17 sie 2017

Rozdział 11



Kolejny rekord w długości rozdziału pobity!


Lećcie, gify!


– Cóż, teraz przynajmniej wyglądasz na autentyczną wojowniczkę – skomentował z pogodnym uśmiechem.
Odwdzięczając się kwaśnym grymasem, wykrzywiła twarz z bólu. Przez noc obrzęk spuchnął, dokuczając niemiłosiernie.
Odłożył herbatę, wstał, obszedł stolik, usiadł przy dziewczynie. Odwróciła głowę w przeciwną stronę, nie życząc sobie właściwych jemu obdukcji, gotowa zagryźć każdego, kto by spróbował się nad nią litować. Wydarzenie na placu wcale jednak nie nadwyrężyło kształtującej się dumy i wartości, przeciwnie – hartowało.
– Daruj litość – warknęła.
Bezceremonialnie chwycił mniszkę za podbródek, zmuszając, by na niego patrzyła. Silny chwyt uniemożliwiał skuteczne wyrwanie się, więc Kimiko uciekała wzrokiem na boki.
– Jestem ostatnią osobą, u której powinnaś jej szukać – odparł lekko. – Wiesz, co ja bym zrobił, Kimiko? Wiesz?
– Nie.
Zwęził oczy w szparki i nachylił się, wzmacniając uścisk.
– Zemścił się.
Skrzyżowała się z nim spojrzeniem, a ujrzawszy w złotych ślepiach lód, głośno przełknęła ślinę, co Chase podsumował prychnięciem.
– Ale to ja, rzecz jasna. – Wzruszył beztrosko ramionami.
– Planowałam poprosić ojca, aby zaniechał na klasztor dotacji – wyznała, po cichu licząc na aprobatę.
– Słaby pomysł. Nie wierzę, by nie sprawdzano twojej korespondencji.
„No tak. Nie przysługuje mi nawet prawo prywatności”.
– Ataki na ciebie nasilą się – przestrzegł.
Nie przemawiała przez niego ani protekcjonalność, ani zamiar nastraszenia. Po prostu stwierdził fakt.
– W miarę, jak zaczniesz robić to, na co masz ochotę. Oni wiedzą, że jesteś uziemiona w Xiaolin, nigdy go już nie opuścisz.
Rysy twarzy Kimiko stężały.
– Czułam szczęście. Dlaczego mi go zabraniają? – W zduszonym okrzyku pobrzmiewała skarga.
Zawisło nad nimi gęste milczenie. Chase wlepił wzrok w parę unoszącą się z filiżanek, w ledwo napoczęte maliny i ryż. Wreszcie wstał, ciągnąc Kimiko ku rozwidlającym się strumykom. Posadził ją na trawie, wyjął z wewnętrznej kieszeni hanfu jedwabną chustkę, zamoczył w zimnej wodzie, wycisnął i przyłożył do krwawej pręgi.
„Trzyma prezent ode mnie przy sercu…”
– Nie opatrzyli cię, co? Jutro przyniosę ci maść.
Słowa troski podziałały niczym miód, gest zaś tchnął w ducha odwagę i siłę. Dla Kimiko świat mógłby zakończyć istnienie w tej sekundzie. Niczego więcej nie oczekiwała od bogów, skoro wykradła im tych kilka chwil szczęścia. Marzyła o pocałunku, ale nie wyobrażała sobie zainicjować go. Nie wiedziała, czy wolno jej mówić o pragnieniach, mimo że w Lesie Smoka, przy łowcy, nie groziło niebezpieczeństwo zimnych obyczajów dyktowanych przez tradycję, jednakże mężczyzna wciąż onieśmielał. Stał nad nią, chłodząc siniaki. Błądziła oczami, sycąc się jego aparycją, eleganckimi ubraniami. Jakim cudem dał radę przeprawiać się przez dzicz ani nie brudząc hanfu, ani nie go targając?
Musiał zdawać sobie sprawę z pragnień Kimiko, bo posłał swój rozpoznawczy uśmiech – ni to złośliwy, ni to uprzejmy. Pogłaskał palcami drugiej ręki zdrowy policzek Japonki.
– Najsłodsza mniszka Xiaolinu.
Zabawnie zaakcentował pierwsze słowo, toteż zachichotała, w mig zapominając o kłopotach w klasztorze. Nagle uklęknął przy niej. Chwycił za dłoń, odwrócił grzbietem do dołu, otworzył i przytknął tam usta. Dech w piersiach Kimiko zamarł. Nie zrywając kontaktu wzrokowego, sunął wargami po białej skórze, połaskotał nadgarstek. Intuicja podpowiedziała, że zaszedłby wyżej, gdyby nie długie rękawy mnisiej koszuli. Przeklęła je, kiedy zawrócił z powrotem na zewnętrzną część ręki.
Nie rozumiała, czemu tak ją całuje. A chociaż chciała pocałunków na ustach, te też się podobały; miękkie, czułe. Dusza Kimiko śpiewała z radości niczym jaskółka. Szarość Lasu Smoka otuliła ich jak w kokonie, chroniąc przed oczami apodyktycznych mnichów, którzy pchani zazdrością zabraliby i tę przyjemność. Wierzyła, że tylko ona spośród członków zakonu doświadczyła magii pocałunków, wyjątkowej przyjaźni z mądrym człowiekiem. Łatwo oddała się przekonaniu o zasłużeniu sobie na promień słońca przebijający się przez chmurną masę rozczarowań.
Odłożył chusteczkę na trawę, odwracając uwagę Smoka Ognia – raz jeszcze spojrzała na kawałek haftu, pamiątkę włożonego ogromu starań. Wtem Chase zbliżył się raptownie do jej szyi. Cichutki okrzyk wydarł się z gardła Kimiko, zaskoczonej atakiem. Składał mocne, metodyczne pocałunki, od płatków uszu po rąbek kołnierza. Zabronił dziewczynie się cofnąć nawet o milimetr, przyciskając rękę do jej karku. Przyjmowała grad pieszczot, urzeczona apetytem Chase’a. Z niepojętą rozkoszą zobaczyła siebie samą w roli smoka przeznaczonego na lekarstwo. Obudziło się w niej nowe marzenie, żeby stać się remedium na bolączki łowcy. Sekretnym składnikiem jego wiekowej podróży przez życie. Słońcem.
– Najsłodsza mniszka – powtórzył szeptem tuż przy uchu, po czym delikatnie złączył ich usta.

