czwartek, 15 czerwca 2017

Rozdział 7

Ostatnio miałam mini (maxi!) urwanie głowy. W najbliższym czasie (może w tym tygodniu) nadrobię zaległości na Waszych blogach, a na razie… trzymajcie kciuki, żebym oprócz weny na opowiadania, miała też wenę na pracę dyplomową xD Bo serio, kiedy minęły te czasy, gdy jedynym zmartwieniem była miła i sympatyczna maturka? D:



O ile kroniki klasztoru od XVII wieku wzwyż utrzymywano w nienagannym porządku – posegregowane i regularnie odkurzane – tak stan ksiąg z lat wcześniejszych wręcz wołał o bezzwłoczną inwentaryzacje. Kimiko, oceniając tonące w kurzu archiwalia, spytała wprost mnicha odpowiedzialnego o przyczynę tak dalece posuniętego stanu zaniedbania.
– Wiele lat klasztor stał pusty – tłumaczył się starzec, nie okazując ani krzty zakłopotania. – Chłopi nie mieli co jeść, czym palić. Straszne rzeczy działy się na początku inwazji Mandżurów. O papiery nikt się nie troszczył.
– Mimo to jak daleko sięga najstarsza część zasobu?
Popatrzył na nią zdziwiony, zaraz jednak opanował się, przybrał minę człowieka szperającego w zwojach pamięci, do których zgubił klucz dekady temu, a następnie z rezygnacją pokręcił głową.
– Skąd mogę wiedzieć? Przypuszczalnie do X wieku, resztę zjadły szkodniki. – Obserwował osobliwy ruch ręki dziewczyny, jakby go nie kontrolowała: co rusz gładziła biodro koliście palcem wskazującym i serdecznym, bladnąc przy tym z minuty na minutę.
– Interesują mnie księgi, jakieś papiery, rysunki i plany dotyczące smoków. Tych prawdziwych smoków, nie wojowników żywiołów. Czy znajdę tu jakieś informacje o Do…?
– Smoki? – rozmówca przerwał prychnięciem, eksponując wciąż pełne uzębienie. – Coś takiego! Smoki uciekły z Chin, odkąd zamorskie diabły przybiły do naszych brzegów.
– Czyżby?
„A ja widziałam smoka, widziałam, widziałam!”
– Absolutnie.
Temat ucięty. Nie zdążyła zapytać o rzekomego strażnika świątyni Doja, ale od chwili spotkania z opiekunem kronik prześladowało ją ponure wrażenie, że wyłącznie straci czas, strzępiąc na niego język. Praca kancelaryjna dla Funga, sporządzanie kosztorysów i pieczętowanie korespondencji wyssały z niego zdolność pojmowania spraw abstrakcyjnych, pozamaterialnych. Z pewnością nie pomoże jej w rozszyfrowaniu zagadki Lasu Smoka.
„I Chase’a Younga”.
– Chciałabym spojrzeć na najstarsze materiały – oznajmiła zdecydowanie.
Na czoło starca wkradły się cienie pogłębiające zmarszczki – pierwsza oznaka zniecierpliwienia.
– Coś takiego! Nie wolno z nich korzystać, są nieuporządkowane.
– Kiedy więc zostaną uporządkowane, żebym mogła z nich skorzystać?
Kimiko była zbyt zmęczona i zaaferowana ostatnimi wydarzeniami, by pieścić się z osobami trzecimi. Z niezadowoleniem śledziła rumieniec gniewu oblewający szyję mnicha.
– Nigdy!
– Ale przecież to brata obowiązek!
– Coś takiego! – powtórzył po raz wtóry, palcem pokazując Japonce wyjście. – Nie będzie mnie rozstawiać gówniara! Smok Ognia czy nie, jesteś nikim, rozumiesz, cudzoziemko? To przez takich jak ty upadła nasza dynastia Ming! Wynoś się!
Nie pojmowała tak nagłego wybuchu, toteż cofnęła się myślą o dwie minuty, analizując przebieg wymiany zdań między nimi. Doszła do wniosku, że za bardzo naciskała. Wzgardziła rolą tego człowieka trudniącego się klasztorną administracją, oto przyczyna złości starca. Ubodło ją poczucie winy.
– Wybacz, czcigodny bracie – złagodniała, zginając lekko kark. – Oczywiście, masz rację. Oczywiście…
Wyszła na zalane słońcem korytarze, byleby już nie słuchać złorzeczeń wysypujących się zza pleców.

