7 paź 2017

Rozdział 12




Hehehe <3


Szabla ze swobodą siekła powietrze tuż nad ociężałą koroną olszy, a jednak żaden liść nie ucierpiał od popisów Chase’a Younga.
– Widzisz? Łatwizna.
Podał miecz urzeczonej wojowniczce. Teraz tym bardziej paliła się do zaprezentowania umiejętności nabytych w Xiaolin. Akrobacje z mieczem w kręgu wież z glinianych stągwi ułożonych pokotem tak, by nie uległy rozbiciu, doczekały się oficjalnej nazwy – Tańca z Filiżanką, gdyż na głowę mnicha kładziono dodatkowo czarkę napełnioną po brzegi ryżową wódką.
– Ale ty nie dasz mi nic na głowę? – upewniła się po raz wtóry, węsząc podstęp ze strony przyjaciela, wszak kto wie, jakie niespodzianki chował w zanadrzu?
– Nie.
Kwaśnym uśmiechem zademonstrowała brak przekonania. Przyjaciel twierdził, jakoby balansowanie mieczem pod równie nisko zawieszonymi gałęziami wystarczająco wyszlifowało koncentrację. Fakt, wybrane drzewo zmuszało do poruszania się ze zgiętymi kolanami, ponadto wybrzuszenia w ziemi i wystające, sękate korzenie stanowiły niecodzienne dla Smoka Ognia utrudnienie, a mimo to na końcu języka czaiło się „ale”.
– Skoro tak – udała, że odpuszcza, wchodząc pod zielony parasol. – Choć uważam to za stratę czasu…
– Bo pokazuję ci inne trening od twoich mistrzów?
– Ee, tak? – odparła, wbijając klingę w grząski grunt. – Uczymy się uważać na to, co dookoła.
– Wiesz, Kimiko, ćwiczycie przed prawdziwymi pojedynkami, a w prawdziwych pojedynkach powinniście się spodziewać ataków także z góry. Treningi twoich mistrzów są, delikatnie ujmując... rutynowe.
– Ty tylko nieznacznie je modyfikujesz – odparowała.
– Cóż, dostosowuję plan korepetycji do poziomu ucznia.
– Ej!
Skrzyżowała ramiona na falującej z oburzenia piersi, cisnąc z oczu gromy. Chase zaśmiał się ponuro, złapał dziewczynę za policzek i musnął jej wargi swymi. Obserwował mieszaninę uczuć walczących na słodkiej buzi.
– Moja przyjaciółko – wyszeptał tajemniczym tonem. – Planuję pokazać ci znacznie więcej, nawet sobie nie wyobrażasz ile, pod warunkiem, że mi pozwolisz.
Zastygała niczym posąg, ilekroć Chase Young mówił z charakterystyczną dla niego manierą – osoby o misternie uknutym planie. Wybuchał w niej ogień, trawiąc wnętrzności w brzuchu, symbolicznie obracał w popiół dotychczasowe uprzedzenia przed okazywaniem uczuć. Ze zgliszczy wyłaniał się niezrozumiany wstyd, obawa przed czymś anonimowym, iluzorycznym.
– Chciałam... – zaczęła, zakotwiczając spojrzenie raz na złotych oczach, raz na spiczastych uszach. Do ust napłynęła ślina. – Chciałam…
– Tak, Kimiko?
Polizać cię, polizać, tak jak Dziwka.
Oparła się dłońmi o jego barki, lekko uniosła na palcach.
– ...powiedzieć, że... – Usłyszała gwałtowne bicie serca. – No więc uczyłam się zapalać ogień w wodzie.
– O!
„Niech to, jaki ze mnie tchórz!”
– I co, popływamy? – zapytał z przebiegłym błyskiem w ślepiach.
Temperatura jej ciała nieznacznie spadła, proporcjonalnie zresztą do napięcia między nimi.
– Ale w ubraniach – przestrzegła z palcem wskazującym wystrzelonym w jego pierś. – Jasne?
– Zobaczymy.
– Chaseee – przeciągła groźnie ostatnią głoskę.
– Skoro sobie życzysz – skapitulował, mimo iż z lisiego uśmiechu igrającego w kącikach ust dało się zinterpretować te słowa na odwrót.
Ograniczony czas popędzał ich, toteż książę Heylin wycofał się z pola zasięgu miecza. Pod strzelistą sosną rosnącą obok miał doskonały widok na sylwetkę dziewczyny, a musiał przyznać, odkąd powoli się wypełniała, cieszyła ślepia.
Kimiko obracała się na palcach, rozstawiała szeroko stopy, biodra zniżała niemal do trawy. Krople rosy, srebrzące się na poszczególnych kępkach, nikły w gąszczu, strącane przez ruchy cudzoziemki. Schylała kark i wyginała plecy, aby manewrując o połowę krótszą od niej bronią, nie skrzywdzić najmniejszego listka.
Bez mrugnięcia śledził skupiony wyraz twarzy, zmarszczone brwi, różowy języczek wychylający się spomiędzy pełnych ust. Gibkość ciała mniszki stanowiła kuszącą obietnicę.
W zbrodniczym umyśle wykiełkowało tyle pomysłów na wykorzystanie nieświadomej niczego wojowniczki, każdy ciekawszy od poprzedniego. Zabawę o owocne posłużenie się czystą psychiką oraz tętniącym energią i ciekawością ciałem należało zręcznie rozegrać. Tak, aby potem móc sobie gratulować, a także rekonstruować cały misterny proces krok po kroku we wspomnieniach.
Przede wszystkim musiał się kontrolować, by niczego nie popsuć.
Połowa idealnie ściętego listka zawirowała w powietrzu. Mała mniszka prawie straciła równowagę na krzywo wetkniętym w ziemię śliskim kamieniu. Rezygnacja wykrzywiła słodką buźkę.
– Nie zrażaj się – rzekł donośnie, krzepiąc jej ducha. – Tańcz dalej.
Książę osunął się nieco plecami na chropowaty pień sosny.
„A gdyby tak zniszczyć Xiaolin od środka?”
Przymknął powieki. Fantazja wymalowała przed nim porcelanową czarkę o wyszczerbionych, paskudnie obitych brzegach. Nie podobała mu się w dotyku. Zapragnął ją naprawić i faktycznie po kilku cierpliwych ruchach zdołał zrekonstruować to, co zniszczyły bambusowe kije. Wieńcząc pracę pięknym wzorkiem, niczym znakiem własności, zacierał ręce – kiedy emalia wyschnie, będzie do woli napełniać naczynko.
Otworzył oczy. Wydzielająca przyjemną woń kropla żywicy kapnęła na policzek. Złote strumienie spływały wolno po otulonym w mech pniu. Gęste soki życiowe, potoki łez, krew leśnej wojowniczki. Nagle coś zakuło go w język. Wyraźnie usłyszał suche ścieranie się gałęzi rozkołysanych silniejszymi porywami wiatru. W leśnej głuszy zaświergotał dziewczęcy śmiech:
– No nie, ale się wywaliłam!
Bestia drzemiąca w nim też się śmiała.
„Zaraz, czy kotki nie chciały pożreć małego mnicha, który stanął im na drodze?”
Zdarły z niego pół twarzy, pogruchotały kark, nadszarpały ramię. Twierdziły, że ofiara wciąż żyła, gdy niosły ją na skraj Lasu. Kotki potrafią się bawić! Miłe kiciusie, czasem tylko, jeśli za bardzo spuszczał je ze smyczy, próbowały się rządzić. Nie tolerował impertynencji, prowadziła bezpośrednio do buntów. Czyż ostatni bunt nie zdetronizował cesarskiej rodziny najeźdźców z Mandżurii? Chiny potrzebowały nowego władcy. Świat go potrzebował.
– Chase, Chase, czemu nie patrzysz?! – Japonka podbiegła do niego i zwaliła się pośladkami na ziemię. – Udało mi się przejść pod tamtą gałęzią.
– Którą, Kimiko? – zapytał bezbarwnym głosem, przyglądając się zaczerwienionej, spoconej twarzy.
– Tamtą najniższą – oznajmiła dumnie. – Ha, co ty na to?
– Nie wiem, bo nie patrzyłem.
Pacnęła go w ramię.
– Jesteś taki niemożliwy!
Chwycił ją za dłoń, mierząc nieodgadnionym wzrokiem. Brzydziła go ta wylewająca się z niej niewinność, aż sam się zastanawiał, czemu jednocześnie fascynuje?
W istocie zmienił się w emocjonalnego potwora, bo bawiąc się, jego puls nie wzrastał powyżej pięćdziesięciu uderzeń na minutę. Nieznacznie natomiast przyspieszał, kiedy kładła się przy nim ładna kobieta, pocierając się przy tym o niego, tak jak teraz. – Zabiłabyś człowieka, Kimiko?
Wesołe iskierki w niebieskich oczach zgasły.
– Nie.
– Co na to twój mistrz?
– Nie wiem.
Cofnęła się od niego, dając do zrozumienia, jak niefortunny podjął temat.
– Niedługo staniesz przed wyborem: albo twój wróg, albo ty.
– A ty? – warknęła. – Zabiłeś człowieka?
Karmił się gniewem i zagubieniem dziewczyny. Uciekały z niej wraz z potem.
– Nie raz.
Nie taką odpowiedź pragnęła usłyszeć. Mięśnie mimiczne stężały. Na ten widok w sercu księcia drgnęła weselsza struna.
– Czyli ty też… – upewniała się.
– Jak zauważyłaś, znam się na walce, Kimiko. Ty niby nie? Jako wojownicy nie różnimy się niczym innym od takich jak my.
Wstała na równe nogi, zostawiając miecz na trawie.
– Ale ja nie chcę zabijać – rzuciła przez ramię, po czym oddaliła się sprężystym krokiem.
Książę Heylin nie zatrzymywał Smoka Ognia. Zadarł głowę i wrócił do podziwiania lepkiej żywicy obficie spływającej wzdłuż porośniętych mchem pęknięć.

