4 lis 2017

Rozdział 13




y8QnJ7.gif


– Nie zimno ci, Kimiko?
Domyślał się, że skąpane rosą kępki trawy łaskoczą nagie kostki, obsiewając tym samym grzbiet towarzyszki nieprzyjemnym dreszczem. Nie przejmując się niczym, porwał ją w ramiona. Korzystając z oszołomienia przyjaciółki, zarzucił zgięte w kolanach nogi wysoko do góry; zgodnie z przypuszczeniem podeszwa szmacianych mnisich butów przemokła, co wystawiało małą na atak chorobotwórczych mikrobów.
– Ogrzewa mnie smoczy płomień – powiedziała, pocierając o siebie obie stopy w odruchu zdenerwowania.
Przewrócił teatralnie oczami. Głuchy na miałkie wyjaśnienia przeniósł ciężar jej ciała na jedno ramię, wolną zaś ręką błyskawicznie zdjął płaszcz ze skór białych lisów, rozścielił na poskręcanym pniu figowca chylącym się niemal równolegle do ziemi, położył na nim wojowniczkę i starannie owinął.
– Tak lepiej – podsumował zadowolonym tonem. – Dbaj o siebie.
Objęła głodnym wzrokiem przepiękne granatowe hanfu oblamowane czarno-srebrnym nićmi w chińskie symbole szczęścia: misternie wyszyte nietoperze i owoce granatu wyzierały otoczone geometrycznymi kratownicami. Doskwierająca różnica w ich ubiorze – jego, żywcem wyjętego z X wiecznych portretów arystokracji, oraz jej, żałosnej mniszki wykluczonej ze swej rodziny – zawstydzała Kimiko.
Wyciągnął z kieszeni bambusowe pudełko, otworzył wieczko i wydobył ze środka ciasteczko ryżowe. Włożył je do buzi Japonki. Mieliła językiem z apetytem, aż kilka okruchów wpadło za kołnierz czerwonej szaty. Chase’a tknęło szczególne wrażenie. Niebieskooka perełka, obserwująca okrągłymi oczyma klimaks w Lesie Smoka, przejęła coś z cech królika hodowanego na rosół.
Uznał to porównanie za urocze. Ucałował ją w czoło, kierując się przesadną żarliwością. W samotności zwykł porównywać mniszkę do stanu zapalnego po poparzeniu pokrzywą – nie mógł znieść, a jednocześnie nie umiał oprzeć się ochocie dotykania jej. Rozdrapałby Kimiko do krwi, wylizał i wyssał, dopóki nie zostałaby z niej miazga.
Z drugiej strony obiecał nie przeszkodzić w pięknym marzeniu stania się prawdziwą wojowniczką.
– Nie zabraknie ci przy mnie niczego – zadeklarował poważnym głosem, w wyniku czego zapiekły dziewczynie powieki.
– Czemu zawsze jesteś dla mnie taki miły?
Oparł dłonie o jej barki, uśmiechając w duchu, ale na twarz przywołał mieszaninę łagodności oraz zdecydowania, maski będącej dla niego kluczem do naginania woli i zyskiwania posłuszeństwa.
Ona natomiast nie czekała na odpowiedź, wtuliła się w ciepłą, twardą klatę, pragnąc głaskania, pieszczot i uwagi.
– Dbam o ciebie – wyszeptał, ogrzewając ucho gorącym oddechem – bo zależy mi na naszej przyjaźni. Tak postępują przyjaciele. Nie zapominaj o tym.
Zareagowała gwałtownie i prostolinijnie na szczerość Chase’a. Rozszlochała się głośno i przycisnęła wilgotne usta do jego szerokiej piersi.
– Nigdy nikt tak do mnie nie mówił – wypluwała słowa na wydechu, trzęsąc się jak w febrze.
Zamilkły tajone uprzedzenia wobec towarzysza, skoro dotarła do niej z mocą sztormu oczywistość: on rozproszył nudę, wyrwał ze szponów samotności, uratował od umysłowej ciasnoty, nauczył niezależności od klasztoru, uleczył serce i pokazał świat. Dar uwagi i godne traktowanie kogoś o niskim statusie wchłonęły obawy o niejasne pochodzenie, klątwę nieśmiertelności czy motywy przyświecające podtrzymywaniu ich związku. Gotowa zaakceptować fakt, iż zabijał smoki oraz ludzi, garnęła do niego, wzmacniając uścisk. Wszystko ginęło w starciu z wielkością ducha przyjaciela.
Potrzebowała chwili, by odkleić się od niego. Wreszcie pokazała różową buzię i uśmiechnęła promieniście uśmiechem osoby odzyskującej sens własnej egzystencji.
– Perełka – westchnął, składając na półprzymkniętych powiekach Kimiko czułe pocałunki.
Splotła palce ich dłoni. Trwali w ciszy mąconej odgłosami zwierząt i wiatru głaszczącego korony ciasno złączonych drzew.
– Czy założyłbyś rodzinę? – wypaliła w porywie beztroski.
Zaraz pożałowała, gdyż ślepia Chase’a zasnuła mgła konsternacji.
– Chyba żartujesz? – zakpił, kładąc kres nastrojowi. – Nigdy nawet nie miałem żony i ani myślę tego zmieniać.
Zadrżał Kimiko podbródek.
– Przy rodzinie żyłbyś pełniej, bo co to za gwiazda bez otaczających ją planet i ich księżyców? – Z dumą posłużyła się jego ulubionymi, kosmicznymi metaforami. – Egoistyczna, bezużyteczna…
Prychnął i oderwał się od dziewczyny, całą istotą wyrażając słabo maskowaną pogardę.
– Wiesz, nie dla każdego Niebiosa przeznaczają rodzinę. Weźmy na przykład twoich mistrzów. Powinni teraz opuścić klasztor i bawić się w szukanie żon?
– Oni żyją dla klasztoru – obroniła się, trawiona wewnętrzną koniecznością próby przeforsowania własnego zdania i zmierzenia się z intelektem Chase’a. Popatrzyła mu głęboko w ślepia, nic już nie mówiąc, tylko pozwalając bezdźwięcznemu pytaniu zawisnąć nad nimi. – „A ty dla kogo? Samego siebie?”
Intuicja szeptała, że pod gorzkimi zapewnieniami i chłodnym obliczem kryje się jakiś sekret, ponieważ wypowiedzi przyjaciela nie współbrzmiały z jego troskliwymi czynami.
– Jednak nie doświadczyłeś wszystkiego w nieśmiertelnym bytowaniu – oznajmiła łagodnie. – Co ci szkodzi spróbować?
– Zabawne, zamknięta w klasztorze ignorantka uczy m n i e, jak mam postępować!
Nie dała się zranić – choć przytyk ukłuł ją w serce niby sztylet ani gniew, ani smutek nie wybiły Kimiko z równowagi. Przełknęła zmazę na honorze, rekompensując ją sobie świadomością, że oto niepodważalnie skruszał mur fortecy broniącej dostępu do serca mężczyzny.
– Ty dla kogo żyjesz, mała mniszko? – odwrócił tor rozmowy już opanowanym głosem.
Promień nadziei, a wręcz bezinteresownej ochoty pomocy przyjacielowi w przezwyciężeniu jego oziębłości wynikłej z klątwy ozłocił usta Smoka Ognia.
– Pozwolisz mi żyć dla ciebie?
