sobota, 1 lipca 2017

Rozdział 8


Cisza ginie w krzyku maszyn.
Dźwięk ginie w Lesie Smoka.
Chase Young, z nogami przewieszonymi przez gałąź wutong, oddychał miarowo, ciesząc zmysły darem bogactwa doznań górskiej dziczy. Słudzy obserwujący go ukradkiem z dołu przysięgliby, że śni. Ich pan nawykł do zasypiania w rozmaitych warunkach. Ot, przymykał powieki, pozwalając jaźni zaszyć się w tak niedostępnym, jak i dziwnym pałacu wspomnień, refleksji, planów.
– Ciekawe, co Jego Wysokość w końcu zamierza z nią robić? – mruknął Jebak. Mieniło mu się w oczach od gmatwaniny srebra, porcelany i kryształów. – Pieprzyć, torturować czy zjeść?
– Wszystko to – odparł obojętnie wyznaczony mu pomocnik, węsząc okazji do niezauważalnego podebrania kilku owoców. – Mnie tylko zastanawia kolejność.
Ręka zawisła mu bezwładnie w pół drogi do półmiska.
– Nie tykaj, kiciusiu – Z wysoka rozległo się łajanie.
Usta Jebaka poruszyły się bezdźwięcznie, formułując do wystraszonego kolegi:
„Wpadłeeeeś”.
Władca nadal nie otwierał złotych ślepi. Czekał cierpliwie, przyczajony jak modliszka, aż niewolnicy uporają się z zadaniem. Wykorzystywał ostatnie chwile samotności do wytworzenia energii potrzebnej na urocze spotkanie o poranku, ponieważ mała mniszka chłonęła ją na podobieństwo wysysających wodę porostów. Pierwocina identycznie zgłodniała prostych związków chemicznych zapewniających przetrwanie.
Schlebiała mu rola nauczyciela, służącego radą mentora, p r z y j a c i e l a. Natomiast narzędzi nie nawykł uznawać za coś, na co trzeba nakierowywać ostrze percepcji, stąd nie męczyło go specjalnie ich towarzystwo.
Mgła leśnych oparów rozpięła się nad nim na kształt kapsuły. Dominował zapach żywicy; spod niego przebijała się nieśmiało domieszka pochodząca od rozkładających się, opadłych na ściółkę kwiatów bzu i głogu. W uszach brzęczała melodia jednego z pierwszych aktów opery, na jaką wybrał się miesiąc temu aż do Pekinu, o wojowniczce Mulan. Postawnej babie ze wsi, wypucowanej do cna, lecz ciemno zapatrzonej w osobę ojca, dzierżącego w starczych dłoniach jej przyszłość. Uwspółcześniona wersja opery okazała się równie nużąca co poprzedniczki. Zmieniły się za to dekoracje i kostiumy. Oglądając spektakl, wyryła mu się w pamięci szczególna partia chóru, ubranego w oryginalne mundury armii Kuomintangu, śpiewającego dramatycznie:

Ach, wkrótce krew wyleje się ze słońca
Ziemia obraca się między życiem a śmiercią 
Niebo także płonie

„Wyśmienita alegoria do zagłady Xiaolin!”, westchnął.
Powietrze nad nim przeciął świst. W szarej ciemności dwa złote punkciki rozbłysły niby pochodnie. Subtelny trzepot skrzydeł i beżowe, cętkowane piórko opadłe mu na pierś wskazywały na drozda. Jego europejski kuzyn nie ćwierkał tak wściekle.
Wzrok sięgnął aż po czubki kołyszących się drzew, rejestrował powiewające liście. Chase Young zanucił pod nosem dobrze zapamiętaną melodię, przeczesując usytuowany w umyśle – tuż obok przepisu na smoczy eliksir – słownik poetyzmów oferowanych przez język mandaryński.

„Ach, wkrótce krwawy pobrzask zaleje gzymsy klasztoru,
Las kpi z kręgu życia i śmierci”

Zaplótł ramiona za karkiem, doznając przyjemności z łaskotania lekkiego wicherku na skórze.


„Ona także spłonie”

Ilekroć dotknie Kimiko cierpienie, zawsze już będzie przychodzić do niego, nie zdając sobie przy tym sprawy, jak bardzo Las jej nienawidzi. Jednakże władczyni ognia nic nie grozi.
Chase Young nie pozwoli, żeby Las dopadł ją przed nim.

