środa, 26 lipca 2017

Rozdział 10





Z okazji 10 rozdziału, w dodatku najdłuższego,  zaczyna się gifowanie <3
Gify są fajne, dostarczają (głownie mnie) w wuj doznań estetycznych (tudzież innych), ich dobór może być mniej lub bardziej z dupy. ;*


Usypiające dźwięki cytry guzheng roznosiły się po ciemnozielonej, skąpanej rosą niecce. Płynęły wolno ponad szemrzącymi strumieniami, falującymi źdźbłami traw i drżącymi krzewami nieszpułki. Zderzały się z rotundą drzew o pękających korach; część z nut pięła się ku szaremu niebu i ginęła w ciszy, nie dając rady przebić się przez parasole z gałęzi, reszta zaś zawracała do źródła – mężczyzny wędrującego po komnatach własnego umysłu, gdzie każde z pomieszczeń kryło inne wspomnienie.
Przechylił głowę i zgarbił się lekko, palce prawej ręki zwolniły, subtelniej szarpiąc za struny. Grał, próbując stworzyć dźwięk podobny do szumu liści furkoczących nad nim. W muzyce szukał strzępów głębszych doznań, oderwania. Zza drgających, przymkniętych powiek ukazał się szereg twarzy mnichów w chwili, gdy przyszło im się zmierzyć z niezaprzeczalnym faktem: brat opuszcza Xiaolin na zawsze. Doszła go woń wilgotnej ziemi nabrzmiałej gnijącą krwią.
– Przyznaj się, podnieca cię jej bezradność! – sarkała mała blondyneczka na czele pozostałych kotków. Sterczeli nad nim i czekali, jakby naprawdę ufali w ich przewagę liczebną. – Bawiąc się w przewodnika, zostawiasz nas dla niej!
Pochylając się bardziej nad instrumentem, przyspieszył, po czym dołożył lewą rękę. Zobaczył zaschnięte płatki krwi w księżycowym poblasku, kolorem kojarzyły mu się z Lao Mang Long, jego smoczym lekarstwem.
– Wasza Wysokość, nie to, że ja narzekam, czy coś... – włączył się Jebak.
Obraz zmienił się – ujrzał las bambusowy. Najspokojniejszy wiatr potrafił zaczesać giętkimi, zielonymi żołnierzami, wydobyć z nich charakterystyczny świst.
– ...ale chcielibyśmy wiedzieć, dlaczego każdego ranka dokarmiasz tą czystą do wyrzygania dziewuchę?
Ruchy palców nabrały żywszego tempa, mimo iż muzyk dawno przestał się oszukiwać. Najwytrawniejszy instrument na świecie, choćby posługiwał się nim najznamienitszy geniusz, nie odtworzy dźwięków natury, najwyżej zacznie ją nieudolnie naśladować.
– Panie, rozumiemy, że to część jakiegoś tam misternego planu zagłady klasztoru, ale…
Szarpnięcia nabrały na agresji. Obraz przekształcił się ponownie; w plamach czerni i zieleni zobaczył armię wojowników jako hieny węszących padliny.
A co on sam robił, kiedy po sforsowaniu Wielkiego Muru, najeźdźcy z Mandżurii zdobywali Zakazane Miasto?
– ...ile może to trwać?
– Ona jest mniszką! – pluła śliną zazdrosna blondyneczka.
Wreszcie otworzył ślepia, nie przestając wprawiać strun w drgania. Sięgnął rozgorączkowanym wzrokiem za horyzont, ponad linię kłującej kopuły, wywołując w koteczkach większą konsternację.
– Spójrz, Wasza Wysokość, co przyniosłem – zabrał głos Jebak, otwierając pudełko z zestawem noży. – Może użyłbyś na niej nożyczek?
– Właśnie – podjął entuzjastycznie Crove. – Zabawiłbyś się z jej skórą, tak jak lubisz, panie.
Zwykle nie mieszał się w wojny śmiertelników, niemniej poruszyła go walka mnichów Xiaolin z najeźdźcami, gdyż wtedy jeszcze byli oni prawdziwymi wojownikami. Osobiście wolał oszczędzać swoją armię, szczególnie że irytował się rządami dynastii Ming, ich obrzydliwą korupcją i degradacją na dworze oraz w urzędach. Mimo to, tamtej nocy, za aprobatą koteczków, gdy płonęły pałace w Pekinie, a arystokracja i szara masa miast poznawała swych nowych panów od najlepszej strony, on w zemście uprowadził kilka najpiękniejszych córek i żon z klanu Gioro. Kotki przysięgały, że wymęczą je w lochach, aby nie ubrudzić przypadkiem marmurowej podłogi na wyższych kondygnacjach. Kiedy więc fontanny zabarwił rudy kolor, wpadł w szał.
– Wasza Wysokość, przemyśl to.
Zmusił ich do zlizywania krwi z posadzek na parterze, gdzie urządzili sobie polowanie. Trójkę dziewcząt rozkuli z łańcuchów po to, żeby cieszyć się ich ucieczką między stawami, strzelając w nie na oślep z łuku.
Coraz wyższe dźwięki cytry wznosiły się ku drzewom, złote oczy zasnuła mgła świeższych wspomnień.
Niebieskie, skośne oczy osadzone na trójkątnej twarzy, osłonięte długimi rzęsami, które przy mruganiu stykały się z dolną powieką. Niebiosa skretyniały do reszty, obdarzając Smoczym Darem taką chudzinkę. Perełkę różniącą się od chłopczyc z wielkich miast, czy wieśniaczek z zatęchłych prowincji.
– Panie! – pisnęła blondyneczka.
Muzyka ucichła niby ucięta mieczem. Książę Heylin wreszcie zlustrował gromadkę kocich wojowników oczyma pełnymi świadomości. Napięcie wykrzywiało im twarze.
– Moja przyjaciółka weszła do Lasu – oznajmił, nawet nie komentując ich namów podszytych sadystycznymi upodobaniami. – Na co czekacie? Wypierdalać. 