Nie wiedziała, co inspiruje język do słów, które dziś między nimi padły, niemniej spodobała jej się ta nowo odkryta władza – potęga drzemiąca w słowach. Chase natomiast zaniemówił. Za odpowiedź w pełni wystarczyła Kimiko groteskowa mozaika uczuć, do jakich najwyraźniej sam nie wiedział, że jest zdolny; odpryski wzruszenia, autentycznego rozbawienia, lęku oraz szoku spłynęły po obliczu przyjaciela i wyparowały w czasie krótszym niż sekunda. Ów nieuchwytny moment Kimiko obiecała pielęgnować w pamięci na zawsze. Zarzuciła mu ramiona na szyi i wyszeptała do ucha:
– Gdyby mój narzeczony nie zginął w trzęsieniu ziemi, chciałabym, aby był idealną kopią ciebie.
– Nieśmiertelnym, znudzonym pożeraczem smoków? – zażartował, co Japonka odebrała jako dowód odzyskania przez niego równowagi umysłu.

***

Czerwone snopy światła skapywały skośnie na ziemię najedzoną krwią cudzoziemców. Wierzby niczym posłuszni szeregowcy gięły gałęzie, witkami stykając się z ziemią, jakby oddawały hołd obrońcom cesarstwa. Włócznie o haczykowatych grotach krzyżowały się z lichymi szablami najeźdźców. Ostry szczęk zawiadamiał o burzliwej kłótni stalowego oręża. Nad niebieską kopułą szarpaną pociskami wystrzeliwanymi z kusz zbierały się ołowiane kłęby. Niebiosa srożyły się, przejęte gwałtem dokonanym przez szubrawców z Kraju Wschodzącego Słońca. Zrosiły deszczem japońskich piratów i mnichów-wojowników broniących honoru Smoczego Tronu. Purpurowe iskry błądziły na brzegach ławicy gęsto zbitych, groźnych chmur, wydobywając głębię ich czerni. Przepastna burzowa gardziel ciskała oślepiającymi rozbłyskami.
Przywódca nikczemników dał w swym barbarzyńskim języku okrzyk nawołujący do odwrotu, lecz wtem metalowy drąg przeciwnika roztrzaskał mu czaszkę. Odłamki kości i grudy mięsa ochlapały spodnie opata klasztoru.
Ze smutkiem pokiwał głową nad przerwanym życiem przestępcy...
– Kimiko!
Z pałacu makabry strącono ją na współczesny, brudny grunt xiaolińskiej ziemi. Poirytowana, podniosła oczy na nagą banię Omiego.
– Co czytasz? – zaczepił.
Brzmienie głosu przywodziło skojarzenie inspektora policji indagującego podejrzanego o próbę zamachu na cesarza. W duchu kpiła z niewyartykułowanego żądania dzieciaka: „Mów, co wiesz!”. W nakarmionej okrutnymi opisami dziewczynie rozniecił się płomieniście przyjemny zamiar dokuczenia mnichowi, dania do zrozumienia, jak bardzo jest nieświadomy, a przez to ograniczony, ślepy i głuchy na istotę sekretu kiełkującego w Lesie Smoka.
– Aaa, studiuję zagadnienie klasztornego oręża… – ucięła w sposób sygnalizujący, iż na końcu języka kryje się niedopowiedzenie.
– I…? – złapał haczyk, przeniósł ciężar ciała na palce i złapał kontakt wzrokowy z Japonką.
– Nic.
– Co nic?
– No nic.
Zgłupiał na tę nagłą obojętność. Skrzywił się, ale tylko na chwile, bo zaraz się pohamował, po czym przybrał niby-dobroduszną postawę: rozłożył szeroko ramiona i złagodniał.
– Ćwiczyłaś dziś coś wyjątkowego?
– Ach, czyli o to ci chodziło – przejrzała jego grę. Mały poczerwieniał, a ona postukała się o podbródek. – Nie, raczej nie, tylko medytowałam trochę dłużej niż zwykle.
Już otworzył buzię, ale ostatecznie zrezygnował. Po schodach zbiegł chłopiec spóźniony na trening. Ku zniesmaczeniu Omiego nie pozdrowił pary starszych wojowników choćby skinięciem. Pognał przed siebie, wzbijając w powietrze liście nawiane na wklęsłe stopnie.
– Oj, przestań. – Bezceremonialnie poklepała Smoka Wody po policzku. – To, że ty stawiasz się na ćwiczeniach kwadrans przed rozpoczęciem, nie znaczy, że inni też zaczną.
Spiorunował ją wzrokiem, nie wierząc, iż wciąż ma przed sobą siostrę znaną z bezdyskusyjnego przestrzegania zasad świątyni oraz hołdującą w umartwianiu i idealistycznym wspinaniu się na szczyt.
– Trzeba stawiać wymagania młodszym!
– Masz rację – zgodziła się krótko i niewinnie, nie bez satysfakcji odnotowując skurcz zadowolenia, który omiótł oblicze Omiego. Tym mocniej paliła się, aby strącić dzieciaka z piedestału jego wyimaginowanej wielkości. – Dlatego sądzę, że powinnam wymóc na tobie, byś poszedł poćwiczyć. Teraz.
Protekcjonalność przemawiała przez nią, aż chłopiec otworzył usta szeroko, jakby zamierzał połknąć całego arbuza. Stał zaklęty, podczas gdy ona obłapiała go twardym spojrzeniem.
– Idź poćwiczyć.
Zagotował się ze złości.
– Nie wydawaj mi rozkazów, dziewczyno!
„A jednak użyłeś tego fortelu”, nawet się nie uśmiechnęła, tylko uniosła brew w świętym oburzeniu i powtórzyła bezbarwnie:
– Idź poćwiczyć.
Męczyło ją niechciane towarzystwo, czego nie omieszkała podać do wiadomości, przy okazji nieco się zabawić:
– I proszę, zapamiętaj, w walce nie ma ani mężczyzn, ani kobiet, są wojownicy.
Omi sprawiał wrażenie, jakby go spoliczkowała.
Przestała zwracać uwagę na płonącą z gniewu twarz. Ukryła się za książką, upajając małym sukcesem w niszczeniu ego braci-mnichów. Nie mogła się doczekać, kiedy zda przyjacielowi relację.

***

Jasność wykrzesanego spod palców płomienia oślepiała na tle mroku. Iskry przeskakiwały na chrust, zapalały je i wybuchnęły małym pożarem, ogrzewając ludzi skrytych w leśnym kokonie.
– Chciałbym cię zabrać do wielkiego miasta – zaczął Chase, wyciągając ramiona do Kimiko.
Usiadła mu na kolanach i wtuliła w niego, a on okrył ich ciepłymi pelerynami. Patrzyła trwożliwie na ognisko.
– Słuchasz mnie?
– Tak… – zaszemrała, nagle drgnęła i uśmiechnęła przepraszająco. – Tak, oczywiście. Dobry pomysł.
– Perełko, coś cię martwi?
Między stopami Japonki prześlizgnął się długi kształt upstrzony jaskrawymi plamkami. Z krzykiem skupiła nogi, wzbudzając w przyjacielu wesołość.
– Spokojnie. – Odchylił się od niej, żeby przygwoździć zwierzę do podłoża usianego kamieniami i korzeniami. – Nie bój się jaszczurki.