***

– Dzień dobry.
Nieśmiałe przywitanie zabarwione nutką zaskoczenia zadudniło w leśnej ciszy nie gorzej od wystrzału z armaty.
– Skaleczyłaś się, Kimiko.
Z olbrzymim wysiłkiem oderwała wzrok od stołu, za którym siedział w pozycji lotosu, by podążyć śladem jego bystrego spojrzenia.
– Och, głupstwo – rzekła, wzruszeniem ramion sygnalizując miałką wartość świeżej rany. Po niejednym treningu wychodziła z poważniejszymi obrażeniami niż z byle draśnięciem na łydce. – Podejrzewam zresztą, że Las Smoka z n ó w magicznie zreperuje mi skórę.
Nie bez rozczarowania odnotowała, iż ani słowem, ani miką twarzy nie zareagował na drobną prowokację, co oznaczało, że albo faktycznie nie maczał palców w cudowne wyparowanie ran z pleców mniszki, albo wykwintnie grał. Poprosił za to, by zajęła miejsce naprzeciw niego.
Widok porcelanowej zastawy na chińskim stoliczku z kasztanowca zdobionego złotem jakoś kłócił się z leśnym tłem, a w każdym razie zapierał dech.
– Skąd te rzeczy?
Skinęła podbródkiem na półmiski. Wydobywały się z nich ciekawe zapachy.
– A, bardzo łatwo zorganizować to i owo, gdy ma się na usługach oddział niewolników. Dziwka cię pozdrawia, à propos.
Istota definicji „wściekłość” istniała w wyobraźni dziewczyny wyłącznie pod postacią twardniejących rys twarzy policzkującej ją blondynki.
– Naprawdę?
– Nie. – Posłał mniszce groteskowo niewinny uśmiech. – Osobiście ogoliłaby ci głowę. Radzę pilnować włosów.
Zmieszała się, toteż – nie wiedząc, jak odczytać przekaz – postanowiła wrócić do bezpiecznego tematu bogato zastawionego stołu.
– Bardzo mi się podoba – przyznała, bezwiednie przywołując sceny z domu rodzinnego. Pokojówki krzątały się wokół niej i kuzynek, roztaczając zapach świeżo wyszorowanych ziaren ryżu, a dziewczynki niecierpliwiły się na śniadanie, uderzając o stół trzonkami łyżek oraz wypolerowanymi na gładko bambusowymi pałeczkami.
– W domu jadłaś mięso? – zagadnął czarująco uprzejmie.
Przytaknęła, wciąż jako żywe widząc bialutkie ręce członkiń rodu, niezdarnie krojących schłodzone melony pozostawione na całą noc w studni i wyciągane na sznurkach przez ogrodnika.
– Tak… chociaż już wtedy zdarzało mi się odmawiać różnych potraw – oznajmiła, a mimo iż cieleśnie znajdowała się w Lesie Smoka, dusza swobodnie zawędrowała po wydeptanych w ojczyźnie ścieżkach, pod rękę z tatą, wśród kwitnących wiśni, wzdłuż alei zaprojektowanych przy piaszczystych zatokach zapełnionych skrzeczącymi mewami.
Sześć lat z dala od Japonii. Z tkliwością rysowała w wyobraźni znane kąty w domu, liczyła pęknięcia na deskach podłogi. Czy po zamążpójściu najmłodszej kuzynki rodzina odda ich wielki pokój do dyspozycji służącym? Lub wsadzi tam wszelkie bibeloty z krajów Azji Wschodniej? Albo pozostawi go niezmienionego – zakurzoną, dużą sypialnię – na wypadek, gdyby któraś z panienek jeszcze go używała? Hipotetycznie, jeśli by uciec z Xiaolin, i wrócić do domu, czy znalazłoby się tam dla niej miejsce?
Świadomość straty wyprała z twarzy poprzedni rumieniec szczęścia. Nie wolno Kimiko wrócić, bo nie ma już do czego wracać. Nie istnieje dla niej żadne rodzinne gniazdo. Dorosłość wgniotła ją w ziemię, a przecież nie osiągnęła nawet dwudziestego roku życia. Jest dziewczynką, a spadł na nią los wdowy-mniszki. Podejrzewała, że obchodząc dwudzieste urodziny, następnie goląc i przypiekając skórę głowy nagrzanym bursztynem, wcale nie zmieni się w dorosłą mentalnie kobietę. Tam, gdzie zamarł wzrost, nie mówi się już o życiu, a o degradacji, w najlepszym wypadku cofaniu się. Serce i ciało Smoka Ognia skazano na śmierć. W jej wciąż niegotowym do zakwitnięcia wnętrzu miała zamieszkać staruszka, bez perspektyw i szczęścia.
– Zbladłaś, Kimiko.
Przytknęła pięść do ust, po raz kolejny odpędzając rosnącą potrzebę zwierzeń. Przeklinać wszak rodzinę, a także bogów obracających kołem przeznaczenia, to tak jak zakładać pętle na szyi. Wlepiła na wpół przytomny wzrok w punkt przed sobą, walcząc z płaczem. Z wysiłku popękały jej naczynka w kącikach szklących się oczu. Nie odzywała się. Przełykała co rusz ślinę, usilnie obejmując świadomością banały; egzotyczne zapachy roznoszące się pod nosem, łaskotanie trawy na kostkach. Dzięki prostemu zabiegowi serce zabiło bardziej miarowo, zaś umysł powoli wracał do stanu równowagi.
Zauważyła, że ostatnimi czasy częściej przechodzi huśtawki nastrojów. Krążąca w żyłach esencja wymuszała raz radość, raz smutek, a po chwili ewoluowała w gniew. Duszę toczyły dziwne choroby: tęsknoty i burze. Nasilały się coraz częściej, przebiegały gwałtowniej. Ciężej przychodziło się kontrolować.
Spuściła ręce z powrotem na kolana, prawie zupełnie spokojna. Chase Young tymczasem nic do niej nie mówił, pozwolił, aby samodzielnie zmierzyła się z widocznymi jak na dłoni demonami. Rozsiadł się wygodnie na ziemi, przełamując w palcach igły jodeł. Rozległa się ich intensywniejsza woń.
„Cały czas czekał…”
Inaczej niż Clay i Raimundo, a często też Omi, mężczyzna nie zaczepiał ją ani nie litował się na zmianę, błagając, by wyznała, co ją trapi. Ten człowiek umiał wyczuć, kiedy się wycofać. Serce podskoczyło na to odkrycie.
– Przepraszam – wychrypiała.
Przeniósł na nią wzrok, wstał, po czym wzruszył ramionami.
– Chcesz o tym mówić? – zabrzmiał, jakby chodziło o wybranie wzoru rzeźbień do westybulu.
Mniszka, trochę zawstydzona, a po części wdzięczna, zaprzeczyła krótko.
– Nie dziś… o ile w ogóle.
Odchrząknęła parę razy, zawinęła niesforny kosmyk włosów z czoła za ucho i skrzyżowała spojrzenie, teraz już stabilne i pewne, z rozmówcą.
– Będziemy jeść?