 ***

– Czy kiedykolwiek doświadczyłaś Siedmiu Uczuć, Kimiko?
– Nie – zaprzeczyła, wymachując nogami na sąsiedniej gałęzi, co upodabniało ją do dziecka, którym w istocie była. – Wiesz doskonale, że mnich musi je tłumić…
– Nie brzmisz szczerze.
– Musi je tłumić – poprawiła – ale to nie znaczy, że są mu obce. Ja też się cieszę, czasem złoszczę, smucę, boję...
– Kochasz? – wtrącił z odrobiną złośliwości na języku.
Przytknęła policzek do chropowatego pnia drzewa, wilgotnego i pachnącego nocą.
– Oczywiście. Tatę, kuzynki, przyrodę, zwierzęta, moją ojczyznę – wyliczyła prostolinijnie, aż jakiś zły cień igrający w kącikach ust towarzysza ulotnił się.
– Nienawidzisz? – drążył.
Dziewczyna zastanowiła się na kilka sekund, nie bardzo wiedząc, jak zdefiniować nienawiść. Słyszała, iż to pochodna gniewu, lecz dużo głębszego, intensywniejszego, plamiącego duszę, rozrywającą ją na strzępy. Ponoć człowiek nienawidzący nigdy nie potrafiłby pokochać, ewentualnie tylko tak by mu się wydawało z racji, że nienawiść to destrukcyjna choroba.
Śmiało pokręciła głową.
– No tak, jesteś zbyt młoda, aby kogokolwiek nienawidzić – orzekł, co rozjuszyło Kimiko.
„Za młoda? Też coś! Ja należę do zakonu, dlatego nie nienawidzę”.
– Za młoda na nienawiść, ale w sam raz na ostatnie uczucie – kontynuował, nie zważając na rozwierające się ze zdenerwowania nozdrza dziewczyny. – Wiesz, o czym mówię, prawda?
– Pożądanie? – odpowiedziała kąśliwie.
Musiała się namyślić, co też kolekcjoner emocji rozumie przez nie. Zgodnie ze swym zwyczajem obce słowa wielokrotnie rozdrabniała na sylaby, głoski, litery, pragnąc przewiercić się do ich rdzenia w myśl reguły, że język to nic innego jak kod służący do odbijania rzeczywistości, ujmowania jej w określone ramy. Wobec tego, co kryje się za pożądaniem?
– No… – zaczęła, próżno licząc na spływające natchnienie.
– Doświadczyłaś pożądania – oznajmił tonem wskazującym na roszczenie sobie praw do wiedzy na temat emocji toczących przyjaciółkę. – Mogę ci nawet powiedzieć kiedy. – Wyszczerzył zęby, a w oczach zabłysły mu iskierki czegoś nieludzkiego.
Wstrzymała oddech, nagle zdając sobie sprawę z każdego mięśnia w ciele napiętego do granic możliwości. Bała się tego człowieka. Bała się prawdy, do której umiał zawsze dojść i ją wyartykułować, nie troszcząc się przy tym, czy kogokolwiek zrani.
– W Święto Środka Jesieni leżałaś przy mnie, patrząc na szczelinę w murze, za którą znajdowały się kiciusie – zamruczał. – Tak uroczo się wierciłaś, wzdychałaś...
Celowo zwiesił głos, podsuwając delikatną aluzję, że coś jeszcze działo się wtedy z Kimiko. Zeskoczył ze swojej gałęzi i postąpił o dwa kroki w przód, tam, gdzie siedziała, wciąż wymachując nogami. Położył dłonie na jej kolanach na znak, żeby przestała. Jego głowa znalazła się na wysokość piersi mniszki.
Przełknęła ślinę, bo przypomniała sobie o znamieniu na biodrze. Wróciły wizje narzeczonego bez twarzy, języka liżącego ucho, tysiąca rąk złaknionych dotyku.
– Proszę… – wyszeptała dziwnie miękko.
Gadzie ślepia zapłonęły złotym blaskiem. Gdyby nie one, Chase’a Younga nazwałaby przypuszczalnie najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego zrodziła ziemia.
– O co prosisz, perełko?
Nie wiedziała, czego chce. To zamykała, to rozchylała wypełniające się, czerwone usta. Drapało ją w gardle. Życzyła sobie ratunku, a jednocześnie, by chwila trwała wiecznie. W nocy schowała za łóżkiem bezużyteczne Shen Gong Wu, lecz jeśli kiedykolwiek się ono uaktywni, przeniesie się w czasie, żeby powstrzymać samą siebie przed wkroczeniem do Lasu Smoka i wywróceniem do góry nogami dotychczasowego porządku małego świata.
„Chociaż… wtedy nigdy nie obudziłabym się do życia…”
Dusiła się od wyimaginowanych kamieni ciążących na klatce piersiowej. Serce pulsowało, doprowadzając do wrzenia krew przepływającą drobnymi kanalikami pod policzkami. Zdecydowała się na szalony krok.
Poprosi Chase’a, aby pozwolił polizać skórę za uszami, a jeśli mężczyzna zacznie się nabijać, Kimiko wybiegnie z tej dziczy i już więcej się z nim nie spotka.
Z przymkniętymi oczyma, modląc się w duchu o przychylność, rozwarła wargi:
– Czy…
Coś delikatnego dotknęło jej skóry. Nie otwierając oczu, obróciła w palcach trzy cienkie przedmioty.
– Pomyślałem o tobie, gdy tylko je ujrzałem.
Wreszcie spojrzała na spinki połyskujące tęczowymi refleksami: mleczny opal załamujący światło, czarna szachownica spineli, granatowy awenturyn roziskrzony matowymi drobinkami. Klejnoty nawleczone na delikatne łańcuszki, zwisając z siostrzanych wsuwek, przywodziły skojarzenie szkatułki na biżuterię lub postać ich prawowitej właścicielki, chińskiej księżniczki. Ozdoby nieporównywalnie piękniejsze od srebrnych szpul z ametystowymi kuleczkami matki Ruling, które Kimiko tak podziwiała. Zbyt czyste, dumne i pretensjonalne, nie pasowały tu, do uśpionego gęstą mgłą Lasu Smoka.
– Małżeństwa są postanowione w niebie – odczytała nieśmiało znaki wygrawerowane w klasycznym języku chińskim.
Uśmiechnęła się, kiedy łowca wsunął spinki w kosmyki czarnych włosów, blisko owiniętego wstążką kucyka.
– Czym sobie zasłużyłam?
– Niczym – odparł zwięźle. – Lubię obdarowywać.
– Nie wolno mi… – wyjąkała, pąsowiejąc, po części dlatego, że łamała kolejny zakaz – posiadania; złoto zaważyło niczym kilogramowy balast. Ponadto nie powinna przyjmować prezentów przez wzgląd na etykietę. Jasno wymagała ona odwdzięczeniem się za prezent czymś o równorzędnej wartości.
„Nie odpłacę się niczym odpowiednio drogim”, zamartwiała się. „Mimo to… chciałabym mieć coś ładnego, tylko dla siebie”.
Nigdy nie nosiła błyskotek. W Japonii nie uchodziło dziewczynkom wieszać się typowo kobiecymi drobiazgami, w klasztorze zaś obowiązywały surowe zasady.
– Nie musisz ich nosić, wystarczy, że je zatrzymasz – dodał, gasząc jej obawy. – Koło poduszki, pod matą, między ubraniami, żeby ci o mnie przypominały.
Spojrzała mu w oczy.
– Jeżeli je przyjmę, Król Smoków się rozgniewa.
Machnął ręką.
– A mnie się zrobi przykro. Zasmucając kogoś, popełniasz gorszy grzech.
– Przecież ty nic nie czujesz, ty-ty… – szukała sposobu na wredne odcięcie się, a jednocześnie, aby obejść zakaz, usprawiedliwiając przyjęcie prezentu. Nie działała racjonalnie. – ...manipulujesz mną.
– Poważne oskarżenie, perełko.
Rzecz jasna nie zdawał się nimi przejęty.
– Ano tak, wykorzystujesz moją religijność!
– Dobrze, mogę zabrać spinki.
– Nie! – Chwyciła się za włosy. – Po prostu… przepraszam – spotulniała. – Nigdy nie dostałam niczego pięknego… Nie wiem, jak się zachować… – Zsunęła się z gałęzi i skłoniła nisko. – Dziękuję.
Odwzajemnił się grzecznym ukłonem, po czym wyciągnął rękę i pogładził Kimiko po policzku, połykając wzrokiem słodką twarz, a przede wszystkim oczy.
– Nigdy? Nie szkodzi – stwierdził cicho. – Ty sama byłabyś klejnotem dla swojego męża.
Słodycz wypełniła dotąd zionącą pustkami przestrzeń serca dziewczyny. Dzięki Chase’owi rosła we własnych oczach.
Rosa na trawie parowała, a mgła nad wierzchołkami drzew powoli ustępowała, co wcale nie sprzyjało poprawie widoczności. Niebo spowijała zieleń, gdyż liście w Lesie Smoka nie spieszyły się specjalnie, by zmienić kolor, a następnie opaść, poddając się sile wiatru.
