środa, 12 lipca 2017

Rozdział 9

Posągi aż prosiły się o odnowę, egzemplifikując dawno wygasłą świetność architektury części budynków klasztornych. Złuszczone płatki złota odsłoniły pęknięcia i rysy powstałe wskutek zaniedbań po upadku ostatniej prawowitej dynastii chińskiej. Obnażały butwiejące podobizny tysiącrękiego, łysego boga, szydząc z jego bezradności. Powiew chłodnej, jesiennej nocy kołysał leciutko niedobitkami dzwonków zawieszonych na spadzistych zadaszeniach. Gęsto rosnące cyprysy pochłaniały tąpnięcia rozlegające się spod stóp Kimiko. Mistrz Dashi miał rację, te strzeliste drzewa ładnie ozdabiały kompleksy ulokowane głębiej w świątyni. Tuszowały przed odwiedzającymi faktyczny stan klasztoru, ustawicznie topniejący majątek Xiaolin. Mistrz Fung niezliczoną ilość razy brał Japonkę na wycieczki po świątyni, gdybając nad przywróceniem jej dawnego czaru. Zachęcał przy tym, aby nie bała się poruszać w listach do ojca kwestii tegorocznych inwestycji zmierzających do zmodernizowania świątyni i odnowienia a to fresków, a to pagód...
Gdyby ktokolwiek przyłapał wśród cieni tańczących po dziedzińcu sylwetkę córki głównego darczyńcy, niosącą motykę skradzioną z gazonów z astrami, dziewczyna skorzystałaby z jednego z wielu tłumaczeń niewątpliwie zasilających asortyment wymówek przewidzianych dla świeżo owdowiałych panien młodych. Wykręciłaby się pomieszaniem zmysłów. Począwszy do pobicia współbrata, skończywszy na wszczynaniu „awantur” w archiwum, reputacja dziewczyny staczała się po równi pochyłej. Przypięto do niej łatki: wariatka, głupia cudzoziemka, niewdzięcznica. Nie dbała jednak o pozytywne relacje z mnichami. Już nie musiała. Sekret Lasu Smoka i osoba Chase’a Younga wyrwały ją ze schematycznej egzystencji. Pobudka, śniadanie, trening, obiad, nauka… koniec z tą rutyną. Stawiwszy czoło mętlikowi w głowie, dość szybko doszła do oczywistych wniosków: zasmakowawszy w tajemnicy, ciężko się przestawić na tryb „normalny”, skoro o wiele ciekawsze będzie dalsze obcowanie z nieznanym, z owym ekscytującym procesem wgryzania się w jądro zagadki.
Nikt, kto zapuści się do Lasu Smoka, nie wyjdzie taki jak przedtem, stwierdziła. Sercem i umysłem uczepiła się stoków obrośniętych najgęściejszą puszczą w prowincji. Jej jaźń istniała więc niejako w dwóch wymiarach – tym pozornie słonecznym, a pod płaszczykiem moralności nastawionym na zarobki, prezentowanym przez Xiaolin oraz w tajemniczym królestwie pierwotnej wolności oferowanej przez Las Smoka.
Las urzekał od początku, a jego cień i oddech kładł się na świątynię, szeptał jakoby o czymś złym, lecz Kimiko wypierała rzekomą grozę dziczy, bo przecież znalazła w niej kogoś gwarantującego bezpieczeństwo. Szczęście. Nie, poprawiła się, nie szczęście, on gardzi księżycowymi ludźmi. Spotkała przyjaciela, lepszego niż Omi, Clay i Raimundo razem wzięci. Tak czuła, bo tak też szeptał Instynkt wojowniczki, a on nigdy się nie mylił. Choć znała Chase’a Younga zaledwie tydzień, byłaby głupia, lekceważąc oznaki otwierającej się przed nią przygody. Mężczyzna obudził się w niej apetyt przełamania barier oddzielających ją – niedoświadczoną w niczym mniszkę – od pachnącego sekretami świata. Zmuszał do myślenia, do czucia, do podania pod ostrze krytyki dotychczasowego trybu życia. Dziś rano sprawił jej przykrość, owszem, ale przecież nie można mu było odmówić racji. Z tego powodu Kimiko skłaniała się do wybaczenia mu. Nie powinna się gniewać za ostre słowa, skoro wyrażały szczerą prawdę. A prawda jest przecież cnotą. Ach, zerwać z uzależnieniem, ze zrzucaniem odpowiedzialności na innych, z korelacją żałosnego Księżyca świecącego blaskiem Słońca!
„Tyle lat czekałam na coś magicznego…”, wypowiedziała w noc, odliczając czwartą płytę od ołtarza chronionego glazurowanymi dachówkami.