Posłał swój specjalny uśmiech, a Kimiko zdawało się, iż rezerwował go wyłącznie dla niej.
– Nie, ty będziesz, ja natomiast wystąpię w roli obserwatora – wypowiedział ostatnie słowo i zdjął srebrny klosz. Na płaskim talerzu leżała jasnożółta kulka czegoś miękkiego. – Purée! – oznajmił z entuzjazmem. – Ziemniak. Podstawa wyżywienia najbiedniejszych rejonów Europy Wschodniej. Spełnia podobną funkcję co u nas ryż. A tu są buraki. – Odsłonił kolejny półmisek. – Niczym się nie przejmuj, żadne zwierzątko nie ucierpiało podczas pichcenia.
Rozdziawiła usta, schylając kark, aby przyjrzeć się lepiej konsystencji barbarzyńskich dań.
– Mam to zjeść? – Wycelowała palcem wskazującym. – Dlaczego?
– Wczoraj ubolewałaś nad brakiem możliwości poznania życia innych ludzi, czyż nie? – Puścił do niej oczko. – Kosztowanie obcych smaków to niezły początek, a przy okazji troszkę się podtuczę, co, racz wybaczyć bezpośredniość, przyda ci się. – Udał onieśmielonego koniecznością napomknięcia o stanie zdrowia Kimiko. Znacząco postukał palcem o drobny nadgarstek, przybierając konspiracyjny wyraz twarzy. – Zjadłaś wczoraj więcej, jak prosiłem?
Przytaknęła, tchórząc od skomentowania fatygi nowego przyjaciela. Z tyłu głowy snuła się teoria, że tych czternaście wieków nudnej egzystencji wyrobiły mu ekscentryczny sposób bycia.
„Czternaście wieków… a niech mnie!”, sytuacja przedstawiała się całkiem zabawnie, a wręcz absurdalnie. W ostatecznym rachunku niczym nie ryzykowała – nieżywi nie muszą się obawiać śmierci, prawda? – dlaczego zatem nie wciągnąć się w rozrywki z nowym znajomym?
– No… dobrze. A gdzie pałeczki?
Rozejrzała się, lecz na stole oprócz półmisków i czegoś, co przypominało miniaturowe widły do kompostu, nie znajdowało się nic.
– Barbarzyńskie potrawy jesz za pomocą widelca – poinstruował, podając cudaczny przedmiot.
Odebrała widelec, zachodząc w głowę, jak go użyć? Czubkiem palca dotknęła czterech srebrnych ostrzy.
– Ee, jak się posługiwać tym czymś?
Chase, obserwujący jej zabawy, oparł łokieć o zgięte kolano, wyrażając na głos myśli:
– Czy gdyby dać do rąk nóż, wydłubałbyś sobie któreś ze ślicznych oczek?
Dziewczyną aż wzdrygnęło. Zmarszczyła w gniewie brwi, wyginając wargi w podkówkę.
– Dzielisz na mniejsze porcje, nabijasz i wcinasz – dławił się śmiechem.
Po dwóch nieudanych próbach zaatakowania ziemniaczano-buraczanych papek – jakkolwiek sympatycznie obserwowało się jej napiętą w skupieniu twarz – wstał i usiadł za nią. Pochwycił rękę Japonki, po czym, wcielając się w wybornego nawigatora, naprowadził kawałki jedzenia wprost do rozweselonej buzi.
– Trochę mdłe – zawyrokowała, mieląc z apetytem kolejne kęsy. – Chociaż przyznam, lepsze niż grzyby.
Piła herbatę, a on odsłaniał klosze z kolejnych półmisków. I tak spróbowała szpinaku owiniętego naleśnikiem oraz kawałek sera żółtego. Pomidor zniwelował jego okropnie tłusty smak.
– Ale naleśniki były całkiem w porządku – oceniła.
– A to? – Wskazał na malutką miseczkę.
Kimiko powąchała zawartość, następnie zamrugała, oczekując objaśnień Chase’a.
– Maliny. Bardzo słodkie owoce.
Położyła na języku delikatny zlepek czerwonych kulek, zmiażdżyła je o podniebienie i z namaszczeniem zamlaskała.
– Przepyszne!
Wylizywała do ostatka porcelanowe naczynko, gdy Chase kazał wstać i iść za sobą.
Serce delikatnie przyspieszyło pracę, urzeczone niespodziankami, na jakie liczyła Smok Ognia. Brak wiedzy co do planów przyjaciela obiecującego urozmaicenie życia mnicha malował w imaginacji fantazyjnie kolorowe wzory. Dreszczyk przygody wpełzł pod koszulę. Niemal wymazała z pamięci wcześniejszy podły humor.
Szli zgodnie z prądem to rozwidlających się, to splatających strumieni, a liście krzewów rosnących przy brzegach drżały na wzór motylich skrzydeł. Podczas cichego spaceru Kimiko co rusz zerkała na towarzysza. Poruszał się bezszelestnie, ze splecionymi na plecach rękoma. Głaskał spojrzeniem senną przyrodę. Z twarzy nie dało się odczytać za wielu emocji.
Na tym etapie poznania dziewczyna mogła powiedzieć, że choć łowca lubił prowadzić rozmowy, milczenie między nimi absolutnie go nie krępowało. Wbrew paskudnym teoriom co do ducha Lasu Smoka najwidoczniej czuł z nim jakąś głębszą więź, sycąc się zielenią spowitą w kłęby sinej mgły.
Kimiko zaś wolałaby mówić. O nim, o lesie, o ludziach z obcych krain.
Ilekroć jednak rozdziawiała usta, brakowało iskierki odwagi zapalającej lont wybuchającej dysputy, ponieważ podobne pragnienie wyciszenia dostrzegała u innego przyjaciela, u Omiego. Jeżeli chłopiec sam nie zabrał głosu, najczęściej irytował się, powtarzając bezustannie, że prosił tylko ciszę, o odrobinę samotności. Nie miała zamiaru zrazić do siebie Chase’a, gdyż najwyraźniej należał do pokroju osób ceniących sobie odizolowanie.
Czy to dlatego lubił Las Smoka? Las ponoć zabijający? Mściwy ekosystem żywiący się energią uwięzionych w nim ofiar – istot zbyt słabych, by umiały udźwignąć jego obezwładniającą moc?
Podniosła twarz ku przerzedzającym się świerkom. Słońce wciąż nie wschodziło, a szare niebo spowijała mleczna para. Kimiko cofnęła się pamięcią do pierwszego spotkania z hersztem, a właściwie pierwszej wymiany zdań sam na sam. I do każdej następnej.
Przymrużyła oczy, odtwarzając strzępki dialogów i towarzyszącego im ładunku emocjonalnego. Rozpoczął od pytań, co chce zrobić, gdzie ma dom, o czym marzy, dlaczego pości, jaki widzi w tym sens, czy zechce się za niego – łowcę – pomodlić, jak dobrze zna się na herbacie, jak spędza czas z kolegami, czy myśli o wojnie, czy czuje się pusta w środku, czy klasztor spełnił jej oczekiwania, czy zechce się z nim bawić? Czemu Las ją tu zwabił? Przełknęła ślinę. Intuicja nie pozostawiała złudzeń co do celów ich konwersacji.