***

Ozłocone światłem ognika drobinki przesypywały się z jednej szklanej bańki do drugiej, idealnie odmierzając czas. Obserwacja ich mozolnej wędrówki wyciszała skołatane nerwy. Kimiko lubiła obracać w palcach Shen Gong Wu, dowód na istnienie szeregu niesamowitych spotkań o poranku. Przełykając ślinę, uświadomiła sobie, że od pewnego czasu żyje już tylko dla nich. Jej włosy i ubrania nasiąkły wonią Lasu Smoka, a umysł i dusza powoli zapuszczały w nim korzenie. Czy nie o emocjonalnym przywiązaniu przestrzegał Chase Young?
Przyglądając się w skupieniu rosnącemu kopczykowi, podsycała nadzieję na zetknięcie się z jakimś magicznym, wyrwanym wprost z onirycznej krainy baśni zjawiskiem. Niestety nudny w gruncie rzeczy widok skrzącego się piasku nie uchronił przed myślami samoistnie kierującymi się na tory nieprzyjemnych rozważań.
Proste pytanie przyjaciela podziałało jak katalizator, wstrząsając małym światem. Kimiko nigdy nie zastanawiała się nad zabiciem człowieka, nawet wroga. Taki pomysł balansował na bezdrożach daleko posuniętej abstrakcji. Nie znała do nich drogi także wybujała fantazja mniszki. Czy morderstwo zawsze nie pozostanie morderstwem, bez względu na usprawiedliwienie majestatem prawa, obrony koniecznej bądź etycznego obowiązku?
Westchnęła głęboko, ściskając w jednej ręce Sheng Gong Wu, a w drugiej spinki. Nie uważała się za tyle kompetentną, by decydować sprawach poruszających kwestię życia i śmierci, roztrząsać ich ani sprowadzać na grunt realnych doświadczeń. Nigdy. A tymczasem Chase Young zmuszał do zastanawiania się nad tym, co trudne. Czuła się jak po uderzeniu obuchem w żołądek, lecz największy ból sprawiała nowa, niepokojąca wiedza o przyjacielu, psująca jego dotychczasowy wizerunek.
„On wcale nie różni się od innych, bo też zabija!”, oskarżała go krwawiącym sercem. „Zabija smoki, a jak się okazuje także ludzi!”
Skoro mądry człowiek, do dziś uważany przez nią za bezapelacyjny wzór moralności i honoru, przyjaciel, z którym każdego ranka nawiązywała grubszą nić porozumienia, nie okazuje się w t a k i e j materii wyjątkiem, to może w ogóle nim nie jest?
„A jeśli tak, ja tym bardziej nie mam w sobie niczego wyjątkowego… Chase Young jest taki, jak wszyscy. Ja wkrótce stanę się taka, jak wszyscy. Nasza przyjaźń musi być warta tyle samo, co wszystkie inne…”
Zagrzebała artefakt i biżuterię z powrotem pod poduszkę, po czym wtuliła się w nią, łkając cicho w lodowatą, bezksiężycową noc.