Mityczne stworzenia na kartach książek wreszcie nabierały ostrych konturów, realnych barw. Smoki, sine kłęby mgły, woń wilgotnej ziemi i gnijących liści. Oto zapach wolności. Chase’a Younga postawiła w roli magnesu, gdyż istotnie, przyciągał, nie pozwalając o sobie zapomnieć. Stwarzał okazję do wyślizgnięcia się z prętów złotej klatki, do jakiej wsadził ją ojciec. Dzięki niemu, po sześciu latach, zrozumiała zamysł rodziny. Nie chodziło tu tylko o wykształcenie i wyzbycie się słabości, a poprzez ból i wyrzeczenie osiągnięcie dyscypliny oraz spokoju, a co za tym idzie – prawdziwego piękna. O nie, ojciec umieścił ją w klasztorze, by nie narażać na pokusy córki z wrodzoną niespożytą ciekawością świata. A tymczasem wystarczył uśmiech nieznajomego, dotyk i zainteresowanie nią, by w swym małym pokoju spojrzała z nowej perspektywy na przeszłość i przeznaczenie, a także podjęte za nią decyzje. Przez pryzmat leśnych doświadczeń odkryła, iż wolność, którą szczyciła się, szyjąc hafty na swój posag i rozważając o trudach codzienności chińskich kobiet, nie miała w sobie ani krzty realności. Sztucznie odcięto Kimiko od pewnych aspektów dorastania, ale to się zmieni, ponieważ tym razem naprawdę postawiono przed nią wybór: zgnije w klasztorze z nudy, czy pozna samą siebie? Jakoś uleciało na dalszy plan szczęśliwe dzieciństwo wśród Smoczych Wybrańców – skoro ono również składało się na jej niewolę, czemu przy nim trwać? Teraz, gdy męczą ją sny z udziałem mężczyzn, dlaczego kurczowo trzymać się starych przyzwyczajeń? Zwłaszcza że po odrzuceniu maski wstydu i obyczajowości wywoływały one dreszcz rozkoszy. Dawniej biegała po lasach z kolegami, od teraz będzie robić to samo, tyle że w asyście kogoś nieporównywalnie bardziej interesującego.
Zapamiętała słowa Chase’a z przedostatniego spotkania:
„Wejdź kiedyś do Domu Chmur Miłosierdzia, odlicz czwartą płytę od posągu Buddy, podważ ją i może znajdziesz niespodziankę, o ile wieśniacy nie zrabowali i tego”.
Szła zatem z motyką w kurczowo zaciśniętych rękach, oddychając nocną mgłą; orzeźwiającą, nastrajającą umysł kojącymi częstotliwościami. Brak wiedzy co do skarbu i rekompensująca ją świadomość występku wymierzonego przeciw niewoli intensyfikowały przyjemną falę rozchodzącą się po ciele. Adrenalina wymuszała na mięśniach pracę na pełnej mocy. Oczy błyszczały, błądząc po obserwujących swą wyznawczynię posągach Buddów. Milczeniem aprobowały jej poczynania, a przynajmniej chciała dać temu wiary, gdyż marzenie stawało się faktem, namacalnym, oczywistym, pozbawionym teoretycznych rozważań co do jego oceny. Zwykły fakt, sytuacja zaistniała, rzecz, której racji bytu nie wolno zaprzeczyć.
Przyklękła przy płaskim kamiennym bruku nadgryzionym zębem czasu, po raz kolejny oceniając grubość płyty. Zaraz po zbiórce i śniadaniu niepostrzeżenie oddaliła się od Drużyny Smoków, a następnie zjawiła tu. Taksowała dziedziniec, obrysowywała palcami sieć szczelin, kalkulowała szanse. Rzadko uczęszczany teren łatwiej przebadać aniżeli drogę do głównej bramy czy salę z dzwonami. Uderzała zatem pięściami po wskazanym obszarze z uszami przyciśniętymi do ziemi. Skoncentrowana do granic możliwości starała się wyłowić dźwięk niepasujący do pozostałych – głuchy bądź metaliczny, jakikolwiek. Serce zabiło mocniej, gdy za drugą obdukcją usłyszała pogłos ewidentnie odstający od reszty. Zamknęła oczy, by z bolącym już karkiem i wstrzymanym oddechem upewnić się w swym badaniu. Pewna, że coś znalazła, osmaliła płomieniem większy kawał strzaskanego kamienia, z którym zmagała się aż do zdrapania skóry z knykci, i pobiegła na trening. Postanowiła wrócić tu po zmroku.
I oto jest.
„Przekonamy się, ile warte są twoje historie, Chase!”, powiedziała do siebie, zważyła w rękach motykę, wcisnęła ostrze pod oznaczoną płytę, nacisnęła na trzonek i z cichym jękiem wysiłku podważyła ją na kilka centymetrów.
Zdziwiła się, że poszło tak sprawnie. Wystarczyło posłużyć się narzędziem ogrodniczym. Uklękła i prawie natychmiast uderzyła w nią woń mokrej ziemi; przywodziła wspomnienie nocy spędzonej w lesie. Na bruk wysypało się kilka larw owadów. Wypełzło ich więcej, kiedy dziewczyna poświeciła wyczarowanym na ręce ogniem. Coś zalśniło w czarnej połaci odkrytej ziemi. Zawahała się, nim sięgnęła po zagrzebany przedmiot. Wykopywała go palcami, zastanawiając się co do jego przeznaczenia.