Podniósł maleństwo za ogon. Wiło się w jego palcach, wymachiwało łapkami i otwierało pyszczek. Niemal dało się usłyszeć błaganie o litość.
– Wypuść ją – poprosiła cicho.
Spełnił polecenie. Gad ledwie znalazł się na ziemi i skwapliwie czmychnął w stosik złotych liści, jednych z pierwszych, jakie zmieniły kolor i opadły.
– Nie mogę się doczekać, kiedy Las Smoka nabierze barw – oświadczyła, zatapiając zęby w makaronie, po który właśnie sięgnęła. – Pozostałe lasy czy drzewa w dolinie zupełnie zrzuciły liście i teraz przykro na nie patrzeć.
Podzielił zdanie towarzyszki wyrozumiałym przytaknięciem, ale na nieszczęście zaraz wrócił na ścieżki napoczętego tematu:
– Martwisz się czymś, Kimiko?
Wciągnęła nitkę i zasępiła się, raz po raz przenosząc wzrok na żywicę pękającą w syczących płomieniach.
– To takie głupie – oznajmiła, czerwieniejąc i potrząsając głową.
– Ale sprawia ci problem.
Westchnęła kilkakrotnie, zanim postawiła miskę na ziemi, położyła ręce na kolanach, rozcierając je.
– Mój ogień wydaje się jakiś dziwny, mętny, słabszy – wyliczyła, nie tając rozczarowania.
– Przecież twierdziłaś, że okazał się potężniejszy niż żywioł wody.
– Bo tak było! – potwierdziła od razu, by po chwili opleść się ciasno ramionami i zgarbić. – A przynajmniej tak sądziłam…
Pogłaskał ją po policzku, mrużąc oczy.
– Nie przejmuj się. Dojrzewasz, więc dopadają cię dwubiegunowe stany – raz twój ogień będzie w stanie spopielić świat, innym razem nie zapalisz nawet zapałki.
Konkretność słów Chase’a oprawiona w opanowany ton koiła. Smoka bez żywiołu nie godzi się nazywać Smokiem, co najwyżej pozerem albo mnichem takim jak setki mieszkających w Xiaolin. Mimo początkowych sukcesów na treningach problemy uniemożliwiały w oczyszczeniu umysłu i skoncentrowaniu się. Z dnia na dzień piętrzyły się obawy w dziewczęcym sercu. Plotki z zewnętrznego świata opiewającego w pył i kurz zapuściły w nim korzenie. Nadchodzi zima, a po zimie przyjdą wyczekiwane roztopy pociągające za sobą wojnę. Obawiała się też członków Smoczej Drużyny. Pielęgnując sekret Lasu Smoka, trzymała język za zębami, co wchodziło w konflikt z jej naturą.
Nabrała głębokiego wdechu i zajrzała Chase’owi w ślepia. Obecność przyjaciela zawsze pokrzepiała, zachęcała do zwierzeń.
– Zbliża się wojna. Ponoć wybuchnie przed wiosną.
Słowa wymsknęły się z ust, rozszczepiły i wspięły wysoko po chropowatych koronach drzew. Osiadły na klekoczących, mokrych liściach smaganych oddechem duchów ośnieżonego pasma górskiego.
Chase Young nie przejawiał wrażenia wybitnie przejętego. Wzruszył ramionami i dorzucił kilka drew do ognia.
– Nad twoim klasztorem gromadzą się chmury. Bardzo szybko upadnie.
Niesprecyzowane uczucie z pogranicza niedowierzania oraz szyderstwa kazały wojowniczce ściągnąć brwi i wygiąć usta w nieprzyjemnym grymasie.
– Słucham? Xiaolin?
Jego zaś uśmiech przybrał odcień pobłażania.
– Kimiko, jak rozłożą się szanse na zwycięstwo między waszą bronią a tą, którą dysponują żołnierze?
– Tak się składa, czytałam o świątynnym orężu. – Wypięła pierś. – Xiaolin z łatwością pokonywał przeciwników.
– Owszem, szablami na szable – ubiegł rozmówczynię, zrównując jej dumę z ziemią. – Od walk z piratami czy choćby Mingami czasy się zmieniły. Nie liczy się szlachetna sztuka fung fu, tylko broń zdolna zabić wroga, nie musząc wchodzić z przeciwnikiem w bezpośredni kontakt. Karabiny i granaty zetrą cię z powierzchni, zanim zdołasz mrugnąć.
– Skoro tak, wojna nie jest prawdziwa, a zatem niegodna nas, Smoków Żywiołów.
– Twój mistrz raczy chyba sądzić inaczej. – Rozbawiła go, aż złapał się za brzuch, świdrując ślepiami tę naiwniaczkę. – Kimiko, współczesne bitwy polegają na zmechanizowaniu. Broń odgrywa ważniejszą rolę niż ręka ją dzierżąca.
Zakłopotana i zła zwiesiła głowę. Z braku lepszych argumentów przeczesywała wzrokiem ściółkę pod stopami. Znalazła zainteresowanie w wędrówce żuka toczącego kulkę gnoju. Chase oczywiście ani myślał lekceważyć coraz częstszych kaprysów humoru, toteż złapał ją za podbródek i podniósł go.
– Powinnaś uciec z klasztoru. Las Smoka cię nie ochroni.
Odwzajemniając spojrzenie złotych ślepi, poznała szczerość jego intencji, nie napiętnowanych złośliwością. Tym razem sobie nie żartował.
– Las Smoka nie mnie ochroni? – powtórzyła jak słabe echo. – Czemu?
– Las cię nienawidzi.
Lodowaty powiew zapachu żywicy zmroził ją do kości.
– Władasz ogniem, jesteś dobra – wystarczające powody, aby dążył do twojej destrukcji.
Potrzebowała minuty na zrozumienie usłyszanego zdania. Nie dopuszczała do siebie oszczerstw rzucanych pod adresem ukochanego Lasu. Plotki o nim nie pokrywały się z rzeczywistością. Szepty mnichów, obawy starych bab z wiosek, nawet historyjkę Ruling kwalifikowała jako absolutne niedorzeczności. Nigdy niczego Lasowi nie udowodniono. Ludzie ciągle giną. Odpierała także złowrogie tezy Chase’a z ich pierwszego spotkania. Dla niej Las dawał wszystko, czego potrzebowała – szczęście, bezpieczeństwo i mądrość. Zdążyła się z nim oswoić i nie spotkała jej tu żadna krzywda.
– Dlaczego ciebie nie niszczy? – odparowała, otrząsając się ze zdumienia.
– Przecież tyle razy zarzekałem się, że nie jestem dobrym człowiekiem
– Nie chcę słuchać bzdur! – Uderzyła go w ramię. – Mieszkasz w nim? – dodała, rozglądając się znacząco.
– Skąd taki pomysł? Nie żyję w Lesie. Tu tylko poluję na smoki… – Wyszczerzył zęby, łapiąc się na dość niefortunnej grze słów. – Mieszkam w zamku na drugim końcu Lasu.
– O! Las Smoka gdzieś się kończy? – bąknęła, zbita z tropu.
Przymknął na chwilę powieki.
– Jak wspomniałem, nic nie uratuje cię w starciu z machinami masowo pozbawiającymi krwi. – Uśmiechnął się lekko. – Kimiko, pragniesz pokoju, prawda? Nie czujesz się też związana z mnichami. Nie widzę powodów ruszania do walk prowadzonych przez śmiertelników.