– Kimiko, odnoszę wrażenie, że twojej rodzinie bliżej do Chińczyków niż Japończyków.
Oplotła ramionami kolana, oparła o nie głowę i spojrzała smutno na łowcę odpoczywającego parę metrów dalej w cieniu poskręcanego drzewa. Wzruszyła ramionami.
– Ponad trzydzieści lat temu pokonaliście swoich dużych braci. – Drgnął, aż w dziewczynie obudziła się podejrzliwość, że walczy z okazaniem solidarności z upokorzonym narodem. – Czyż od tego momentu nie pociągają was wzorce zachodnie?
Zarumieniła się. Nie przykłada wybitnie wagi do tego, co działo się w ojczyźnie, poza lakonicznymi informacjami zawartymi w listach, oczywiście celowo pomijającymi problematykę społeczną, gospodarczą i polityczną, dotarło więc do niej, jak mało wie. Na czole świecił znak „Ignorantka”.
– Mój ojciec, jego bracia i przyjaciele w młodości podróżowali po Chinach, toteż cenią sobie waszą kulturę – wyjaśniła, nie wdając się w głębsze analizy, ale dla zachowania pozoru, że niby orientuje się w interesujących go sprawach, zdecydowała się podsumować krótko: – Sądzę, że gdybyś go poznał, przekonałbyś się, ile szacunku żywi względem niej.
– Doprawdy? – zaśmiał się lekko. – A zwiedzał Xiaolin?
– O tak. – Przytaknęła żwawo. – Gościł tu prawie miesiąc. Chciał nawet zapisać się na szkolenie, ale… – zawahała się.
– Brak mu talentu? – dokończył, przekrzywiając głowę.
Potwierdziła nieśmiałym uśmiechem.
– Wiesz, to dziwne – zaczął z charakterystyczną dlań manierą, gdy coś krytykował lub się naśmiewał. – Wasz kraj promuje kulturę Starego Ducha Japonii, odcinającego się od tysiącletniego wpływu Chin, równocześnie zachęca do modernizacji i rozwoju, zachwycając się Ameryką, a twój klan kreuje swą codzienność na podobieństwo codzienności mieszkańców takich zapyziałych, górskich wiosek jak te u podnóża klasztoru.
W głosie Chase’a dźwięczała ewidentna aluzja.
– Czy uważasz nasz podziw za coś złego? – spytała ostrożnie.
– Absolutnie. – Kąciki ust powędrowały ku górze. – Raczej za nienormalnego.
– Czemu niby?
Zacisnęła zęby, mocno wyczulona na tematy o rodzinie. Kimiko nadal była jej członkinią, zobowiązaną do bronienia honoru. Co z tego, że ta sama rodzina wyparła się swej członkini i skazała na więzienie w klasztorze?
– Oho, słyszę wrogą nutę – odparł towarzysz, puszczając do niej oczko. – Nie deprecjonuję ich wyborów czy stylu życia – zrezygnował z żartowania, lecz nie zszedł ze swobodnego tonu. – Po prostu zaskoczyło mnie, że w Japonii kultywuje się barbarzyństwo poślubiania tabliczek nagrobnych. Wierz mi, nawet za dynastii Qingów rzadko słyszałem o karłach skazujących na to swoje córki. Wy traktujecie ślub jako coś lekkiego. Naprawdę twojego ojca nie przekonuje filozofia Zachodu, nowoczesności i tak dalej?
Skuliła się, wstydem przyparta do muru.
„Jak ja mało wiem…”
Dotknęła kompletu spinek we włosach, tłamsząc ochotę wyjęcia i oddania ich. Zwęziła usta w wąską linię, z ulgą przyjmując fakt, iż spotkanie dobiega końca.
– Dziwię się, że nie skrępowali ci stóp – dodał nieprzyjemnym głosem.
Popatrzyła na niego z oczami wielkimi jak u spłoszonej sarny.
– Nie uważasz ich za coś dużego i pokracznego? – wypaliła, dopatrując się szansy zejścia z niebezpiecznych torów.
– Są zwykłe – odparł, wędrując wzrokiem po nogach Japonki. – Zdrowe i silne, umożliwiające swobodny ruch, skakanie, jazdę konno…
– Nie jesteś ani trochę podobny do innych Chińczyków – zauważyła.
Zaśmiał się szczerze.
– Z pewnością nie. – Wbił wzrok w jaśniejącą kopułę nieba. – Ani do innych ludzi... Wiesz, raz powiedziałem młodej dziewczynie ze skrępowanymi stopami, że mnie brzydzą. Z nie lada zaskoczeniem spytała się czemu? A ja sięgnąłem po papier i pędzel, żeby narysować, jak wyglądają jej stopy pod bandażami; wygięte, pogruchotane i zwyczajnie śmierdzą od krwi oraz ropy. W rezultacie biedaczka rozpłakała się, ponieważ obnażyłem największy sekret jej płci. Uciekła na tych miniaturowych kikutach. Troszkę się uśmiałem, nie sądziłem, że taka kaleka da radę równie szybko przebierać nogami.
– Zachowałeś się paskudnie – skrytykowała Kimiko, jednak pobłażliwym tonem, w głębi ciesząc się, że Chase potępia zbrodniczą praktykę okaleczania kobiet.
– Co poradzić, gdy samemu urodziło się i dorastało przed rozpowszechnieniem podobnych zwyczajów?
Ciągle zapominała, że liczył sobie ponad tysiąc czterysta lat. Co najśmieszniejsze bynajmniej jej to nie dziwiło, bo czyż świat obfituje w różne cuda? Ona sama, władczyni ognia, wpisywała się na listę owych osobliwości, a ta świadomość karmiła świeżo obudzone poczucie nieprzeciętności.
Planowała zadać mężczyźnie pytanie o jego nieśmiertelność, ale instynkt zalecał się pohamować. Nadejdzie czas, szeptał, na razie lepiej zachować ostrożność, kiedy ich znajomość nadal raczkuje.
– Pamiętasz, jak spotkaliśmy się pierwszy raz?
Słowa mniszki zdawały się dudnić w leśnej ciszy. Pochyliła się w kuckach nad wartko płynącym strumykiem, po raz kolejny otrzymując od intuicji instrukcje co postępowania z towarzyszem. Uprzedzał przed otwartą konfrontacją na te obce tematy. Gdyby wkroczyli na cieńszy lód, łatwiej odskoczyć od kłopotliwego wątku, udając, że dostrzegło się w wodzie coś nietypowego, na przykład dwugłową rybę.
– Pamiętam doskonale.
– Twój sługa pomylił mnie z lisim duchem.
W wyobraźni widziała, jak skinął podbródkiem, uśmiechnął się kpiąco…
– Nazwaliście mnie tak… bo twój sługa prosił o pozwolenie na wymierzenie mi kary, pamiętasz?
– Oczywiście.
Serce przyspieszyło, gorąc uderzył Japonce do twarzy, ale nie wiedziała, czemu reaguje tak intensywnie.
„Duchy przodków, czego ja się boję?”
Milczała dłuższą chwilę, walcząc ze sobą. W końcu Chase nie wytrzymał:
– Co chcesz wiedzieć, Kimiko?
Liczyła, że się domyśli, z drugiej strony znała go już na tyle, aby wierzyć w jego umiejętności i doświadczenie umiejące naprowadzić jak po nitce do wątpliwości trapiących innych ludzi. Najwidoczniej pozorował, bo pragnął usłyszeć, o co chodzi bezpośrednio od niej.
– Jak mnie wtedy nazwałeś? – wykrztusiła, a po chwili dodała mocniej: – nie rozumiałam, o czym mówiliście. Kompletnie nic! – rzuciła, ostatecznie odwracając się do Chase’a.
Spodziewała się zastać go z rozbawieniem wymalowanym na ustach, dlatego mile zaskoczyła ją śmiertelna powaga, która przyoblekła całą jego postać.
– Przysięgam, że ci wytłumaczę – dokładnie ważył słowa – lecz nie dziś.
– Ale…!
– Nie, Kimiko – uciął. – Nie dziś.
Wygięła usta w podkówkę, demonstrując swe niezadowolenie. Obszedł się z nią jak z uczennicą albo gorzej – z nieokrzesanym kompanem.
– Uważasz mnie za zbyt głupią?
– Nie – odparł bez krzty złośliwości, mierząc rozmówczynię lodowato. – Ja byłem głupi, bo nie trzymałem języka za zębami. Pokazaliśmy ci zbyt wiele. Ty jesteś inna, Kimiko. – Powoli wstał, podszedł do niej i przyklęknął obok, nie zrywając kontaktu wzrokowego. – Wyjątkowa. I w tej wyjątkowości skrzywdzona, a równocześnie chroniona. W zasadzie sam nie potrafię wytłumaczyć jaka.
Złapał dziewczynę za rękę, co w połączeniu z tym, co ogłosił, nieoczekiwanie sprawiło niesamowitą rozkosz.
– Pozwól mi ciebie poznać – wyszeptał. 