On zbierał informacje.
Chciał się dowiedzieć jak najwięcej. To ona znalazła w centrum zainteresowania, po czterech dniach nic się nie zmieniło, wciąż drążył w psychice przyjaciółki, za motyw obierając sobie odpowiedzieć na to, kim ona jest? Stawiał nie tylko przypadkowe pytania wymagające precyzyjnych odpowiedzi, lecz też te podejmujące próby teoretycznych rozważań. Żadne gadanie dla gadania. Poczynaniami wywyższył gorszą od siebie istotę – byle dziewczynę – zrównując do własnego poziomu. Uświadamiając to sobie, przeszył ją dreszcz, w oczach zalśniły łzy wdzięczności, bo ktoś zwrócił na nią uwagę. Po prostu. Poczuła się potrzebna. Mogła liczyć na coś więcej niż to, co przeznaczył ojciec, rodzina, los.
Kropla słodyczy wlała się w serce Japonki. Odwaga powiodła jej dłonią. Przez kilka chwil nie opuszczało wrażenie lekkości, jakby z pleców wyrosły skrzydła. Wzniosła się do nieba, wyrywając konfucjańskim kajdanom sztywnej moralności. Złamała wszelkie zasady bezwzględnego panowania nad sobą i tłamszenia emocji.
Wtuliła się w obcego.
Zatrzymał się, spoglądając na nią z wyrazem zaskoczenia. Spodziewała się, że zapyta: „Doświadczyłaś jakiegoś szczególnego uczucia?”, ale nic takiego nie wyślizgnęło się mu z ust. Świdrował ją oczyma, analizował, kalkulował, jednak nie pozwalał rzucić się na szyję i wyściskać za dar uwagi, którym obdarował towarzyszkę. Przekrzywił tylko głowę i z lekko karcącym uśmiechem wypalił:
– Powinnaś zachować czysty umysł. Zapomniałaś, że namiętności ściągają na ludzi zgubę? Człowiek mądry jest od nich wolny. Poprzez zobojętnienie zyskuje szczęście. Tak głosi twój klasztor. – Z ostatniego słowa sączył się jad szyderstwa.
Wzruszenie zawładnęło Japonką. Chciała mówić szczerze to, co przebijało się z serca.
– Człowiekowi, który nie potrafi czuć, bliżej jest do kamienia – wypowiedziała z pasją, cedząc przez zęby. – Nawet zwierzęta cieszą się, boją, smucą i nienawidzą.
Nie pojmowała, skąd bierze się u niej owa pewność, ale oto po raz pierwszy zawarła z Chase’em stuprocentowe porozumienie. Pieścił jej policzek, wsłuchiwał się w przyśpieszony oddech, przypatrywał łzom skapującym na ociężałą od rosy trawę. Kimiko zaśmiała się, osiągając zgodę ze swym sumieniem.
„U cz u c i a. Cóż za piękne słowo! Móc okazywać uczucia. Nie troszczyć się o pozory, nie kontrolować ich. Wyłącznie czuć! Czuć wolność w tym właśnie Lesie!”
Upłynęła minuta, nim jakikolwiek dźwięk, oprócz toczących się wód strumienia, rozbrzmiał w ciszy.
– Tak szybko odrzuciłaś szkodliwe dogmaty klasztoru – zagwizdał. – Dobrze, nie żałuj tych, którzy są martwi już za życia.
Otworzyła szeroko oczy, chłonąc ze źródła prawdziwej wiedzy.
– Dziękuję.
– Za co?
W normalnej sytuacji zawahałaby się, zastanowiła, czy jej sposób odbierania rzeczywistości pokrywa się z jego. Lecz teraz ani myślała zaprzątać sobie głowę tym, co wypada, a co nie.
„Najwyżej się pomylę, a Chase i tak mnie nie wyśmieje.”
Zdarzało mu się kpić z idiotycznych zachowań, ale nie z niej jako osoby.
– Pomagasz mi zrozumieć, kim jestem. Tak sądzę.
Rysy na jego twarzy zdawały się na dwie sekundy potwierdzać, że go rozczuliła, ale od razu zmył z siebie ten wizerunek.
– A co, jeśli mam na ciebie szkodliwy wpływ, a ty w swej niewinność nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo… zły? Jeżeli to ja ukształtuję twoje sumienie, do jakiego innego punktu odniesienia zdołasz je zweryfikować, moja czysta formo?
– Czysta forma?
– Bardzo łatwo inspiruje się ludzi do działania, ładowania ich bodźcami, podczas gdy samemu nie czuje się nic. – Powiódł spojrzeniem gdzieś nad kłującą zbroję drzew. – Gdy jest się materią nieożywioną, podobną raczej do kamienia niż człowieka.
Kimiko wierzyła, iż łowca wystawia ją na próbę.
– Uważasz, że nie żyjesz?
Nie prychnął, nie zaśmiał się. Nadal błądził po leśnych koronach, po czym przemówił wyważonym tonem, niemal odartym z emocji:
– Jeśli zapragniesz, obrócisz swój los o sto osiemdziesiąt stopni. W sensie czysto fizycznym nic cię nie niewoli. Za to moje życie, w przeciwieństwie do twojego, musi krążyć wokół kontroli. Zawsze.
– Kontroli przed czym? – Z jego słów trąciła nuta jakiegoś głębszego sensu, jakiego ona w tym moment nie dała rady odgadnąć, niemniej marzyła, żeby się do niego zbliżyć. – Uczuciami?
Nie kwapił się do wyjaśnień, milczał dobrą minutę.
– Ty nic nie musisz – orzekła prawie bezgłośnie.
Zdumiał ich oboje głos Kimiko. Głuchy, dochodzący jakby z innego świata, obcej świadomości. Olśnił ją szalony pomysł, aż realny. Czyżby atmosfera Lasu Smoka manipulowała językiem mniszki?
– Słusznie, nic nie muszę.
Wytrzymała jego palący wzrok, zniżając głos do bardziej przenikliwego szeptu:
– Instynkt albo serce, bez znaczenia, podpowiada mi, że Niebiosa zesłały mi największe szczęście w życiu, cenniejsze niż Smoczy Dar. Przyjaciela, ciebie.
Zatkał usta dziewczyny dłonią.
– Nie wolno ci tak mówić.
Jej oczy kreśliły znaki zapytania, mimo to cieszyła się, gdyż coś zmusiło go do żywszej reakcji. Przełamało barierę mentalnego dystansu.
– Musisz uwierzyć, że jesteś szczęściem sama dla siebie, rozumiesz? Tak jak Słońce świeci mocą drzemiącą w nim, obdarza życiem naszą planetę. Spójrz na Księżyc, jego światło, szczęście, to Słońce. Księżyc o martwym wnętrzu nie wytwarza światła, ten pasożyt potrzebuje go od Słońca. A kiedy Ziemia odetnie światło słoneczne, przychodzi nów, Księżyc spowija mrok i nikt na Ziemi nie może go dostrzec. Kimiko, jesteś Księżycem czy Słońcem? Gdybym nigdy się nie pojawił albo nagle zniknął, co byś zrobiła?
