nabrał nowego odcienia. Melancholijnego. – Dawno temu sprowadzali sobie do klasztoru dzikie kwiaty. Proceder kwitł w najlepsze, dopóki nie odkryli, że odciągał ich od wojaczki, rozpraszał, niszczył wole. Dlatego, o ile ich prawo przewiduje usprawiedliwienie za łamanie wegetarianizmu, stosunki są absolutnie zakazane, gdyż szkodzą kung fu.
Czwórka słuchaczy rechotała, klepiąc się po plecach i strojąc miny. Natomiast Kimiko przysłuchiwała się, nie rozumiejąc niczego.
– Wasza Wysokość – Jebak bryzgał śliną – jesteś mistrzem sztuk walki, to czemu żaden kwiatuszek nie zniszczył ci kung fu?
Mniszka wybałuszyła oczy.
„Mistrz sztuk walki? Ale jak?”
– Oj, moje kiciusie, mnisi są idiotami, nie znają umiaru. Gdyby znali, nie bawiliby się w wymyślanie podobnych głupot. Co więcej, przekonaliby się, że w odpowiednich proporcjach niewyczerpana esencja żeńska równoważy esencję męską, a to pozwala osiągnąć harmonię Nieśmiertelnych...
Łowcy aż zapowietrzyli się z wrażenia.
– N-naprawdę? Od ruchania można zdobyć nieśmiertelność? – wyszeptał Jebak z nabożnym milczeniem, wyobrażając sobie samego siebie wspinającego się na panteon chińskich bóstw.
Przywódca wybuchnął niepohamowanym śmiechem, prawie łzy pociekły mu spod powiek.
– Oczywiście, że nie. To kolejny stek bzdur wymyślony tym razem przez taoistycznych szarlatanów. Ci także musieli wytłumaczyć czymś swój pociąg do kobiet i małych chłopców, więc wymyślili.
Smok Ognia z wypiekami pochłaniała nowe informacje, przysięgając sobie, że po powrocie do klasztoru zweryfikuje je. Zamknie się w bibliotece i odda czytaniu. Targała nią inercja; bo mimo przeczucia pogłębienia swej wiedzy, bała się po nią sięgnąć. Dostała zawrotów głowy uświadomiwszy sobie, że to przestępcy natchnęli ją do pomysłu poszukiwań. Rozprawiali teraz o wpływach obcych mocarstw w miastach portowych, tracąc zainteresowanie mniszką. Siedziała więc skulona, zanim dotarło do niej, jak bardzo jest zmęczona. Powieki opadały ciężko, trzymana w dłoniach miseczka stawała się lżejsza. Płomienie zwijające się w różnorakie formy przypominały zwierzęta. Smoki. Bezwiednie przymknęła oczy, nie walcząc z sennością.
Naczynie wyślizgnęło się z rąk i stłukło o wystający z ziemi kamień. Kimiko poderwała się jak na szpilkach.
– Uważaj, niezdaro!
Kobieta sarknęła, a następnie napluła jej prosto w twarz. Mniszka starła rękawem ślinę, patrząc na nią niemrawo. Zrobiło się zimno.
– Przepraszam, pani Dziwko – wybełkotała, ciesząc się, że zapamiętała godność cudzoziemki.
Podniosła skorupki naczynia, w tle słyszała nową salwę śmiechów. Kiedy przeniosła wzrok na blondynkę, zobaczyła, jak gałki jej szklanych oczu prawie wychodzą z orbit, a krew uderzyła do głowy.
– Ty mała suko, jak mnie nazwałaś? – pisnęła, rozczapierzyła palce i rzuciła się na otumanioną mniszkę.
Nie zdążyła dotknąć Smoka Ognia, Herszt bandy spoliczkował towarzyszkę, aż upadła z łoskotem na ziemię. Z rozciętej wargi wypłynęła krew.
– Nazwała mnie dziwką, jak ona śmie?!
Wzruszył ramionami.
– Ty zaczęłaś. Plujesz śliną na lewo i prawo.
– Panie!
Między nimi zapadło milczenie. Nikt się nie poruszył. Kimiko czuła się potwornie; zamorska diablica szukała w oczach przywódcy zrozumienia. Błagała go o coś, czego on najwyraźniej ani myślał dawać. Prychnął i kazał się oddalić.
– Wasza Wysokość, nie odtrącaj mnie – żebrała. – Ukarz ją!
„Znów ukarać?”
Japonka nie umiała już znieść, że każdy tu nosił się z zamiarem bicia jej, przestrzelenia tyłka. Postanowiła stanąć w swojej obronie. Zwinęła dłonie w piąstki i przemówiła:
– Pani, myślałam, że takie jest wasze imię, tak się do pani zwrócił… – zawahała się, nie wiedząc, jak tytułować herszta – ... wasz pan…
Na obliczach łowców, jeden po drugim, namalowało się niedowierzanie, następnie kpina. Kimiko po raz wtóry nie pojmowała, co takiego ich bawi? Przywódca tym razem jako jedyny zachował pełną powagę. Przeszywał gościa wzrokiem, dokonując prędkich kalkulacji.
– To urocze stworzenie ma rację – wyszeptał, po czym zwrócił się do klęczącej u jego stóp służącej. – Dlaczego denerwujesz się tak na dźwięk twego imienia, Dziwko?
„Kiciusie” nie wytrzymały. Legły ze śmiechu, Crove przez przypadek włożył na chwilę stopę do ogniska. Wybuchło zamieszanie, lecz zarówno Dziwka, jak i herszt mierzyli się, nieprzerwanie załatwiając niemo jakieś sprawy między sobą.
– Wasza Wysokość... – spróbowała, lecz on nie pozwolił dokończyć.
Objął drżącą mniszkę ramieniem i z pogardą wyrzucił z siebie:
– Odejdź, Dziwko. Weź braci i kładź się.
Zajrzał w oczy Kimiko.
– Nie zostawię cię samej z tymi prostakami, perełko.
Serce dziewczyny zabiło, gdyż podskórnie wiedziała, do czego on zmierza. W umyśle odezwały się przestrogi ojca, aby nigdy nie pozwolić mnichom kłaść się obok niej w nocy.