 ***

Na przekór pory roku słońce królowało na horyzoncie niby kula roztopionej rtęci. Przewidywano, że w przyszłym tygodniu pogoda znacznie się pogorszy, toteż co bogatsi mieszkańcy wiosek osłonięci cieniem pasma Song korzystali z przyjemnych dni, urządzając turnieje mahjonga na świeżym powietrzu. Pozostali, w tym mnisi, pracowali, jeśli nie na polach ryżowych, to szkoląc się w sztuce wojennej.
Drużynie Smoków wyznaczono inne zadanie.
Klasztor wibrował od szczęku ślizgających się ostrzy, ale w ogrodzie, gdzie w leniwym tempie szykowano rośliny do zimy, panował wyraźny spokój, aż wrzynający się w mózgi.
– Nuda – zapiał Raimundo, klepiąc glebę wokół gazonów z magnoliami.
– Jak zawsze nie doceniasz ciszy, przyjacielu. Clay mnie rozumie, prawda, Clay?
Wywołany chłopiec, w sposób właściwy dla syna amerykańskiego przedsiębiorcy, przytaknął i otarł z czoła pot zbierający się pod czapką z szerokim rondem. Westchnął głęboko, promieniejąc z możliwości pracy przy przypisanym mu żywiole, ziemi.
– Uważam, że mistrz Fung ma absolutną rację – perorował mały Chińczyk. – Bo przecież powinniśmy znaleźć w życiu przeciwwagę dla ciągłych walk.
Raimundo przewrócił oczyma.
– Akurat, sam wolałbyś teraz kopać mi dupę niż te grządki. Co my, ogrodnicy?
– Przyjacielu! – skarcił Omi. – Prawie nadepnąłeś na roślinkę. – Wskazał palcem na malutki krzaczek rododendronu-buntownika, który zapuścił korzenie w sporym oddaleniu od pozostałych. – Widzisz? Musimy nauczyć się szanować przyrodę, dbać o nią, doceniać naszych słabych braci, pozwalając im kwitnąć, inaczej bowiem wszystko wymknie się spod kontroli.
– Mów sobie, co chcesz – syknął nieprzejednany Smok Wiatru. – Moim zdaniem klasztoru nie stać na porządnych ogrodników. – Rozejrzał się dookoła, marszcząc grube brwi. – A w ogóle gdzie ta Kimiko?
– Grabi liście – odparł Omi, wracając do przycinania suchych gałązek hebanowca.
Po drugiej stronie ogrodu, w otoczeniu szuwar, niedostrzeżona przez nikogo Japonka ściskała kurczowo trzonek grabi, wpatrzona w unoszące się na wodzie glony i opadłe liście olszy. Staw lekko drżał, rozświetlony długimi promieniami słońca.
Na tafli formowało się odbicie bladej dziewczyny o kruczoczarnych włosach. Kimiko przyglądała mu się z olbrzymią uwagą, nieco krytycznie, doszukując się w niej śladów owego „klejnotu dla swego męża”. Poza niebieskimi oczami – raczej cudacznymi niż ładnymi – i stawiającą opór słońcu bladą cerą, nie widziała niczego niezwykłego. Mimo to uśmiechała się słodko do uwięzionej w wodzie dziewczyny, co rusz zmieniając położenie głowy. Przeczesywała palcami włosy, zawijała je za ucho, wybierała najatrakcyjniejszy profil, a tym czynnościom przyświecał cel odpowiedzieć na kilka pytań: Jak wyglądałaby ze szminką na ustach? Ściąć włosy na modłę kobiet na wybrzeżu? Czy wywarłaby wrażenie na Chase Youngu?
Żałowała, że nie może obejrzeć się w lustrze, nawet go nie miała. Nie wiedziała zatem, jak prezentują się śliczne spinki. Nie przeszmuglowała ich tu z obawy o kłopotliwe pytania. Nie umiałaby wyjaśnić, skąd je wzięła. Od Ruling? Ale przecież Smok Ognia ostatnimi czasy nie schodziła do wioski, a nigdy tego nie robiła bez asysty braci. Zresztą córka najbogatszej persony w okolicy prawdopodobnie nigdy nie pożyczyłaby nikomu tak cennych błyskotek, o ile w ogóle zdecydowałaby się na nie. Spinki wykonano z najszczerszego złota i rzadkich kamieni, a grawerując je sentencją w starożytnym języku naznaczono jakimś dodatkowym atutem. Nowoczesne panie opisałyby je przymiotnikiem: staroświeckie. Zanim Kimiko ukryła śliczności starannie pod zwojami mat, tuż obok Shen Gong Wu, ugruntowała się w przekonaniu, że ich poprzednią właścicielką musiała, po prostu m u s i a ł a być szlachcianka z dawno minionych czasów. Mimo iż sama nigdy nie nosiła biżuterii, często przyglądała się takowej na szyjach, palcach i we fryzurach kobiet ze swej rodziny. Choć kochały się one w chińskim rzemieślnictwie, żadna z ich ozdób nie mogłaby się pochwalić skromną elegancją i prostotą tych od Chase’a Younga.
Kimiko poczuła się jeszcze bardziej wyjątkowo, wraz ze spinkami otrzymała parę skrzydeł. Początkowa obawa przed łowcą przeistoczyła się w dziecięcą ciekawością, aby teraz sukcesywnie ewoluować w podziw. Jaki kierunek obierze w przyszłości?
Wystawiła rękę przed siebie, próbując, zgodnie z poleceniem Chase’a, zapalić ogień. Udało się na krótko, płomienie zniknęły z sykiem w kłębuszkach dymu. Spojrzała w zrezygnowane oczy dziewczyny ze stawu, a wtem obsiały ją niespodziewane dreszcze. Zabrała szybko dłoń. Wyobraziła sobie mieszkającą po drugiej stronie dziewczynkę, tak samotną jak ona, szukającą towarzysza wodnych zabaw. Co, gdyby odbicie ożyło i wciągnęło mniszkę pod czarną taflę? Chase nie przyszedłby z pomocą.
Świadomość częstotliwości jej myśli wirujących wokół niego sprawiła, że serce zakuło nowym żalem, pustką. Ciągnęło ją do Lasu Smoka, do człowieka ochoczo karmiącego ją malinami.
– A! Tu cię mamy! – Rozległ się krzyk wprost nad jej uchem.
Podskoczyła, układając się w pozycji gotowości do walki. Rozpoznając Raimunda, spuściła grabie i oparła się o nie, udając, że ciężko pracuje.
– To tak sprzątasz ogród? – zakpił.
Nie odpowiedziała, wciąż żywiąc urazę względem potajemnego zjadania mięsa. Czy klasztor się myli, czy nie, religia pozostawała ta sama, wraz z zakazami i nakazami. Raminundo, choć przyodziewał się w szaty smoków, miał tak naprawdę w głębokim poważaniu to, co dla Kimiko znaczyło święte. Budził zgorszenie i tyle. Wraz z podobnymi do siebie, fałszywymi mnichami, zamierzał najwidoczniej stworzyć własną sektę, która odpuszczałaby wyznawcom „nic nieznanczące” grzeszki, znajdowała im usprawiedliwienia, a pewnie nawet – o zgrozo! – uznawała za coś normalnego i niezbędnego. Kimiko przeżerało obrzydzenie, przez co wyraźnie wzrastał mur między nią, a Clayem i Raimundem.
– Hej, słuchasz ty mnie?
– Tak – warknęła.
Chłopiec cofnął się. Japonka nigdy nie odzywała się tak do nikogo.
– Wszystko w porządku? – upewnił się, w mig łagodniejąc.
Kimiko zreflektowała się natychmiast. Wbrew cichej wrogości powinna udawać, założyć maskę.
„Jeszcze chwila, a zacznę ich… nienawidzić?”
– Jak w najlepszym. – Zmusiła się do uśmiechu. – Przepraszam, po prostu chodzę zmęczona i smutna.
Spięcie na twarzy Smoka Wiatru odpuściło. Zaraz się rozweselił.
– Skoro tak, pobądź z nami – zaproponował. – Ostatnimi czasy bez przerwy siedzisz w pokoju, jakbyś się od nas oddalała. To nie jest miłe – podsumował z nutką nadziei i splatającej się z nią goryczy.
Chociaż kusiło ją, by prychnąć i odpowiedzieć, że woli towarzystwo nowego, chińskiego przyjaciela, w porę ugryzła się w język. Przyrzekła wszak łowcy zachować ich związek w tajemnicy. Zaśmiała się pod nosem na tę myśl, co Raimundo zrozumiał opacznie, bo podszedł do Kimiko, chcąc wziąć ją za rękę. Nieco spłoszona odwróciła się do niego plecami.
Wyobraźnia wyrwała się ku łowcy smoków i uczuciom, które zaznała za jego przyczyną. Wprawdzie zrezygnowała z poproszenia go o zgodę na polizanie ucha, zwyczajnie stchórzyła, ale wiedziała, że pragnienie się powtórzy. Nawet dziś w nocy, obracając spinki w palcach, zatopi się w oceanie marzeń o lizaniu i dotyku, a towarzyszyć im będą dzikość i swoista tęsknota burząca spokój serca.
– To… – zająkał się chłopiec. – To przyjdź do nas, jak skończysz, wybierzemy się do wiosek, jeśli mistrz pozwoli albo coś…
Kimiko już go nie słuchała. Odeszła, szurając grabiami, ignorując kruche liście poniewierające się po obłożonych żwirem ścieżkach. 