Zadrżała, pojmując drogę, po jakiej rozbijały się jego aluzje. Tamtej nocy tłumaczył: nigdy nie przechodzi się przez życie w asyście tych samych ludzi, każdy każdym się kiedyś znudzi i odejdzie. Mogła uznać niski poziom swej samooceny, aczkolwiek nie miała zamiaru mu się poddać.
– Zgniłabym.
Uśmiechnął się kwaśno.
– Nie wolno ci postrzegać nikogo jako szczęście, bo wtedy staniesz się niewolnikiem tegoż szczęścia. A nikt nie chce emocjonalnego niewolnika, zamiast przyjaciela, chyba że jest nienormalny.
– Co zrobić, żebyś mi nie zniknął? – Zbladła śmiertelnie.
– Bądź jak Słońce, wszak tli się w tobie ogień, najpotężniejsza siła natury. – Złagodniał odrobinę. – Ludzie są jak planety, potrzebują gwiazd, w których drzemie moc i ciepło, wtedy z zadowoleniem krążą po ich orbitach. Jeśli odkryjesz w sobie moc przyciągania i pokażesz, na co cię stać, nie będziesz więcej potrzebowała światła innych, aby lśnić. Ani swojej rodziny, ani przyjaciół, ani mnie, swojego „szczęścia”. Tutaj błyszcz mocniej, skoro pragniesz, ale musisz wierzyć, że beze mnie też świetnie sobie poradzisz. Jako wojowniczka nigdy się nie ugniesz, a zwłaszcza nie przed samotnością.
Kimiko dała się ponieść wizji rozkwitającego ducha, roznoszącego drobną cielesną powłokę. Chase zagrzewał ją do walki przed czymś, co jeszcze tydzień temu wydawałoby się abstrakcją.
– Od czego zacząć? – krzyknęła z zapałem.
Przysiadł na kamieniu, gestem dłoni zapraszając ją do siebie. Skorzystała skwapliwie, od razu zanurzyła rękę w chłodnym strumieniu, decydując się na częstsze sesje kontemplacyjne z przyrodą. Przypuszczalnie z nich płynęła mądrość Chase’a.
– Przyznaj, co sądzisz o zasadzie potrójnej wierności? – wystrzelił.
Wyprostowała się w plecach niczym struna od cytry.
– Są fundamentalnym prawem naszych społeczeństw, ale głównie chińskich – wyrecytowała.
– Ufasz w ich niepodważalność?
Wynurzyła dłoń z wody; palce zdążyły przemarznąć.
– Muszę – odparła cicho.
Brew Chase’a wspięła się ku górze.
– Kto cię zmusza?
Milczała, bo nie znała jednoznacznej odpowiedzi. Ojciec? Tak, ale ojciec nauczył się od pokolenia przed nim, a ono przejęło od sąsiadów, kiedy Japonia uznawała Chiny za swe… Słońce.
– Zadam zatem pytanie od drugiej strony – rzekł pojednawczo. – Kto cię sprowadził do Xiaolin i z jakiego powodu?
– Rodzina, bym była bezpieczna i zdobyła wykształcenie – opowiadała bardzo szybko, przeżywając każde kolejne słowo jako cierń w sercu. Zdzierały się wciąż niezabliźnione rany. – Potem miałam wrócić do Japonii, bez względu na mój smoczy dar, do narzeczonego.
Prawie niedostrzegalny skurcz złośliwości na krótko odmienił jego oblicze.
– Wybacz moje wtrącenia, ale naprawdę nie umiem się powstrzymać – oznajmił wreszcie, przeciągłym spojrzeniem rzucając wyzwanie. – Wiesz, ile informacji wyłowiłem z tych dwóch zdań?
– O, czyżby? – Starała się sprawiać wrażenie twardej sztuki, mimo iż wewnątrz gotowała się ze stresu.
– Owszem, interesuje cię jakie?
„A to drań”, syknęła w duchu, domyślając się, jaką radość sprawia mu granie na wrodzonej ciekawości mniszki. Choć wcale go nie prosiła, przystąpił do opiniowania:
– Po pierwsze, jeżeli kiedykolwiek przyszło ci na myśl, że pozostał ci okruch niezależności, rozczaruję cię, to tylko ułuda. Pozór władzy nad sobą dany w hojności przez przełożonych, aby zabezpieczyć się przed oskarżeniem ich w razie twojego ewentualnego buntu. Co ci przyjdzie z wykształcenia i znajomości sztuk walki, Kimiko, skoro brak ci odwagi do rozporządzania darami wedle własnej woli? Pozwalasz, aby inni projektowali twoją przyszłość. Zwalniasz się z wzięcia odpowiedzialności za nią.
Uderzenie w wyznawany przez nią stary model idealnej kobiety – córki, żony, matki i wdowy – sprawiło, że zatrząsł się w posadach. Otworzyła usta, na przemian czerwieniąc się, to blednąc.
– Kto widział, żeby na własny rachunek rozporządzać czymś, co zostało dane? – skleciła na prędko jakąś ripostę. – We wspólnocie nic do mnie nie należy, wszyscy mnisi służą dla siebie nawzajem.
– Oczywiście, dlatego w teorii każdy jest zmuszony ukrywać swą naturę, talent i osobowość, żeby nie psuć wizerunku szarej mnisiej masy – odciął się, triumfując. – W praktyce jednak istnieją między wami podziały na uczniów i mistrzów, w tym cały szereg rang.
Rozumiała, o co chodzi Chase’owi, ale nie mogła mu przyznać racji. Nie liczyła się wyłącznie ona, a honor klasztoru, o jaki przysięgała dbać.
– Co w tym złego? Dzięki poczuciu wdzięczności do Niebios, strachu przed ich gniewem, powszechną moralnością i zasadom religii nikt nie żywi u nas zazdrości… Dar Smoka Ognia należy do nas wszystkich…
Oszukiwała się i on to widział. Przytknęła kciuk do ust.
– Nikomu nie wolno osiągać lepszych wyników od innych, a jeśli nawet, wówczas uważa się, że to zasługa całej mnisiej społeczności. Ujmuje się wyjątkowość, żeby reszta nie czuła się gorzej – kontynuował cierpko, nieprzerwanie goniąc spojrzeniem ptaki buszujące między drzewami. – Dlatego nie mogłem tam wytrzymać – dodał cicho, z goryczą, aby kontynuować, napawając się zmieszaniem towarzyszki, jakby wraz z kolejnymi uwagami mścił się na wypracowanych przez przodków prawach leżących u podstaw egzystencji społeczeństw ich zakątków świata. – Kazano ci wyjść za mąż, tłumacząc, że to powinność bezużytecznych gałązek – córek – czyż nie? Litości, toż to takie staroświeckie. Tak samo niereformowalne, skostniałe i szkodliwe co klasztor, w którym cię uwięziono, Kimiko. Jeżeli wyszłabyś za mąż na warunkach ślubu aranżowanego, stanęłabyś się zerem większym niż teraz. Bo obecnie możesz się uczyć i bawić, a po ślubie z nieznajomym przykuliby cię do łóżka jak lalkę, której prawem i przyjemnością zarazem jest nasłuchiwać kroków pana i służyć mu. Nigdy nie wzniosłabyś się do nieba, przycięliby ci skrzydła. No, ale zgaduję, z jakiegoś nieszczęśliwego w skutkach powodu ślub odwołano, prawda?