***

Nie należała do osób łatwo odpuszczających, a przynajmniej tak starała się siebie oceniać. Jeśli okaże się to słuszne, zakradnie się którejś nocy do kronik świątynnych. Dysponowała olbrzymimi ilościami czasu, jak przystało na człowieka, który wie, że spędzi w danym miejscu resztę życia. Na razie przylepiła na buzie swój najpogodniejszy uśmiech – co w połączeniu z miazmatycznym lękiem o cudaczne znamię na biodrze – prezentowało się w oczach przyjaciół dość groteskowo.
– Podasz sól?
Wręczyła Clayowi naczynie, starając się nie wchodzić w kontakt ze skórą jego wielkich dłoni. Wciąż żywiła względem niego i Raimunda żal.
„Fałszywi mnisi” mówiła z rozgoryczeniem.
Nigdy dotąd nie czuła takiego zawodu. Patrząc na czerwono-białe stroje Smoczych Wybrańców, aż skręcało ją z obrzydzenia. Hańbili te szaty.
– Opowiadaliśmy ci, co Ruling wyprawiała na festiwalu? – Raimundo dostrzegł bijące od przyjaciółki nieudolnie tajone wzburzenie. Wiedział, że wyparłaby się wszystkiego, co ją dusi, gdyby zapytał o to wprost. – No więc Omi…
– Przepraszam, ale położę się dziś wcześniej – weszła mu w słowo, głośno kładąc na stół opróżniony kubek z wyszczerbionym brzegiem. – Dziś palę Sutry Lotosu.
Chłopcy popatrzyli po sobie. Serce Kimiko nagle załomotało.
„O Kuan-in, tak bardzo pragnę się im zwierzyć…”
Wyjawić szczegóły nocnej wędrówki, żeby samemu nie dźwigać ciężaru tajemnicy i grzechu na barkach, a także na biodrze. Widziała, słyszała, a z całą pewnością robiła coś zakazanego! Nie potrafiła podnieść się, otrzepać i iść dalej, jakby nic się nie działo. Od dwóch nocy śniła o językach i rękach, a o poranku budziła się zalana potem i w gorączce, z nieuzasadnionymi rozterkami toczącymi ciało.
Otworzyła szybko usta, po czym zamknęła je. Przyjaciele błądzili oczyma po miskach z ryżem. Z gardła wyrywał się krzyk: „Czy nie widzicie mojego sekretu?!”, lecz położył mu kres głos nieprzerwanie balansujący na skraju umysłu.
Mam na imię Chase Young i wiedz, że zabraniam ci komukolwiek wspominać o moim istnieniu.
Przełknęła ślinę. Łydki drżały palącym bólem.
„Oczywiście. Masz na imię Chase Young i wiesz już, że nikomu nie zdradzę naszego sekretu”, ślubowała złotym ślepiom, stojąc bezczynie nad jedzącymi przyjaciółmi. Wtem przypływ olśnienia tchnął w nią nieoczekiwaną radość. „Wreszcie! Mój sekret przed chłopcami!”
To Chase’a Younga lizała za uchem co noc, w snach.
Gorąco uderzyło dziewczynie do głowy. Pozostali mnisi celowali w nią pałeczkami, a ona nadal stała bez ruchu nad Smoczą Drużyną. Omi poklepał ją po ręce.
– Co z tobą?
Dotyk dzieciaka wzburzył krew. Kimiko znów poczuła na twarzy oddech Lasu Smoka, w uszach rozległo się huczenie, zapach sosen wirował wkoło, a on siedział przy niej i opowiadał bajki. Czy odważy się przyjąć zaproszenie łowcy smoków?
– Chcę się z tobą bawić – wymsknęło się jej z ust w niezrozumiałym dla świadków bełkocie.
– Hę, co mówisz?
Odwróciła się do przyjaciół plecami. Wyszła z sali odprowadzana wzrokiem setki par oczu. Szepty i śmiechy zamknęły się za nią niczym obręcz drzew.

***

Bezwietrzny, chłodny wieczór. Z nieboskłonu majaczył gwiazdozbiór Czarnego Żółwia. Jeżeli te odległe, srebrne perły zechciały obdarzyć ze swej niebiańskiej wysokości kogoś refleksją nad ich pięknem, z pewnością nie wybrałyby małej mniszki zatraconej w przyglądaniu się smudze unoszącej się wysoko do Pałacu Króla Smoków.
Włosy nasiąkły dymem, a oczy straciły blask. Popielatą cerę oświetlał pomarańczowy blask, przywodzący skojarzenie nocy spędzonej w Lesie Smoka. Kimiko ganiła siebie za tę słabość. Powinna rozważać tajemnice Wszechświata, modlić się gorliwiej o miłosierdzie dla łowców bażantów, a tymczasem twarz herszta wypełniała cały – niewielki jeszcze – horyzont uczuć, myśli i doświadczeń.
Pokłoniła się głęboko, skoro tylko dopalił się ostatni obwiązany czerwoną tasiemką zwój. Koniec postu. Musi podjąć decyzję: spotkać się jutro z tym człowiekiem, czy nie? Każde postanowienie pociąga konsekwencje, przyjemne lub nie. A on obiecał czekać na nią, ona zaś nie przeciwstawiła się życzeniu nowego przyjaciela. Opowie jej bajki, tak oznajmił.
Dobrze, ona też zna wiele bajek. Wreszcie ktoś zrozumie ich sens, wysłucha cudzoziemki, podzieli się czymś w sekrecie. Wiatr przeczesał Las Smoka, który wydał głuchy pomruk.
Potrząsnęła głową.
„Oczywiście, że nie pójdę na to spotkanie. To szaleństwo! Nie chcę od niego bajek! Moje i tak są lepsze! Albo pójdę, ale tylko po to, żeby mi wyjaśnił, co zrobił z moją skórą. Czemu zniknęły rany, a pojawiło się znamię? Tak właśnie zrobię. Nie pozwolę robić z siebie mazgajowatej kretynki, co milczy jak owca!”
Z oburzeniem bijącym struny w duszy wróciła do pokoju, zamknęła dokładnie drzwi, dokonała wieczornych ablucji – nie bez złości po raz wtóry szorując jaszczurze ślepie – i legła na łóżko, zachowując się najgłośniej, jak umiała. Zależało Kimiko, aby ją usłyszano, zauważono i spytano o powód rozedrgania. Czuwała godzinę, gapiąc się z uporem maniaka na zaryglowane drzwi. Zero reakcji ze strony braci. Nie przyszedł nawet zwykle denerwujący w swej troskliwości Omi.
– Też mi przyjaciele – wydusiła ze łzami na powiekach, przekręciła się na bok i ze zmarszczonymi brwiami wtopiła wzrok w ciemny kąt.
„Przejmowali się groźbą opuszczenia klasztoru”, płakała, „chcieli mnie zatrzymać, bo niby będą tęsknić… Teraz wiedzą, że zostanę tu na zawsze i już nie muszą mnie przekonywać ani udawać, że im zależy…”
Nim zmęczenie wzięło górę nad cierpieniami zgorzknienia, a dziewczyna wyruszyła w podróż do krainy swych smoczych marzeń, z rozkoszą przysłuchiwała się koncertowi przygotowanemu przez imaginację; muzyka Lasu Smoka akompaniowała chórowi śpiewającemu unisono: „Mój przyjaciel czeka w lesie”.