Leżeli na trawie, wypatrując błękitu nieba. Źdźbła i dzikie astry pochylające się nad nimi łaskotały ich po czołach. Kimiko zwróciła głowę ku pogrążonemu w rozważaniach mężczyźnie. Wiatr wichrzył mu grzywkę.
„Taki przystojny”.
Wyczuł, że mu się przygląda, bo wyrwał się z kosmosu swych refleksji i wbił w nią w pełni świadomy, emanujący pragnieniami wzrok.
– Nie daj się im pomiatać, bo wówczas przekażesz władzę nad sobą – odezwał się.
– Jak to zrobić? Jestem tylko dziewczyną.
Zareagował śmiechem brzmiącym jak czternaście wieków doświadczeń historii – w mikro i makroskali – której karty osobiście przewracał.
– Aż dziewczyną, perełko. Sądzę, że w swoim czasie to zrozumiesz.
– Wolałabym teraz.
– Dobry nauczyciel nie podaje wszystkiego na tacy.
– Nie drocz się, tylko mi pomóż…
– Sama musisz sobie pomóc – prychnął. – Powiem tak, kiedy zyskasz świadomość tego, kim jesteś i ile znaczysz, im coraz ciężej przyjdzie cię krzywdzić i upokarzać.
– Mówisz do mnie zdaniami, jakich nie pojmuję – westchnęła z rezygnacją. – Że niby jaka świadomość?
Smutek i rozczarowanie odmalowały jej się na twarzy, ale Chase drążył bezlitośnie dalej, dobierając uprzejme słowa tak, żeby nie dało mu się zarzucić nietaktu a przy tym, by osiągnąć cel.
– Nie pojmujesz, ponieważ nie da się objąć umysłem tego, czego się nie zna, posłuszna córeczko, mniszko, koleżanko i dziewczynko.
Zagniewana wykręciła się do niego plecami, oplotła kolana ramionami i położyła na nich głowę. Liczyła na przeprosiny, ale nie, przyjaciel jak zawsze miał inne plany.
– Lecz intuicja mi mówi, że choć raz stanęłaś w obronie samej siebie.
Umysł przeszyła błyskawica, gruchnęła wprost w ośrodek nadal świeżych wspomnień; drygnęła na myśl o bójce ze współbratem.
– Yhym… – wymruczał Chase, dokumentnie śledząc reakcje towarzyszki, ugruntował się w trafność swych przeczuć. – Pamiętasz, Kimiko? Opowiedz mi.
Odwróciła się do niego, pokazując wielkie, wilgotne oczy i blade usta rozwierające się jak u wyrzuconej na brzeg ryby.
– On powiedział, że marnuję Dar Smoka Ognia w naszym pokoleniu – wyrzuciła od razu, widząc jak przez zaparowaną szybę migawki owego okropnego dnia. Pierwszy cios zadali przyjaciele, łamiąc wegetariańskie zasady. Obraz zmienił się i zobaczyła przenikające wilgotny półmrok plujące jadem usta Cheng Ko. Zamknęła mu je, tłukąc jego głową o ziemię. Przypomniała sobie, jak śliwki w cukrze wysypały się na błotnistą ścieżkę. Nie przestawała w biciu, słysząc w uszach melodię buntu, który wybuchł na krótką chwilę pod wpływem wieści o żądaniach Chińczyków z południa kraju, domagających się między innymi zrównania w prawach obu płci. Wieczorem przybył list z Japonii, a jego treść wywróciła porządek rzeczy do góry nogami. – Że moje życie nic nie znaczy!
– I co zrobiłaś, Kimiko?
– Pobiłam go.
– Co wtedy czułaś?
– Agresję. Przyjemność. – Uśmiechnęła się gorzko. – Kwiczał jak tłusty, mały prosiak.
– Walczyłaś o siebie, czyż nie?
– Nie wiem… chyba tak! – ostatnie słowo przypieczętowała naciskiem, wypatrując w sednie rozmowy usprawiedliwienia dla swego zachowania.
– Wyraziłaś skruchę?
– Na początku nie, ale później… – Uzmysłowiła sobie, że ciężej oddycha. – Przypomniałam sobie, co mówił tata.
– A co takiego mówił, Kimiko?
Pokręciła głową. Dopadło ją widmo kolejnego wspomnienia. Z zamkniętymi powiekami obserwowała dziewczynę siedzącą w skromnym pokoiku i wertującą zaciekle elementarz dobrych manier, jakby w nim kryła się w odpowiedź.
– W kobiecie czai się zło. Demony czekają na jego wybudzenie, żeby porwać nas do piekieł!
Długo nie komentował jej wybuchu, wciąż leżąc bez ruchu na trawie.
– Znaczy się, tylko ty zawiniłaś? A tamten chłopak?
Potarła rękawem zaczerwienioną twarz.
– Uważasz, że on nie sprowokował cię, nie obraził? Nie sądzisz, że oczekiwał od ciebie potulnej, podręcznikowej postawy godnej panien młodych?
Uspokoiła się nieco, sycąc się zimną logiką Chase’a. Doszła do wniosku, że faktycznie sprawiedliwie oceniał rzeczywistość, umiał wykryć i wykpić to, co nie pasowało, było upośledzone lub złe.
– Tak… sprowokował mnie…
– Słowa ranią bardziej niż pięści, prawda?
Zgodziła się skinieniem. Chase wstał i objął rękoma twarz mniszki.
– Uznałbym twoje zachowanie, jakkolwiek nieokrzesane, za przebudzenie świadomości. Opór wobec więzów. Niszcz dumę mnichów, Kimiko – napomknął przez zaciśnięte zęby. – Nie pozwól im sobą zawładnąć. Im częściej będą atakować twoje szczęście, tym mocniej je doceniaj i się nim ciesz.
– Nie zawiodę cię – rzekła, choć jeszcze nie wiedziała sposobów, aby wywiązać się z obietnicy.
– Nie zawiedź siebie – poprawił, a następnie zachichotał. – Nikt nie odbierze ci tego…
Pocałował ją mocno, co ożywiło Japonkę niby umierającą z pragnienia roślinkę nadzieją na lepsze jutro. Ich sekret urósł do czegoś więcej niż wydawał się na początku. Do ucieczki przed klasztorem, chwilami na oddech nieskrępowanym ciasnym gorsetem xiaolińskich zasad. 