O ile przedtem przyciągało ją do niego coś na wzór czułości, tak teraz przez serce przetoczyły się krótkie, acz intensywne burze gniewu i bezradności. Zgrzytała zębami, nie umiejąc skutecznie przeciwstawić się tnącym niczym sztylet słowom.
– Gdybym zdecydowała się wrócić – cedziła – poślubiłabym jego nagrobek, by mieszkać w domu zmarłego jako wdowa po nim.
Wczepiła palce w mokrą ziemię, szykując się na szczery do bólu komentarz, lecz towarzysz zamilkł. Patrzył w dal, zupełnie się wyłączając. Przewróciła oczyma, dochodząc do słusznej w jej mniemaniu refleksji: mądrość i zdziwaczenie idą ze sobą w parze. Jak wytrzymuje z nim żona, jeśli w ogóle jakąś ma?
– Założę się – zaczął niesamowicie wyważonym tonem, jaki bynajmniej nie przywrócił równowagi ducha oponentce – że niedoszli teściowie posądzają cię o śmierć syna, bo przecież skoro umarł, nikt inny nie mógł ściągnąć na niego złych duchów, oprócz narzeczonej. Oczywiście. W przypadku zgody na poślubienie tabliczki zyskasz status bezdzietnej wdowy, co przynosi większą hańbę niż niezamężność. Ewentualnie teściowie sprzedadzą cię do burdelu, toteż twa rodzina – nawet nie tak okrutna, jak się wydaje – pozostawiła ci jakiś wybór. Szkoda tylko, że go nie akceptujesz.
– Skąd… – wybąkała.
– Twoją banalną historię podzieliło wiele mniszek przed tobą. Nie jesteś pierwsza, choć możliwe ostatnia, która tu utknęła.
– Ja… zyskałam Dar Smoka Ognia! – broniła się żałośnie słabym krzykiem – To moje przeznaczenie!
Uśmiechnął się złośliwie.
– Kolejna bzdura. Czy nie ustaliliśmy, czym są mnisi, a co za tym idzie Smoki? Bandą dzieciaków na usługach starych mistrzów. Nikt nie umieści imion twoich i kolegów na stelach w Lesie Pagód. Hah, nieźle cię urządzili – prychnął ograbionym z wesołości głosem. – To jak umarł ten twój biedaczek?
– Sądziłam, że wiesz – odparła z wyrzutem.
Uderzył się w udo, teraz już szczerze zwijając ze śmiechu.
– Nie, niestety. – Otarł kąciki ślepi. – Dopóki nie zerknę w kryształową kulę, muszę polegać na informacjach od osób postronnych.
– „Osób postronnych”?! – zacytowała go, a umysł w wyniku oburzenia odruchowo pominął fragment o kryształowej kuli. – Cóż, zginął w trzęsieniu ziemi – zdradziła, dziwiąc się sobie, bez grama żalu.
– O, wielka szkoda, nikt nie zdążył go zabić…
Miarka się przebrała. Kimiko wstała, zakładając ręce na biodra.
– Że co niby?
Beztrosko zamrugał oczami.
– Wydawało mi się, że dla damy takiej jak ty lepsza jest perspektywa wyjścia za mąż, choćby za żebraka, aniżeli gnicia na łasce rodziny.
– Nieprawda! – Wrzask odbił się po drzewach i wspiął ku górze, w stronę nieba. – Postrzegam małżeństwo wyłącznie jako drogę do zbawienia, do Nirwany, nic więcej! Ale nie muszę wychodzić za mąż w tym wcieleniu, skoro bogowie postanowili inaczej, pogodzę się z ich wolą!
Chase jakby puścił uwagę mimo uszu, mówił więc dalej, lekceważąc gniew dziewczyny.
– Gdyby ktoś zabił twego pana, bez szemrania przeszłabyś w jego ręce. Na polu, gdzie przegrywa swatka, trzeba samemu sięgnąć po żonę, najlepiej przemocą. Ewentualnie należy zaproponować okup teściom. Wtedy kobieta wraca do domu rodzinnego, choć tam nikt jej nie chce, albo zamieszkuje u nowego pana.
Kimiko pokazała zęby w grymasie kpiny.
– Czy ty coś sugerujesz?
– Owszem – zrobił pauzę, po czym zajrzał jej głęboko w oczy. – Powinnaś znaleźć sobie kochanka.
– Kogo?
– Kochanka, konkubenta, chłopaka… współcześnie różnie się on nazywa. – Nie pozostawał jej dłużny, błysnął imponującym szeregiem białych zębów. – Generalnie chodzi o kogoś dostatecznie bogatego, kto by cię wykupił, a potem utrzymywał.
Namowy Chase’a oblały ją rumieńcem wstydu. Rozsądek radził zamilczeć i odwrócić się na pięcie, duma kazała walczyć.
– Ale ja jestem wdową!
– Po kim niby? – zachichotał, taksując ją bezczelnie. – Związek nie został zawarty, toteż ten człowiek był dla ciebie nikim. Rozumiesz? N i k i m. Uświadom to sobie. Z jakiej racji masz umierać za życia? Ty, która marzysz, aby wzlecieć w niebo? Wierz mi, Kimiko, gdybyś ty umarła, twój narzeczony zapomniałby o tobie, nawet nie namalował kropki na tabliczce pośmiertnej.
Mówił spokojnie, nie dając wyprowadzić się z równowagi. Japonka irytowała się mocniej, ponieważ sama nigdy nie zdołałaby utrzymać tak nerwów na wodzy. Przymknęła oczy, licząc do dziesięciu. Wreszcie wykrztusiła z siebie:
– I tak bym żyła... dumnie, jako wdowa…
Przekrzywił głowę, zwężając powieki do szparek.
– A co znaczy „żyć jako wdowa”?
– Pozostać wierną mężowi.
– A co znaczy „pozostać wierną mężowi”?
– No…
Wyuczone odpowiedzi nie zadowalały go. Pragnęła uratować resztki honoru, chociaż wiedziała aż nadto dobrze, że czerpiąc z lakonicznych i niepojmowanych przez nią samą fraz wystawia się na pośmiewisko.
Chase Young popatrzył na nią bez nagany, choć po tonie głosu nawet przygłuchy wyłowiłby protekcjonalną litość.
– Nie wiesz, kim są dziwki, co rozumieć przez ruchanie, a z powodu postów nigdy nie doświadczyłaś płynącej co miesiąc krwi. Nie potrafię stwierdzić, czy twoje słowa brzmią zabawnie, czy tragicznie. Nie nauczono cię o życiu w małżeństwie. Podejrzewam, że rodzina wyszła z założenia: po ślubie zapoznasz się aż nazbyt dobrze z brudem życia z mężczyzną.
Zaniemówiła, bo podobne słowa usłyszała niegdyś w domu Ruling. Brud.