***

Wyborność bułek na parze skomplementowała oblizaniem palców z apetytem. Wiedziała doskonale, co sprawia przyjacielowi przyjemność.
Mimo zaokrąglających się, zarumienionych policzków zły humor Japonki rzucał się niczym rzodkiew w koszyku z peoniami.
– Byłem pewny, że więcej do mnie nie przyjdziesz.
Spuchnięte niby tłuste oliwki oczy piorunowały.
– Brzydzę się zabijaniem. Dlaczego niby nie jadam mięsa? Nie popieram też konfliktów.
– A jednak zgodziłaś się na los mniszki-wojowniczki.
– Tak, ale nie sprawia mi radości pomysł odbierania życia. Klasztor chce się włączyć w wojnę, nie ja – podniosła głos. – Im zależy na sojusznikach ze stolicy, mnie na pokoju.
– Czasem pokój wprowadza się siłą.
– Czyli po linii najmniejszego oporu – burknęła, patrząc mu śmiało w ślepia. – Łatwiej wypowiedzieć wojnę niż się dogadać, iść na ustępstwa, znaleźć złoty środek. A ty? – zaatakowała. – Uważasz zabijanie za coś ostatecznego, bez czego nie da się obejść?
Przytknął filiżankę do ust, nabierając spory łyk.
– Kimiko, przykro ci, bo okazałem się inny niż sobie mnie wyobrażałaś? – zapytał ze znaczącym uśmieszkiem.
Czerwień oblała szyję dziewczyny, a na rzęsach błysnęły łzy.
– Rozczarowałem cię?
Spuściła głowę, czując się dokładnie tak jak owego dnia, gdy Raimundo i Clay zhańbili się grzechem obżarstwa – zdradzona, opuszczona w postanowieniach.
Chase upił kolejny łyk naparu, bez mrugnięcia śledząc reakcje oponentki.
– Nie każdy człowiek zasługuje na życie – przemówił. – Trudno się z tym pogodzić, ale spójrz prawdzie w oczy, zło tępi się w zarodku, w przeciwnym razie rozprzestrzenia się. Także bogowie unicestwiają grzeszników.
Osuszyła policzki rękawem, a następnie odrzekła:
– Skoro tak, Las Smoka też należy wytępić. Ponoć drzemie w nim mordercze zło.
Doszło do niej głośniejsze wycie wiatru w koronach drzew, aż zapytała się w myślach, czy Las właśnie rzucił wyzwanie? Łowca dostrzegł nagły wstrząs dreszczy dziewczyny, najwyraźniej odgadł, o czym pomyślała, bo uśmiechnął się i przytaknął.
– Gdzie wtedy znajdziemy miejsce spotkań?
Wzruszyła ramionami, aby po chwili wyprostować się jak struna cytry. Skoro on swobodnie lawirował po tematach, dlaczego ona by nie mogła? Dlaczego czekać z pytaniem, jakie od początku chciała mu zadać? Przygryzła wargę i zaatakowała:
– Od dłuższego czasu chodzi mi po głowie pytanie…
Oparł podbródek o dłoń, nachylając się bardziej nad stołem.
– Nie obiecuję, że na nie odpowiem, ale spróbuję – oznajmił, a choć wesołym tonem, na dnie złotych ślepi wypatrzyła dziwny błysk.
Machinalnie zabębniła palcami o wypolerowany blat.
– Chase, czemu żyjesz tak długo?
– Przez klątwę.
Usta mniszki uformowały się w idealne „o”. Przyjacielowi nie zadrgał najdrobniejszy mięsień twarzy.
– Kto by mógł…? – wydusiła.
– Pamiętasz historie o czarownicach i potworach sprzed wielu wieków?
Chmura milczenia zawisła nad nimi, gęsta i lepka, dopóki Kimiko nie odważyła się ją przegonić:
– Czy to znaczy, że wyrwałeś się z kręgu życia i śmierci?
Szykowała się na potoczystą odpowiedź naszpikowaną zawiłymi metaforami. Czekała jak na szpilkach.
– Nie wiem.
– Przecież ty zawsze wszystko wiesz! – zabrzmiała ze śladową ilością skargi, aż rozmówca roześmiał się lekko.
– Cóż, Kimiko, nie istnieją idealni ludzie. Wiem za to dwie rzeczy. Po pierwsze, mój stan nie ma nic wspólnego z Nirwaną. Niebiosa są przede mną zamknięte, przynajmniej w tym wcieleniu, o ile w ogóle – wyjaśnił już obojętnie. – A po drugie, kiedyś umrę. Na pewno tak się stanie. Coś przerwie moją nieśmiertelność.
Serce mniszki ścisnął jeden, krótki, lecz silny skurcz.
– Czy obawiasz się tego momentu?
– Widziałem tyle, że zasadniczo nie mam po co żyć. Powinienem raczej modlić się o śmierć – nie zawahał się z odpowiedzią.
Ten sam ból odezwał się w gardle. Kimiko zbladła śmiertelnie.
– Widzisz, śmierci boją się ci, którzy mają coś do stracenia albo liczą, że w ich życiu się jeszcze odmieni. A ja? Niewiele mnie cieszy. Mam przebłyski radości, kiedy… powiedzmy, robię coś, co... lubię. A tak, jestem skazany na szukanie nowych doświadczeń, celi, bo w przeciwnym razie moja egzystencja byłaby bezdenną, zimną otchłanią. Wegetacją i niczym innym. – W miarę mówienia zasępiał się. – Ta pozorna nieśmiertelność jest karą, choć dla wielu wieczna młodość wyda się czymś wspaniałym. Idioci. Tylko bogowie powinni być nieśmiertelni. Ludzie nawet nie powinni o czymś takim myśleć. Ale wszystko się kiedyś skończy.
– Proszę, nie mów tak! – wykrztusiła słabo, niemrawym ruchem skostniałych z zimna rąk strącając czarkę z herbatą.
– Jak?
– Sposób, w jaki mówisz i to, co mówisz, napawa mnie smutkiem…
Pokręcił głową z pobłażliwym uśmieszkiem.
– Nie lituj się nade mną, Kimiko. Ja sam sobie zasłużyłem.
– Przecież twierdziłeś, że przez klątwę…
– Kimiko, moje serce pławi się w brudzie win, bo nie jestem dobrym człowiekiem.
– Jesteś! – Uderzyła otwartą dłonią o stół, aż zabrzęczała porcelana. – Dla mnie owszem i nic tego nie zmieni! I… i chcę, abyś żył zawsze!
– Ciekawy kaprys – skomentował, odgryzając kawałek leżącego pośrodku owocu granatu.
Wstała od stołu, przybliżyła się do Chase’a, uklękła, wczepiła palce w jego ramię, patrząc z pasją w złote ślepia.
– Świat się zmienia. Choć ty pozostań taki…
Wyciągnął dłoń, by pogłaskać ją po policzku.
– Nie jestem bogiem, Kimiko.
Zadrżała w jego objęciach, żałując, że zadała pytanie podszyte tą przeklętą ciekawością.
– Przykro mi – dodał, ostatecznie ucinając temat.
„Pogodził się z losem, nie widzi dla siebie nadziei”.
Wtuliła się w przyjaciela, zła na siebie, bo nie wiedziała, czy da mu się pomóc w skuteczny sposób. Zgodnie z pozycją głupiej, nastoletniej mniszki odciętej od świata, mogła zaproponować tylko swoje zrozumienie i czułość, lecz czy jemu, Słońcu, było to potrzebne?
– Nie pozwolę ci wrócić do klasztoru w takim stanie – odezwał się wreszcie wesoło, wyciągając swój haftowany prezent z kieszeni hanfu. – Opowiem ci bajkę o smokach i ciastkach, co ty na to?
Pociągnęła nosem, z nerwowym śmiechem przyjmując chustkę, która służyła raczej jemu niż jej.
– Zdarzyło się raz, że w lesie córka piekarza natknęła się na polującego na węże wytwórcę różdżek. Akurat złapał jednego z nich, niewielkiego, o jasnej łusce. Dziewczyna tknięta litością dla pięknego stworzenia zaproponowała w zamian za jego wolność oddać całe jedzenie w swoim koszyku. Wytwórca różdżek zgodził się i oboje poszli w swoje strony. Po jakimś czasie, tuż przy ścieżce prowadzącej do domu, zaczepił dziewczynę chłopiec, który oznajmił, że jego rodzice pragną z nią pomówić. Zaprowadził dziewczynę nad jezioro, a następnie poprosił, by zamknęła oczy, bo chciałby ją zabrać ze sobą do domu. Wiesz, co stało się, kiedy spełniła jego polecenie?
Kimiko domyślała się, lecz ostatecznie pozwoliła Chase’owi kontynuować. Uwielbiała go słuchać. Pochyliła się w stronę przyjaciela, wpatrując w niego intensywnie.
– Dziewczyna poczuła się senna, a gdy usłyszała głos chłopca dochodzący jakby spod wody, że może otworzyć oczy, okazało się, że znalazła się przed bramą z niebieskiego nefrytu prowadzącą do pałacu zbudowaną z pereł, w którym służbę stanowili nie ludzie, a zwierzęta: kraby, raki oraz ryby. W środku czekało na gościa najprzedniejsze jedzenie. Jak sądzisz, kim byli właściciele pałacu?
Japonka niecierpliwym gestem ręki kazała mu nie zwlekać.
– Do oczarowanej dziewczyny podszedł szlachcic, który przedstawił się jako Król Smoków. Podziękował za ocalenie życia ukochanemu synowi i w nagrodę coś jej podarował. Powiedz, co takiego?
Zastanowiła się, czemu Chase wciąż zadaje pytania i nagle umysł przeszyła błyskawica – kojarzyła bajkę, ale nie słyszała jej od wielu lat.
– Czy to… baśń japońska?
Przytaknął z miną, jakiej nie dało zinterpretować się inaczej jak tylko: „jak mogłaś zapomnieć?”
– Czym takim Król Smoków się odpłacił? – drążył.
– Podarował… ciasteczko, którego nie ubywało, aby głód nigdy nie dosięgnął jej rodziny.
– Dobrze. Najpierw miał zamiar podarować Klejnot Życzeń, ale zmienił zdanie, ponieważ…?
– Serca Japończyków nie są dostatecznie czyste – westchnęła. – Dziewczyna wróciła do domu, a choć nie zaznała głodu, nie mogła wrócić do pałacu Króla Smoków, mimo że próbowała.
– A przedtem wystarczyło tylko stanąć przy jeziorze i zamknąc oczy – wyszeptał tuż przy uchu Kimiko, zachichotał i pocałował w policzek. – Chwile szczęścia są ulotne. Ludzie dokładają starań, by do nich wrócić i przeżyć na nowo, wskutek czego nie dostrzegają innych dróg, zamykają się na szczęście.
– Masz rację – wyznała z ociąganiem, nadal wędrując po krainie bajek. – Gdybym kiedykolwiek znalazła się w pałacu Smoczego Króla, nigdy bym go nie opuściła.
Przyjrzał jej się uważnie.
– Naprawdę? – Nakrył powieki Kimiko rękoma. – Kto wie, czy w Lesie Smoka nie znajduje się magiczne jezioro, prowadzące do ukrytego pałacu?
Wybuchła śmiechem, odtrącając dłonie przyjaciela.
– Teraz muszę tylko znaleźć smoka, żeby go przed tobą ocalić!
– Dokładnie tak.