 ***

Jesień eksplodowała magią barw. Trzy lasy okalające świątynie żółciły się i czerwieniły w najlepsze, załamując w ociężałych wilgocią liściach coraz bledsze promienie słoneczne. Listopad uciął ostatecznie cykot świerszczy, wyganiał ptactwo ku cieplejszym prowincjom kraju, chłostał nagie pola ryżowe.
Wraz z uciekającymi dniami umierała przyroda, co potęgowało przygnębienie szerzące się w okolicy wskutek niepokojących wieści. Piśmienni dzielili się informacjami z niepiśmiennymi. Znaki na ogłoszeniach wskazywały na najgorsze, coś, czego nie da się odwołać. Na prośbę gubernatora zaproszono stuosobowy oddział żołnierzy republiki do przeczekania zimy w klasztorze i w usytuowanych obok niego wioskach po to, by na wiosnę skutecznej zabezpieczyć północno-zachodnią część prowincji. Wielowiekowa praktyka nakazywała ludności cywilnej udźwignąć zaszczyt wykarmienia dzielnych wojaków, zapewnienia im schronienia, a także rozrywek.
– Przyjdą darmozjady – spluwał pan Sui, zakopując skrzyneczkę srebra na tylnych ogrodach. – Same problemy.
– W Szanghaju nie ma żołnierzy – marudziła córka, ustawicznie wiercąca mu dziurę w brzuchu – tylko cywilizacja!
Wizji wojska stacjonującego za zagrodą nigdy nie przyjmowano z entuzjazmem, zwłaszcza przez chłopstwo brzydzące się nieróbstwem. Przywara ta najlepiej określała ułamek narodu ani na jotę nie przyczyniającego się do pomnażania materialnego bogactwa kraju. Rzemiosło, jakim parali się żołnierze – brutalne, pozwalające puszczać cugle krwiożerczym instynktom – stawiało ich zaledwie o jeden szczebel wyżej w hierarchii społecznej od żebraków oraz naciągaczy.
Dotychczas wojna domowa lekceważyła ich powiat, jednak teraz, węsząc malejący popyt na towary luksusowe, a także zwabionych niby pszczoły do miodu szabrowników i bandytów przyczajonych na drogach, majętni przedsiębiorcy masowo zwijali interesy, ruszając na wybrzeże.
Kimiko szła wzdłuż ciasnych, wydeptanych uliczek, co rusz otulając się szczelniej pelerynką, gdy mijała kolejny, zamknięty sklep. Zdjęte szydle i zabite, przypominające głębokie oczodoły okna szarych budyneczków, gdzie nie tak dawno temu zaopatrywano się w pielęgnujące olejki, porcelanę i papier, kazały myśleć o czymś, co od kilku tygodni spychała na skraj świadomości – o drugim świecie, rzeczywistym, chciwym, złym, w jakim priorytet stanowiły przygotowania do wojny. Przedzierała się więc uliczkami z pionową zmarszczką między brwiami, przeklinając ojca, który oczywiście nie zabrałby jej z klasztoru na czas konfliktu. Jako Smok Ognia musiała wziąć w nim udział. Skoro wybrała Xiaolin, rodzina oczekiwała, że zachowa się, jak przystało.
Najchętniej wieczność spędziłaby na zabawach w Lesie, bo w nim zapominała o obowiązkach, strachu czy nudzie. Cierń tęsknoty ukłuł ją w żebra. Niecierpliwie odliczała godziny do następnego spotkania.
Podniosła głowę, ze zdumieniem odkrywając, że zawędrowała aż pod dom rodziny Sui. Przed bramą drzemała młoda dziewczyna, grzejąc się w popołudniowym słońcu. Siedziała na stołku, a pod jej stopami pałętała się miotła. Kimiko wykonała błyskawiczny zwrot, wypraszając w Niebiosach, by nie natknęła się teraz na kogoś z rodziny. Nie dokończyła swego życzenia, gdyż zza pleców dosięgło ją łajanie:
– To twoje zamiatanie podwórka, żółwiu? Za to niby moja matka ci płaci?
Ruling prezentowała się wytwornie w futrzanej etoli i długim płaszczyku w kolorze głębokiej czerwieni. Ściągnęła pochmurnie brwi, sztyletując złowrogim wzrokiem bijącą pokłony służącą. Wtem spojrzała nieco dalej i natychmiast złagodniała.
– Mniszko Xiaolin! Mniszko Xiaolin, poczekajcie! – krzyknęła, energicznie wymachując ramieniem.
Podbiegła do Kimiko, która chcąc nie chcąc musiała odwrócić się i pokłonić na przywitanie.
– Szlachetna mniszko! – Ruling zaczerpnęła powietrza, po czym położyła ręce na barkach Japonki. – Promieniejcie! Buzia wam się zaokrągliła, czyżbyście odstawili posty? Wasze oczy i włosy lśnią, a policzki takie rumiane… No, pokażcie ząbki!
Lustrowała ją od czubka głowy po stopy, zasypując co rusz komplementami. Obmacała palce, potarła punkty za uszami, obejrzała obydwa profile.
– Gromadzę tłuszcz na zimę – wybąkała Smok Ognia, szczęśliwa z zagojenia się siniaków.
– Haha, a ja wciąż twierdzę, że w Szanghaju zrobilibyście furorę. Taki salonowy kotek… Wracacie do klasztoru, co? Odprowadzę was, akurat wybierałam się na spacer. Dlaczego już nas nie odwiedzacie? Matka tęskni. Tak po prawdzie to chciała złożyć zamówienie na specjalne modlitwy, ale wiecie... ach, tak, racja, wasz narzeczony, tak. Przykro mi, ja…
– Nie ma czego – Kimiko przerwała wylewny potok słów.
Kroczyły ku północnej bramie miasteczka. Starsza dziewczyna trajkotała, a młodsza odpowiadała pojedynczymi zdaniami, co wcale nie przeszkadzało pierwszej, gdyż uwielbiała ona opowiadać. Kimiko wielokrotnie w przeszłości dociekała powodów atencji Chinki względem niej, aż wreszcie wykoncypowała: jako cudzoziemka z nowoczesnego kraju cieszyła się szacunkiem w oczach tamtej wyłącznie ze względu na pochodzenie i status, nie zaś za osobowość. Najwidoczniej stąd Ruling wyzwalała w niej negatywne uczucia. Zastanawiała się, czy podświadomie zdaje sobie ona sprawę z ukrytej niechęci mniszki i tylko udaje sympatyczną? Albo głupią?
Niemniej dziś Smok Ognia mogła jej słuchać, a przemawiała przez nią ciekawość na temat wielkiego miasta. Z całego serca pragnęła przeniknąć Chase’a Younga, zaś umożliwić to powinno spojrzenie na świat z jego punktu widzenia. Chciała wiedzieć to, co on, aby zrozumieć wpływy, które go ukształtowały. Przyjaciel widział owe miasta z betonu i szkła, ulepione rękami obcych stylów. Nastawiła zatem uszu i otwarła szeroko oczy fantazji. Sycąc się opowieściami Ruling, próbowała uchwycić obraz Szanghaju.
– A po ulicach mkną niczym łódki tramwaje i samochody. Przypominają gigantyczne, tłuste gąsienice z lśniącymi pancerzami, choć przemieszcza się nimi szybciej niż w lektyce czy na rowerze, mimo to nie słyszałam, aby w mieście ktokolwiek rozwinął ich pełną prędkość.
– Czemu?
– Bo w mieście panują okropne korki, koszmar.
– Hm… macie na myśli zapchane ulice? Kojarzę takie w Tokio.
– Dokładnie. Wyobraźcie sobie, od południa do wieczora przeciskacie się miastem, że chyba nawet na ośle dotrzecie do celu prędzej.
– Skoro tak, po co wydawać majątek na samochody?
Ruling zaśmiała się, trzęsąc głową, aż kolczyki nawleczone na uszy odbiły srebrzyście refleksy słońca.
– Ach, ciągle zapominam… Im chodzi o prestiż. Bogaci traktują samochody jako lektyki, a tylko nimi mogą poruszać się kobiety. – Zmarszczyła nos. – Jeszcze…
Zadął silniejszy wicher, roztaczając wokół zapach perfum. Ruling poprawiła etolę, sięgając spojrzeniem aż po obłoczki lekkiej mgły zawieszonej na odległych stokach sąsiednich wzgórz.
– Musieliście tęsknić za naszą prowincją – zauważyła Kimiko, z czułością patrząc na barwne aleje olszy. Wysoko w górze stykały się ze sobą, tworząc urokliwe baldachimy. Listowie rzedło z dnia na dzień. Dwa złote listki oderwały się z gałęzi, a opadając, wyczyniały w powietrzu popisy godne akrobatów.
– Nie.
Japonka popatrzyła na rozmówczynię. Mimo iż urodziła się i wychowała w powiecie Dafeng, chyba zupełnie nie czuła jedności z ziemią przodków. Marsowiała na twarzy, ilekroć poruszano przy niej temat mieszkania tu. Najwidoczniej marzyła, aby porzucić rodzinę i zawojować tętniący życiem świat, dlatego tak usilnie starała się wyróżniać na tle okolicy, zataić swój rodowód.
Zanurzyła dłonie w kieszeniach płaszcza, krzyżując się wzrokiem ze Smokiem Ognia.
– Rola nie da mi perspektyw, zresztą przywykłam do miejskiej atmosfery. Tu się duszę. Przytłacza mnie cisza…