***

Gęsta mgła wznosiła się ponad drzewami, niczym duszący całun, wzmagając przygnębiającą bladość świtu. Ospałe słońce wciąż nie zaszczyciło ziemi pierwszymi promieniami. Upłynie wiele godzin, zanim świat ogrzeje się światłem wczesnej jesieni, gasnącym i tak z poranka na poranek.
Obłoczki pary wylatywały z ust Smoka Ognia, rozglądającej się czujnie. Czubki wiekowych sosen upodobniały się do pędzli moczonych w białej farbie. Co dwa kroki zatrzymywała się, odruchowo zwracając twarz w kierunku śpiącego, niewidocznego klasztoru. Wkrótce mgła opadnie, przegoni ją cieplejszy wicherek, lecz teraz, kiedy na próżno szukać czegokolwiek w promieniu pięciu metrów, poruszała się wolno, odtwarzając w pamięci drogę, którą przemierzała z nieznajomym.
Nie, nie nieznajomym.
„Z moim przyjacielem”.
Dokuczała jej ambiwalencja, ponieważ z jednej strony przerażało ją czekanie w lodowatej zawiesinie, z drugiej wolałaby wierzyć, że to, co się przytrafiło, stanowiło składnik snu – dziwacznego, bardzo realnego i patologicznego – ale w gruncie rzeczy niewartego roztrząsania snu. Związek z łowcą smoków przyprawiał o niepokój, zdecydowanie gorszy aniżeli potencjalna choroba umysłowa. Wariaci nie dostrzegają rzeczywistości oraz wynikających z nich komplikacji, niebezpieczeństw i zła, żyjąc w swym bezpiecznym kokonie – tak tłumaczył ojciec.
„Ojciec tłumaczył mi wiele różnych rzeczy, a większość z nich i tak okazała się nieprzydatna”.
Zapadła ciemność, kiedy ręce zawiązały się na jej oczach. Wydała z siebie cichutki okrzyk. W chwilę potem usłyszała ochrypły, niski, ni wesoły, ni kpiący głos, który nie dało pomylić się z żadnym innym:
– Dzień dobry.
Chase Young obrócił ją ku sobie, a następnie cofnął się nieco, by zlustrować na wskroś. Opatulał go płaszcz z futra białego lisa. Uśmiech rozdarł mężczyźnie usta. Przypuszczalnie podobała mu się taka wersja mniszki: w czerwono-białej oficjalnej szacie Smoka Ognia, przepasana w talii.
– Czy widział ktoś coś równie uroczego?
Splotła ramiona na piersi.
– Sądziłam, że widok mniszki o poranku przynosi pecha – burknęła.
– Przekonajmy się, czy to prawda.
– Co ma pan na myśli? – Zachowywała najwyższą ostrożność, taksując go sztywno.
– Czy uczynisz ten poranek przyjemniejszym niż każde inne mojej długiej i nudnej egzystencji? – wypalił, nie omieszkując nasączyć głosu godną podziwu galanterią.
Kimiko otrzepała się, zupełnie zgłupiała. Jakie intencje przemawiały przez tego człowieka? Żonglował słowami tak swobodnie, nie bojąc się ośmieszenia czy kłótni. Pomimo oszołomienia – czy też przez wzgląd na nie – wystawiła stopę przed siebie, dodając sobie animuszu, wyprostowała się, wypięła pierś, przystępując do ataku:
– Co pan zrobił z moim ciałem?
Osobliwy cień przemknął po postaci Chase’a, jakby ostatkiem sił hamował się przed komentarzem. Kimiko uważała, że zna jego zagrywki na tyle nieźle, żeby zgadnąć, iż najprędzej powiedziała coś dwuznacznego, co najwidoczniej go rozbawiło.
– Tylko to chcę wiedzieć, a potem się rozstaniemy – zakomunikowała sucho.
Przekrzywił głowę i zmrużył ślepia.
– Tu nie chodzi o to, co z nim zrobiłem, lecz co jeszcze mogę z nim zrobić… – wyszeptał przenikliwie, aż krew ścięła się w żyłach dziewczyny.
– Słucham?!
Uniósł rękę, celując palcem wskazującym w szare kłębowisko nad nimi. Gdzieś blisko zabębnił dzięcioł.
– Spójrz na siebie: skóra i kości. Trzeba jakoś zaradzić twemu problemowi.
– Problemowi? Jakiemu problemowi? Ja nie mam problemów.
– Ach, jesteś wygłodzoną mniszką wolną od problemów?
Rozmowa zmierzała niewłaściwymi torami, toteż należało przerwać ją i odbić piłeczkę.
– Obecnie zmagam się z jednym problem – odparła lakonicznie. – Dlaczego z mojej skóry wyparowały rany i siniaki, a pojawił się tatuaż, jakiego nie da się zmyć?
Brwi wystrzeliły mu ku górze w całkowitym zdziwieniu, acz Kimiko nie była pewna, czy nie dostrzegła w jego oczach łobuzerskiego błysku.
– Doprawdy osobliwe… Pokaż mi je.
Odskoczyła jak oparzona, osłaniając biodro.
– Nie!
– Dlaczego? To zwykłe badanie.
– Pan nie jest lekarzem! – Cofnęła się do drzew, a tamten postąpił o dokładnie tyle samo kroków, sprawiając, że dystans między nimi nie wydłużył się ani odrobinę.
– Wierz mi, znam się doskonale na anatomii, szczególnie kobiecej.
Sunął miękko po ociężałym od rosy bujnym morzu traw, rozcinając je niczym dziób dżonki. Odwaga Kimiko ulatywała jak z przekłutego balonika. Czuła, że kurczy się w sobie, maleje we własnych oczach i oczach obcego zapewne też.
– Co to wszystko znaczy? – wyszeptała, słaniając się na nogach. – Czemu spotyka mnie to...
– Co? – drążył, nie przestając się do niej zbliżać.
Wczepiła palce we włosy, potrząsając energicznie głową.
– Nie wiem… chciałabym zrozumieć, ale nie potrafię… – Rozejrzała się, przygryzając wargę. Kontury drzew traciły swój określony kształt, zlewając w szarą zbitkę grozy. – Ten las mnie dusi, zaczęło się od niego… I… – Bała się przyznać, że obcy notorycznie nawiedzał ją w snach.
Albo nie, trawił ją wstyd.
Stał już przed nią, ujmując za podbródek.
– Dorastasz – oznajmił, tym samym coś pieczętując, ot zamykając jedne drzwi, a otwierając inne – co nigdy nie jest proste.
– Co dorastanie ma wspólnego z Lasem Smoka i znamieniem?, „i tobą” – dodała w myślach. – Czy ono pochodzi od pana?
Zjechał rękoma po talii mniszki, zatrzymując się na wystających biodrach.
– Życie tworzą przypadki i elementy na pozór wcale się ze sobą nie łączące, a w rzeczywistości każde z nich ma wyznaczone miejsce, tworząc mozaikę. – Uchybił się od klarownej odpowiedzi, wreszcie odstępując od niej. – Pomogę ci, jak przyjaciel, zgodzisz się?
– Ale, ale… – zająkała się, szukając na twarzy Chase’a czegoś, co wzięłaby za dobrą wróżbę.
– Cśśś… nie marnujmy ani chwili, perełko.