Najgłębiej schowane warstwy duszy zadrżały z ulgi. Przyznała mu rację. Okazja wyrwania się z kręgu wojen i przemocy była zbyt kuszącą ofertą, aby ją odrzucić.
Zacisnęła pięści i wyprostowała się niby struna cytry, wyrażając gotowość do przyjęcia rad Chase’a, uznania za swój jego punkt widzenia bez względu na niosące ze sobą konsekwencje.
– Co proponujesz?
– Zamieszkaj ze mną
Zdębiała.
„On nie mówi na poważnie…!”
– Ty tak na serio?
– Bardzo serio.
Wstała na równe nogi, zbulwersowana śmiałością Chase’a.
– N-nie wolno mi…! Jakże mogłabym zamieszkać z mężczyzną wbrew woli ojca?
– Skąd wiesz, że ci nie pozwoli? Nie zależy mu na twoim bezpieczeństwie?
Zabolało ją całe ciało, tak jakby ktoś wcisnął je między dwa głazy. Opanowanie w głosie przyjaciela dowodziło doskonałej świadomości jego bezeceństwa.
– Jest religijny, nie pozwoli na to.
– Żyjesz w klasztorze pełnym mężczyzn. – Rozłożył szeroko ramiona, podkreślając absurdalność argumentacji oponentki. – To ci dopiero skandal.
Otworzyła usta i wycelowała palec do góry, szykując się do zmiecenia linii obrony Chase’a.
– Nieprawda! Oni są świętymi ludźmi, a ty dezerterem.
– Święci zjadacze mięsa? – Zwęził oczy w szparki.
Zamarła, szybko kapitulując. Ręce Chase’a wystrzeliły do góry, chwyciły ją za wąską talię i przyciągnęły wprost na jego kolana.
– Ty i tak należysz do mnie, Japoneczko – rzekł po części rozbawionym, po części złowróżbnym tonem. – Obyczajowość twojego kraju nie przestaje mnie bawić.
– O czym ty…? – jęknęła, wcale jednak nie gniewając się na niego.
Z konspiracyjną miną domknął różowiutkie usta Kimiko palcami.
– Leżałaś przy mnie w noc Święta Środka Jesieni, a stało się to w obecności moich wojowników.
Pewność, do czego zmierzał, spłynęła na nią na wzór zimnej wody wylanej z wiadra. Wydała z siebie zduszony pomruk. Chase zaś poruszył aluzyjnie brwiami, głaszcząc mniszkę to tu, to tam.
Mimo szoku wreszcie pozbierała wirujące wokół strzępki świadomości i strzepnęła jego wszędobylskie dłonie.
– Co powie moja rodzina? – zawyła ze łzami perlącymi się na krawędzi dolnych powiek. – Zhańbiłam siebie i imię mojego zmarłego narzeczonego…
– Sądzę, że jemu wszystko jedno.
– Jak śmiesz mówić o tym tak lekko?! Trzeba powiadomić moją rodzinę… Jak oni zareagują? A twoi rodzice?
– Przecież ja nie mam rodziców. – Posłał rozhisteryzowanej Kimiko kolejną serię rozbawienia.
– Jeszcze gorzej! – pisnęła płaczliwie. – Moja rodzina mnie przeklnie!
– Jestem księciem.
Podskoczyła na to wyznanie.
– Słucham?
– Na związek z arystokracją każdy przymknie oko – rzekł, nie kryjąc się z szyderstwem.
Powinna się obrazić, ale zbyt wielkiej doznała ulgi.
– No dobrze… chyba nikt mnie nie przeklnie.
– Hurra.
Mimo jaśniejszej sytuacji przeszywał ją niepokój. Wstydziła się swej głupoty. Nieostrożność ciągle wpędzała ją w tarapaty. Postępkiem dorównywała kuzynce matki; według krążących po krewnych opowieściach właśnie tak wyszła za mąż. Wybranek zakradał się do niej zmroku i ulatniał o świcie. Pewnej nocy został, żeby nad ranem zobaczyła go służba, a potem dziadek. Kimiko zatem nie wierzyła, że wedle prawa swych przodków naprawdę niechcący się zaręczyła.
Dłonie zwilgotniały ze skrępowania. Szukała wymówki, żeby zmienić tor lotu rozmowy. Zgarbiła się i zmarszczyła czoło, przez co pojawiły się na nim trzy grube poziome bruzdy.
– W Republice panują jeszcze jacyś książęta?
Chase zamyślił się na moment, podążając za jej wzrokiem – w stronę ognia.
– Mój tytuł ma, powiedzmy, charakter umowny. Władam niewielką doliną.
Pokiwała głową, nie bardzo wiedząc, co chciał oznajmić. Niemniej rozbudziło się w niej uznanie. Wyjątkowość przyjaciela procentowała, gdyż imponował na każdym kroku. Siedziała sobie w ramionach prawdziwego księcia! Pulsowanie krwi w żyłach przyspieszało, ogrzewając policzki, a także cisnąc na usta obłąkańczy chichot.
Chase zdawał sobie sprawę, co grało w mnisim umyśle. Mimowolnie przywołał w pamięci propozycję Jebaka, zanim go zdegradował i uciął długi język: zrobić jej dziecko, następnie oświadczyć, że jego ojcem jest książę ciemności, a potem w przypływie szlachetności pomóc naiwniaczce wybrać gałąź, na której mogłaby się powiesić. Całkiem zabawny pomysł, z drugiej strony mało wyrafinowany. Oprócz ambicji wplecenia dziewczyny w jakiś bardziej strategiczny plan, łączący się z upadkiem Xiaolin, do głosu dochodziło spostrzeżenie Dziwki. Faktycznie, księcia Heylinu niesamowicie podniecała myśl, że w oczach wroga urasta do rangi mentora. Porządkować czyiś bezbronny umysł zgodnie z własnym widzimisię – to ci dopiero zabawa!
– Żartowałem, Kimiko, nie potrzebuję twojej ręki – sprostował neutralnym tonem.
Róż na słodkiej buźce pogłębił się, przywodząc skojarzenie choroby skóry. Ratując się przed natarczywością jego wzroku, postanowiła obejść temat:
– Nadal upieram się, że będziesz samotny.
– Skoro tak ci zależy, wiedz, że mam konkubiny.
– Kim są konkubiny?
Dzięki nowemu słowu przestała myśleć o twarzy czerwonej jak maliny. Z ochotą skoncentrowała się na wypowiedzi przyjaciela.
– Hm, spełniają obowiązki żony. Jest ich wiele, inaczej niż w Japonii czy w krajach zachodnich. Mieszkają w domu mężczyzny, ale nie wiąże ich prawo.
– Co za niemoralność!
Zaśmiał się, podejmując na nowo wędrówkę po ciele wojowniczki, konkretnie po nogach.
– Widzisz? Staram się ciebie przekonać, że nie jestem dobrym człowiekiem, a ty ciągle zaprzeczasz.
Zbyła komentarz teatralnym przewróceniem oczu, przy czym dziwiła się wzbierającej na języku żółci. Wyobraziła sobie armię pięknych kobiet… podobnych do Ruling.
– Czy konkubina może stać się żoną?
Nie wiedziała, że zgrzyta zębami, lecz uszom Chase’a nic nie umknęło.