Niespodziewane milczenie zakradło się między nimi. Szły gościńcem wśród śpiących pól zalanych blaskiem dnia. Słońce powoli schodziło z piedestału nieba, jednak do krawędzi horyzontu nadal zostało mu nieco drogi. Muł i ziemia wydzielały miłą woń. Z kominów niektórych chat wydobywały się wirujące smugi dymu. Kimiko uśmiechnęła się z leniwym zadowoleniem. Ta kretynka Ruling nigdy nie usłyszy rytmicznego pulsowania natury – nieujarzmionej, harmonijnej i niezmiennej, a równocześnie zadziwiającej przez wzgląd na niepowtarzalne, ulotne piękno każdego dnia. W byle muśnięciu wiatru, w zapachu ściętego ryżu, cieple ziemi dostrzegło się równowagę, wyciszającą niepokoje i choroby duszy. W otoczeniu lasów i łąk prawa natury wydawały się proste i skomplikowane zarazem, porażały wielkością, a przy tym zapewniały o swej łagodności. Czy z ziemi Chase Young czerpał spokój? Niewątpliwie doceniał dary przyrody, sycił się jej obfitością. Nauczył Kimiko widzieć owo niedostrzegalne piękno, kruche zależności między żywiołami.
– Ogień niszczy – skarżyła mu się raz. – Jaki z niego pożytek dla natury?
– Nadmiar każdego żywiołu szkodzi – odpowiedział cierpliwie. – Ale twój ma największą moc, a z pewnością jest bardzo potrzebny współczesnym ludziom. Bez niego nie ma broni, narzędzi, domów.
– Dźwięk ginie w Lesie Smoka – wyszeptała, cytując przyjaciela.
– Hm, co mówisz? – spytała koleżanka, ocknąwszy się z zamyślenia. – O, a przy okazji, nie mogę się doczekać roztopów. Wtedy wracam na wybrzeże, na stałe… Przekonam rodziców, że nic nas tu już nie trzyma – zmierzała do tematu konfliktu.
Japonka walczyła z ochotą wyśmiania dziewczyny, wszak czyż wojna nie rozszerzy się aż na jej ukochane „brudne mozaiki” na wybrzeżu? Zło karmi się złem, rozciąga, ewoluuje, nabierając sprytu. Kwestią czasu jest, nim Ruling pojmie owe prawa.
– A wy, mniszko? Chyba nie spędzicie reszty życia w klasztorze? – zaatakowała.
„Mogłam się spodziewać”.
– Hm, czemu nie? Poza Lasem Smoka niczego więcej mi nie trzeba.
Nim zrozumiała sedno tego, do czego impulsywnie się przyznała, towarzyszka wyraziła swoje zmieszanie:
– Nawiedzony Las? Chyba żartujecie? Do czego niby go potrzebujecie?
Kimiko, wciąż nie wierząc w to, co powiedziała, wypaliła:
– A wy czemu uważacie go za nawiedzony?
Ruling zaśmiała się nieszczerze.
– Czemu? Ano popatrzcie sobie! – Wycelowała palcem w stronę majaczącej w oddali zielonej kopuły. – Drań nawet nie zrzuca liści!
– Rzeczywiście fenomen – zgodziła się. – Stoi za nim specyficzny klimat. Las Smoka zawsze traci liście później niż pozostałe trzy.
– Właśnie, już samo to czyni go stukniętym. Zachciewa się przyrodzie wyjątków.
– Bo jest wyjątkowym miejscem – upierała się Japonka, zachowując zimną krew i niewzruszony głos. – Tak niesamowitym, że zamieszkuje go Król Smoków.
– Raczej Król Samobójców i Wariatów! Ludzie boją się zakładać przy nim domy, poza wami, mnisi. Zapomnieliście o tegorocznych zniknięciach ludzi?
– Ludzie przestali znikać, a Lasowi nikt nigdy niczego nie udowodnił.
– Bo nigdy nie odnaleziono ciał. Las Smoka je pożarł – odparowała zręcznie Ruling, a po chwili wybuchła śmiechem. – Kłócimy się o jakiś las jak o żywą istotę!
Przystanęły na środku drogi, przy drzewie śliwy, patrząc po sobie zawstydzone.
– Tak… masz rację – pierwsza odezwała się Kimiko. – Ten Las jest faktycznie dziwny. Kto wie, jak złowrogie czają się w nim upiory?
Oczywiście pamiętała ostrzeżenia Chase’a o zabijającym, żądnym zemsty Lesie Smoka, niemniej nie umiała dać im już wiary. Zaznała w nim tyle dobra, że oczernianie Lasu wydawało się absurdalne.
– Upiory? – parsknęła Ruling. – O upiorach nie słyszałam, ale Królowi Smoków coś się chyba pomieszało, skoro pozwala mu na różne hece.
– Kto by sądził, że tak postępowa dziewczyna boi się kilku drzew – wyzłośliwiła się Kimiko, bo choć przytyk nie należał do klasy wysokich lotów, nie umiała się pohamować. – Niby jakie hece? Las nie zrzuca liści?
– Ja wiem, jak niedorzecznie brzmię, ale słuchajcie. Zanim do nas przybyliście, znaczy wy i reszta cudzoziemców, zdarzało mi się bawić razem z mnichami przy Lesie, choć osobiście nigdy nie odważyłam się do niego wejść. Wtedy czułam… nie wiem. – Zatrzęsła się, szukając odpowiednich słów. – Dziwne uczucie, jakby mnie, nas, ktoś obserwował. W każdym razie odwracałam się za siebie, bo czasem słyszałam szepty, ale nigdy… – Pokręciła głową. – Nie ważne, dziwny las i tyle. Nie wiem, czym się tu zachwycać.
Kimiko zwróciła twarz w przeciwnym kierunku, wściekła na szkalowanie Lasu.
Światło dnia dawało coraz mniej ciepła, mgła gęstniała, w powietrzu zatańczył srebrny kurz. Ruling zatrzepotała kaskadą czarnych włosów. Kolejna fala cedrowej woni przytłumionej alkoholem rozeszła się po okolicy.
Japonka nagle zapragnęła przywilejów koleżanki. Czy spodobałoby się Chase’owi, gdyby tak skropiła się drogimi perfumami i pachniała pięknie niczym ukwiecona gałązka ogrzana w słońcu?
– Odkryliście, co zaatakowało waszego mnicha? – kontynuowała Ruling.
Wzruszyła obojętnie ramionami.
– Liu Baia pogryzło dzikie zwierze, na własne życzenie. Musiał narazić się leśnym duchom.
Ruling przyjrzała się mniszce z ukosa. Przygryzła uszminkowane wargi. Cisnęła się na nich szczere spostrzeżenie:
– Zmieniłaś się, Kimiko.
Zwracając się do niej bezpośrednio, naruszyła niepisane reguły wzajemnego szacunku między kastą mnichów a „kroczącymi w zakurzonym świecie”. Przystanęły przy zmurszałych resztkach schodów z kamienia.
Kimiko raz jeszcze omiotła Ruling przelotnym spojrzeniem; trzewiki z koziej skóry, teraz oblepione błotem, kontrastowały z wyczyszczonym i wyprasowanym płaszczykiem z grubego jedwabiu i futrzaną etolą, w której srebrzyły się gdzieniegdzie srebrne drobiny pyłu znad pola. W uszach połyskiwały drobne klejnoty. W Japonce zbudziło się olbrzymie pragnienie, aby pokazać się w wiosce w sprezentowanych ozdobach do włosów. Oczy wylazłyby wszystkim z orbit.
– Naprawdę? – Uniosła lekko brew.
Głęboka bruzda zmarszczyła czoło Ruling.
– Posłuchaj – zaczęła troskliwie. – Wiem, przeżyłaś ogromną stratę, ale… nawet go nie znałaś. A prawie mąż, to jeszcze nie mąż. Ponadto wybrali go dla ciebie rodzice. Dlatego nie miej mi za złe to, co powiem, ale otrzymałaś nową szansę wprost z Niebios.
Ona nie miała pojęcia, jakie przeznaczenie zgotowała jej rodzina. Kimiko zachciało się śmiać.
– Tak sądzicie?
Weszła na dwa pierwsze stopnie, wymyte przez deszcz i wklęsłe od kroków, dając jasny sygnał, że należało rozejść się w przeciwne strony. Mniszka musiała zdążyć na zbiórkę, nim jednak zrobiła kolejny krok, ręka Ruling chwyciła ją mocno za nadgarstek.
– Mam przyjaciela w Szanghaju – wydyszała, patrząc z pasją prosto w niebieskie oczy. – I jeśli rodzice nie zgodzą się wyjechać wraz ze mną, ja… już nigdy nie wrócę. Na wiosnę zamieszkam w mieście na stałe, nawet jeśli matka mnie wyklnie, a ojciec wydziedziczy. – Złapała oddech. – Zaklinam, nie żyj przeszłością. Mój kraj pozwolił się nią prowadzić cztery tysiące lat i spójrz, co z tego wynikło... Jest tyle do naprawienia.
Kimiko wyrwała się.
– Muszę wracać, mistrz się rozgniewa. Nie wie, że zeszłam tu sama.
– Naprawdę się zmieniłaś – wyszeptała rzewnie – Posłuchaj, pomódl się za mnie, kiedy stopnieją śniegi, i za naszą prowincję, kiedy żołnierze… – głos jej się załamał.
Patrząc na tę chińską laleczkę o niepretensjonalnym sposobie bycia, Kimiko zadała sobie pytanie, dlaczego właściwie darzy ją niechęcią? Czym zbrodnia Ruling – ślepy podziw dla cudzoziemców – różniła się od zbrodni rodziny Tohomiko, wpatrzonej w sąsiedni kraj jak w bóstwo?
Spodobałaby się Chase’owi.
– Pomodlę się – obiecała łagodniejszym tonem i w tej samej chwili poczuła zaplatającą się między nimi nitkę zrozumienia. Smok Ognia żałowała, że wcześniej nie zawiązały przyjaźni. Nauczyłaby się przy niej więcej na temat kobiecej niezależności, tak wywyższanej przez współczesny świat.
Skocznymi krokami pokonała kolejne stopnie. Odwróciła się raz jeszcze, żeby upewnić się, czy koleżanka nadal stoi przy pierwszym stopniu, pomachała jej i krzyknęła wesoło:
– Do widzenia!
Następnie omiotła czule Las Smoka drżący w spowijającej go coraz gęściej fioletowej mgle. Pląsające światło późnego popołudnia tworzyło niesamowite iluzje. Nabrała w płuca górskiego powietrza.
„Miło, że Ruling też ma przyjaciela!”