 ***

Księżyc się zmieniał. Jego blask nieuchronnie niknął, zjadany przez nienasyconą ciemność.
„Głupi pasożyt”, Kimiko obserwowała pękatą czaszę, negując czar, jaki nie tak dawno temu jej przypisywała. „Gdzie te księżycowe zające, cyprysy i kobieta szukająca na ziemi męża?”
Podmuch wiatru poruszał okiennicami o papierowych szybach, ale mniszce nie przeszkadzał przeciąg. Zerkała raz na srebrny glob, to znów na leżący przed nią opal, spinel i awenturyn. W kamieniach widziała znak swego zepsucia, moralnej degradacji. Jak idiotka wydawała osądy o Raimundzie oraz Clayu, a przecież sama przyjęła materialne, bezużyteczne symbole bogactwa. Pokręciła głową, bo wiedziała, że Chase nie zostawiłby na jej hipokryzji suchej nitki. W nocy rozbita psychika scalała się, logika wyostrzała, optymizm i pesymizm ustępowały faktom. Nie stawiała się jakoś specjalnie, przyjmując prezenty.
„Jednakże oni pierwsi zaczęli łamać zakazy. Czy grzech zrodził grzech? Zło ulega eskalacji…”
Zwróciła głowę w stronę posągu bogini miłosierdzia. Pokryta emalią twarz patrzyła bez wyrazu, martwymi oczyma. Na wzór Słońca oczekiwała ofiar od żałosnego Księżyca, tylko czemu nie pomagała ani na jotę zrozumieć ducha skomplikowanego świata, udeptać ścieżki, którymi jej wyznawcy mieli kroczyć, a jedynie czyniła go bardziej zawiłymi?
Nim zetknęła się z buntowniczymi spostrzeżeniami Chase’a Younga, świat wydawał się spójny, a każdy jego element dopasowany, lecz teraz nie mogła podtrzymywać tego stanowiska. Świat jest cudaczny, zmieniający się, a wpojone od dziecka zasady okazywały się mdłe, niewystarczające. Nie przekonywały już tak Kimiko. Chciała stać się prawdziwym Smokiem Ognia, ale zarówno klasztor, mnisi, jak i rodzina byli jej w niesmak, bo dlaczego niby ona, dziewczyna, nie może decydować o sobie? Dotychczasowe autorytety, drogowskazy na drodze do Nirwany, traciły na znaczeniu. Jej intelekt i ducha karmił ktoś inny.
Spinki błyszczały, przypominając o konieczności dochowania etykiety. Musi się przyjacielowi odwdzięczyć, tak postulują zasady dobrego wychowania, a Kimiko pragnęła się poznać jako wychowana panna z zacnego domu. Ilekroć jednak dokonywała szacunku swego dobytku, wzdychała z niezadowolenia. Po śmierci narzeczonego posłała cały majątek w iskrach i dymie płomieni wprost do Niebios.
Rozłożyła na łóżku Shen Gong Wu, komplet spinek i pudełko z przyborami do szycia. Ze sprzedaży porządnych nici z Kagi pierwszej lepszej kobiecie z wioski, otrzymałaby ze dwie srebrne monety. Kupiłaby za nie coś ładnego w znanym w okolicy sklepie z porcelaną.
„Ale jak to uczynić? Na zejście do doliny potrzebuję zgody mistrza, a nawet nie mam pewności, czy plan się powiedzie…”
Otworzyła pudełko, wnętrze trysnęło feerią odcieni tęczy. Ostatnim razem dotykała nici, szyjąc chustki. Prychnęła pod nosem, przypomniawszy sobie ich niezdarne ściegi. Mimo ich wad wtedy faktycznie dałoby się odpłacić za spinki cenną, jedwabną robótką.
Nagle oprzytomniała. Serce zabiło, a oczy zalśniły na pomysł, który właśnie się wykluł. Ściągnęła poduszkę z jesiennej pościeli, tkanej grubiej niż ta na lato. W kufrze chowała jeszcze trzy, każda na inną porę roku, czyste i kolorowe. Uszyje Chase’owi najpiękniejszą chustę na świecie, bo tym razem włoży w tę pracę serce!
Pozostała jednak znacząca kwestia – wzoru. Kwiaty i drzewa nie mu przystoją, natomiast smoki są zbyt trudne. Zagryzła wargi, pocierając dłońmi się po czole.
– Myśl, myśl, myśl…!
Optymizm powoli topniał, co sprawiało, że w Kimiko odezwała się nielubiana przez nią bezradność. Czy istnieje wzór oddający sedno ich znajomości?
„Dziwnej znajomości”, powtarzała, krążąc po pokoju.
Wtem aż wyprostowała się w plecach niczym struna. Stała chwilę w bezruchu z zaciśniętymi pięściami. Wreszcie wstydliwym ruchem podciągnęła poły koszuli nocnej. W ciągu dnia starała się nie przejmować pamiątką po nocy spędzonej w Lesie Smoka, nie rozumiała zatem, czemu ni stąd, ni zowąd wyobraziła sobie czarne oko na tle jedwabnej chustki, którą rano podaruje Chase’owi? Małe, ciemne znamię kalające jasną i cienką niby papier skórę na biodrze. Pogłaskała je dwoma palcami, przymknęła powieki, po czym przeniosła się w czasoprzestrzeni do ruin fangtou, kiedy okrągły księżyc przesłaniały pourywane chmury, kotki po przeciwnej stronie muru r u c h a ł y się, a Kimiko prześladowały tęsknoty. Pożądanie? Łowca smoków pierwszy uzmysłowił jej nieubłaganą oczywistość: dorasta, tak jak przyjaciele, a ich przyjaźń ponoć nie wytrzyma różnych prób, które przygotowało przeznaczenie. Czyżby spełniała się jego wizja? Więzi łączące Smoki faktycznie osłabły, też z powodu fanaberii i kaprysów władczyni ognia, co nie pozostawało bez śladu na wrażliwszych obszarach jej serca.
Nikt nie siedzi ci w głowie. Jak się domyślą, czego potrzebujesz, skoro ciągle udajesz, milczysz?
„Jutro spędzę z nimi więcej czasu, przysięgam! Nie mogę ich zaniedbywać. Ja też mam swoje za uszami…”
Chase Young mówił, że Las Smoka zabija, bo miłość miesza mu się z zemstą i ona nigdy nie usłyszy jego szeptu, chyba że zacznie uważniej słuchać. W cieniu drzew czaiły się upiory. Jednak nie odstraszyło to Kimiko przed wyborem symbolu ich przyjaźni. Czyż ogromnej dziczy nie zawdzięczają schronienia przed wścibskimi? Lecz wzdrygała się na wspomnienie innych słów mężczyzny. Przecież twierdził, że nadejdzie dzień, kiedy sięgnie po władzę i zniewoli ludzkość.
„Kim ty jesteś?”, pytała się, dotykając gadziego ślepia. „I jaką ja mam rolę do odegrania?”
Przyklękła na podłodze, wyjęła nożyczki, nici i igły, a gdy pracowała, towarzyszyło jej trzaskanie oraz wilgoć wpadające przez otwarte okna z Lasu Smoka.