W planach rozdział miał być dwa razy dłuższy, ale zdecydowałam się dać to, co napisałam, żeby tu pustkami nie świeciło.

4 komentarze:

  1. Tak się zastanawiam... A może pisz dłuższe rozdziały? ;p A wuj, będą miały po 20 stron, może więcej, ale to nic.
    Zastanawiam się o czym jest fabuła i czego mogę się spodziewać po ls. Choć spoko, mam swoje przypuszczenia, że może to będzie rozwiązywanie tajemnic lasu, kogo zabija i za jakie grzechy i jak go uśmierzyć? Może Chase jednak jest tym Królem Smoków i Kimi, jak już się dowie, złoży jakieś modły, żeby udobruchać jego wolę i skłonić do tego, żeby uspokoił las? Choć z drugiej strony... on obraził las... xd Chyba swoich włości to raczej by nie obrażał... No nic, na ten moment potrzebuję więcej info. Może to chodzi o te bóstwa całe...? Tyle legend i teraz jeszcze o tych rytuałach buddyjskich i o bogu wojny... Może to jakieś rytuały będzie trzeba odprawiać... Wszystko sprowadza się do pytania, czy piszesz o tych wszystkich ciekawostkach, o których był cały rozdział dlatego, że będą miały wydźwięk w przyszłości, czy może po prostu dajesz pokaz wiedzy. ;p
    No. Chase nich nic nie obiecuje, bo w poprzednim rozdziale też na końcu obiecywał, że wyobrażałam sobie jakieś wspólne spacery nocą, a wiemy jak wyszło. Kimi była dręczona przez tych prostaków! Be kotki, be! (Nie to, że narzekam.) Teraz, gdy Kimi jest śpiąca powinien odprowadzić ja po dżentelmeńsku do klasztoru, żeby się wyspała na treningi. ;p Biedna. Po tym wszystkim jeszcze traumy dostanie. Ej! Oby nikt się nie zorientował w tam klasztorze, że jej nie ma! XD
    Kotki są strasznie nieokrzesane. Ale nie będę narzekać na prostaków. Na Eme... też postaram się nie narzekać tylko... wkurzyła mnie... No sorry, próbuje się zasłaniać białym kłamstwem, ale to Eme. ;p W 100% ona. Identyczna. I tak samo mnie wkurzyła! xD Tym lizaniem po uchu Chase'a i splunięciem (Chase, jednak masz plamę na honorze) Może gdybyś zrobiła z niej Azjatkę, to by tak nie było czuć. ;p
    Współczuję Kimi i mocno się o nią martwię. Ona naprawdę jest głupiutka na punkcie świata i relacjach międzyludzkich. Dobrze, że intuicja w niej pracuje i dobrze podpowiada, że owszem, kotki mają złe zamiary ciągle wobec niej. Jak więc teraz zaufać Chase'owi? Jeszcze się zarzeka, że ona to nigdy Xiaolinu nie zdradzi. Jestem ciekawa, jak zamierzasz złamać tą twardą barierę tej zakonnicy, która zdaje się jednak kochać te swoje zasady i wychowanie. Tak się teraz zastanawiam, czy to na serio może być tak z dzieciakami w klasztorach, że jak są wychowywane w takich kloszach, to potem są to takie pół pustaki? Takie robociki? Przeraża mnie a wizja. :q Biedne dzieci... Jeśli to prawda, to jakieś ONZ powinno zaingerować czy coś. xd
    No ale: nigdy nie mów nigdy.
    Mówiłam, że Eme mnie zdenerwowała, ale też wywołała odmienne emocje. Kurcze, ja jej współczułam. xd Współczułam, jak Chase ją potraktował. Nie wiem nic jeszcze o Chasie tutejszym na razie, ani o jego zamiarach, ale na ten moment sprzedaje mi się jako taki nicpoń, kobieciarz, który może potraktować Kimi kiedyś podobnie do Eme, bo taki ma styl bycia, że kiedyś staje się bezwzględnym dupkiem wobec kobiety, którą przedtem nazywał perełką. Że na początku wszystko fajnie, interesuje się, coś kombinuje, ale nie wiadomo co, na pewno więzi i nie pozwala iść do domu (xD!), ale co potem? Eme zrobiło mi się szkoda, bo moment, w którym ją odepchnął opiewał takim niuansem, jakoby ona cieszyła się super zainteresowaniem jego i względami, póki nie pojawiła się nowa na horyzoncie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sytuacja była dla niej zupełnie nowa. Nagle pan ją odrzuca, karci, ona szuka zrozumienia... Kurcze, naprawdę mi się jej szkoda zrobiło. :x To jak ochrzcił ją ostatecznie Dziwką każe mi sądzić, że Kimi wpadła w... naprawdę złe towarzystwo!xd Okrutnie ją potraktował. Uważaj, mała! Jesteś niewinna jak łza, nie daj się... zabrudzić! xd
      Mam nadzieję, że nie jest taki
      stosunku do każdej kobiety i po prostu Eme mu czymś zalazła za skórę.
      No, rozdział super, mega. Pozazdrościć jak zwykle umiejętności opisywania. Już się pogodziłam z tym, że Ci nie dorównam. ;p Zastanawiam się, czy już to do Ciebie dotarło, czy może specjalnie w każdym następnym rozdziale udowadniasz mi, że możesz być jeszcze lepsiejsza. ;x
      Weny! <3