***

– Wasza Wysokość, ja...
Czubek ostrza zawędrował niżej, jasnoczerwona krew spłynęła na podbrzusze, brocząc spodnie i trawę. Plamy przywodziły skojarzenie rozkwitających peonii. Gorzki zapach smoczego eliksiru wyczulał nerwy, dzięki czemu doznania dzisiejszej nocy intensyfikowały się.
Zacisnął powieki, nie dając już rady znieść nienawiści pana maskowanej powierzchowną uprzejmością. Otaczający ich bracia zastygli, nie ośmielając się nawet pisnąć. Zgięci w pokłonie do samej ziemi, wgniatali czoła w zeschnięte błoto.
– Co się stało? Czemu na mnie nie patrzysz?
Pot zalśnił na karku i nagim torsie wojownika. Zawsze bał się pytań księcia.
– Przecież lubisz na nas patrzeć – ciągnął. – Więc co takiego marzy ci się ujrzeć, kiciusiu?
Miecz bez wysiłku ciął brzuch Jebaka, że gdyby Chase Young pchnął go nieco głębiej, na trawę wylałyby się białe kiszki. Wojownikowi drżały mięśnie, ale ani nie jęknął, ani nie próbował uciekać.
Twardy kiciuś.
– Jak zdzieram jej skórę? – podsunął, jakby proponował herbatę. – Albo rżnę nożem?
Miecz dotarł do pępka. Jebak przełknął ślinę.
– Panie, to nie tak…
– Cii… – Zabrał ostrze po to tylko, by przyłożyć mu je do krtani. – Wiesz co? Powinienem odrąbać ci chuja, ale zostawię ci go, żebyś dalej mógł sobie z nią pielęgnować przyjaźń. – Łobuzersko puścił oczko do bladej ze strachu blondyneczki wciśniętej między innych wojowników.
– Panie mój, przysięgam…
Książę wyrzucił miskę z Lao Mang Long przed siebie, a ta z wizgiem przeleciała nad głową Crova, uderzyła w drzewo i rozbiła się w mak. Szarpnął Jebaka za włosy, by przybliżyć go do siebie. Zimna stal kaleczyła mu skórę na karku.
– Przysięgałeś pięćset lat temu. Wystarczy – rzekł pan obojętnie. – Nie twoja wina, że masz długi język. Dawno powinienem ci go uciąć. Otwieraj.
Kolory uciekły z twarzy mężczyzny. Nie poruszył się. Do końca wierzył, że książę mu daruje. Zaklinał się w duchu, że nigdy więcej nie będzie rozsiewał plotek, ubliżał mnisiej kurewce ani podsuwał władcy pomysłów, jak ją wykończyć, wszak pan sam wiedział, jak się tępi małych wrogów. Jego Wysokość uniósł brwi i uśmiechnął się. Jebak poczuł ulgę. Wtem pan zacisnął rękę na gardle sługi. Wojownik stęknął, zaskoczony nagłym odpływem tlenu. Usłyszał bulgot. W oczach pociemniało, a język sam wysunął się spomiędzy warg. Serce zwolniło pracę.
W świetle gwiazd błysnęło ostrze i niewielki kawałek mięsa opadł obok stóp księcia. Ręka zwolniła ucisk. Gorący strumień krwi zrosił ziemię. Jebak bełkotał i jęczał na przemian, żyły na jego czole nabrzmiały. Poczołgał się do Jego Wysokości i oplótł mu nogi ramionami. Dwa metry dalej rozszlochała się Dziwka. Chase Young patrzył na scenę przed sobą, zastanawiając się, co właściwie czuje? Bardzo cenił Jebaka, jako że był jednym z ulubionych wojowników. Niemniej na zewnątrz książę wydawał się uosobieniem spokoju, tą obojętnością wzbudzając w niewolnikach lęk. Wiedział dzięki temu, że po dzisiejszym incydencie namyślą się pięć razy, nim zdecydują się znów wtrącać mu w plany i życie prywatne.
Blondyneczka płakała nielitościwie, przeklinając swego władcę oraz jego przodków aż do dwudziestego pokolenia wstecz.
„Ździra”.
Kopnął Jebaka, uwalniając się wreszcie z objęć. Wciąż dzierżąc miecz, postąpił wolno w stronę kobiety.
– Kici, kici – zawołał. – Chodź, kochanie.
Nie zdążyła się uchylić. Złapał ją za włosy i powlókł po trawie. Rzucił tuż obok kochanka. Zerknął na swe palce – wyrwał blondyneczce garść kudłów, na niektórych perliły się szkarłatne kropelki.
„Kimiko ma długie, piękne włosy…”
Z tą refleksją w umyśle klęknął na prawe kolano, przekrzywił głowę i spojrzał beznamiętnie na kobietę. Nagle wzbudziła w nim niesmak. Odgarnął jej z czoła grzywkę. Łzy żłobiły ścieżki na policzkach ubrudzonych krwią Jebaka.
„Nie wierzę, że kiedyś się w niej spuszczałem”.
– Przez ciebie musiałem wymierzyć mu karę – zawyrokował niczym nauczyciel krnąbrnemu uczniowi. – Twoja obsesja kosztował go mowę.
Raz jeszcze szarpnął za włosy blondyneczki, zniżając ją do kępki trawy, na której nadal dygotał odrąbany kawałek mięsa. Nie zdołała się wyrwać. Przycisnął ją aż do ziemi, by wzięła w usta język kochanka. Krzywiła się i łkała. Książę zatkał jej wargi, aby nie ważyła się wypluć śniadania zbyt wcześnie. Nie przed tym, nim nieco je przemieli. Zieleniała i pociła się, walcząc z odruchami wymiotnymi. Chase Young trzymał ją mocno, napawając się widokiem tortury. Niespodziewanie wybuchł śmiechem, po czym rzucił Dziwkę wprost w ramiona zagubionego Jebaka. Zgięła się wpół, wyrzuciwszy z siebie krwawozielonkawy strumień. Kasłając, płakała.
Śmiech księcia Heylin w jednej chwili zamarł. Wymierzył poplamione krwią ostrze w stronę armii wojowników.
– Jakieś jeszcze propozycje, co m u s z ę zrobić z mniszką Xiaolin?
Osiem tysięcy wojowników nie ważyło się otworzyć pary z ust. Na pytanie odpowiedział niemo trzaskający wiatr. Władca popatrzył w czarną otchłań nieba. Od wschodu na chmurach podrygiwała szarość, coś jak wyblakłe płomienie.
„Banda tchórzliwych kotów”.
Zapragnął wpić się w usta Kimiko. Ona by się go nie bała, tak jak ci tutaj. Mrowiło go w środku. Splunął i odwrócił się do wojowników plecami, a następnie ruszył ku drzewom. Długi miecz odcinał się od mrocznego tła, lśniąc delikatnie, ubrudzony plamami krzepnącej krwi. 