***

Ścierające się w dzikim tańcu miecze Smoków wzbudzały sensację wśród widowni – młodszych mnichów oraz gości klasztoru, czyli urzędników pilnujących, by spełniono standardy dla mających stacjonować tu całą zimę żołnierzy Republiki. Z ław i krzeseł wokół areny co rusz sypał się grad uznania wyrażający w klaskaniu, tupaniu i okrzykach.
Rozłożony na honorowym miejscu, tuż obok mistrz Funga, namiestnik gładził bordę rzadką niczym splątane nitki bawełny palcami zakończonymi długimi paznokciami.
– Smoki zdają się trzymać poziom przodków – rzekł przenikliwie – choć napawa mnie wątpliwościami widok pary diabłów zza morza i karłowatej panienki w szatach wojowników.
– Klasztor nigdy nie podważał woli niebios – zripostował Fung. – Cudzoziemcy także potrafią się uczyć, ponadto ojciec Japonki należy do naszych najhojniejszych darczyńców.
Bystre oczy mężczyzny powędrowały za dziewczyną właśnie uchylającą się przed ciosem Claya zgrabnym saltem w tył. Z niesmakiem spojrzał na długie włosy owinięte wielokrotnie wstążką.
– Powinna się oszpecić. Ściąć włosy albo nawet wypalić skórę twarzy ogniem. Rozumiesz, o czym mówię?
Stary mnich potrząsnął łysą głową.
– Jak wspomniałem, ojciec Smoka Ognia jest dla nas bardzo dobry. Nie chcielibyśmy go rozgniewać.
Gość krótkim ruchem palca kazał nabić sobie fajkę z kości słoniowej. Zaciągnął się, przymknął powieki i po chwili wypuścił kłęby dymu nosem.
– Niestety, każda kobieta, choćby najbrzydsza, kulawa i śmierdząca, zawróci w głowie tysiącu mężczyzn i chłopców, o ile jest sama… A ta tutaj nie dość, że sama jedna, to jeszcze piękna. Ściągnie na was problemy. Morale wojska nie są zbyt wysokie. Wystarczy ich skusić, a oni ośmielą się zbuntować. Ciężko wam będzie utrzymać dyscyplinę, chyba że odważysz się sprzedać komuś ten problem. Od dawna chciałem wyswatać najmłodszego syna… – dodał, nie bacząc na otoczenie.
Mistrz Fung nieznacznie zacisnął zęby z wściekłości.
– Postulaty barbarzyńców i Chińczyków z południa doszły już do Niebios. Xiaolin nie sprzeciwi się woli przodków – oświadczył zdroworozsądkowym tonem, maskując uczucia. – Także prawo Republiki chroni Smoka Ognia. I nie zapominaj, że to obywatelka Japonii.
– Doprawdy? – prychnął urzędnik, wypuszczając kolejną porcję dymu. – Po domach wieśniaków krążą plotki, jakoby jednego ze Smoków opuściła bogata rodzina… Opis pasuje mi tylko do Japoneczki. W praktyce oznacza, że opuścił ją kraj, nie ma zatem jego przywilejów. – Nachylił się nad Fungiem, zniżając głos do szeptu. Cuchnący tytoniem oddech wydobywał się spomiędzy zżółkniętych jak u zwierzęcia zębów. – A co się tyczy prawa chińskiego, wiesz bardzo dobrze, na jak słabych podwalinach zostało zbudowane. Po zwycięstwie nad generałem dziewczyna nie będzie wam dłużej potrzebna. Co wam z kobiety w klasztorze w czasie pokoju? Znajdę dla niej miejsce. W ramach zaliczki proponuję tysiąc sztuk złota…
Pertraktacje przerwał zapierający dech widok krzyżujących się strumieni ognia i wody. Wszyscy oczekiwali, że obie siły wzajemnie się zwalczą, rodząc gęstą mgłę, lecz ku zdziwieniu publiczności płomienie nie zgasły, tylko popłynęły dalej.
Mistrz Fung wytrzeszczył wyblakłe oczy.
– Niesamowita kontrola… – mruknął.