      Usuń
  2. Witaj! :)

    Jestem autorką "Róża bez kolców". Skomentowałaś prolog, aczkolwiek przez trzy miesiące byłam nieaktywna. Prolog mi się usnął, ale na szczęście zamieściłaś również link do swojego opowiadania, dlatego przybywam. :)
    Powiem szczerze, że zainteresowałaś mnie. Nie spotykam się często o tematyce Xiaolin, jedynie o uszy obiła mi się "inna wersja". Znam kanon i nawet go lubię, zatem nie widziałam przeszkód, aby "wgryźć się" w treść. :D
    Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłam uwagę są Twoje wspaniałe opisy. Rozbudowujesz zdania, dzięki czemu mogę doskonale wyobrazić sobie Kimiko. Brawo! Co do samej bohaterki, muszę przyznać, że ją polubiłam, bo przypomina trochę mnie samą... :D
    Zostaję tu na dłużej i dołączam do obserwujących!
    Powróciłam na blogosferę, więc reaktywowałam również mojego bloga, jeśli wciąż jestem zainteresowana historią :)

    Życzę mnóstwa weny i pozdrawiam serdecznie! :*

    http://historia-katarzyny-howard.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Wita się nowa czytelniczka, która wykopała twojego bloga z jednego z katalogów kiedy zgłaszała własnego - ale to tylko tak nawiasem żeby powiedzieć, że katalogi mają sens. Pochłonęłam wszystko za jednym zamachem. Kanon kojarzę z czasów dziecinnych, ale to i tak mało istotne, bo twoja powieść jest zupełnie inna. Bardzo podoba mi się w jaki sposób piszesz. A teraz co do rozdziału. Wiem, wiem, że powinnam kolesia nienawidzić, bo jest bandytą i zabija smoki. Ale... ale cholera, jest takim cudownym badassem, że go uwielbiam. :D Autentycznie. Geba mi się śmiała jak coś mówił.
    No i dostałam napadu śmiechu przy "kurwa gejsza". Przeurocze...

    OdpowiedzUsuń