***

Sine kłęby mgły uwypuklały ciemne tonacje, jakimi odział się Las Smoka, przybierając barwy rozmytego błękitu. Kimiko wypatrzyła mieniące się pajęczyny, zlepione na gałęziach drzew i otulone skondensowaną parą pierwszych przymrozków. Chase Young prowadził ją gdzieś za rękę, nakazując milczenie, co tylko pogłębiało przytłaczającą leśną atmosferę. Zabronił prób wyrwania się, choć mentalnego, z macek rzekomo pierwotnego zła zamieszkującego tę puszczę. Chciała nie zwracać uwagi na brak dźwięków typowych dla leśnej biocenozy. Jeśli jakiekolwiek liście szeleściły, a wiatr szumiał i trzaskał w sękatych koronach, szyszki zlatywały z uroczym chrzęstem, zaś ptaki ćwierkały na powitanie nowego dnia, jeżeli faktycznie otoczenie wokół nosiło tylko pozór martwoty, a tak naprawdę wrzało ukrytym życiem, tak wędrówka dwójki ludzi odbywała się pod znakiem absurdalnej ciszy. Japonka z trudem dawała wiary w zgaśnięcie wszelkiego ruchu i dźwięku. Przecież nocą rozgrywały się tu igrzyska, rywalizacja, tętniący niepokojem teatr.
„Słoneczko, słoneczko, proszę, wyjdź już i przepędź mgłę”, zaklinała, sama walcząc z atakiem paniki.
Za dnia Las Smoka prezentował się straszniej niż nocą na złość regule, że światło zawsze przegania koszmary ciemności. Wszyscy przywykli uznawać noc za mroczny czas, bagatelizując nikczemności zionące za dnia, rozwijające się bez przeszkód i ku nieświadomej aprobacie istot prowadzących dzienny tryb życia.
Wyszli z gęstej zbitki jodeł. Kimiko wpierw usłyszała pluski, jeden i drugi. Rozścieliła się przed nią zielona niecka poprzecinana rozlewiskiem potoków. Nurt wypływał z otulonego w paprocie zbocza jednego ze wzniesień pasma Song.
– Dalej tworzą jezioro – wyłuszczył Chase Young. – Zimą nigdy nie zamarza.
– Naprawdę? Sądziłam, że w Henanie są zbyt łagodne zimy.
Fenomen przyrody jawił się dla niej wyjątkowo pociągająco. Prąd strumieni targał ze sobą liście i igły, ślizgając się po zaokrąglonych kamyczkach na dnie.
– Przekonasz się, kiedy spadnie tu śnieg.
Zachowywał się, jak gdyby mieli utrzymywać znajomość, a przecież Kimiko zamierzała natychmiast ją ukrócić, a przynajmniej póki owa znajomość nie nabierze niespodziewanych obrotów.
„No dalej, przerwij to, przerwij, już!”
– W co się bawimy? – zabrzmiała niewinnie, aż podskoczyła.
„Co ja powiedziałam?”
Odwrócił się do niej, rozkładając szeroko ramiona. Wargi ulepiły przebiegły uśmiech.
– Pomodliłaś się za mnie? – spytał ni stąd, ni zowąd.
– Tak…
– Spaliłaś Sutry Lotosu?
– Tak, wczoraj…
– Jak sądzisz, gdzie powędrowały?
Wypuściła powietrze z ust, co przypominało raczej ledwo powstrzymane zalążki histerycznego chichotu.
– Co to za pytanie? Oczywiście do Pałacu Króla Smoków.
Zeszli w dół zalanej szarością trawy, obok siebie, na wzór kaczek mandarynek płynących skrzydło przy skrzydle.
– A gdzie znajduje się taki pałac? – kontynuował.
W Japonce odezwało się znużenie. Przewróciła oczyma i westchnęła:
– Pod wodą.
– Takiej jak ta? – Omiótł wzrokiem wstążki leśnych rzeczek, płynące niemal bezdźwięcznie.
Potrząsnęła głową.
– Nie. Pałac wybudowano w pieczarze, pod jeziorem albo w grocie wulkanicznej. – Spojrzała na Chase’a, na tajemniczy błysk w jego ślepiach. – Ten strumyczek nie byłby go godny.
– Skończyłaś pościć? – zaatakował nagle.
– Owszem – rzekła zaskoczona. – Przynajmniej na razie, bo w przyszłym…
Zatkał jej usta dłonią, aż Kimiko zmarszczyła brwi i położyła ręce na biodrze.
– Co pan wyczynia?
– Szło ci tak zgrabnie: zdołałaś mnie zainteresować, nawet ucieszyć, ale musiałaś dodać „na razie” – zganił, co podburzyło dziewczynę.
Strzepała jego dłoń, cedząc bardzo dokładnie:
– Co pan obchodzą moje posty?