***

Mimo iż ostateczny wynik pojedynku przyniósł chlubę Omiemu dzięki jego doskonale opanowanej znajomości ciosów kung fu, jednak każdy zapamiętał popis siostry, która zachwiała przekonaniem, że w starciu wody z ogniem zawsze wygrywa żywioł wody. Przemierzającą korytarz Japonkę witały pełne podziwu spojrzenia mnichów:
– Gratulację!
– Wspaniały występ.
– Robisz postępy.
Komplementy łechtały dumę Kimiko, ale pamiętała, kto faktycznie zasługuje na uznanie – przyjaciel radzący uczyć się zapalać ogień w wodzie, wykorzystując rozpuszczony w niej tlen. Przyjaciel każący ćwiczyć inaczej niż skostniali i rutynowi w treningach mistrzowie. Przyjaciel zachęcający do walki z nimi, aby się wyróżnić i udowodnić, że Xiaolin dla bogactw materialnych zdradził nauki, na jakich powinien się opierać. W dodatku jedzenie od niego wzmacniało siłę i wytrzymałość ciała, dodawało energii, czyniło zdrowszym.
– Hej, Kimiko, ładniutka jesteś – rzucił figlarnie mijający ją dużo starszy chłopak, na co reszta się zaśmiała, aby w chwilę potem uwolnić falę propozycji:
– Przyjdziesz do nas w nocy?
– A ja mogę przyjść do ciebie?
– Pójdziemy do ogrodu?
– Kimiko…
– Kimiko!
– Kupię ci słodycze!
Wojowniczka, choć nie wiedziała czemu, czuła się zagrożona i zawstydzona ich nagabywaniem. Głosy brzęczały natarczywie niczym brzęczenie mirad pszczół.
– Mam plany… – mruknęła pod nosem, zbita z tropu wobec osobliwego zachowania braci. Nie przypominała sobie wcześniej, by tak do niej mówili.
Przyspieszyła kroku, w parę sekund pokonując korytarz, po czym już biegiem skręciła w portal prowadzący na dziedziniec obsadzony cyprysami. W przejściu zderzyła się z Drużyną Smoków.
– Pali się? – zapytał dobrodusznie Clay, chwytając ją za ramiona. – Co to za zamieszanie?
Głosy w labiryncie krurżanków ucichły jak ścięte szablą. Chłopcy podzielili się na grupki i prędko wycofali, najwidoczniej unikając konfrontacji z pozostałymi Smokami.
Omi nie dbał o zamieszanie wśród braci, uczepił się rękawa Kimiko, od razu przechodząc do rzeczy:
– Skąd w tobie tyle siły?
– Właśnie, pochwal się – czujna pozycja oczarowanego Raimunda wyrażała gotowość do służenia Smokowi Wody za echo. – Ten grubemu namiestnikowi gały wyszły na wierzch.
Milczała, gapiąc się na bez ruchu niby zaklęty blok jadeitu. Namyślała się, co by w tej sytuacji odpowiedział Chase. Nagle znamię na biodrze przypomniało o sobie, piekąc jak oparzenie słoneczne. Kimiko podrapała się dyskretnie, pozorując wygładzanie marszczeń na szacie.
– Po prostu daję z siebie wiele.
– Tak samo jak ja – burknął Omi. – Co, nie mam racji?
Zmierzyła dzieciaka z miną osoby spoglądającej ze szczytu na mrówki.
– Staraj się bardziej.
Nie spodobała mu się tak lekceważąca odpowiedź. Upodobnił się na buzi do napęczniałej, groźnej chmury, z jakiej lada moment spadnie grad wielkości kurzych jaj.
Clay podniósł ręce, węsząc kłótnie.
– Hej, to co, idziemy coś zjeść? Jedzenie łagodzi obyczaje…. czy coś.
– Przykro mi, już zmierzcha. Muszę się wyspać – wymigła się Japonka, okręcając na pięcie.
– Tak jak my – wtrącił Raimundo podejrzliwie.
– Ale ja wstaję wcześniej od was.
– Czemu niby?
Policzki Kimiko zapłonęły. Wstydziła się nieco swego sekretu, gdyż wiedziała, że wkrótce przyjdzie jej uciekać się do kłamstw. Lecz nie mogła ani nie chciała nikomu go zdradzać. Chase Young należy tylko do niej i ani myślała dzielić się jego przyjaźnią z fałszywymi, zdradzieckimi mnichami.
Smoki dostrzegły zakłopotanie Japonki, nawet sinoniebieski blask dogrywającego dnia nie pomógł go ukryć.
– Żeby poćwiczyć – rzuciła byle jaką wymówkę, nim sprężystym krokiem pognała do klasztoru.
Drużyna stała skonsternowana, nie wiedząc, czy w ogóle wolno im komentować dziwne zachowanie przyjaciółki. Zmieniła się, wiedzieli na pierwszy rzut oka, ale czy na lepsze? Rozumieli, iż śmierć narzeczonego odbiła się na osobowości dziewczyny, przekształcając jej trajektorię, choć trudno im było pogodzić się z wyborami Kimiko – robiła wszystko, by się od nich oddalić.
– Wiecie co, ona coś ukrywa – podsunął ostrożnie Clay.
– Zostawimy to tak? – upewniał się Raimundo.
– Śledźmy ją.
Cudzoziemcy spoczęli wzrokiem na Omim, nie wierząc w jego słowa.
– Nie sądzisz, melonowa głowo, że to trochę… no…
– Radykalne posunięcie? – dokończył Smok Ziemi.
Mały Chińczyk zwęził usta w idealnie prostą, cienką linię, wyrażając absolutne zdecydowanie.
– A jeśli… Kimiko nas zdradzi?
Chłopcy odskoczyli od Smoka Wody.
– Przeginasz – wykpili zgodnie.
– A jeśli założymy, że dorwali ją szpiedzy wroga i mącą jej umysł?
– A ja uważam, że ty jesteś zazdrosny, a ją męczą babskie histerie.
– Raimundo, ja mówię poważnie…
– Dobra, dobra, mały. – Brazylijczyk machnął ręką, zwracając się teraz do Claya i zupełnie już ignorując Omiego. – Nasza Kimiko zdrajcą? No weź, to tak nieprawdopodobnie brzmi. Prędzej uwierzę, że spotka się z chłopakiem.
Drużyna ponownie zamilkła, porażona wypowiedzianym na głos, poronionym pomysłem. Śmieci szurały po placu gnane ostrymi podmuchami, przypominając o zbliżającej się zimie. Przyjaciele bez niepotrzebnych słów zdecydowali schronić się w ciepłych murach świątyni. Człapali po sczerniałym dywanie liści, uwalniając spod stóp suche trzaski.
– Chociaż… nie zaszkodzi kiedyś ją śledzić – dodał cicho Raimundo, zanim weszli do środka.
Na dachu klasztoru, za gargulcami, siedziedziała niezauważona Kimiko, przysłuchując się w ukryciu wymianie zdań między wojownikami. Wzrok wbiła w pająka zaplatającego obok niej sieć. Delikatne srebrzyste nici lśniły prześlicznie, hipnotyzując. Widok ten pozwalał się uspokoić. Kiedy trójka głupców ją obgadywała, ustawicznie i mimowolnie drapała się po biodrze, raz po raz hamując złość wzbierającą w niej niczym fala.
„Nigdy nie odkryjecie mojego sekretu”.
Przeniosła spojrzenie na krawędź Lasu Smoka zacierającą się z linią horyzontu. Wiatr przegnał chmury, odsłaniając przekłute gwiazdami niebo.
Kimiko przysięgła sobie zachować odtąd ostrożność za każdym razem, gdy opuszcza i wraca do Xiaolin.