„I komu zależało, aby go tu schować?”
Tę rzecz, skarb, umieszczono dość płytko, jakby wcale nie zależało na tym, by był bezpieczny. Albo to kamienny dziedziniec nie spełnił pokładanych w nim nadziei, niszczejąc zbyt szybko, niż to wykoncypowała sobie osoba, która umieściła pod nim cenny przedmiot. Z pewnością nie uwzględniała notorycznego braku funduszy na kompleksową renowację świątyni.
Kimiko nazwała tajemną rzecz skarbem, ponieważ w jej wyobraźni, ukształtowanej przez bajki i pragnienia liźnięcia czegoś niesamowitego, widziała czarodziejski artefakt wznoszący mrzonki abstrakcji na poziom substancji materialnych.
To coś tkwiło mocno w ziemi. Kimiko zdołała wyszarpać go z jej trzewi dopiero za trzecim pociągnięciem. W błyskach rzucanych przez jasnopomarańczowy płomień ukazała się klepsydra o żelaznej obudowie. Rudy piasek przesypywał się z jednej bańki do drugiej z wyraźnym suchym szmerem. 

 ***

– Fuu, znowu ser? – skrzywiła się, wywołując u łowcy uśmiech.
– Bawisz się w wegetarianizm, więc nie przestanę cię nim karmić, dopóki nie nabierzesz krągłości.
– W sensie… nie przytyję?
– Dokładnie.
Na dzisiejsze śniadanie Chase zaserwował między innymi pastę z suszonego bobu oraz ciastka z orzechów i ziaren słonecznika. Ponadto przyrzekł, że jeśli Smok Ognia wszystko grzecznie zje, przy herbacie poczęstuje ją całą miską malin.
– Przecież do tej pory świetnie sobie radziłam… – grymasiła nad kanapką z tłustym serem.
Young oparł głowę o zgięte w łokciu ramie.
– Chcesz mi wmówić, że w ostatniej fazie postu nigdy kręciło ci się w głowie ani nie mdlałaś?
– No…
– Nie próbuj mi skłamać.
Westchnęła, wiedząc, że towarzysz za pomocą niezwykłej intuicji potrafiącej przewiercić duszę ludzką do cna wyczuje i skomentuje przemilczenia lub wypowiedziane z wahaniem słowa.
– Cóż, niedawno przez ból głowy prawie wydłubałam oko mojemu przyjacielowi…
– Hm, przykre. – Machnął na zwierzenie ręką, od razu przystępując do nalewania herbaty.
Wtem coś wilgotnego podrażniło skórę na łydce Kimiko. Spojrzała w dół i wydobyła z ust dźwięk uzewnętrzniający wybuch rozczulenia względem ropuchy – na tyle odważnej, by podejść do wielkoludów urządzających piknik pod kamforowcem. Podniosła ją na wysokość serca.
– Mały leśny brat – pochwaliła się. – Nie boi się mnie.
– Gdyby była trująca, inaczej byś na nią patrzyła.
Nie zważając na zaczepki, przyjrzała się zielonym oczom stworzenia. Pionowe źrenice przypomniały o znamieniu na biodrze. Zimno mimowolnie przeniknęło do kości mniszki.
– Pamiętam, jak obiecałeś, że wybierzemy się na łowy na jaszczurki – wyszeptała bardziej do siebie niż niego.
– O tak, zaraz po tym, jak zgodzisz się ze mną popływać.
Postawił przed nią parującą filiżankę pachnącego napoju. Kimiko spąsowiała lekko, jak zawsze wyczulona na odzywki poufałego rodzaju.
– A z tymi z klasztoru nie wstydziłaś się pływać – nagabnął ni to z wyrzutem, ni z rozbawieniem.
– Poranki są coraz chłodniejsze, zamarzniemy w wodzie – oznajmiła, spuszczając ropuchę z powrotem na trawę. Ta zaś zarechotała, po czym obrała skoczny kierunek ku wartkiemu strumieniowi.
– Żaden problem dla władczyni ognia – zniżył głos, zmrużył oczy i nabrał łyka ze swojej filiżanki. – Grzałaś wodę, wyczarowując w niej ogień?
– Nie. A to możliwe?
– Oczywiście, kwestia skupienia. – Wzruszył ramionami. – Zrób coś dla mnie, po powrocie do klasztoru postaraj się nauczyć rozpalać płomienie w wodzie. Rozpuszczony w niej tlen wprawdzie niewiele ci pomoże, ale nauczysz się, że woda nie jest barierą do posługiwania się twym Darem.
Pokiwała głową, jak zwykle licząc się ze wskazówkami udzielanymi przez mężczyznę. Wówczas uzmysłowiła sobie niemą obecność skarbu schowanego za pasem adepta Xiaolin. Z brzęknięciem postawiła porcelanę na stoliku, aby z czymś na kształt podniecenia i nieodzownie splatającego się z nim strachu wyciągnąć z szat małą klepsydrę. W szarości świtu szkło nabrało matowego odcieniu. Nocą wypełniła wolę łowcy, zatem przyszła pora na zadawanie pytań, lecz widok artefaktu nie zmieszał Chase’a, przeciwnie, rozciągnął usta w wyrazie triumfu.