Zademonstrował swój najładniejszy uśmiech, od jakiego mniszka znieruchomiała na dwie sekundy.
– Martwię się o ciebie, czy to cię tak złości?
– J-ja się nie złoszczę… – wyszeptała, ciężko dobierając słowa. – Nie lubię po prostu, tak zwyczajnie, gdy się mnie… kontroluje i próbuje przekonać, co jest dla mnie złe lub nie.
– Ani myślę narzucać ci mojego zdania.
– Doprawdy? – przeciągła ostatnią sylabę do granic możliwości.
Chase porwał ją za ramie, ciągnąc w dół, na wklęsłe kamienie.
– Absolutnie – podkreślił. – Czy to dlatego jesteś tak podejrzliwa, bo często stosujesz podobne sztuczki względem osób, na których ci zależy? Każdy wie, że cel uświęca środki.
Spąsowiała na twarzy, jednocześnie kostniejąc z zimna na karku.
– Co to za głupoty mi pan insynuuje? – wydusiła, walcząc ze ściskiem gardła.
Moje bajki z morałem, bajki z morałem, morałem.
– Nie musi się pan o mnie martwić, ja wiem, co robię.
– Dlaczego tak zmieniłaś temat? Ukrywasz coś przed samą sobą?
– Wcale nie ukrywam!
Chlapnął ją zimną wodą ze strumienia.
– Spokojnie, bo z ważenia spalisz las – mruknął już pojednawczym tonem. – Pamiętaj, emocje są dla was grzechem. Wrócimy do tego innym razem.
– Och! – Kimiko brakowało już na niego cierpliwości.
– Aczkolwiek zastanawia mnie, jakim cudem osoba, która pozwala rządzić sobą innym, irytuje się, kiedy wyraża się przy niej dezaprobatę względem postu – zaczepił, ujawniając, że kłamał przy chęci odpuszczaniu temat. – Powinnaś łykać wszystko, co ci powie mężczyzna, co z ciebie za mniszka?
Parsknął na widok obrażonej Kimiko, siedzącej ze splecionymi nogami i rękoma.
– Poszcząc, udowadniam kontrolę nad sobą – wyrzuciła z siebie, ucinając śmiech rozmówcy. – Czuję, że mogę sięgnąć nieba, jak feniks albo prawdziwy smok, że mogę decydować o sobie w kwestii mojego ciała, że znalazłam p o k o j o w y sposób na czynienie dobra, bez potrzeby chwytania za broń. Dlatego je praktykuję…
– Kosztem zdrowia – zawyrokował Chase Young, po czym zapadła grobowa cisza.
Wpatrywała się w czubki butów, dygocąc z zimna. Nie z powodu niskiej temperatury czy wnikającej w kory drzew wilgoci. Chłód promieniował z niej, zabijając ogień w sercu. Tuż obok wspinał się żuk. Przewrócił się niezdarnie na cienkich nóżkach dźwigających olbrzymi, chitynowy pancerz. Kimiko wzięła go w dwa palce, stawiając na obraną przez niego ścieżkę po kamieniach.
– Chciałabym poświęcić się dla równowagi dla świata. – Szeptem przerwała milczenie. – Bo wydaje mi się, że jest na nim raczej więcej zła niż dobra.
Towarzysz wyciągnął się na plecach, witając na twarzy pierwsze, nieznaczne plamki srebrnego światła przedzierającego się przez sito z listowia.
– Myślisz o wojnie? – podchwycił dość swobodnym głosem.
– Chyba tak. – Najpierw potwierdziła, potem wzruszyła ramionami, aby na końcu znów kiwnąć głową i westchnąć.
– Chwilami po prostu marzę, żeby uciec stąd – powiedziała, jakoś nie dziwiąc się, że otwiera umysł przed obcym. Choć irytujący i nieco pokręcony, sprawiał wrażenie osoby umiejętnie przenikającej w głąb serca. Wiedział też, kiedy milczeć, pozwolić się wygadać. Milczał więc teraz, a nie patrząc na nią – możliwe, że nie chciał jej spłoszyć – przyglądał się czubkom drzew, mierząc odległości między nimi a niebem. – Odrodzić się w wolnym ciele, by poznać świat i ludzi, dowiedzieć się, jacy są, jak żyją i jak im się wiedzie? Inni ludzie w ogóle są ciekawsi niż ja, ich życie wydaje się mieć większy sens. Bo ja tylko się modlę i trenuję.