– To mi to wytłumacz… – wysapała popękanymi wargami.
– Po co? Całą swoją postawą usilnie starasz się przekonać, mnie lub siebie, że samodzielnie wybrałaś swe przeznaczenie, a jest nim bycie szarą mniszką. Życie w ubóstwie i czystości, poszcząc i przepisując sutry, aby dołączyć do panteonu Smoków Żywiołów i odrodzić się w Niebie. Nie potrzebujesz wiedzy o małżeństwie, ponieważ nie jesteś żoną. I ponieważ nigdy nią nie będziesz.
Ostatnie zdanie położyło się na jej sercu jak zatrzaśnięcie wrót grobowca. Z oczu Kimiko wypłynęły łzy. Ostre słowa łowcy raniły, mimo że nie rozumiała, czemu właściwie ranią? Powiedział prawdę, nazwał po imieniu rzecz, o jakiej wiedzieli mnisi i ona, odkąd ojciec przysłał list, jednakże jego usta wyartykułowały sedno sprawy inaczej – brutalniej, a przez to wyraziściej.
– Przestań! Przestań! Przestań! – wyszlochała, tupaniem nóg podkreślając swą rozpacz. – Dlaczego się ze mnie wyśmiewasz?!
– Widzisz? – wyszeptał, zupełnie nie zważając na płacz wojowniczki. – Twoja religia się chwieje. Brak w tobie zgody na nakazy tradycji. Chcesz się zbuntować, ale konwenanse paraliżują twe zachowania. Serce wyrywa się ku chmurom, choć stopy zatapiając się w ziemskim bagnie.
Oczy mu błyszczały. W przypływie nagłej ekspresji poderwał się z miejsca, objął Kimiko w pasie i przewiercił na wylot wzrokiem.
– Dawno temu wyrwałem się więzom mnisiej bezbarwności. Czy zdobyłabyś się na coś podobnego? Powtórzę: często wyrywa ci się z ust to, co krąży po głowie i nie brak ci odwagi do marzeń, ale co dalej, skoro blokują cię nakazy bezkrytycznie przyswojone w procesie socjalizacji?
Kimiko zachowywała się, jakby wyrwano jej język. Bliskość mężczyzny oszołomiła ją. Twardość słów przewracała do góry nogami przyjęte przez nią systemy wartości, schematy, przez jakich pryzmat poznawała i doświadczała swój maleńki świat.
Nachylił się nad nią, ciepłym oddechem drażniąc mikroskopijne włoski na skórze twarzy i szyi.
– Wierzysz, że jesteście dobrymi mnichami? Zdradzę ci coś: twoja religia przypomina wyjałowioną ziemię, bo nie wyrosłoby na niej nawet ziarno cesarza. Mnisi nie czynią dobra. Nie mają prawa kosztować żadnych namiętności, ani pozytywnych, ani negatywnych, jako że w praktyce dosłownie unikacie skażenia nimi. Pozostajecie zimni, obojętni – z własnej woli. Trzymacie zło w równowadze z dobrem, a tymczasem powinniście dążyć do jego całkowitego wytępienia. Na co wam treningi? Żeby pójść na wojnę północy z południem, napełnić skarbiec świątyni pieniędzmi. Oto, czym się staliście. Nawet twoi mistrzowie zapomnieli o smokach. Otworzyliście mury klasztoru dla turystów, wieśniaków, generałów. Tylko Dary Smoków Żywiołów trzymają was przy korzeniach świątyni. I wiesz, co ci jeszcze powiem?
Złapał Kimiko boleśnie za podbródek, aby przestała mu się wyrywać.
– Ci, którzy milczą, kiedy bezprawie szaleje po świecie, sprowadzają największe cierpienie. Gdzie się podział moralny autorytet klasztoru? Służycie złodziejom, szarlatanom i bandytom. Przez takich jak wy upadł mój kraj.
– Przestań! – Odepchnęła go. – Nie masz prawa tak mówić! Głosisz te tezy, by pozwalać sobie na to, czego nie mogłeś robić w klasztorze! Na przelewanie krwi zwierząt!
– Wielkie słowa, Smoku Ognia – odparował grobowo. – Brawo, przejrzałaś mnie.
Strzepnęła zwinięte w pięści dłonie.
– Nie skończyłam! – wydarła się. – Co to za choroba, która wymaga zabijania smoków? Może tak raz porozmawiamy o tobie, zamiast o mnie?
W oczach Chase’a zobaczyła coś przerażającego – fascynację, triumf, ale nie zdenerwowanie. Jego po prostu nie dało się wyprowadzić z równowagi.
– Kimiko – powiedział całkowicie neutralnym tonem – dlaczego unosisz się gniewem? Czy przed chwilą mnie nie przytuliłaś, zapierając się, że twój klasztor upodabnia cię do kamienia niż żywego człowieka?
Zamknęła buzię, po raz pierwszy tego ranka czując, jak bardzo jest zmęczona. Z dużych, dziecinnych oczu elfa wypłynęły łzy. Chase starł je ruchem ani nie przesadnie delikatnym, ani zbyt surowym.
– Czemu mnie zezłościłeś? – spytała słodko, pociągając nosem
Zatrzepotała powiekami. Perlące się na długich rzęsach krople srebrzyły się w szarościach świtu.
– Lubię… przyglądać się rozmaitym emocjom – przyznał z pewnymi oporami. – Kolekcjonuję w umyśle wyobrażenia, gesty i mimikę, tony oraz barwę głosu osób, jakich serca poddają się najróżniejszym burzom.
– Czy to normalna pasja?
– Niech ci wystarczy, że nie niezgodna z prawem.
Splotła ręce na plecach, wiedząc, że tej nocy musi sobie sporo przemyśleć. Uciekła wzrokiem za siebie. Towarzysz zrozumiał, o co chodzi.
– Zdążysz – uspokoił. – Biegnij w górę strumienia, nie zajmie ci to więcej jak kilka minut.
Nie pożegnali się. Japonka bała się teraz swego głosu, reakcji i myśli, zaś Chase Young zgodnie z własnymi przyzwyczajeniami wolał uznać za stosowne przemilczeć. Kimiko weszła w prześwit światła zalewający liście bladym poblaskiem. Jasne plamy na twarzy i włosach poruszały się w takt kołysania gałęzi.
– Czy przyniesiesz mi jutro więcej malin?! – zapytała nieoczekiwanie mocnym tonem, śliniąc się na wspomnienie soczystych owoców. Nie czekając na odpowiedź, puściła się biegiem w stronę Xiaolin.
Jego Wysokość nie poruszył się, stał i patrzył beznamiętnie, jak w gęstwinie zanika czerwona szata małej mniszki. Wreszcie przymknął powieki, nabrał głębokiego wdechu, wypuścił powietrze z ust i rzekł w budzącą się przyrodę:
– Dopilnuj, żeby dotarła na skraj Lasu.
Wielki cień śmignął po polanie, wyskakując zza krzewów. Tygrys miękko ruszył za Smokiem Ognia, na rozkaz pana gotowy interweniować w razie kłopotów.