– No proszę, tak przypuszczałem. Choć jedna kryjówka Dashiego nie okazała się niewypałem.
– Co to?
Postawiła zegar przed Yongiem, a mimo to on nie wydawał się specjalnie zainteresowany przyjrzeniem się mu. Dziewczyna nagle się zreflektowała. Optymistycznie zakładając wiarygodność słów, z ich sensu wynikało, jakoby Wielki Mistrz musiał osobiście zakopać przedmiot pod placem Domu Chmur Miłosierdzia, ale chodził on po świecie czternaście wieków temu. Przedmiot liczył sobie wiele setek lat, a nie rozsypywał się, po prostu niepojęte! Wyglądał na nowy poza zszarzałą od brudu ziemi obudową.
– Piasek Czasu, Kimiko – rzekł. – Dzięki niemu da się podróżować w czasie.
Popatrzyła na niego okrągłymi jak spodki oczyma.
– Pamiętasz, jak wspominałem Doja? – dodał. – Strażnik świątynnych skarbów, czyli Sheng Gong Wu. W ich krąg włącza się to, co znalazłaś. Doprawdy, urocze zabaweczki.
– Czym są i po co je stworzono?
Nie wiedziała, czemu nagle zniżyła głos do szeptu. Ciężar tajemnicy wręcz zawisł jej nad głową. Nachyliła się nad stolikiem, zbliżając twarz do łowcy.
– To broń przeciwko złu – wyjaśnił, spojrzeniem smagając buzię mniszki. – Ot, pomysł Dashiego. Po wypowiedzeniu nazwy przedmiotu on objawi ci swą moc. Ale teraz wszystkie skarby, rozsiane po świecie, rozkradzione lub porzucone, są uśpione. Obudzić je może tylko szczególna aktywność złych mocy, władców Heylinu.
– Nigdy nie słyszałam o czymś podobnym! – wykrzyczała, z wrażenia strącając łokciem resztki pasty z bobu.
Mężczyzna przerzucił wzrok na rodzinę ptaków buszującą w koronach drzew. Wiatr sprawiał, że gałęzie jęczały jak potępieńcy, skrzypiąc niemożliwie długo. Liście napęczniałe deszczem drżały, ukazując od spodu poorane żyłkami, ciemnozielone blaszki.
– Heylin to przeciwieństwo Xiaolin – odparł niby nauczyciel. – Skupia wokół siebie pospolitych przestępców, jak również czarownice i potwory. Trochę jak Las Smoka – na odpowiednio przygotowanej ziemi zasiewa się ziarno, aby otrzymać plon – mściwą biocenozę, która pragnie odwetu za krzywdy albo dąży do władzy ze zwykłego pożądania jej. W sercu każdego człowieka wpisane jest owo pragnienie. Władza rodzi konflikty o różnej skali: rodzinnej, regionalnej, krajowej, światowej. Zasadniczo każdego mieszkańca planety należałoby włączyć do Heylinu.
„Władza”, pomyślała Kimiko. „To mi coś przypomina, ale co…?”
– Więc te… Sheng Gong Wu są nieaktywne, tak? – dociekała. – Czy to znaczy, że władcy Heylinu nie zagrażają światu?
Uśmiechnął się lekko pod nosem.
– Czy nie zagrażają? Aktualnie większość z nich siedzi zamknięta w innych wymiarach i magicznych pudełkach, ale niektórzy, powiedzmy, wciąż knują, jak tu zdobyć przewagę.
Dziewczynie kręciło się już w głowie. O ileż bardziej w takich sytuacjach przydałoby się zdroworozsądkowe podejście aniżeli wybujała fantazja!
– Dlaczego mistrz nigdy o nich nie wspominał? – zapytała podejrzliwie.
Reakcja była natychmiastowa – żywiołowa i dziwnie nie podobna do charakteru łowcy:
– Żartujesz? Świat materialny wystarczająco go absorbuje! Wojna domowa w Chinach, konflikt między generałem a gubernatorem, burze na innych kontynentach to bardziej realne zagrożenia. Mówiłem ci, klasztor sprzedał się współczesności. W opinii twojego mistrza powinniście się skupić na niej, stąd nie macie potrzeby zawracać sobie głów Heylinem.
Zwęziła usta w prostą linię.
– Jak wyglądają ci z Heylinu? Te czarownice i potwory?
– Oo, są paskudni.
– W sercu?
– Też, ale głównie dlatego, że szczycą się wysoce brzydką powierzchownością. Łuski, kły, pazury, okropny widok.
– Hmm – zamyśliła się. – Coś jak duchy opiekuńcze?
– Niezupełnie – parsknął. – Ich nie da się przebłagać darami typu jedzenie, czy papierowe pieniądze.
Kiwała głową to w przód, to w tył, nie potrafiąc oprzeć się wrażeniu, że coś jej umknęło lub o czymś zapomniała.