– Czujesz się pusta w środku? – powiedział zupełnie odmienionym głosem. Smutnym i dalekim. Spojrzała na niego, na jego piękną – ponieważ nie znajdowała lepszego określenia oddającego niezwykłość aparycji Chase’a – twarz. Otworzył oczy, a czaiła się w nich ciemność schowana za złotym pancerzem tęczówek. – Klasztor nie spełnia twoich oczekiwań, więzi cię?
– Och, nie to miałam na myśli… – Spuściła wzrok, wstydząc się niewdzięczności wobec ojca i mnichów.
– Nie udawaj – zabrzmiał ostrzej.
Popatrzyła na niego z dobroduszną wyrozumiałością.
– Pan nie zna losu mnicha.
Przymknął powieki i uśmiechnął się, w jakimś sensie upodabniając się do swej rozmówczyni. Emanowała od Chase’a protekcjonalność.
– Cyprysy nadal otaczają Dziedziniec Żywiołów?
Wybałuszyła oczy. Nikt, ani turyści, ani świeccy i oficerowie chińskiej armii pobierający w Xiaolin szkolenie, nie mają dostępu do sekretnych pawilonów świątynnych. Niekiedy mury są tak wysokie, że aby podejrzeć, co znajduje się za nimi, trzeba by wznieść się w powietrze.
– Skąd…?
– Tak podejrzewałem – przerwał jej wesoło. – To w końcu ulubione drzewa Dashiego. Zawsze powtarzał, że ładnie ozdabiają Xiaolin
– Wielkiego Mistrza, który w V wieku założył klasztor? – dopytywała z nabożnym strachem
– Tia… – Założył ręce za głowę, kładąc się z powrotem na wygodne wgłębienie w kamieniu, okazując najwyższe lekceważeniem względem szoku dziewczyny. – Wejdź kiedyś do Domu Chmur Miłosierdzia, odlicz czwartą płytę od posągu Buddy, podważ ją i może znajdziesz niespodziankę, o ile wieśniacy nie zrabowali i tego.
Kimiko pilnie notowała wskazówki, jakimi hojnie zasypywał ją łowca.
– Był pan mnichem?
– Dawno temu – przyznał i jakby wzdrygnął się z niesmakiem. – Lecz oszczędź mi próśb opowiadania ci wszystkiego.
Przysunęła się do Chase’a bardziej, teraz szczerze zaintrygowana. Zagadka z nocy sprzed czterech dni rozwiązana!
– Znał pan Wielkiego Mistrza Dashiego?
Otworzył oczy, podniósł rękę i gestem dłoni poprosił, by przybliżyła się jeszcze. Nachyliła się nad nim, a wtem on potarł usta Kimiko palcem wskazującym i kciukiem.
– Nie zdajesz sobie sprawy, ile rzeczy chciałbym teraz z tobą robić, a ty męczysz mnie pytaniami o innego faceta.
Ciepło rozlało się po ciele Kimiko, a najbardziej po twarzy. Zrozumiała, że uszy łowcy są na wyciągnięcie ręki. Języka.
– Nie męczę pana.
– Ale próbujesz.
Tego poranka zatrzymał się czas. Tak to później tłumaczyła Kimiko. Nie umiała w racjonalny sposób dojść do prawdy, czemu tak miło leżało się na obcym, nazywającym się jej przyjacielem oraz dlaczego z całych sił postanowiła, że go przeniknie – serce i umysł?
– To co pan chce ze mną robić? – indagowała słodko.
Wstrzymał na moment oddech, przenosząc niemniej zaintrygowane spojrzenie to na usta, to na oczy przyjaciółki. Ślizgał się po dziewczęcej szyi, bombardował dekolt tworzony przez dwie poły czerwonej szaty. Kimiko nie opuszczało wrażenie, że już raz była świadkiem jego wahania – gdy spotkali się pierwszy raz, a on, wąchając jej włosy, walczył z czymś, co skwitował później radą: Las namawia do zbrodni, nie warto go słuchać.
– Powinnaś już iść – rzekł niechętnie. – Zdążyć przed zbiórką.
– Wolałabym zostać – mruknęła, nie wierząc własnym uszom.
Pogłaskał ją po policzku.
– Musisz być głodna. – I nagle coś mu zaświtało, ponieważ dodał: – Pamiętaj, tak jak wojownik bez honoru nie jest wojownikiem, poeta bez natchnienia nie jest poetą, a ja bez smoków nie jestem sobą, tak ty bez jedzenia nie staniesz się kobietą.
Kimiko poderwała się, nie rozumiejąc po raz kolejny szalonego potoku myśli Chase’a.
– Co jedzenie ma do mojej… no, mojej płci?
Wolno podniósł się do pozycji siedzącej, równocześnie z przyjemnością rozglądając się po budzącym się lesie; rosa błyszczała, witając jaśniejszą łunę rozjaśniającą niebo, a z drzew unosiło się skrobanie, popiskiwanie i ćwierkanie.