***

Pomarańczowe ogniki pływające na lustrze wody sypały świetliste iskry, przywodząc skojarzenie promieni słonecznych rozszczepionych w sercu diamentu. Mgiełka otulała szuwary porastające brzegi jeziorka, wznosząc się powoli ku postrzępionemu okręgu nieba. Rysowały je gałęzie drzew, drgające niczym motyle.
– Tak piękne – wyszeptała Chase’owi do ucha chwilę po wynurzeniu się spod wody i otuleniu go ociekającymi ramionami.
– Tak romantycznie – dodał, figlarnym wzrokiem ślizgając się po Kimiko.
Położyła się na plecach i odepchnęła od niego, znacząc taflę wstęgą fal.
Las Smoka emanował spokojem i czarem, jaki jej się udzielił. Zasmakowała w relaksie oferowanym przez dzicz, zapominała o problemach. Ponadto towarzystwo Younga sprawiało, że każda gorzka sprawa kurczyła się.
– Mówiłem, że zaczniesz ich pociągać – przypomniał.
Kimiko zamknęła oczy, z beztroską wspominając wczorajsze wydarzenia.
– Chyba chcą się ze mną zaprzyjaźnić.
– Przyjmiesz ich przyjaźń?
W tonie głosu zdawało się pobrzmiewać echo podejrzliwości.
– Hmm… Raczej nie. Są nieokrzesani.
– Czy tylko?
– Tylko jesteś moim przyjacielem.
Nie wiedziała, czy jego uśmiech interpretować jako przejaw satysfakcji, czy nieugaszonej zazdrości. Japonka z bezwstydną przyjemnością obłapiała czarne włosy mężczyzny spływające na godne podziwu mięśnie.
– Ale… pozostałe Smoki coś podejrzewają.
– Nie przejmuj się nimi. Nie wejdą tu.
Zmarszczyła czoło, nijak nie rozumiejąc słów Chase’a.
– Opowiedz mi o nich – poprosił szeptem.
– A co tu opowiadać? Dwóch Amerykanów, jeden Chińczyk.
– Przecież nie mam na myśli ich pochodzenia – zaśmiał się szczerze. – Jak zdobyli Dary Smoków?
Opuściła kąciki ust.
– Czy ja wiem… są dobrzy w walce…
– Dlaczego się zasępiłaś?
Wzruszyła ramionami, znów zanurkowała, przepłynęła wyłożone kamieniami dno i wypłynęła z drugiej strony jeziorka. Zaczerpnęła głośno powietrza.
– Nie mówmy o nich, naprawdę… – nalegała.
– Kimiko – zaczął przenikliwym szeptem. – Nie musisz się martwić.
Przekręciła głowę.
– Ja się nie martwię, czym niby?
Podpłynął do niej i złapał za nadgarstek.
– Jesteś wyjątkowa. Inna od nich. Lepsza – rzekł, w mig odgadując jej obawy. – Jedyna dziewczyna w klasztorze pokonała tylu chłopców w wyścig po Dar Smoka. Wyróżniasz się, wiesz? A ja zawsze lubiłem przebywać w towarzystwie wyjątkowych wojowników.
Słowa Chase’a hipnotyzowały. Napełniały ciało słodyczą i ciepłem, lekkością godną feniksa żeglującego w chmurach. Kimiko przytuliła się do przyjaciela, raz po raz dziękując mu za jego uwagę.
– Bardzo cię lubię – wyznała, przyciskając usta do wgłębienia nad obojczykiem mężczyzny. Głaskał ją po głowie, pozwalając trwać w miłym upojeniu. – Tak się zastanawiam… co robią nieśmiertelni? – wypaliła.
– To, co śmiertelni. Nudzą się.
Spojrzała mu w oczy.
– Na pewno masz jakieś marzenie – stwierdziła krótko.
– Jasne. Żart polega na tym, że choć chcę i potrafię po nie sięgnąć, za każdym razem boję się, iż stracę jedyny powód do życia. Błędne koło.
– A gdybyś tak osiągnął to, czego pragniesz, nie sądzisz, że pojawiłby się nowy cel?
Zamyślił się na moment.
– Nie, Kimiko, nie sądzę.
– A nie chciałbyś żyć… dla kogoś? – zaryzykowała, po czym przygryzła wargę.
Płomienie ogrzewające wodę urosły. Ciepło rozlewało się po ciele dziewczyny.
– Nie jestem Księżycem.
– A czy… nie chciałbyś być dla innych Słońcem?
Zaśmiał się.
– Wiesz, ja w ogóle gardzę słabością – tłumaczył, odpływając od niej. – Gardzę, kiedy inni zachowują się jak Księżyc, pasożyty, i żerują na silniejszych, zamiast samemu stanąć na nogi i się wyróżnić.
– A ja uważam – wtrąciła, subtelnymi ruchami nóg i rąk wyrównując dystans między nimi – że pięknie jest pomagać ludziom w znajdowaniu u nich siły.
– Zazwyczaj próżny trud. Możesz człowiekowi tłuc do głowy, jak powinien robić, aby żyć najlepiej, a nic nie wskórasz. Bo prościej pozostać w cieniu niż rzucać cień. Z kolei żyjąc w cieniu, bez przerwy narzekają.
– A czy mną gardzisz?
Jego dłuższe milczenie dotknęło Kimiko.
– Bo ja potrzebuję ciebie, ponieważ dzięki tobie odkrywam siebie? – ciągnęła.
– Nie gardzę tobą – rzekł powoli – gdyż nie jesteś taka jak twoje rówieśniczki.
– Czyli jaka?
Chase przybliżył się do niej, kładąc dłonie na ramiona.
– Och, mój Smoku. Pływając tu z tobą, czuję, jakbym trzymał w rękach zakazany owoc – podsumował wesoło, uszczypnął Kimiko w nos i zamknął usta swymi.
Śmiech, plusk i słowa krążyły po jeziorku owiewanym tchnieniem świtu. Nieregularny okrąg nieba szarzał, śmielej odcinając się od rozgałęzionych koron drzew. Sekretna cichość nocy niezauważalnie nikła, oddając panowanie zwierzęcemu gwarowi. Las Smoka z uwagą obserwował dziwną parę ociekającą od wody; strząsała krople wody z włosów, niby psy, wydając niezrozumiałe okrzyki godowe. Zadrżał ze zgrozy, widząc spiralę ognia, którą przywołała podła czarownica, w ten sposób susząc cienkie ubrania służące im do kąpieli. Książę Heylin sczepiał ich usta z zawziętością podobną do kopulujących cykad. Zapach płomieni przenikał woń mgły i późno jesiennych ziół, drażniąc Las Smoka. W odruchu obronnym uniósł grube igły sosen, wzmacniając pierścień wokół pary niczym pancerz.