– Znasz jakichś? – wykrztusiła i od razu ugryzła się w język.
„Zabrzmiałam, jakbym go oskarżała!”
Straciła grunt pod nogami, kiedy łowca, zamiast oburzyć sie, rozciągnął usta chytrze.
– Jeśli potwierdzę, jak zareagujesz?
Ślina w ustach zaczęła gęstnieć. Nieodzowny znak rosnącego zdenerwowania. Kimiko nie rozumiała, czemu serce tłucze się po żebrach niemal wywołując ból?
– Nie wiem – wyjąkała, spuszczając wzrok. – Na razie chcę się czegoś o nich dowiedzieć, choćby o jednym.
Ze znanym sobie zwyczajem popatrzył w oczy Kimiko, doszukując się w nich całego kosmosu zdarzeń, powiązań, marzeń i cech charakteru. Ot, jeden z milionów samotnych Wszechświatów zdolnych do rozszerzania się, ewoluowania i zachwycania grozą tkwiącą w niepozornym pięknie. Miniaturowa galaktyka wspomnień uwięziona w śmiertelnym ciele. Pulsująca życiem ziemia, odmienny ekosystem wygłodniały doświadczeń. Takie porównania tworzył umysł mniszki, gdy tylko przyjaciel dziurawił ją wzrokiem absorbującym uwagę, budzącym szacunek, to odbierającym pewność siebie, to wskazującym drogę ku zerwaniu z tym, co przeżera rdza skostniałych poglądów. Choć spojrzenie emanowało mocą, było nieruchome i cudaczne. Owe złote ślepia Chase’a Younga przywodziły skojarzenie polującego gada.
Nagle roześmiał się, otworzył szerzej ramiona, dając odczuć płynący od niego niefrasobliwy humor.
– Dobrze, opowiem ci pewną bajkę, a ty określisz, ile w niej prawdy i czy taki władca Heylinu mógłby istnieć.
Jak ręką odjął, spięcie opuściło Japonkę. Nastawiając się na oratorski popis łowcy, skupiła na nim – jego aparycji, słowach i barwie głosu – każdy swój zmysł, nie mając zamiaru przegapić najdrobniejszego szczegółu budującego tę opowieść.
– W dawnych wiekach Niebiosa rozpinały się tylko nad ziemią Hanów, strzeżoną przy granicach Najgłębszym Oceanem, Rozległą Pustynią i Ogromnym Lasem. Władza cesarska nadal się formowała. Mniejsze księstwa powstawały i upadały, najeżdżane przez silniejsze, którym przeznaczenie kazało podzielić los poprzedników. W czasach chaosu charyzmatycznym jednostkom łatwiej przekonać masy do posłuszeństwa i zdradzenia starych panów, zwłaszcza kiedy do drzwi puka głód. W sposób tożsamy władcom Heylinu udawało się otwierać oczy tym, których sobie upatrzyli, i zachęcać ich do sprzeniewierzenia się przełożonym. Najpierw węszyli ich skryte marzenia i jeśli znajdowali to, czego szukali – pragnienie dominowania, wyróżnienia się lub zdobycia siły – składali im oferty. Jeden ze znaczących władców nakłonił do zdrady pewnego wojownika wiernego, podobnie jak jego towarzysze, ówczesnej dynastii, by przyłączył się do Heylinu. W nagrodę obiecał mu moc, jakiej nie posiadł nikt inny, a już na pewno żaden z jego kompanów. Poprzez wypicie specjalnego eliksiru miał zatracić człowieczeństwo, lecz po co człowieczeństwo, skoro o wiele słodsza jest potęga? Wojownik zgodził się, a wypijając magiczną zupę, przypieczętował swe przeznaczenie: zmienił się w potwora. Jak na ironię, tylko regularne spożywanie zupy pozwalało mu wracać do ludzkiego wyglądu. Mijały lata, a władca i upadły wojownik ramię w ramię siali terror, starszy uczył w tym młodszego. Po ich stronie stały czary, bezwzględność i żądza władzy nad Państwem Środka. Jednakże uczeń musiał przerosnąć mistrza, zapragnął narzucić hegemonię nie tylko Chinom, lecz też ziemiom ludów barbarzyńskich. Władca go wyśmiał, twierdząc, że świat to wyłącznie Chiny. Od tej pory urażony wojownik zaczął knuć przeciw swemu mentorowi. Wykorzystując jego nieuwagę, otworzył portal do innego wymiaru i wtrącił tam starego pana. Zajął jego miejsce, a następnie przekonał podobnych mu uczniów do zbuntowania się zwierzchnikom. W ten sposób dokonał czystki w Heylińskiej hierarchii. Przez kolejne lata przemierzał cudzoziemskie krainy, zaspokajając głód wiedzy i tworzył niepokonaną armię złożoną z najlepszych żołnierzy świata. Pokonywał każdego po kolei, a ci musieli składać mu przysięgę wiecznej lojalności. Wrócił do Chin, żeby rozprawić się z buntownikami, zbyt nieokrzesanymi i bezmyślnymi, aby umieli wybrać spośród siebie wodza. Po wyeliminowaniu zagrożenia z ich strony ogłosił się księciem ciemności. Nowym i wiecznym władcą Heylin.