 ***

– Źle spałaś, Kimiko?
Westchnęła, dziwiąc się, że wciąż wprawia ją w zakłopotanie bezprecedensowa szczerość Chase’a. Łącząc się ze spostrzegawczością tworzyła niebezpieczną mieszankę. Przemywanie twarzy kozim mlekiem i okłady z surowego melna na nic się zdały – sińce pod oczami i popielata, ściągnięta na kościach skóra zdradziły brak nocnego wypoczynku.
– Ja… – otworzyła usta, nieco onieśmielona surowością przebijającą się ze złotych ślepi. Już wyobraziła sobie tyradę, jaka spadłaby na nią, jeśliby uciekła się do kłamstwa, powiedzmy, studiowania sutr. Nie przeciągając, wsadziła palce pod pas adepta, by wyjąć zza niego jedwabne zawiniątko. – Proszę.
Rozkładając chustkę, co rusz zerkała na przyjaciela. Symbol – czego? Lasu Smoka? – odciął się od jaskrawozielonego jedwabiu. Nim pokłoniła się nisko, zobaczyła brwi unoszące się ze zdziwienia. Chwilę potem rozległ się śmiech.
– Nie musiałaś się niczym odwdzięczać – rzekł, zabierając robótkę. – Chciałem sprawić ci radość, zostawić po sobie pamiątkę.
– A ja pragnę, żebyś zawsze pamiętał o mnie – odparowała, uzmysławiając sobie, że zabrzmiała zbyt poufale.
– Dlaczego… taki znak?
Zaróżowiła się lekko, zdołała mimo to unieść oczy, aby przyjrzeć się ciekawości i zachwytowi na obliczu przyjaciela.
– Nie wiem – przyznała zgodnie z prawdą. – Szukałam czegoś, co symbolizowałoby nas i wczoraj przyszło mi do głowy tylko… znamię na biodrze.
– I co, tak wygląda? – zapytał. – Nigdy mi go nie pokazywałaś.
Rumieniec oblał uszy.
– Starałam się oddać jego kształt i sądzę, że mi się udało.
Sekundy mijały, wydając się godzinami, a Chase Young patrzył na klęczącą obok niego mniszkę z niesłabnącym zainteresowaniem. Przytknął haft do nosa, aż dałoby się pomyśleć, że wyczuwa subtelny aromat twarzy dziewczyny, która latem spała na fragmencie wyciętego wczoraj jedwabiu. Mieszanka zapachu potu, potem mydła, słońca i wiatru, na którym się suszył. W końcu pokłonił się i subtelnym, powolnym gestem wsunął podarunek pod połę czarnego hanfu, przy sercu.
– Dziękuję.
Japonka ledwo opierała się wrażeniu, że docierają do niego głuche uderzenia wybijane przez serce. Podsunął pod nos maliny, ale ona pokręciła głową.
– Kimiko, tak ładnie wypełniają ci się policzki – przekonywał. – Nie czujesz się silniejsza?
Faktycznie, opuściły ją zawroty głowy, a na treningach przestała chwiać, lecz w tym momencie nie umiała skupić się na niczym innym poza zadowoleniem Chase’a z chusteczki oraz przemożną ochotą na sen. Potarła oczy grzbietem dłoni i ziewnęła przeciągle, na co towarzysz zareagował od razu – przysunął się do niej, żeby otoczyć Kimiko ramieniem. Zrobiło się cieplej od płaszcza z lisów, który narzucił na jej plecy. Wzrok dziewczyny potoczył się po wierzchołkach drzew.
– W nocy chyba usłyszałam, jak Las Smoka do mnie szepcze, wiesz? – powiedziała wolno.
– A co takiego ci szeptał? – Głos Chase’a brzmiał jakby z oddali.
W ogóle nie przejmowała się bliskością między nimi, która zwykle budziła w niej nie lada zakłopotanie. Liczyła się wyłącznie atmosfera bezpieczeństwa; opadła na nich niczym płatki przekwitającej wiśni.
– Zdradził, że jesteś Królem Smoków – zachichotała, przymykając oczy.
– Ja? – zawtórował. – Co za brednie gada ten Las.
Napięcie i świadomość ustępowały. Powieki okazały się dla Kimiko zbyt ciężkie, piekły przy tym, a klatka piersiowa łowcy, twarda i mocna pod eleganckimi szatami, przewyższała wygodą najprzedniejsze poduszki z sypialni w japońskiej posiadłości. Miarowy trzepot serca mężczyzny brała za dodatkową zaletą.
– A wiesz, co Las Smoka mówił do mnie?
Ciepło oddechu tuż przy uchu nasunęło skojarzenie liżącego języka, co wystarczyło, by Kimiko odżyła. Otwarła oczy szeroko.
– Wyznał, że już się spotkaliśmy, konkretnie w twoim wcześniejszym wcieleniu, byłaś wtedy barbarzyńską księżniczką, ale Niebiosa nas rozdzieliły, bo przeznaczyły ci śmierć, dlatego odrodziłaś się na nowo, tym razem tylko dla mnie.
Znieruchomiała, absolutnie oczarowana, lecz też przestraszona.
– Śliczny materiał na bajkę – odparowała ostrożnie.
– Hm, nie byłaś księżniczką? – Nachylił się nad nią.
– Skąd mogę wiedzieć?
– Twoje oczy – ciągnął – są pozostałością poprzednich wcieleń.