 ***

Zatrzymała się przed kręgiem cienia poranionego plamkami błękitu. Przyjaciel siedział pod rozłożystym drzewem w pozycji lotosu. Tym razem nie miał ze sobą jedzenia, przyniósł miecz jarzący się w trawie srebrnym poblaskiem. Mokra grzywka przylepiła się do czoła, jakby dopiero co obmył twarz w strumieniu. Wpatrywał się w Kimiko intensywnie.
– Boisz się mnie?
Potrząsnęła głową.
– To czemu nie podejdziesz bliżej?
– Bo jesteś jakiś nieswój. Stało się coś?
– Nie.
Powędrował spojrzeniem tam, gdzie spoczął jej wzrok.
– Umiesz szlifować miecze? – zapytał.
– Tak.
Chwycił za rękojeść cienkiej, długiej broni i rzucił ją w stronę dziewczyny.
– Łap.
Kimiko wykonała salto do tyłu, podskoczyła i w ostatniej chwili przechwyciła miecz. Ważąc go w dłoni, uzmysłowiła sobie, jak bardzo był ciężki.
– Przekłuwano i hartowano go dla mnie sto osiemnaście razy – Usłyszała. – Dobra broń?
– Doskonała – westchnęła, czując uginające się pod nią kolana.
– Najpierw go zamocz.
Przytaknęła mechanicznie, sunąc palcami po smoczych ornamentach.
– Kimiko?
Popatrzyła na niego.
– Tak?
– Ostrząc go, mów do mnie. Pragnę cię słyszeć. – Oparł się o konar drzewa, przymknął oczy i uśmiechnął się. – Chcę, żebyś opowiedziała mi jakąś cudzoziemską bajkę.
Japonce zaschło w gardle. Pokłoniła się Chase’owi z nabożnym szacunkiem i ruszyła w kierunku szemrzącego strumienia, cały czas czując na plecach przenikliwy wzrok. Przypomniała sobie przestrogi Ruling. Odwróciła się, aby przekonać się, czy on nadal tam siedzi – nie pomyliła się. Był niewzruszony, przynajmniej z pozoru, ale nie potrafiła oprzeć się wrażeniu, że coś się zmieniło. Nagle przestraszyła się, że z jej winy, a nie chciała stracić kontaktu z łowcą. Czym prędzej pobiegła ku wodzie. Zatopiła klingę w zimnym prądzie. Miecz stracił nieco na ciężkości. Rybki o białych grzbietach przepływały obok, co nadawało broni dziwny urok. Oplatające rękojeść smoki zdawały się żyć, ich uzbrojone w zęby paszcze zastygły w wyrazie okrutnego śmiechu.
Wróciła pod drzewo i nieśmiało usiadła obok. Na trawie leżał swobodnie kamień, więc oparła o niego miecz.
– Szlifuj go ukośnie – polecił Chase, wkładając jej w dłoń osełkę, niewielki blok diamentu.
Kimiko wstrzymała oddech, bojąc się wykonać pierwszy ruch. Patrzyła na przyjaciela zaokrąglonymi z wrażenia oczyma.
– Przecież go nie popsujesz – zapewnił, śmiejąc się z jej obaw. – A nawet jeśli, chyba nie myślisz, że cię zetnę, co?
Zaśmiała się z wisielczego żartu, nieco nerwowo, ale odetchnęła z ulgą, że łowca wraca do siebie. Skrzyżowała nogi, przystawiła blok do głowni i potarła. Rozległ się równy, przyjemny dla uszu wojowniczki dźwięk ścieranej stali. Towarzysz też musiał go doceniać, ponieważ zamknął powieki i westchnął głęboko.
– Opowiadaj.
– Ale… wyleciały mi… – odparła zgodnie z prawdą. – Poczekaj, zastanowię się... co powiesz o syrenie, która chciała mieć nogi?
– Wszystko mi jedno, mów.
Kimiko zatem mówiła, szlifując miecz, a im bardziej zatapiała się w opowieść, tym odkrywała więcej luk w swej pamięci. Aby nie zaburzyć toku narracji, łatała ją motywami i postaciami z baśni japońskich i chińskich. Chase tymczasem nie spuszczał wzroku z jej pracujących dłoni, metodycznie szurających po polerowanym mieczu.
– I kiedy wybiła trzecia straż, syrena zrozumiała, że nie umiałaby skrzywdzić cesarza, dlatego wbiła nóż we własne serce, lecz nie umarła, tylko zmieniła się w magicznego dzika, żeby móc opiekować się nim i jego żoną.
Zagwizdał.
– Słodka bajka. Uczy zmieniania się dla faceta, zamiast akceptacji samej siebie.
– Nieprawda, raczej o miłości do, no, prawie-męża, i poświęceniu.
– Czyli to, co mówię: wpaja małym diabliczkom z Zachodu niewolnicze uwielbienie i podporządkowanie się wymogom urody, bez względu na ich własne samopoczucie i szczęście. Przykre.
Kimiko pokręciła głową z politowaniem.
– Jak zawsze szukasz dziury w całym.
– Nie, po prostu patrzę na sprawy z wielu punktów widzenia – wyjaśnił. – Gdyby syrena została w morzu, znalazłaby sobie jakiegoś trytona. Tak to wykiwali ją i do końca swych dni przyjdzie jej niańczyć mężczyznę, który nawet nie wie o istnieniu biedaczki, jego kobietę i gromadkę ich głupich bachorów.
– Przynajmniej spełniła marzenie – wyszeptała Kimiko, oddając mu wypolerowaną na błysk broń.
– Żałosne marzenie, ale wierz sobie, w co wolisz.
Przyjął miecz z powrotem, bez żadnego zainteresowania wypisanego na twarzy. Cokolwiek w niego wstąpiło, pod wpływem leśnej ciszy i łagodnemu głosu Japonki wyparowało.
Burczenie w jej brzuchu podziałało na niego nie gorzej od kubła zimnej wody.
– O, wybacz, zapomniałem o malinach...
Machnęła prawą ręką, a lewą przytknęła do awanturującego się żołądka.
– Dziś w klasztorze serwują sałatę w panierce.
– Pyszności!
Pchnięta odwagą, że przyjaciel wynagrodzi jakoś inaczej brak śniadania, przysunęła się do niego bliżej. Odstawił miecz na trawę, nie zrywając kontaktu wzrokowego z Kimiko.
– Zdrowo wyglądasz, wiesz?
Odsłoniła rząd białych zębów.
– Nie jak zagłodzona mniszka? – dopytywała, łakoma na komplementy.
– Zdecydowanie nie. – Postukał się palcem o podbródek, udając, że dobiera odpowiednie określenie. – Prędzej jak panna, do rodziców której wysyła się swatki.
– O, przestań – zachichotała, klepiąc go lekko w ramię.
Złapał ją za tę dłoń i nie puścił.
– Powiedz mi, jak reagują inni mnisi, gdy przechodzisz obok?
– No… – Zaskoczyło ją pytanie o braci. – Szczerze mówiąc, nie przyglądałam się. Co mnie oni obchodzą? – dodała wrogo.
Najwidoczniej jej reakcja spodobała się przyjacielowi. Cień w kącikach ust pogłębił się, formułując lisi uśmiech.
– Powinnaś się im przyglądać, bo oni z pewnością przyglądają się tobie.
Oddech Kimiko stał się nieregularny. Kurczyła się pod ostrzałem Chase’a.
– Staną się dla ciebie milsi, wiesz? Będą zabiegać o twoją uwagę.
– Czemu niby? – spytała, choć podświadomie wyczuwała, że słowa Ruling nie znaczyły więcej niż czcza gadanina. Czyżby nieco więcej tłuszczu pod skórą rzeczywiście czyniło atrakcyjniejszym?
Ujął ją za podbródek, mierząc wzrokiem.
– Mając zjawisko na wyciągnięcie ręki?
Wypuściła powietrze z ust. Odruchowo dotknęła palcami warg Chase’a. Wycofała się, oszołomiona elektryzującym ciepłem i miękkością.
– Chcesz się całować?
– Tak – wysapała.
– Podoba ci się to?
– Bardzo.
– Jak bardzo?
Dialog z nim i czujne spojrzenie złotych ślepi przywodzące skojarzenie myśliwego polującego na sarnę odebrało jej dech. Coś rosło w środku niej, wariowało od czekania, aż dziewczynie pociekły z oczu łzy.
– Myślę o tym często i o tobie – wyznała drżącym głosem. – Czy to naturalne między przyjaciółmi?
Rozszerzyły mu się źrenice.
– Nie znam niczego naturalniejszego – wyszeptał. – Ja za to często myślę o tobie. Czasami doprawdy w nieodpowiednich momentach – dodał ze śmiechem. – Piękne włosy.
Pogłaskał ją po głowie, napierając na Kimiko, która po chwili niemal pod nim leżała. Z ich na wpół otwartych ust co rusz uciekały chichoty albo urywane westchnienia. Niespodziewanie Chase spoważniał, biorąc w rękę policzki Japonki i ściskając je lekko.
– Obiecałaś mi przyjaźń – przypomniał ostro.
W pierwszym odruchu dziewczyna spłoszyła się, jednak wystarczyło zerknąć na wypogadzające się oblicze łowcy, by wziąć te warknięcia za objaw dobrego humoru.
– A ty niby nie? Chyba nie zdradziłeś mnie, co? – przedrzeźniała ton jego głosu, podejrzliwie zmrużyła jedno oko, na co mężczyzna skinął ze zrozumieniem. Kimiko powoli nabierała doświadczenia w słownych gierkach z przyjacielem.
Dopiero kiedy przycisnął ich usta do siebie, bezceremonialnie rozdzielił i wepchnął język między jej zęby, pojęła, jak sam pragnął gorącego pocałunku. Odwzajemniła gwałtowny wybuch namiętności, próbując na nim nadążyć i aktywnie uczestniczyć. Nagle łowca potraktował jej biodro, to ze znamieniem, potężnym uściskiem dłoni. Wzdrygnęła się i stęknęła. Zawrócił rękę na talię. Mimo ataku Kimiko wcale nie było przykro. Właściwie jego śmiały gest odebrała jako przejaw zainteresowania, do jakiego zdążyła przywyknąć i jakie oczekiwała. Nie wiedziała, czy to, czego pragnie, jest moralne czy nie, ale modliła się, żeby Chase Young bronił jej z zazdrością, otwierał oczy na świat i nigdy nie przestał okazywać pieszczot.
Instynkt wojowniczki
kobiety
podpowiedział, że on chciałby zajeść z nią dalej, zrobić o wiele więcej w okrągłym cieniu wielkiego drzewa, lecz coś go zatrzymało. Momentalnie znieruchomiał, taksując leżącą na trawie płomiennym spojrzeniem.
– Kimiko, przypomnij mi, proszę, o czym marzysz? – wypalił niespodziewanie.
Patrzyła na niego błyszczącymi oczyma, rejestrując łaskoczące ciepło w okolicach lędźwi. Musiała odsapnąć, aby udzielić mu odpowiedzi.
– Sięgnąć nieba.
Czy nie czas zrewidować marzenia? Są dziecinne.
– Czy tylko?
„Nie, chcę być twoim smokiem! Twoim Słońcem! Ale wtedy mnie wyśmiejesz… ty nie potrzebujesz słońca”.
– Tak.
Pokiwał głową i popatrzył na szarobure chmury kotłujące się nad nimi.
– Bardzo czyste marzenie – powiedział jakoś tak melancholijnie. – Nie odbiorę ci go.
Zabrzmiał, jakby z bólem podejmował decyzję. Kimiko zmartwiła się, czy przypadkiem go nie obraziła.
– Jesteś mniszką – kontynuował. – A ja niepotrzebnie mącę ci umysł.
Poderwała się z ziemi przestraszona nagłą zmianą.
– Ale ja chcę, chcę, żebyś to robił!
Widząc jego spojrzenie, zawstydziła się. Położyła ręce na kolanach, zgarbiła plecy i schowała oczy za grzywką. Nie dawała wiary w niespodziewany zwrot ich znajomości. Z udręką pomyślała, że Chase przestanie się z nią widywać. Przed minutą łączyła się z nim słodkim żarze, a teraz zrozumiała, jakim jest żałosnym Księżycem.
„Czy on wystawia mnie na próbę?”
– Nauczyłeś mnie poddawać pod osąd to, co mi się nie podoba.
– Tak, i dlatego przeszkadzam ci w spełnieniu tego, czego pragnęłaś, zanim mnie poznałaś.
– Skąd to niby wiesz? – wydusiła. – Ja marzę o wolności!
– Nie myl wolności z brakiem odpowiedzialności.
– Chcę poznać swoje ja.
– Ale skąd wiesz, że nie poznasz swojej gorszej strony? Czy umiałabyś obiektywnie zweryfikować to, co ci do tej pory przekazałem?
Oczy mniszki zaszły łzami. A więc koniec, myślała, odejdzie ode mnie.
– Przestań mówić tak, jakbyś był zły i chciał mnie skrzywdzić – wycedziła, a widząc zgorzknienie malujące się na twarzy przyjaciela, wtuliła się w niego szybko i zamknęła mu usta pocałunkiem.
Nie stawiał oporu, zaskoczony śmiałością dziewczyny nie mniej niż ona sama. Pocałunek trwał długo, a był przy tym subtelny, wyrażający szacunek, jakim oboje się darzyli. W końcu Kimiko oderwała się od niego z mokrym plaśnięciem i przeszyła wzrokiem pełnym pasji.
– Jeśli mnie odtrącisz albo raz jeszcze spróbujesz wygadywać bzdury, wytropię cię choćby na końcu świata i… i...
– I…? – zachęcał, niezmiernie ciekawy jej groźby.
– I zjem! – wyrzuciła, krztusząc się łzami i nerwowym śmiechem.
Zawtórował wesoło, po czym wyciągnął jedwabną chustkę, by osuszyć jej twarz.
– Ona ma służyć tobie.
– Posługi są różne. Najważniejsze, że się przydaje.
Pogłaskał mniszkę po policzku.
– Obiecaj mi – zaczął już poważnym tonem – że nigdy nie zrezygnujesz ze swojego marzenia.
– Mówiłam już…
– Obiecaj, Kimiko.
Zamrugała powiekami.
– Dlaczego jest ono dla ciebie takie ważne?
– Bo jest czyste – wyjaśnił prostolinijnie. – Szlachetne, a także dobrze o tobie świadczy. I stawia przede mną wyzwanie, a na moje nieszczęście lubię wyzwania.
– Wyzwanie? – Uniosła brwi. – Nie rozumiem.
Mina Chase’a świadczyła, że powiedział więcej niż zamierzał.
– Ach, przy tobie ciężko mi się kontrolować. Doprawdy, hańba ci. Zwodzisz mężczyzn.
– Yhm… a ja sądzę, że powiedziałeś to specjalnie. – Rozsadzała ją duma, bo przejrzała grę łowcy. Położyła dłonie na biodrach, przeszywając go podejrzliwie. – Gadaj zaraz, o co chodzi?
Przewrócił ślepiami.
– Aleś ty uparta – oznajmił, lecz ostatecznie ustąpił i kiwnięciem palca kazał nadstawić ucho.
– Nieczęsto spotykam dziewczynę z celem w życiu, innym niż rodzenie synów, dlatego proszę, nie pozwól mu zginąć.
Poruszona wyznaniem odsunęła się.
– Obiecuję – wyszeptała.
Odwdzięczył się miłym uśmiechem.
– Syrena z bajki życzyła sobie nóg, żeby uszczęśliwić kogoś innego. Tobie życzę skrzydeł, żebyś uszczęśliwiła samą siebie.
– I naprawdę myślisz, że kiedyś zaznam wolności? – upewniała się niczym dziecko błagające o potwierdzenie prawdziwości swych pragnień u dorosłego.
– Zawsze byłaś wolna, Kimiko, tylko nikt nie uświadomił ci tego przywileju.
Wyrwała kilka źdźbeł trawy i dmuchnęła w nie. Dalej wiatr porwał je aż na skraj słabego cienia rzucanego przez rozłożyste drzewo.
– Muszę jeszcze wiele się nauczyć – oznajmiła uroczyście. – Najpierw powinnam osiągnąć najwyższy stopień w kung fu…
– Słusznie – dopowiedział, a jego oczy nabrały nowego blasku. – Cieszy mnie twoja ambicja, Smoku Ognia.
Jak na uderzenie w gong wzrok obojga spoczął na odstawionym na bok ostrzu.
– Dobrze posługujesz się mieczem?
– Nie tak dobrze, jak na przykład Smok Wody.
Odchylił głowę do tyłu, szczerząc zęby.
– Ach tak, inne Smoki… Co byś powiedziała, żeby nieco zaskoczyć twoich kumpli?
Kimiko nachyliła się do niego z miną konspiratora i chichotem zastygłym na ustach.
– Co konkretnie masz na myśli?