Nie spuszczał badawczego wzroku z Kimiko, toteż nie zdziwił się, dostrzegając cień pogardy względem bohatera opowieści.
– Hm, nigdy nie słyszałam tej baśni, a znam ich wiele – skwitowała.
– Wierzę ci – zaśmiał się, łagodząc nieco atmosferę niepokoju, jaka zalała Japonkę lodowatą falą. – Tę historię opowiadają nieliczne ludy na północy. Reasumując, w każdej bajce tkwi ziarno prawdy. Czy taki władca istnieje, czy nie, musisz odpowiedzieć sobie na to pytanie sama.
– Skoro istnieją Sheng Gong Wu, istnieje również i on…
– Kto wie? – Dopił herbatę do dna, a następnie przesunął wielką miskę malin z brzegu stolika na środek. – Po twej minie wnioskuję, iż książę nie specjalnie przypadł ci do gustu.
– Oczywiście, że nie – wysyczała cierpko, bez ogródek sięgając po słodkie owoce. Wkładała je do ust, chcąc osłodzić wzburzenie, aż czerwony sok trysnął na podbródek. – Ktoś tak pyszny, zdradziecki, podstępny i okrutny powinien się wstydzić. Moim zdaniem zasłużył na karę.
– A kto nie bywa pyszny, zdradziecki, podstępny i okrutny? I kto nie zasługuje za swe czyny na karę? – odparł pobłażliwie. – Z pewnością nie ty, co? Żadne grzeszki nie kalają twego serduszka i możesz sobie oceniać rzeczywistość przez pryzmat czerni oraz bieli.
Dwa rumieńce zabarwiły na krótko policzki Kimiko, choć zdawała sobie sprawę, że jej złe czyny – pyskowanie, gniew, pobicie brata – ani trochę nie umywają się do tych dokonanych przez księcia.
– Bajki zwykle pokazują świat czarny i biały, nic pośrodku – odparowała, wściekła na siebie za nieumiejętność przyznania racji, tylko brnięcia w uparte.
– Ale nie ta, bo jeżeli odsiejesz z niej gołe fakty, zinterpretujesz i spróbujesz wejść w umysł księcia, zadasz pytania o to, czy on żałuje, a skoro tak, to czemu miałby żałować?
– Czemu miałby żałować? – powtórzyła, bo mimo arbitralnej postawy próbowała wyjść oczekiwaniom przyjaciela naprzeciw i zastanowić się nad losem księcia z bajki. – Prawdopodobnie on boi się utracić władzę, dlatego nie opuszcza go podejrzliwość.
– Dobra dedukcja – pochwalił, co momentalnie dodało Japonce skrzydeł i kazało zastanowić się głębiej nad sprawą. – Co kroczy tuż za ustawiczną podejrzliwością?
– Strach, paranoja… – wyliczała – No i chyba samotność.
– Też mi się tak wydaje – przyznał, częstując się malinami.
Jedli chwile w milczeniu, opatuleni głębią leśnej ciszy zakłócanej ptasimi trelami, trzaskaniem kory i krzykami zwierząt. Powoli odkrywało się dno miseczki, a temperatura jakby zsynchronizowała się z ich kończącym się posiłkiem, gdyż robiło się cieplej. Sinoniebieska kopuła nad ostrymi czubkami drzew zapowiadała śliczny dzień. Wkrótce białe światło słoneczne opadnie miękko na dolinę, zsyłając na mieszkańców miasteczka i okolic rozleniwienie.
– A co, jeśli władca go oszukał? – Smok Ognia zapytała ni stąd, ni zowąd. – Wiesz, pozbycie się człowieczeństwa to coś strasznego… Czy książę liczył się z konsekwencjami tego czynu?
– Nie mów mi teraz, że mu współczujesz – zakpił.
– Nie bądź śmieszny. Po prostu, wiesz, ludzie, którzy stoją przed pokusą i jej ulegają, raczej też nie biorą pod uwagi skutków, ale… wyzbyć się człowieczeństwa? Wiesz, to… no, potworne. Aż mi zimno.
Faktycznie po skórze mniszki rozeszły się dreszcze. Moc baśni dotarła do niej i wstrząsnęła duszą w posadach. Nie pojmowała, jak ktoś z własnej woli całkowicie odciąłby sobie drogę do zbawienia? I to w tak radykalny, ostateczny sposób, którego przypuszczalnie nie da rady cofnąć? Czy wymierne jest sprowadzenie na siebie potępienia za sięgnięcie po zakazany owoc? Cena, jaką zapłacił książę, była zbyt wysoka. Powinien się on ulęknąć kar przewidzianych za podobny czyn, ale tego nie zrobił. Dlaczego? Bo cechował się odwagą? Raczej głupotą. Z drugiej strony, myślała, gdyby każdy człowiek przestrzegał praw i bał się kar, nigdy nie popełniałby przestępstw, a kroczył drogą świętości. Na świecie panowałaby miłość, dobro i harmonia, nie chciwość, wojny i złe pragnienia. Choćby zwierzęta nie umierałyby dla mięsa i skór.