Uśmiechnęła się do Chase’a, a on nakrył jej wargi własnymi. Kimiko westchnęła, niezdolna do najmniejszego ruchu ani sprzeciwu. Nie umiała odpowiedzieć, co łowca z nią wyczynia, czemu w tak dziwny sposób złamał jakąś niewidzialną barierę między nimi ani dlaczego jego język ślizga się po jej zębach, penetruje podniebienie? Odsunęła się, ale on był szybszy; przechwycił usta dziewczyny, tym razem mocno dociskając ją do siebie ręką zanurzoną w jej włosy. Kimiko przestała walczyć, a wówczas fala słodyczy rozlała się w ustach, ogrzała ciało lepiej niż płaszcz z białych lisów, poruszyła głębsze struny w sercu.
– Co robisz? – wyszeptała, kiedy dał jej moment na złapanie oddechu.
– Całuję cię.
– Co to…?
Nie dokończyła, ponieważ Chase z większą werwą wrócił do całowania. C a ł o w a n i e. Słaby okrzyk wymsknął się z gardła mniszki, gdy oboje opadli na ziemię, kontynuując tajemniczy proceder. Kimiko poczuła, jak opuszcza ją jedna z wielu tęsknot, jakie przyniosła tamta noc. Po chwili łowca ponownie na nią spojrzał, z rozmysłem i skupieniem.
– Nie mogłem się powstrzymać, wybacz.
Udawał skruchę, niemniej ona była daleka od gniewu. W zasadzie wypełniło ją szczęście, a resztki snu wyparowały kompletnie.
– Bardzo… ciekawe doświadczenie – wysapała. – Miłe.
– Cieszę się.
Przeczesał jej włosy, wytrzepując kilka źdźbeł trawy.
– Czy tak robią przyjaciele? – upewniała się, nie kojarząc, by ktokolwiek w klasztorze poddawał się praktyce całowania.
– Jasne, ale tylko wtedy, gdy łączy ich szczególna więź, rozumiesz?
– Czy z innymi…
– Nie, Kimiko. – Spoważniał. – Tylko wyjątkowa para przyjaciół – dziewczyna i chłopak – mogą się całować, rozumiesz? T y l k o. Dlatego lepiej nie wspominaj o tym w klasztorze, bo twoi bracia cię wyśmieją. Ponadto, jeżeli całujesz jedną osobę, nie wolno ci tego powtarzać z wszystkimi przyjaciółmi na około.
Japonka przytaknęła głową, wciąż upojona dotykiem ust mężczyzny.
– Posłuchaj – powiedział dobitniej. – Jeżeli powtórzysz to z kimkolwiek poza mną, zdradzisz mnie. Zdrada rani, wiesz o tym, prawda? – Zajrzał jej głęboko w oczy.
Te słowa wyrwały Kimiko z oszołomienia. Zadrżała, bo przecież ani myślała skrzywdzić Chase’a.
– Przysięgam – zaczęła – dopóki ciebie i mnie będzie łączyć przyjaźń, nie pocałuję nikogo innego.
– Dopóki?
Przechyliła skromnie głowę.
– Na zawsze? – wyszeptała z nadzieją.
Zamiast odpowiedzi musiała zadowolić się kolejnym pocałunkiem. 

 ***

– Ile potrwa ta farsa? – płakała Dziwka.
Kotki nie umiały zapomnieć – za sprawą mniszki Xiaolin przyległ do ich „siostry” niepochlebny przydomek.
– Ile zechcę.
Rozłożył się na trawie, skrzyżował ręce za głową i westchnął. Niebo w zenicie przybrało ciemnoniebieską barwę, otoczone pierścieniem drzew kojarzyło się ze studnią. Z oceanem. Domem. Kimiko.
– Założę się, że jest zawszona! Wstrętna mniszka!
Książę nie zwracał na nią uwagi, zbyt zajęty kontemplacją słodyczy ust i ciepła bijącego od wojowniczki. Wielka szkoda, że ich spotkania ogranicza czas. Aranżowałby im dużo ciekawsze schadzki. Zabrałby ją do pałacu, stroił w hanfu i klejnoty, kazałby przygotować herbatę, a dalej pobawiliby się tak, jak dziewczyna jeszcze się nie bawiła.
– Ogłosisz ją swoją kochanką? – Usłyszał pytanie przebijające się przez ścianę szlochu.
Cudzoziemka pociągała niewinnością. Śmieszyła go zdolność dostrzegania w sercach ludzi niezwykle rzadkiego pierwiastka czystej formy. Kotki nie pojmowały, że właśnie on hamuje ich pana przed skrzywdzeniem Smoka Ognia. W gruncie rzeczy nie wiedział sam, co ulepić z owej surowej gliny. Niecodzienna znajomość stawiała przed nim ogrom możliwości. Ostatnio nawet ubawił go pewien pomysł. Gdyby facet małej Japoneczki nie kopnął w kalendarz, już on by się postarał uczynić z niej libertynkę, a później w ukryciu obserwowałby zdziwienie pana młodego, kiedy zamiast słodkiej wychowanki klasztoru mąż zastałby w łóżku rasową sukę. W przeszłości powtarzał ten numer nader często, gdy jeszcze śmieszyło go psucie reputacji bogatym rodzinom i skazywanie na śmierć przewidzianych dla wszetecznic kochanek, jakimi się znudził.
– Idiotko. – Władca uśmiechnął się. – Mnie i ją łączy wyłącznie przyjaźń.
Wyjął zza szat na piersi jedwabną chustkę, rozpiął ją ponad twarzą, by blade promienie roziskrzyły zielono-czarną pamiątkę. Doskonały gatunkowo materiał, nie przebijał światła zbyt łatwo. Niemal idealnie oddała symbol gadziego ślepia zdobiący emblematy, herby oraz proporce księcia Heylin. Nieco spłaszczyła kącik prawego oka, ale finalny efekt i tak wzruszał. Przytknął chustkę do nosa, przymknął powieki, a potem wziął głęboki wdech. W umyśle zarysowało się nowe wspomnienie – mniszka Xiaolin położona na futrach i trawie, bezbronna i słodka, poddająca się czarowi wroga, o prawdziwej tożsamości którego wciąż nie ma pojęcia.