Och, och, co obczajają te jego ślepka? A jakie paskudne myśli krążą po głowie? <3


9 komentarzy:

  1. Uwaga, uwaga, mój pierwszy komentarz :D

    No to może na początek - uwielbiam ten ostatni gif <3 jest cudny! Niby nic, ale te oczy *.*
    Co do rozdziału... Ładnie to tak straszyć ludzi?? Chase jest zdolny do zostawienia Kimiko samą w środku Lasu Smoka (gdzie ludzie w podejrzany sposób znikają) i unikania jej masę czasu, a nikt tego nie chce. -.- Jakby to zrobił, to mnie by chyba coś rozsadziło. NO. BO. SERIO. ;-;
    Podzielam również żal Kimiko o znajomość z Ruling, ciekawa się wydaje i myślę, że naprawdę zależy jej na relacji ze Smokiem Ognia. Choć może jestem naiwna :)
    Śmieszy mnie też wizja małego Omiego z mieczem :DDD Wiem, że tu jest trochę większy, ale jednak... :DD
    I żeby mi Kimiko bez malin mieczem nie wojowała, bo z głodu jeszcze go upuści na swoją stopę....albo stopę Chase'a i wtedy będzie mieć przerąbane... Jak nie odrąbane :DDDD
    Rozdział cudowny, ale zresztą... Jak każdy ;*
    <333
    Weny!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj! <3

      Bardzo mi miło Cię tu widzieć. Mogę mieć nadzieję, że już nie jesteś zła za numer z IW... xD

      Ja wgl uwielbiam tego przystojniaka. Mamy z nim jeszcze paręset gifów, więc uwaga. xD

      Ale on ją nigdzie nie zostawił! xD Znaczy, zostawił raz, z kocimi wojownikami, ale szybko wrócił. xD

      Ano, Ruling zawsze chciała się kumplować z Kimiko, a tej też się zachciało, ale już za późno. Wniosek? Trzeba doceniać ludzi, dopóki są.

      No jak tak możesz śmiać się z Omiego i wielkiego wojownika siedzącego w nim?! xD

      Las Smoka wszystko zreperuje xD

      Dziękuję, pozdrawiam <333

      Usuń
    2. *•* Dziękuję za takie ciepłe przyjęcie!

      Oj tam, nie byłam zła nigdy na Ciebie, na początku tylko zrozpaczona, ale są jeszcze dwa inne blogi, to może przeżyję ten cios w plecy... Chociaż te próby wyobrażenia sobie co było dalej... Co po śmierci Hisoki? Czy Chase zostanie otruty? Czy ukara Kimiko? CZY SIĘ Z NIĄ PRZEŚPI?! (tak... odnoszę się do Twojego sumienia)
      Samemu się trzeba domyślić, pffff....

      Już myślałam, że Chase wstanie i BAM... nie ma go, bo mu coś odwaliło i "honor nie pozwoli, to sobie pójdę." O.O

      Ja wiem wiem, że Omi jest wielki... Ale w duchu. :DDDD
      Jak na początek to Mistrz Fung mu pewnie jakiś drewniany da :DDD Nie no dobra...
      ~Jesteś wielki, Omi!!~

      Szkoda tej Ruling, mogła dużo wnieść do życia Kimi... I namieszać w przyjaźni z Chasem nawet nie wchodząc do Lasu... Uuuuu!

      Ja rozumiem, że ten Las jest inny niż wszystkie... Ale nawet On nie może jej stopy odnowić...

      Chociaż... kto wie? ;*
      <333

      Usuń
    3. Poczęstowałabym Cię jeszcze ciastkami, ale Heylin Kiciusie zjadły. xd

      Ojć... xd No wniosek z tego kolejny, trzeba czytać blogi, póki nie jest za późno xd

      A jeśli Chase tak tylko jej powiedział, bo ma Plan?