***

Ciemnozielona ściana zbitych drzew pozostała w tyle. Chłód ustawicznie ciągnął się za nią, ale wraz z wkroczeniem na otwartą przestrzeń – łąkę pomału zasypywaną pierwszymi promieniami słonecznymi – ustąpił. Kimiko stanęła jak wryta. Łąka niby pas ziemi niczyjej, jeszcze nie zasiedlona przez Las Smoka, chociaż też nie wyrwana naturze rękami chciwych mnichów. Oddzielała magię drzemiącą w złym Lesie od magii roztaczającej się nad wygiętymi gzymsami wiekowej, skostniałej
nabrzmiałej hipokryzją
świątyni. Pierwszy raz spojrzała na chiński dom inaczej niż zawsze – z wrogością, pretensjami. Tkwiła w bezruchu, wbijając wzrok w otwarte okno pokoju. Napełniła płuca świeżym powietrzem, napawając się pięknem górującego nad Xiaolin wschodu słońca.
„Słońce – szczęście żałosnego Księżyca”, przemknęło po umyśle.
Krwawy wschód zalewający wygięte zadaszenia napawał dostojeństwem, dostarczał estetycznych doznań, a jednocześnie nosił posmak grozy. Niebo zdawało się płonąć.

1 komentarz:

  1. Wciąż ubolewam nad straconym komentarzem, który napisałam wcześniej, noale cóż. Życie gówno.
    Ubolewam też nad swoim żalem i niedosytem, bo spodziewałam się jakiś ochów, achów, a się nawściekałam! xD
    Tzn tak, rozdział bardzo potrzebny i nie jest tak, że mamprawo do końca narzekać... xd Na pewno bardzo dużo dowiedziałam sięo Kimi i bardziej ją zrozumiałam. Chase mnie tylko wkurfił. Tak przyjaciele nie postepujaChase! Nie tacy, co mają bardzo nowe, świeże relacje... xD No nie wytyka sie nowej dziewczynie wad na trzeciej randce. Robi się to dopiero w zaawasowanej fazie związku. Ja rozumiem, rozumiem, że czasem trzeba brutalnie, żeby dotarło do czyjejś makówki, zwłaszcza do takiej ciężkiej makówki jaką posiada Kimi, ale kurcze, był tak brutalny, ze az chciałam mu trzepnąć. xD Chciałam, żeby Kimi tupnęła (i fajnie że to zrobiła) i się obraziła. Serio. I w sumie chce też, żeby ona sie obraziła tak na tydzień, że nie bedzie do niego przychodzić, az Chase zrozumie swoje zachowanie. I da jej buzi na zgodę.
    Ej, wyobraź sobie taką sytuacje. Kimi nie przychodzi, Chase sie zaczyna niepokoić, w końcu nocą zagląda do niej przez okno. xd Mógłby tak do niej wejść... odwiedzić ją...
    No. Ja wiem, że ten Chase chce zrobić w mózgu Kimi przemeblowanie, ale niech będzie ciutek delikatniejszy noo. To taka naprawdę delikatna perełka, chodowana w małży Xiaolin, niezbrudzona jeszcze meskim dotykiem. Wgl. Ona się tak przytula do niegoo.. xd Zawsze jak czytam mam takie nietypowe domysły. Co by było, gdyby Chase ja przytulił i ta złapał za cycka. I tak by sobie potrzymał. Jakby zareagował jej mózg?xd
    Swoją drogą to niech ona naprawdę uważa z tym wymykaniem się w nocy. Bo co jak ktoś tak zajrzy do jej pokoju, choćby Srai za durną potrzebą, a jej nie będie? I jak mistrzowie sprawdzą, że co noc jej nie ma? He, he? Co wtedy? Kłopoty. Duże. Dopiero by jej przesłuchanie zrobili nt. kochanka(!) z którym się spotyka... xd
    No, to chyba tyle. Pewnie zapomniałam o czymś wspomnieć, ale to najwyżej dopiszę. Pamietam sis, rozbudziłaś moj apetyt i nie możesz go tak drastycznie obniżać. Musisz mnie teraz zaspokoić. Wierzę w Ciebie.
    PS I czekam niezmiernie, aż zostaną kochankami. xdd
    Weny! Dzięki za rozdział!! <3
    Sis Layali

    OdpowiedzUsuń