– Teoretycznie, choć w zasadzie po co? – Bawił się znakomicie, naginając oburzenie mniszki. Nabrał apetytu spalenia jej w żarze rosnącej w sercu zazdrości. – Szanujący się człowiek pozwala, aby żonę wybrali mu rodzice, a poznaje ją w dniu ślubu. Konkubinę zaś wybiera się zwykle samemu, a odsłania jej „welon” w sekrecie. Rzadko kto mianuje konkubinę żoną, bo tak.
Nie zupełnie pojmując część o welonie, raz jeszcze zaatakowała:
– Dlaczego konkubiny? Na co ci one?
– Potrzebuję ich do kilku spraw.
– Nie wątpię, ale czemu nie wybierzesz sobie żony? Zarzekałeś się, że niby zawsze chcesz pozostać sam, a tymczasem…
– Och, Kimiko, ty nic nie rozumiesz – powiedział z mniejszą dozą uszczypliwości. – Z mojej perspektywy nie istnieje różnica między żoną, konkubiną, kochanką czy kobietą z domu kwiatów. Mnie wszystko jedno. To wy widzicie różnice i dlatego żądacie awansów.
– Aha! – Klasnęła i ponownie strąciła jego żądne dotyku dłonie. – Zaproponowałeś mi wspólne mieszkanie, ponieważ planujesz zrobić ze mnie konkubinę!
Książę zmusił się do powagi, choć przyznawał przed samym sobą, kiedy po raz pierwszy odprowadził tę ślicznotkę do świątyni, przeprowadził powierzchowne badanie jej ciała – przy sprawdzaniu kształtu uszu, stóp i stanu uzębienia przyświecał mu gdzieś z tyłu głowy zamiar ewentualnego powiększenia haremu.
– Nie, perełko. Ty jesteś kimś więcej. – Zarysował kciukiem policzek dziewczyny. – Moją przyjaciółką.
Wziął miseczkę z zupą, na powrót kładąc w rozłożone dłonie Kimiko. Biła od niego beztroska przypisywana łobuzom zaczepiającym okoliczne panny w gajach bambusowych.
– Wiesz, o czym teraz pomyślałem? – wyszeptał, ostrzeliwując ją gradem palących spojrzeń. – Gdybyś zgodziła się zostać moją konkubiną, możliwe, że nie szukałbym już innych, a pozostałe przegonił…
Coś odezwało się w niej. Potwór nazywany nieuzasadnioną tęsknotą. Co noc pożerał ją głód, nie tracąc na sile od Święta Środka Jesieni. Sny nie odchodziły. Po ekscytującym polizaniu Chase’a, i jego odwdzięczeniu się, apetyt wzrósł. Chciała zadać pytanie, pomimo iż podskórnie znała na nie odpowiedź. Pamiętała o jasnych włosach plątających się na trawie, o okrzykach walki. Drapanie w gardle rosło równolegle do drgania pod brzuchem.
– Co robisz z konkubinami? – wychrypiała.
W nieznośnie ślimaczym tempie odgarnął jej włosy z czoła i mocno przytulił.
– Dobrze się z nimi bawię.
– Tak jak ze mną?
– Nie, trochę inaczej.
– Na czym polegają te zabawy?
Ślepia Chase rozjarzyły się delikatną poświatą. Dopiero teraz zauważyła, że jego uścisk był mocniejszy, niemal sprawiał ból. Zamarł niby posąg, coś kalkulując. Albo może o niczym nie myślał, tylko tak jak u Kimiko odezwał się w nim głód. Pocałowałaby go, lecz instynkt kazał czekać na rozwój wypadków: „Wszystko zależy od niego”.
– Pokazać ci je? – Dzikość czaiła się pod ułudą spokoju.
Lawa szukała szczeliny, przez którą wypłynie na powierzchnię, a on dążył pretekstu, żeby…
– Wolno mi? – odparła niewinnie.
Źrenice drżące na złotych tarczach ślepi rozszerzyły się. Zamrugał i westchnął.
– Nie, ponieważ twoim marzeniem jest sięgnąć Niebios. – Ucałował ją w rękę. – Nie zapominaj o nim.

***

Zwinięta w kłębek, przykryta do szyi, wygrzewała się w szarej poświacie przesianej przez ramy okna. Posągi bogów milczały, nie kłopocząc się zareagowaniem na wątpliwości wyznawczyni. Na świecach przy ołtarzyku zmaterializował się ogień, po czym zniknął, a po chwili znów się pojawił. Prozaiczna czynność przyzywania nikłych płomyczków – tak skwitowaliby ćwiczenia siostry członkowie Smoczej Drużyny. Zwęziła usta w prostą linię. Kurczące się z sykiem płomienie oderwały się od knotów, rozdzieliły na wiele mniejszych i zaiskrzyły w powietrzu pomarańczową łuną. Pokoik rozświetliły snopy imitujące gwiezdną konstelację. Zamigotał wielki most, który co roku umożliwiał spotkanie zakochanych w sobie pasterzowi i niebiańskiej tkaczce.
„Czy konkubiny też tak potrafią?”
Wykończony umysł podsunął przykrą myśl. Zabrakło siły, aby z nią walczyć. Tyle wystarczyło na podziurawienie złotego mostu. Część ogników zgasła w dymie kadzidełek.
Kimiko zarzuciła na głowę poduszkę, stykając czołem z podarowanymi spinkami, pamiątkami czegoś obiecującego i magicznego, czego wtedy nie doceniła.
„Dlaczego się martwię, skoro znamy się tak krótko?”, próbowała uśmieżyć ból wywołany wiciem się żmij w żołądku.
Bała się rozstania, tego, co zrobi, jeśli sen się zakończy i pewnego dnia ustaną rozmowy o poranku. Samotność ściśnie ją w kleszcze o wiele potężniejsze. Znając smak przyjaźni, jakby innej niż oferowanej przez mnichów, prędzej utopiłaby się w bagnie niż dała mu odejść z jej życia.
Ogniki zgasły, pozostawiając w pokoju niewysłowioną ciemność. Dar Smoka tlił się w sercu dziewczyny, czuła jego siłę, a jednocześnie coraz gorzej przychodziło po nią sięgnąć. Bała się, że klasztor odkryje sekret i nie zaakceptuje go. Z jakiegoś powodu nie zaakceptuje Chase’a Younga. Musiała więc chronić przyjaciela. Przed śmiercią w otchłani bezradności i rozpłakaniem się powstrzymywało Japonkę zapewnienie, nawet jeśli wypowiedziane w żartobliwym tonie. Oprócz Xiaolinu istnieje szansa na nowy dom. W razie, gdyby sprawy związane z wojną przybrały niekorzystny obrót, czy Chase Young udzieli schronienia? Chciała wierzyć, że ziści się to pragnienie, jeżeli będzie pragnąć z całej duszy. Uwolnić się od uciążliwych obowiązków, wyborów, zazdrosnych mnichów i plotek, aby jeść maliny, opowiadać sobie bajki i ćwiczyć – takie kształty przybrała wizja Niebios. Ruling zamierzała wrócić na stałe do Szanghaju, zatem Kimiko nie będzie gorsza, obierze kierunek ku drugiemu końcowi Lasu Smoka, dalekiej krainy, którą władał przyjaciel. Dostrzegła swoją szansę, cel rysował się bardzo wyraźnie. Kimiko i Chase, zawsze razem, po wieczność. Rozluźniła uścisk na Sheng Gong Wu i biżuterii,. Wzięła głębszy wdech. Ciało traciło na ciężkości, ale głowa pękała od przewijającej się galerii scen. Ona i on. Wskoczyła w zielony bezmiar pachnący żywicą wymieszaną z mdłą wonią kadzidełek.