– Czy uchylisz nieco szaty, abym zobaczył twoje znamię? – poprosił przenikliwym szeptem Jego Wysokość.
Dziewczyna powiodła wzrokiem po linii dłoni zamkniętych w jego rękach. Wpatrywała się w nie, walcząc ze wstydem.
Wciąż milcząc, opuściła delikatnie reformy, odsłaniając symbol smoczego oka wytatuowany na biodrze. Chase Young patrzył na niego beznamiętnie, ale Las Smoka wyczuwał jego rosnącą ekscytację na widok dzieła, jakie sam mniszce sprezentował. Znak władcy Heylinu na skórze niewinnej mniszki Xiaolin. Książę z nabożną niemal czcią dotknął biodra dziewczyny, na co ona zareagowała nagłym osłonięciem łona. Zmarszczki na czole wskazywały, że nie pojmuje ona swego odruchu. Chase Young uśmiechnął się pobłażliwie, zacisnął palce na nadgarstkach Japonki i bez wysiłku oderwał dłonie od odzianego w półwilgotny strój ciała. Odwzajemniła się pełny skrępowania rozciągnięciem ust. Rumieniec oblał lica, pociekł aż na szyję i za uszy.
Jego Wysokość przytulił się do niej i oznajmił tuż przy uchu:
– Znak przynależności… Sądzę, że zostawił ci je Król Smoków, kiedy cię uleczył.
Kimiko cofnęła się o dwa kroki.
– Uważasz, że to on? – powiedziała z przestrachem. – Myślałam, że w niego nie wierzysz.
– Ty głuptasie… – zachichotał i uszczypnął ją w policzek.
– Dlaczego oznaczył mnie tak osobliwie? – dociekała z piętnującą jej słowa podejrzliwością na języku. – Po co w ogóle miałby mi pomagać, skoro wy… no wiesz, łowiliście smoki?
– Ci, którzy potrafią władać żywiołami, są cenniejsi dla Króla niż zwykłe smoki.
Przytaknęła, choć na dnie oczu czaił się brak przekonania i bezsilność.
– Czy ono kiedyś zniknie?
Twarz księcia skurczył grymas głębokiego zastanawiania się. Wreszcie uniósł brwi, żeby podkreślić siłę spływającego na niego olśnienia.
„Doskonały gracz”, przyznał Las, szeleszcząc z dumy.
– Kto wie? – Wzruszył swobodnie ramionami. – Podejrzewam, że musisz się czymś Królowi odwdzięczyć, wówczas dług wobec niego zostanie spłacony i znak przynależności wyparuje.
– Aha… – Zakręciła na palcu kosmyk włosów. – Czyli jeśli złożę mu dar, spłacę dług?
– Nie mam pojęcia, zależy, jakiego kalibru byłby to dar. – Uśmiechnął się sympatycznie. – Nie wiadomo, co tego starego jaszczura zadowoli.
Pogłos rozmów księcia i mniszki roznosił się po niecce, dalej przeskakiwał z liści na igły oraz kolce, wznosił ku niebu, zderzał z parasolami drzew i zawracał, wciskał do jamek pająków, wsiąkał w mokrą glebę pod dywan liści i między korzenie. Obiegł leśne imperium, budząc rozbawienie ducha Lasu Smoka.
Kimiko przycisnęła dłonie do piersi. Z rozmysłem i odwagą zajrzała przyjacielowi w głąb oczu, by przyśpieszyć uwolnienie się od prześladującej ją od tygodni obsesji:
– Czy zamkniesz oczy?
Uniósł brew, ale – chętny na niespodzianki – spełnił prośbę. W ciemności lepiej się orientował. Nawet najmniej istotną komórką ciała odbierał spięcie ściskające mniszkę w kleszczach. Słodki, dziewczęcy zapach wsunął się głęboko w jego nozdrza, kiedy zbliżyła się do niego; przysiągłby, że pulsowanie serce Smoka Ognia kładło się na jego własnym, niosło i wirowało. Musnął go po twarzy ciepły policzek. Chase wstrzymał oddech, żeby nie wybuchnąć śmiechem i zaprzepaścić zbudowanego zaufania. Okrutna radość przekształciła się w zaskoczenie, gdy za zakończoną spiczaście małżowiną ucha poślinił mężczyznę gorący język, niezdarny, a przy tym czuły i delikatny jak u kociaka.
Otworzył oczy i złapał Japonkę za podbródek. Nie bił od niego gniew, przeciwnie, na twarzy malowała się wesołość pomieszana z ciekawością.
– Co ty robisz?
– Liżę cię… chciałam spróbować, bo widziałam wtedy przy ognisku, no wiesz, u Dziwki… – Spuściła pokornie wzrok, zaklinając wszystkich swych przodków, aby domyślił się, czego ona pragnęła.
Przechylił na bok głowę, zwęził powieki, zaś jego ślepia zapałały złotym blaskiem. Kimiko czekała jak na szpilkach.
– Dobrze – odparł beztrosko, przełamując kolejne bariery między nimi. – Teraz pozwól, pokażę ci, jak można to robić lepiej, a potem znów poćwiczysz na mnie.
Dziewczyna, cała w rumieńcach, przytakiwała z entuzjazmem. Przyjaciel pieczołowicie odgarnął jej włosy z jednego boku na drugi, aby uzyskać doskonały dostęp do ucha Japonki.
– Tylko się skup – poinstruował szeptem, a następnie z troską objawiającą się w gwałtowności swych czynów i z godną fachu mistrza pieścił ucho Kimiko, smakując w niezaprzeczalnym fakcie – ich przyjaźń dodawała kolorytu nudnej egzystencji nieśmiertelnego księcia Heylinu.