„Ja przeminę, a zło pozostanie. Za pięćdziesiąt czy sto lat, rozszerzą się konflikty, wojny, głód i cierpienie. W takim więc razie cała ludzkość zasługuje na karę, nie tylko ten książę z Heylinu”.
– Powinien wykazać się większym rozumem – zawyrokowała. – Pokonać żądze, jak człowiek cywilizowany, a nie stać się ich niewolnikiem.
Chase przytaknął na osąd Kimiko, tym razem nie wdając się z nią w polemizowanie. Dziewczynę ogarnęły szpony przygnębienia. Niedopuszczenie do wybuchnięcia między nimi kłótni – albo gorzej, bo rozstania się w irytującej ciszy – urosło w jej oczach do priorytetu.
– Cóż, w każdym razie okropna bajka – wypaliła, uśmiechając się nieśmiało. – Liczyłam na coś weselszego
– Bajka nie zawsze ma być miła, byleby coś przekazywała. – Obnażył szereg zębów i zaczepił: – Ty przemądrzała smarkulo, opowiedz lepszą.
Rzucił wyzwanie, na jakie Kimiko odpowiedziała godnie:
– A opowiem, acz zdaje mi się, znasz wszystkie baśnie i legendy tego kraju.
– A owszem – przedrzeźniał jej pompatyczny ton głosu. – Wymyśl jakąś sama.
– A czy mogę zaszczycić cię bajkami z Zachodu? – brnęła w tę grę. – O ile ich o nich też nie słyszałeś...
– A możesz – zacmokał – spróbować.
– A spróbuję!
Na siódme urodziny ojciec podarował jej książkę z bajkami spisanymi przez dwóch braci o trudnym do zapamiętania nazwisku. Wiele z nich szczególnie zapadły w pamięć dziewczynki, a wyjątkowość spotkań z przyjacielem, do jakich zaliczały się jedzenie oraz las, odblokowały potok pamięci. Wypłynął, zasilając kanały fantazji. Lęk wywołany przerażającą bajka o księciu wycofał się przed nim w mroki świadomości.
– Wprawdzie zapomniałam imion bohaterów, ponieważ brzmiały obco, a także parę wątków – zaczęła nieco wyniośle – ale nic nie szkodzi, jakoś je uzupełnię. No dobrze, dawno temu żyli na skraju lasu brat i siostra, a nazywali się... Jiong i Meniang. Jako że nieprzerwanie dokuczała im bieda, ojciec postanowił porzucić rodzeństwo w lesie. Oczywiście dzieci były posłuszne starszemu pokoleniu i pogodziły się z przeznaczeniem Niebios, toteż zdecydowały się poszukać szczęścia w dziczy. Natknęły się na borsuka, który im polecił iść do miłej starszej pani mieszkającej za wzgórzem. Nie wiedziały jednak, że zwierze jest pupilkiem złej czarownicy, której dom wznosił się właśnie na polanie za wzgórzem. Głodni Jiong i Meniang doszli do chaty i zaczęli ją… zjadać, bo chatkę zbudowano z ciasta, a dach obsypano czerwonym cukrem. Z wnętrza wyszła stara kobieta, złapała je i tuczyła całe dnie, aż stali się pulchni i mogła oboje upiec na obiad. Jednak rodzeństwo przechytrzyło wiedźmę, oznajmując, iż przytyli tak bardzo, że nie zmieszczą się do pieca. Więc sama wskoczyła do niego, chcąc im pokazać, jak to się mylą. Wtedy dzieci zatrzasnęły drzwi pieca, pozwalając, aby kobieta zginęła w płomieniach. Po przeszukaniu chaty wiedźmy odkryły w niej złote jajo. Wykluł się z niego najprawdziwszy smok, który urósł do nieprawdopodobnych rozmiarów, po czym zabrał dzieci na grzbiet i odleciał z nimi wprost do raju. Koniec.
– Czy to subtelna aluzja do mojego zachowania? – spytał, cały czas z wielką uwagą słuchając Kimiko. – Gdyż ja też chcę cię utuczyć?
Zachichotała ustami zasłoniętymi rękoma, wlepiając w mężczyznę błyszczące oczy.
– A skąd!
– Dobrze, w takim razie zabieram maliny – zagroził, pozorując obrazę.
Schował za siebie prawie opróżnioną miskę owoców, dopóki Japonka nie spokorniała, pocierając dłońmi w błagalnym geście. Powrócił wesoły nastrój, aż nabrali apetytu na wygłupy.
– Nie miej pretensji, bo przyznasz sam, że każesz mi jeść i tyć – powiedziała na swą obronę. – Chyba nie planujesz mnie zjeść, co?
Chase zachłysnął się donośnym śmiechem, a dziewczyna mu wtórowała. Kipiel liści i igieł szumiała nad nimi w oczekiwaniu na pierwsze, ciepłe promienie słońca.