– Pokazać ci je? – wyszeptał do ucha.
Położył Kimiko na futrach z lisa, długie włosy poniewierały się po miękkich kępach trawy. Wiatr igrał w nich, tworząc fale jak na jeziorze. Ogień palił dziewczynę, ściskał i gniótł gdzieś w dole, przynosząc słodkie ukojenie.
Otworzyła szeroko oczy z krzykiem rozkoszy zakrzepłym na ustach. Ciepło pod kocem i wilgoć buchnęły w powietrzu, kiedy się odkryła. Znamię na biodrze piekło niemiłosiernie. Rozdrapywała je niemal do krwi, co tylko pogorszyło sprawę, wyciskając spod powiek łzy. Oblicze bogini miłosierdzia przyglądało się ślepymi oczyma. Kimiko wygramoliła się z łóżka, na czworakach zbliżyła do ołtarzyka i zaczęła się modlić.

***

Żółknące liście furkotały, nakierowują potok myśli na idącą z północy zimę.
Syczenie ognia tlącego się nieopodal, cudownie nużące kołysanie wiatru i ptaki zlatujące w poszukiwaniu pożywienia składały się na proste elementu budujące harmonijną całość, hermetyczną i niezależną od świata zewnętrznego.
Leżała na boku, z głową opartą o bark Chase’a. On zwracał spokojne oblicze w stronę nieba, ona z kolei wpatrywała się w zarys męskiej szczęki. Co jakiś czas podnosiła się, kradnąc mu pocałunki.
Zwykle rozmawiali, lecz dziś przyjaciel wyraził życzenie wspólnego milczenia. Nie odmówiła okazji do posiedzenia w ciszy, tak też było dobrze. W monotonnej, wyjętej spod upływu czasu chwili, kryła się magia. Przysłuchiwanie się sercu, wybijającemu rytm ku czci Chase’a, nieziemsko odprężało. Nigdy dotąd nie czuła wobec nikogo równie głębokich uczuć. Nawet więcej – one stale rosły. Pytała samą siebie, jak najtrafniej określić, co gra w duszy? „Lubię cię” blakło w starciu z melodiami płynącymi ze środka istoty Kimiko. Banalne wyrażenie nie oddawało niczego.
Nie wytrzymała, chciała się odezwać. Zakaszlała.
– Chase…
– Hm? – mruknął sennie, prawie bezbronnie jak dziecko, wywierając na ustach Kimiko uśmiech.
Pogłaskała go po policzku, tchnięta absolutnym przekonaniem, że jeśli nie znajdzie się przy nim jeszcze bliżej, eksploduje.
– Jesteś moim najlepszym przyjacielem.
Ukoronowała swe wyznanie, biorąc w usta spiczastą część jego ucha i skubiąc je.
– A ty moją, Kimiko.
Zmarszczyła nos.
– Ponoć nie masz innych przyjaciół.
– Tak się tylko mówi. Fakt, nie mam.
Niespodziewana ulga oblała Japonkę. Wiedziała, że zagarnięcie kogokolwiek dla siebie jest przejawem egoizmu, niemniej myśl, iż wyłącznie ona zajmuje pozycje przyjaciółki, dodawała skrzydeł.
– Nie poznałeś żadnych ciekawych osób podczas czternastowiecznego egzystowania? – zagadnęła z nutką podejrzliwości.
– Poznałem.
– Przy nich wydaję ci się nudna, prawda?
Uraczył ją bystrym spojrzeniem.
– Nie musisz być o nikogo zazdrosna.
– Ja wcale nie jestem…!
Nie dokończyła, gdyż Chase przyłożył palec do jej ust.
– Skoro już masz potrzebę gadania, powiedz mi, czy z twoim ogniem się polepszyło?
„Jasne”, skłamała w sobie, ale głowa mimowolnie pochyliła się, dając niedwuznaczną odpowiedź.
– Nie potrafię się skupić – tłumaczyła, licząc na zrozumienie.
– Z powodu…?
Przetoczyła wzrok aż na drugi brzeg niecki. Wyrwała kilka źdźbeł przekwitających mleczy.
– Nie radzisz sobie z wyciszeniem umysłu? – ciągnął.
– Po prostu martwię się różnymi rzeczami – wypaliła. – Dlatego mistrzowie przestrzegają przed uczuciami! Są niebezpieczne!
Książę Heylin zasłonił wargi dłonią, aby Smok Ognia nie dostrzegła na nich samoistnie się formującego, podłego półuśmieszku. Starł go jednak prędko, a bardzo ułatwiło mu to skoncentrowanie się na apetycznym zarysie ciała perełki. Układ bioder, talii i klatki piersiowej wreszcie zaczął mu się podobać.
– Kimiko – rzekł nisko, chrapliwie. – Emocje dają ci wyzwolenie. Na razie nie przejmuj się ogniem. Zamiast kontroli nad płomieniami skup się na czystej sztuce walki.
– Inne Smoki…
– Nie obchodzą mnie twoi koledzy – uciął zdradzającym zniecierpliwienie głosem.
„Coś nowego”, zauważyła.
Podniósł się, złapał ją za kark i bezceremonialnie obrócił na plecy.
– Czy w świątyni nauczyli cię, w jaki sposób wykorzystywać słabe punkty na mapie anatomicznej przeciwnika?
– Jeżeli uderzę pod mostkiem, zmuszę człowieka do niekończącego się krzyku – wysapała.
– Dobrze, a jeśli zaatakujesz tu, wywołasz natychmiastową śmierć. – Postukał dwoma palcami w środek szyi, powodując u Kimiko dreszcz. Następnie uczynił ten sam gest, tyle że wsunął druga rękę pod jej plecy i nacisnął odcinek między łopatkami. – Albo odwleczoną w czasie.
– Czemu pokazujesz mi takie straszne ciosy? – dociekała, choć musiała przyznać, po przeglądzie lektur dotyczących klasztornej broni, nie oburzyła się tak mocno, jak wypadało. – Przecież wiesz, że nigdy ich nie zastosuję.
– Bo jeżeli twoi przeciwnicy je znają, przygotuj się na każdą możliwość.
Wyjął dłoń spod pleców wojowniczki i wcisnął między dwa ostatnie żebra po lewej.
– Częściowy lub całkowity paraliż podlegają sile i precyzji ciosu.
Obserwowała go posłusznie, oniemiała i podekscytowana, jakby towarzysz użył podobnej sztuczki właśnie na niej. Nie ruszyła się, wyłącznie czuła podróż rąk po jej skórze i ubraniach.
– Widzisz? Celuj tu, a wróg pęknie ze śmiechu. – Wyszczerzył się, łaskocząc ją nieco dalej na bok od pępka.
Kimiko także pokazała zęby, ciekawa nauk Chase’a. Nagle zachwyciła się wizją zwijających się i tarzających w kurzu ziemi, błagających o litość braci.
Niebieskie oczy rozszerzyły się z zaskoczenia. Mięśnie twarzy zaraz się napięły, gdy przebiegł po nich skurcz, a z ust wymsknęło się westchnienie. Young przyglądał się leżącej pod nim dziewczynie z fascynacją. Nie mogła zinterpretować znaczenia jego spojrzenia ani tego, co się dzieje. Wprawiła w ruch szyję, aby się upewnić, czy się nie pomyliła.