***

Euforyczny stan towarzyszył Kimiko długo po śniadaniu i treningu. Wróciły do niej rumieńce, oczy błyszczały zdrowym, młodzieńczym blaskiem, a stopy stawiały skoczne, sprężyste kroki. Do mijających ją mnichów docierało wesołe nucenie w rytm nieznanej melodii. Posyłając im uśmiechy, na policzkach pojawiały się niewyraźnie zarysowane dołeczki. Nikt nie znał przyczyny nieoczekiwanej radości Japonki, a ona sama, zdając sobie sprawę z tajemnicy przyniesionej z Lasu Smoka, duszą i sercem dryfowała w obłokach. Śmiała się głośno, witała z każdym, tryskała werwą.
Dobry humor przyjaciółki zarażał, aż Smoki Wody, Wiatru i Ziemi zgromadziły się wokół niej, gotowe spijać szczęście emanujące od czwartego członka drużyny.
– Coś ty taka wesoła? – zagwizdał Raimundo, z niezadowoleniem wracając do ich wczorajszej rozmowy. – Zachowujesz się jak dawniej.
– To chyba dobrze, prawda? – zaświergotała niby słowik, zupełnie rozstrojona bliskością z Chase’em Youngiem, jego zadowoleniem z własnoręcznie wykonanego przez nią prezentu, przyjaźnią. – Czy nie wolno mi być szczęśliwą? – dodała, taksując ich prowokującym wzrokiem.
Omi podrapał się w wygoloną głowę, dobierając odpowiednie słowa.
– A co twoim narzeczonym?
– Hm? A co ma być? – spytała niewinnie.
Podciągnęła się na gałęzi starego orzecha, w gruncie rzeczy nie przywiązując wagi do tematu. Tkliwie objęła zarys Lasu Smoka. Nie potrafiła oprzeć się wrażeniu, iż jesień przemieniła się w wiosnę. Zmagała się z olbrzymią pokusą, ponieważ język wyrywał się, aby paplać. Chwalić się powodami do radości, opowiadać o niesamowitych wydarzeniach i doznaniach. Wiedziała, że gdyby Niebiosa przeznaczyły jej żywioł wiatru, latałaby nad gzymsami świątyni. Na usta cisnęło się imię przyjaciela. Nigdy nie czuła się równie wspaniale co dziś.
– Uczennico.
Zamarła. Z wrażenia wobec suchego, autorytatywnego, przywołującego do porządku głosu mięśnie w ramionach zwiotczały. Zeskoczyła na kamienny bruk i odwróciła się do mistrza, który wyrósł jak grzyb po deszczu. Pokłoniła się z szacunkiem, choć szczerze wolała zginać plecy przed zgoła lepszym mentorem.
– Jak śmiesz się cieszyć, Smoku Ognia?
Potoczyła spuszczonym wzrokiem po placu – stopy pozostałych Wybrańców jakby przykleiły się do ziemi. Stali bez ruchu, obserwując.
– Już zapomniałaś o narzeczonym? – powtórzył słowa Omiego, ale o wiele dostojniej, z naganą. – O powinnościach wobec niego?
– Nie…
– Cisza!
Stuknął bambusowym kosturem o bruk, aż zagrzechotały wściekle nawleczone nań pierścienie.
„Ta laska wyraża więcej emocji niż on”, przemknęło na myśl Kimiko. Głos mistrza emanował zimnym spokojem nabytym dzięki wieloletnim medytacjom, jakże się różnił od pociągającego sposobu mówienia Chase’a Younga; opanowanego do bólu i nieznoszącego sprzeciwu.
– Dokonaj samokrytyki, mniszko – kontynuował Fung.
Zamachnął się kijem i uderzył dziewczynę w twarz. Z jękiem upadła, powalona nie tyle bólem, ile faktem, że staruszek podniósł na nią rękę. Ból pojawił się po chwili, chrzęścił w czaszce i policzkach, przeszył nos. Kimiko przestraszyła się, że wybito jej zęby. Nie przejmowała się łzami i krwią wypływającą nie wiadomo skąd. Badała językiem, czy niczego nie straciła. Na szczęście nie ucierpiała. Uderzenie upośledziło na moment słuch, nie doszło zatem do niej warknięcie mistrza, żeby mnisi nie podchodzili do niej.
Akt użycia dyscypliny odebrała jako atak na nowo kształtujące się poczucie wartości, próbę zakwestionowania prawa do szczęścia i uczuć. Policzek płonął, ale w piersi Kimiko pojawił się o wiele gorętszy żar – oburzenie. Wstała z ziemi, wyprostowała się i tłamsząc najczystszą wrogość oraz pogardę względem niedoskonałości klasztoru, jego przedstawicieli, a także społeczności pokłoniła się nisko, po czym odezwała się najłagodniej, jak umiała:
– Dziękuję ci za tę lekcję, mistrzu.
Człowiek naprzeciw niej promieniował surowością, ale także wiarą w moc przekonywania. Kimiko mogłaby mu się zaśmiać w twarz. Moralne autorytety nie potrzebują siać strachu, by przewodzić i przekonywać. Tego również nauczyła się, przebywając z łowcą.
„Nadal będę oddawać cześć i kochać człowieka, który miał mi być mężem, ale nikt nie zabroni się przyjaźnić z Chase Youngiem”.
Zza kurtyny łez, ślepa na litościwe, współczujące spojrzenia członków drużyny, wodziła za oddalającym się Fungiem. Już ona się postara, aby klasztor nigdy nie dostał od ojca ani grosza więcej.



Tak się kończy próba przyjaźni damsko-męskiej!


4 komentarze:

  1. Nie wiem co napisać... Jestem taka... Taka rozchamikowana... Nie jak wyrazuć swoje uczucia sis xD
    Kocham ten rozdział

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To pewnie magia gifów. xD

      Usuń
    2. Niee. To magia tych zdań w rozdziale! xD Tak umiejetnie napisane i dobrane słowa. Rozpływałam się. Chuba jeszcze taka nasycona nie byłam. XD
      Ale i tak chce jeszcze! Kiedy nastepny???

      Usuń
    3. Pff, ja Ci mówię, że gify. xD
      Sis, były 3 rozdziały w lipcu, i to takie długie! Daj żyć! xD Sama coś popisz! <3 Dla siostrzyczki. Coś wenonośnego! Coś takiego chamikonośnego, wow, ach i och, czyli tak jak tylko Ty to umiesz robić. <33

      Usuń