      Myślę, że o wiele bardziej martwiłby się o Raia. ;D

      Ano mogłaby. Nauczyłaby nowoczesności. :c

      Kto wie, kto wie...

      Usuń
  2. Sis rozdział jak zwykle obłędny, zwłaszcza te momenty ze zbliżeniami. XD
    Ogólnie nie takiej reakcji sie spodziewałam ze strony Chase'a na pobicie Kimi. Liczyłam na jakiesy kolejne mordobicie w zemście z jego strony.. Ale czaje, że nie chce się ujawmiać i w żaden sposób ryzykować. Xdd Podnieciła mnue jego sugestia (ze zbliżeniem)żeby Kimi sie zemściła. No ale czy ona ma w sobie te werwę? Te iskre? Niby ta, bo jak trzeba było komuś przywalić to umiała, ale to nie był mistrz tylko przychlast, a Kimi jest dość potulna do mnichów czy przyjaciół. Sraia też by mogła sprać wiesz?xd
    Ja lubie jak sie oni całują i niby to już wiesz, ale muszę Ci to powtaezać. Nie wiem jak to osiągnęłaś, ale pocałubki na ls maja dla mnie jakaś taką niezwykłą moc. Nie jarałam sie tak mocno nimi w Twoich innych opkach, możw dlatego, że mamy całujących się przyjaciół i żadnych innych rękoczynnów. Nie przeczę jednak, że czekam na jakieś macanko.
    Nie wiem jak odnieś się do Ruling. Niw wiem. Xd Dla mnie za dużą w rozdziale poświęciłaś dla scene z nią. A przecież masz o czym pisać... Xddd Ciekawi mnie "przyjaciel" Ruling. Może koci wojownik? Może Chase bawiący się na dwóch frontach? Chociaż szczerze to Chase mi nie pasuje tutaj na typa, który mógłby się poświęcać więcej niż jednej babce. On się tak cały oddaje relacji z Kimi, mam wrażenie. Wykształcenie jejbumysłu totalnie go pochłonęło, pytanie po co ro wszystko. Czemu się tak oddaje i jest dla niej dobry, skoro najprawdopodobniej planuje ją zeżreć po bzyknięciu, jak to kotki sugerują. Xd
    Nie mogłabym nie wspomnieć ofc o tej przezajebistej scenie z odcinaniem języka i zjedaniem go... Sis no obłędne. Miazga. Mega. Zazdro.

    Weny, miszczynio.

    Młodsza Sis Layali, heylin szlachcianka 2 klasy, kronikarz nadworski w pałacu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sis, piszę do Ciebie, jednocześnie pocieszając Jebaka, któremu przypadło odegranie sceny tego odcinka, jak to określiłaś, miażdżącej. Kotki nie lubią popadać w niełaskę, nawet w opowiadaniach fikcyjnych. <3
      Pomyśl, że to taka Keiko. Ona ma taki min udział w psychice Kimi, więc wiesz. xd
      Czemu, ach, czemu, Czesławie, jesteś taki dobry i co jeszcze planujesz? xD

      Weny Tobie, moja muzo i motywacji. Potrafisz człowiekowi zrobić wieczór. <3

      Starsza Sis Raylie,
      nadworna obrończyni praw kotów i redaktor "niezależny" KittiesDailyNews

      Usuń
    2. Rozumiem i tak staram się ją traktować. Xd
      No właśnie? Wiem to z treści, że on udaje dla niej dobrego, bo widzimy jaki jest zły, manipuluje mną i chce ją urobić, jak to ładnie narrator powiedział, jak gline... Ale pytanie po co. Xd I co potem. Czy on sie bawi, bo mu nudno, czu eksperymentuje, czy jeszcze z innego powodu? Nie mogę się doczekać rozdziału z odpowiedzią. xD Nie trzymaj mnie długo w niepewności. Jestem ciekawa jakie jeszcze bajki wklepie Kimi do głowy. I czy uda mu się ją nastawić w totalnej opozycji do mnichów? I jeśli tak... I jeśli ją wyrzucą... To co wtedy? XD Bede miała trochę beke jak Chase ją wtedy też porzuci. Czy Kimi sie czegoś nauczu? Pytanie czy ona nauczy sie samodzielnie myśleć? Czy człowiek ma na to szanse kiedy od początku jest narażony na różne czynniki, które go kształtują i wpływaja na jego decyzje? Oto jest pytanie. W bardzo trudne tematy sie bawisz. XD

      Tak sobie teraz myśle. Może to oko na biodrze to taki znak: "Posiłek na chińską wigilie"?

      Wgl tekst Chase'a, że za Kimi zaczną sie uganiać mnisi z klasztoru, niepokoi mnie. Ona jest tam sama jedna... Xd
      Layali

      Usuń
  3. Przeczytałam dwa rozdziały, to skomentuję oba tu.
    Na początek - nie przeszkadza mi długość. Kiedyś trochę stękałam, jak czytałam na komputerze i coś mnie od czytania odrywało, to potem trudno mi było znaleźć odpowiedni akapit. Ale i tak wolałam zawsze dłuższe niż krótsze, bo wtedy o wiele wiele łatwiej wczuć się w klimat. Kiedy się nadrabia (jak ja teraz) to tego tak nie widać, ale potem już tak.
    Także tego - bij rekordy :D Więcej testu = więcej czytania = więcej radości.

    Zanim jeszcze przejdę do samych wydarzeń, to chciałabym coś jeszcze dodać, chociaż pewnie to pisałam, ale w sumie nic nie szkodzi powtórzyć. Bardzo mnie wciąga klimat w tej historii, wszystko tutaj jest bardzo plastyczne i naprawdę czytając, przenoszę się na wschód. Przeczytałabym całość o wiele szybciej, ale ślepa się robię i od ekranu bolą mnie oczy. To smutne, że jeszcze nie wymyśli ekranów, które by działały jak balsam na patrzałki :D
    Tak swoją drogą, bardzo fajną masz dynamikę postaci. One niezaprzeczalnie się zmieniają (przy czym zmiana Chase'a jest bardziej "tak naprawdę wcale nie" albo "zmieniam się, ale w zupełnie innym kierunku niż myślisz"...o ile można się zmieniać w jakimś kierunku xd), ale ta ich zmiana nie jest taka nagła, bezsensowna, uzależniona od jednego wydarzenia. Po prostu gdzieś kroczek po kroczku Kimiko zaczyna się buntować. Oczywiście malutko przez to takiej czystej akcji, bo jest bardzo dużo opisów emocji, otoczenia, takich wewnętrznych bitw. Ale nie umiem nazwać tego wadą, bo przecież nie o to chodzi, żeby bez przerwy i bez sensu ciągle się coś działo. Tak samo czuję w przypadku postaci drugoplanowych. Oni zlewają mi się w ciemną masę, nie potrafię specjalnie odróżnić jednego od drugiego, ale na ten moment nie jest mi wiedza o nich potrzebna.

    Dobrze, że nie pozwalasz mi zapomnieć, że Chase to potwór, tylko w ładnym ciele. Ta scena z tym obcinaniem języka to właśnie takie przywalenie łbem o ścianę, kiedy za bardzo zaczynam mu ufać.

    Ciekawe, jak z tego wybrnie Kimiko. Na razie on ją trochę traktuje jak małego kociaka, który jest słodki, śliczny, milusi i tak uroczo nieporadny. Fajnie jest obserwować jak kociak się uczy, jak pierwszy raz widzi śnieg, choinkę, skoszoną trawę itd. Ale pewnego dnia kociak staje się kotem i... no właśnie. Kimiko przestanie być niewinną mniszką, przestanie być taka czysta. Nie wiem do końca, jak to wyjaśnić, ale na razie Kimiko nie ma jako takiej osobowości. To znaczy ma, jak każdy, ale bardzo zahamowaną i z pewnością nieukształtowaną. Pewnego dnia ta osobowość się wykształci i pytanie, czy ta "nowa" Kimiko dalej będzie go interesować i w sumie czy to dla niej lepiej czy gorzej. Bo na moje to fajnie by było, gdyby on pokazał jej świat, a potem, żeby zniknął z jej życia.

    Ot i tyle.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale mi miło czytać Twoje komentarze i przemyślenia co do fabuły <3

      Nie chciałabym Cię zawieść:D

      Co do osobowości Kimiko, masz w 100% racje, jest jeszcze nieukształtowana. W sumie rzadko kiedy 16 latkowie są ukształtowani, a ona to już w ogóle xd ma tylko jakieś swoje mnisie zasady, których będzie bronić, a poza tym... co się stanie, kiedy okaże się, że zasady, które ją tworzyły, rozsypią się? Ile jej zostanie w niej?

      Usuń