Oczy potwierdzały wszystko; ręka mężczyzny spoczywała na jej kroczu. Dociskała miejsce, skąd wypływały siki. W pierwszej chwili Kimiko zdziwiła się, że dotknięcie punktu między nogami okaże się skuteczne w walce, skoro jej sprawiało przyjemność.
– A tu? – pisnęła, zahipnotyzowana palcami przyjaciela sprawiającymi radość inną niż dotychczas. – Czemu tak się dzieje?
– Ty mi powiedz – odparł cicho. – Co poczułaś?
Zabrał rękę, a ona zmarszczyła brwi. Odruchowo poruszyła nogami, wbijając pięty w ziemię.
– Ból albo przykrość? – podsunął.
– Nie.
– Chęć zaśmiania się?
– Nie…
– Zatem co?
Złapał ją za biodra i przysunął po ziemi w dół, bliżej siebie, dzięki czemu Kimiko zgięła nogi w kolanach, rozkraczając się zabawnie.
W głowie zaświtał pomysł, że chyba powinna się wstydzić, ale wstyd ustępował na rzecz ulgi, rozkoszy i zaciekawienia. Rozedrganymi dłońmi pognała do wyczulonego punktu na swym ciele. Zreflektowała się przy tym, że punkt jest niewłaściwym określeniem. Niewątpliwe znajdował się tam jakiś wrażliwy punkt, ale zasięgiem obejmował znacznie większy obszar, służący tylko do załatwiania spraw w wychodku.
– O jeju… – W oczach jej pojaśniało, ale patrzyła na Chase’a spod półprzymkniętych powiek. – Ej, dotknij mnie znowu.
– Dlaczego?
– Bo sprawiłeś mi radość.
– Czyli nie bolało cię? – spytał, choć po jej reakcji wiedział już wszystko. Przekrzywił głowę, ściągnął brwi i zachichotał, upodabniając się do dzikiego stworzenia, któremu kolacja sama podeszła do jaskini. Nie rozumiejąc czemu, Kimiko bardzo spodobała się to porównanie. Coś wręcz ukuło ją ze szczęścia w podbrzuszu. – Wiesz, perełko, gdyby zrobił ci to bez twej zgody na przykład obcy albo wróg, sprawiłby ci okropną przykrość. Jeżeli zamiast niego postawić kolegę czy przyjaciela, choćby się starał, mimo twego pozwolenia nie przestałabyś krzyczeć ze śmiechu.
Poszedł za prośbą Japonki i dołączył do jej rąk.
– Ale ty jesteś moim przyjacielem i nie potrzebowałeś mojej zgody – przypomniała, ni miaucząc, ni jęcząc.
– To, co teraz się z tobą dzieje, zależy w dużej mierze od tego, kto cię dotyka – wyjaśnił, odrywając się od niej. – Czujesz przyjemność, bo postrzegasz mnie jako kogoś więcej niż przyjaciela.
– Jako kogo? – wyszeptała słabo, pozwalając, by słodycz w jej brzuchu zginęła w skręcających się z niezaspokojenia płomieniach.
Pochylił się nad nią.
– Sama sobie odpowiedz.
Zamarła bez ruchu. Wstrzymała swój ciężki oddech, gdyż wydawał się niewłaściwy.
Wtem doznała olśnienia.
– Czy jeżeli ja tak dotknę ciebie, zaczniesz się śmiać?
Po krótkiej chwili zaprzeczył nieznacznym ruchem głowy. Kimiko łapczywie zassała powietrze.
– Poczułam się, jakbym chodziła po niebie, wiesz? – Dźwignęła się na łokciach, nie przerywając kontaktu wzrokowego. – Wybierzmy się tam razem. Teraz?
Pusta dusza księcia Heylin zapłonęła olbrzymią wdzięcznością wobec świątyni. Nie wierzył, żeby okazje przytrafiały się dwa razy w życiu, nawet w tak długim. W swoich staroświeckich murach wyhodowali mu niezwykły okaz kobiety. Jej reakcje na miłość były czyste, niewinne, a przy tym gwałtowne i chciwe. I jeszcze prosiła o odwdzięczenie się swemu dobroczyńcy. Prawdziwie ofiarna mniszka, każda prostytutka powinna brać ją sobie za wzór.
Zmusił się do panowania nad sobą, lecz gdzieś z tyłu słyszał nawoływania Lasu: „przeleć ją, nikt poza mną nie patrzy”.
– Kimiko, potraktuj to jako prezent – wyszeptał. – Chciałem dać ci trochę szczęścia.
– Chcę się nim podzielić… Dać ci radość, którą mi sprawiłeś…
– Nie wolno ci. – Położył jej ręce na barkach. – Mimo wszystko jesteś mniszką. Masz swoje przeznaczenie.
– Mówisz tak, jakbyś żałował, co mi pokazałeś… – zmartwiła się.
Pocałował dziewczynę w czoło i westchnął ciężko.
– Po prostu mi uwierz.
Przytknął policzek do jej pulsującej szyi. Kimiko zapragnęła go całować aż do spuchnięcia ust.
– Prześladujesz mnie w snach, perełko.

***

Dotarła pod omszały mur klasztoru. Wypychała ze świadomości fakt spóźnienia, gdyż zajmowały ją mary.
Wiatr chłostał wspinającą się Kimiko. Przypominała pozbawionego zwinności pająka. Dygoczące kończyny utrudniały zadanie, lecz entuzjazm toczący serce pomagał się dźwigać. Przerzuciła nogę przez pofalowaną dachówkę wieńcząca wał, potem drugą. Zdołała opuścić się parę metrów w dół. Nieostrożnie ześlizgnęła się dziewczynie ręka. Opadła na pośladki prosto w trawę.
Obserwowała rozkraczoną siebie, bezbronnie leżąc w kępach roślinności, podczas gdy rozjuszona wyobraźnia przywoływała wyraźne kontury pochylonego nad mniszką człowieka. Dotykał ją wszędzie, gdzie sobie zażyczyła.
Pieczenie na biodrze przywróciło kontakt ze światem realnym i konsekwencjami, jakie przyniesie niestawienie się wraz z braćmi na śniadaniu. Podrapała paznokciami uciążliwie znamię i poklepała się po policzku. Fantasmagoryczny Chase Young rozpłynął się. Z sykiem wciągnęła powietrze. Potrzebowała samotności, by w ciszy rozebrać na czynniki pierwsze dar od przyjaciela. Znała jednak obowiązki i tylko przez wzgląd na nie podniosła się, usiadła na piętach i wyprostowała kolana.
Szła powoli, sunąc niby głodny duch. Co jakiś czas pocierała skórę ramion. W Lesie nie zdawała sobie sprawy z ostrego zapachu krążącego w mroźnym powietrzu. Zimy w ich prowincji kwalifikowały się jako raczej łagodne, śnieg i lód urastały do rangi egzotycznych anomalii, charakterystycznych dla północy kraju.
Zadarła wysoko głowę. Czy naprawdę codziennie bez trudu pokonywała tę samą drogę? Wspinaczka po ścianie starej świątyni była najeżona niebezpieczeństwami, pomimo to nie zważała na nie. Dlaczego akurat dziś mózg i zmysły pracują na wyższych obrotach, rywalizując ze sobą nawzajem?