4 komentarze:

  1. No, jak zwykle popisałaś się z opisami. Fajnie było, ale czemu tak jakoś krótko? Znowu 5str- rozdział? Ale ok, daruje Ci, bo masz bardzo zajęte życie obecnie. Nie będę się czepiać.
    Aha, to Kimiko znalazła Piasek Czasu? Ej! Nie wolno jej się z tym bawić. xD A co jak go użyj i zmieni przeszłosć, która zaowocuje tym, ze się nie spotkają w teraźniejszości? To samo Chase. Nie wolno bawić się czasem. To bardzo niebezpieczne!
    Miałam dreszcze, jak Chase opowiadał bajkę... o sobie. xD I cały czas modliłam sie, żeby Kimi powiedziala coś miłego o bohaterze. I żałowałam, że powiedziała o nim tak źle! Kurde! Dlaczego nie zwróciła uwagi na to, ze bohater był diabelnie inteligentny? Że oddal się pdróżowaniu po świecie i pogłębianiu wiedzy? Ktos taki musi być mądry. A jeśli jest madry, to cholera, jeśli nawet jest zły, to racja potrafi stać po jego stronie. Mądrośc zawsze jest górą. Mądry człowiek wie co robi. xd Pls niech Kimi się zreflektuje w next rozdziale i zwróci na to uwagę.
    A końcówka, że Chase planuje potencjalne zjedzenie Kimi dziwnie mnie podnieciła. xd

    Weny! <333 I czasu wolnego <333
    Layali

    OdpowiedzUsuń
  2. Z taką wersją Jasia i Małgosi jeszcze się nie spotkałam ;D
    Czekam na kolejny rozdział :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Nawiązując do ostatnich zdań tego rozdziału, to myślę, że on w pewnym sensie chce ją skonsumować.
    Ani trochę nie było mi żal, gdy tak surowo oceniła bohatera bajki, bo nawet jeśli to Chase, to przecież nie znaczy, że musi się zawsze z nim zgadzać, współczuć mu, rozumieć go. Nawet jeśli kogoś kochamy, to możemy ocenić jego zachowanie krytycznie i mamy do tego prawo. Oceniamy w zgodzie z sobą i swoim sumieniem, a nie cudzym.
    Wiem o czym chciałam wspomnieć pod poprzednim rozdziałem. O tym, że szczęśliwym powinno chcieć się być dla siebie, a nie z cudzego powodu, bo ludzie przychodzą i odchodzą. Jasne, dużo w naszym życiu osób co jakiś czas nam towarzyszą, a potem znikają z naszego życia, zostając wspomnieniem. Jednak są osoby, które powinny być z nami do śmierci, są przyjaciele, rodzina, dzieci, małżonkowie. Więc nie zgodzę się z Chase, że to nie ludzie powinni dawać nam szczęście. Bo jeśli nie bliscy, to co? Dobra materialne? Władza? On pewnie tak myśli, zadufany w sobie idiota co myśli, że pozjadał wszystkie rozumy. Wydaje mi się, że on chce ją wykorzystać, a ona jak ostatnia naiwniaczka we wszystko wierzy i stara się spełnić jego oczekiwania.

    takamilosc.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie można mu odmówić pewności swego. Ale on nie pozjadał wszystkich rozmów, choć z pewnością tego pragnie, bo cierpi na wieczny głód wiedzy. Mimo to żyje 1400 lat, więc podejrzewam, że taki człowiek już wie co nieco o życiu, cechują go pewne ukształtowane poglądy, z którymi czytelnik może się zgadzać lub nie. A jeśli się nie zgadzasz, czy naprawdę uważasz za fair nazywanie go idiotą, bo tak? Osobiście, kiedy czytam o istotach nieśmiertelnych, żyjących bardzo długo, lubię stawiać się w ich położeniu. Wydaje mi się, że one same patrzyłyby na nas przez pryzmat kpiny, z pogardą dla pragnień śmiertelnych, dostrzegałyby powtarzające się wzory zachowań, niezmienne od czasu i przestrzeni schematy, błędy w funkcjonowaniu świata.
      Hm, co do Kimiko, sama miałaś okazje przekonać się, ile ona wie o życiu, do którego przygotowała ją izolacja. W Chasie widzi kogoś z zewnątrz, kto może wytłumaczyć jej świat inaczej niż mnisi i ich sztywne reguły, które są przesiąknięte dozą hipokryzji (no bo halo, wojna i niby-pokojowi mnisi = coś się nie zgadza). Kimiko bardzo łatwo można zmanipulować, co Chase widzi, i co czytelnik, mam nadzieje, też wyczuje, zwłaszcza w scenach, które poświęcam tylko jemu i jego sługom.
      Co dla Chase'a się liczy, myślę, przekonasz się, jeśli będziesz chciała dotrać do końca opowiadania i otworzysz się na nie, przyjmując bohaterów takimi jacy oni są, włącznie z ich wadami, które Cię w nich denerwują.

      Usuń