– Żałuję, że tak krótko trwało nasze spotkanie – zignorował pytanie, a może tylko odroczył je na później? – Wróć do klasztoru i zrób coś dla mnie. Jedz.
Wygięła usta w podkówkę, a on się rozweselił.
– Czy jutro będziesz umiała tu trafić, Kimiko?
– Chyba… Nie wiem.
Machnął ręką.
– Trafisz, Instynkt cię zaprowadzi.
Stali już obok siebie, wiedząc, że trzeba powiedzieć sobie do widzenia, ale jakoś żadne nie paliło się do zainicjowania pożegnania. Kimiko wodziła oczami po srebrnych smokach na hanfu łowcy i bezwiednie zaczepiła:
– Na co pan choruje?
Przypuszczała, że puści to pytanie mimo uszu, ale nie, zareagował, nie bez kpiny w głosie:
– Na ból świata, rzecz jasna.
Posłała mu kwaśną minę, dając do zrozumienia, jak niesatysfakcjonującej udzielił odpowiedzi. Złapał ją za rękę, kierując się na wydeptaną przez nich ścieżkę, na której brzegach piętrzyły się krzaki z kolcami i drobnymi owocami.
– Jeżeli zasłużysz, opowiem ci, lecz nie dziś.
– Dobrze, dobrze, proszę pana…
Stanął jak wryty.
– A przy okazji, ustalmy coś – rzekł surowo. – Nie po to się sobie przedstawiliśmy, abyś określała mnie jako pan. Krwawią mi uszy, doprawdy. Zapomniałaś, jak mi na imię?
Zaszurała stopą o czerniejące liście opadłe na ziemię.
– Jakżebym mogła… Chase – krępowała się nieco, ponieważ do starszych od siebie zwracała się właśnie poprzez japońskie tytuły grzecznościowe, tak nakazywały dobre maniery.
– Mieszkasz w Chinach. Tu nie istnieją te niepotrzebne zwroty, mówimy sobie po imieniu – pouczył ją, jakby czytając w myślach, po czym zastanowił się. – To co, jak mam się zwracać do ciebie? Panno Tohmiko? Nie. Kimiko? Lepiej. Ewentualnie… Kimi?
Policzki zapiekły dziewczynę, kiedy użył zdrobnienia. Nawet w ustach kuzynek brzmiało ono zbyt jowialnie, zaś w ustach człowieka w gruncie rzeczy obcego zbyt intymnie.
– Proszę sobie nie pozwalać na taką poufałość!
Chichotał pod nosem całą drogę powrotną, nim dotarli do skraju Lasu Smoka. Mniszka postanowiła przyjrzeć się wyrazowi twarzy towarzysza, gdy zza drzew wychylą się mury świątyni. Rozczarowała się jednak, gdyż twarz nie wyrażała niczego.
 – Wiem, że los nie nawykł do zsyłania łaski, samemu trzeba ją umieć wydrzeć, dlatego nie liczę, że następne spotkania potrwają dłużej – wyszeptał na pożegnanie, nachyliwszy się do ucha – niemniej wierzę, że znajdą się dni, w które spędzimy ze sobą więcej czasu. Obiecałem ci bajki.
Kimiko westchnęła świadoma wzrastającej tęsknoty. Uległa mu wbrew wczorajszym postanowieniom zerwania ich cudacznego, a z całą pewnością zakazanego związku.
– Popływamy w jeziorze, upolujemy jaszczurki, a nawet wybierzemy się do jakiegoś miasta na wybrzeżu, zgadzasz się?
W tej chwili zgodziłaby się na wszystko, gdyż zachowywała się jak w amoku – wtulała się w szatę łowcy, utrwalając w pamięci jego zapach. Włożyła ręce pod ciepły płaszcz z lisich skór, nie zawracając sobie głowy, czy ci mali leśni bracia ponieśli śmierć.
On ich potrzebował, tak jak smoków, głupio się o to martwić.
– Tak – mruczała. – Pokaż mi to wszystko.
Oderwał się od niej, po raz wtóry obdarzając pięknym uśmiechem, a nim wycofał się do Lasu Smoka, rzucił:
– A konfliktami się nie martw, przynajmniej na razie. Podczas zimy w Chinach nigdy nie prowadzi się wojen, dopiero wiosną twój mistrz wezwie was do walki.
Zniknął w gęstwinie, pozostawiając swą przyjaciółkę roztrzęsioną i skołowaną. Czuła, jak się zmienia i że już nigdy nie będzie sobą, nie pod wpływem Chase’a Younga.
Albo Chase Young odkryje prawdziwe ja mniszki od urodzenia kontrolowanej i ukierunkowanej na zasadę potrójnej wierności.