3 komentarze:

  1. Ich przyjaźń ewoluuje. Xd Zresztą zauważyłam, że Kimi bardzo inaczej zachowuje sie przy Chasie niż przy mnichach. W sensie przy nich to ona jest na pewno poważniejsza, bardziej cicha i taka mniej otwarta. A tera już wgl jest dla nich chodzącą się tajemnicą. Chase ma na nią duży wpływ i tak, oby niczego nie zepsuł. Ciekawi mnie co planujesz, jak chcesz to dalej pociągnąć? Kimi kest zafascynowana Królem Smoków a ja teraz po tym rozdziale mam podstawy, by podejrzewać, że Chase nim właśnie jest. Xd Kimi nim sie obejrzy znajdzie się w jego pałacu i oby nie zapragnęła uciec. Swoją droga nowa bajka była intrygująca. Oby nie była jakimś przesłaniem co do przyszłych wydarzeń. Xd Wreszcie nadeszło wspólne kąpanie! Nie powiem, wzmogłaś tylkp mój apetyt, zamiast go ugasić. Jesteś okrutna. Xd
    Co mi się nie podobało, a to zwyczajnie przez obawy, to ten cały namiestnik, który chciałby Kimi wyswatać ze swoim synem. Wiesz, że to zły pomysł. Tak samo mnisi, dla których nagle Kimi stała się ładna. Pewnie bedą chcieli kombinować, ale wiesz że to zły pomysł pisać coś takiego. Tak samo mam nadzieję że Kimi bedzie sprytbiejsza od Omiego, który mnie wkurzył w przeciwieństwie do Raia i nie da się przyłapać. Xd Wiesz, że byłoby to niedobrze.
    No. Tak poza tym super. Nie masz co zwlekać. Po prostu pisz i nie kaž mi długo czekać. Xd
    Wenyy!!! <3

    OdpowiedzUsuń
  2. O boże nie wierze ze nalazłam aktywny blok o Xiaolin. uwielbiam twój blog i poprzedni tez czytałam :) Powiedz mi prosze dlaczego na poprzednim Twoim blogu nie są dostępne rozdziały? chciałam przeczytać ostatnie rozdziały które mi umknęły...
    ~Kim

    OdpowiedzUsuń
  3. E tam, jest ich trochę :D

    Schowałam je już jakiś czas temu, bo mam co do nich plany. Wydawało mi się, że od publikacji epilogu było kilka miesięcy, aby nadrobić opowieść do końca dla tych, którzy śledzili ją na bieżąco.

    OdpowiedzUsuń