9 komentarzy:

  1. O rany julek, sis... Ja chcę pisać tal jak Ty. Zdradź mi jak Ty to robisz. Nawet jak ma być krótko i zwięźle to Ty to i tak napiszesz w taki sposób, że ja się potem zachwycam. To się czyta jak taką dobrej jakości książkę z wysokiej półki. Było tak bajecznie, czułam magię i atmosferę świata. Nienawidzię Cię. Chase wysławiał się w taki fajny sposób. Krwawiły mu uszy od pana! Jak fajnie zwrócił uwagę, by jednak mówiła do niego normalnie. Xd Fajnie, że brał ją za rękę! Niech on częściej bierze ją za rękę. Niech wędrują po lesie jak parka! I fajnie że pozostaje taki skryty i tajemniczy. Zostawia smaczki na potem. Xd I dobrze, że z tym nie przesadza i coś tam zdradza. Jak to z klasztorem. Ciekawe czy będzie gadać o Dashim i wgl o sobie, czy może Kimi pozna całą historie z jakis książek? Wgl ta uważaga, żeby nie pytała o innego faceta, bo to mu psuje brudne myśli. XXD
    No Chase był miodzio. Każde jego zdanie chwytało za pierś. Kimi tylko denerwowała momentami. Xd Tak jak sie cieszyłam, że sskończyła post to serioo. Zachosuje maniery mówiąc do Chase'a per pan, ale ogolnie to pyskats była. Co ona?xd Nie pozwalam, to ani do niej potulnej myszki niepodobne, ani grzeczne! Xd Do takiego przyjaciela z lasu trzeba milej, ciszej, bez nerwów... On w podzięce nie tylko podzieli sie smaczkami, ale i pomoże stać się kobietą w pełni poprzez magiczny rytuał dwoch ciał pod drzewami, gołym niebem, obok jeziorka, na futrach z płaszcza i przy palącym się ognisku. Xd
    Btw ciekawi mnie czy Chase wyrsie moze Kimi z klasztoru. Ona w sumie w nim taka nieszczęśliwa. Wszyscy ją tam albo źle traktują, albo mają w dupie. Nie to co Chase, który martwi się jej dietą. No, Kimi. Oby wszystko poszło Ci w cycki.
    Czekam na moment, gdy da mu obejrzec biodro. Koniecznie musi to zbadać.
    A i podteksty Chase'a momentami były mega rozbrające. Xd
    Bawiłam się mega sis. Szkoda tylko że tak strasznie krotko. Weź sobie moja prośbę do serca i pisz dłuższe notki. Xd
    Weeeenyyy!!!! <3

    Sis Layali

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ty mi robisz wena, kiedy mogę czytać Twoje reakcje. Skoro udało mi się Ciebie jakoś tam zadowolić, mogę oddychać w pokoju! xD I równocześnie planować i kombinować, żeby bardziej Cię uhappić.
      Magiczny rytuał! <333

      Usuń
  2. Jak zwykle bajecznie :D
    Ogólnie strasznie podoba mi się ta specyficzna intymność między Chase i Kimiko <3
    Czekam na kolejny z utęsknieniem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówisz? xD Ich specyficzna intymność będzie już na tapecie tego bloga już do końca. :D
      Dziękuję za opinie <3

      Usuń
  3. Dobry wieczór!
    Piszę szybką i krótką informację, że na Katalogowo pojawiły się wyniki ostatniego konkursu na Rozdział miesiąca.
    Zapraszam więc tutaj i niecierpliwie czekam na plik przesłany drogą mailową ;)
    Poza tym – 23.07.2017 pojawi się krótki konkurs literacki. Może będziesz zainteresowana?
    Pozdrawiam serdecznie i czekam na zgłoszenia kolejnych rozdziałów :)
    Ayame
    Katalogowo

    OdpowiedzUsuń
  4. Życzę powodzenia z pracką. Co jak co ale studiów bym za maturkę nie zamieniła. XD Pierwsza praca dyplomowa już za mną, szykuje się magisterka. Mówię ci praca to nic strasznego, ale stresuje, to prawda, tyle że to taki straszak na pokaz, jak małe szczekające ratlerki. Z palcem wiadomo gdzie sobie poradzisz.

    A co do rozdziału. To ten opiekun kronik mnie zdenerwował. Blah blah blah. Meh.
    Kimiko jest pod takim urokiem Chasea, że jestem naprawdę ciekawa jak to się dalej rozwinie. Niewinne dziewczątko owinięte wokół męskiego palca... W sumie to aż mi żal Kimiko naprawdę. Z kolei Chase, wydaje się jakby każde jego słowo było idealnie dobrane, żeby osiągnąć efekt na którym mu zależy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko najpierw te prace trzeba napisać xd a wiesz, też bym nie zamieniała studiów na matury, z drugiej strony... Praca w liceum było mniej wymagająca :c

      Chase ma plany xd

      Usuń
    2. Napiszesz. Napisać, potem popraweczki i z głowy. ;D Ja miałam przy licku w sumie dwa posiedzenia do pisania, takie od południa do 4 rano, z przerwami oczywiście. A potem poprawki.

      Ja wiem, że ma plany. :D Widzę.

      Usuń
    3. Dwa posiedzenia... dwa posiedzenia... piszę od listopada i mam nędzne 30 stron...

      Usuń