Kimiko opadała z sił, ale wiedziała, że jeśli nie weźmie się w garść, nigdy więcej nie spotka przyjaciela. Ciężko się całować z głową roztrzaskaną o kamienny bruk. Całować i coś jeszcze.
„A niech mnie, nie zapytałam, jak to coś się nazywa!”, wypominając sobie zapominalstwo, wczepiła palce w strategicznie rozlokowane ubytki w ścianie.
Niezdarnie wdrapała się na piętro, złapała za kamień przytrzymujący okno, rozchyliła je i wślizgnęła do pokoju. Opadła na podłogę, zirytowana wypompowaniem z energii. Jakby cała siła witalna zmierzała do serca. Ono wesoło sobie pracowało, pozostałe zaś mięśnie płakały.
– Ale dobra, jakoś dałam radę – pogratulowała sobie na milsze „rozpoczęcie” dnia, otrzepując spodnie z brudu. – O ja cię, ale ten pokój… nudny.
Rozejrzała się po nim krytycznie, jakby widziała go pierwszy raz. Patrzyła oczami i analizowała umysłem zupełnie innej osoby. Wzięła ją zachcianka zasadzenia na środku izby drzewa. Wielkiego, zielonego i dzikiego, pod którym mogłaby z Chase’em…
Ruchać się.
Opadła jej szczęka. Dawno nie słyszała tego wyrażenia. Nie rozumiała, skąd niespodziewanie obiło się po czaszce, jakby ktoś obok podsunął je szeptem.
„Czy to moje myśli? Ej, jak wyglądało ruchanie…?”
Do pokoju nawiało dwa sczerniałe liście. Zawirowały nad twarzą Kimiko. Zmarszczyła nos, wzięła je w dwa palce. Nie pochodziły z Lasu Smoka. W Lesie Smoka liście są zielone, tylko ich brzegi złocą się lub czerwienią.
„Zaraz… o czym ja…”, wiedziała, że zanim zobaczyła brzydkie liście, coś zaprzątało jej głowę, ale nie pamiętała już co. Uświadomiła sobie za to, że promienie słoneczne ogrzewały coraz większy skrawek nieba.
Wstała, przeszła przez pokój i rzuciła ostatnie przelotne spojrzenie przez ramię, na okno. Papierowe szyby utworzyły wąską szczelinę, a z niej machał gałęziami rozhukany na podobieństwo wzbierającego morza Las Smoka. Westchnęła, pełna pączkującej miłości do drzew, niedbale rzuconych głazów obrośniętych gęsto pokrzywami i porostami, ocienionych strumyków, a także wodospadu dźwięków takich jak trzeszczenia, syczenia, wycia wszystkiego, co w lesie kroczyło, pełzało i latało. Mogłaby nazywać to nieskażone chciwością ludzką imperium drugą Japonią, nowym domem, zamieszkanym przez magię.
„Las ma mnie niby nienawidzić? Głupota!”
Popchnęła drzwi.
– Na co patrzysz?
Zesztywniała ze strachu. Oto stała przed nią Drużyna Smoków. Nogi Kimiko zmiękły, a w kończynach zakotłował niesamowity gorąc.
– Coś ci się zbladło – zaczepił Clay, po czym wyciągnął przed siebie dużą dłoń.
Skamieniałe ciało wojowniczki przeszył instynkt wzywający do wybudzenia się. Uderzyła przegub Smoka Ziemi, nie pozwalając się dotknąć.
– Masz trawę we włosach – burknął, nieco urażony zachowaniem dziewczyny.
– Ee, co?
– Co tak długo? Byłaś gdzieś na zewnątrz? – Omi zaatakował czymś z pogranicza pytania, a suchego stwierdzenia.
Na kilka sekund zatarł się obraz mnichów, zastąpiła go przyprawiająca o zawrót scena z Lasu Smoka. Palce przyjaciela demonstrujące szczególnie wrażliwe punkty na ciele.
Zatęskniła za Chase’em bardziej niż kiedykolwiek. Zaczerwieniła się ze wstydu, a także bólu wywołanego ową tęsknotą, pragnieniem przeżywania czegoś więcej, przed czym mężczyzna się wycofał. Zebrało się Kimiko na płacz; chciała wrócić na nieckę otoczoną pierścieniem drzew.
Ale rzeczywistość nawoływała wykaraskać się z opałów. Złowrogie cienie Omiego i zjadaczy mięsa położyły się niebezpiecznie na sekrecie Lasu Smoka. Musiała podjąć walkę.
Potrząsnęła włosami, rozstawiła szeroko stopy, wyprostowała się w plecach i przechyliła prawe biodro, przybierając nonszalancką pozę.
– Wieje dziś bardzo silny wiatr. Przynosi mi do pokoju różne śmieci, jak widać. – Zdołała wysupłać miły uśmiech. – Raimundo, twój żywioł dokazuje, uspokój go.
Chłopiec wyszczerzył zęby, rad, że doceniono jego wartość. Przyjaźnie pacnął Japonkę w ramię.
– Jasne, jeśli w zimie będziesz nas grzać.
Udała, że ją rozbawił.
– Co dobrego na śniadanie? Umieram z głodu! – zwróciła się do Claya, licząc na szybkie złagodzenie sytuacji.
Smok Ziemi zawiązał ręce na plecach i, ani na jotę nie tracąc czujności, zakomunikował:
– Jajka i groszek.
– Mniam! – oblizała się, a następnie powoli przeszła korytarzem. Bracia nadal stali przed drzwiami. Odwróciła się do nich i zaczepiła z zachęcającą miną, machnąwszy ręką: – Idziecie?
Raimundo grzecznie poczłapał za przyjaciółką, Omi i Clay po chwili do nich dołączyli, lecz skoro Kimiko i Brazylijczyk pierwsi znikli na schodach, kowboj zatrzymał małego szeptem:
– Ona wróciła z Lasu Smoka.
Smok Wody zdębiał, doznając wrażenia obcowania z kimś niespełna rozumu.
– Co?
– Patrz. – Schylił się po kępkę zielska wytrzepane z włosów. – Widzisz? Las Smoka zawsze później obumiera, jako ostatni zrzuca liście, co tyczy się też roślin.
Omi ze zdumieniem przyjrzał się niemal pozbawionej białego puchu główki mlecza, niemniej nie miał kłopotów z rozpoznaniem rośliny, którą w dolinie i w innych lasach dawno już ścięły przymrozki.
– Po co by się tam zakradała?
W umyśle wrzały, scalały się i na powrót rozdzielały rozmaite teorie oraz podejrzenia wobec cudzoziemki.
U podnóża stopni rozległo się wesołe poganianie Raimuda:
– Idziecie czy nie?!
Skute niepewnością Smoki Wody i Ziemi zeszły po schodach, zachowując się cicho jak myszy, powlokły na zewnątrz. Przeżuwając sekret Kimiko, stanęły przy grupie mnichów oczekujących na otwarcie stołówki. Młodsi koledzy narzekali na opieszałość starszych, którym w tym tygodniu przypadł dyżur w kuchni. Dreptał pośrodku nich wiecznie głodny chłopaczek, podburzając braci:
– Nie otworzą drzwi, wyważę je.
Bojowość udzieliła się reszcie; coraz bardziej niezadowoleni komentowali głośno pogarszające się warunki w klasztorze, za przyczynę złego stanu rzeczy wysuwali rozprzestrzeniającą się po kraju wojnę domową.
– Każą nam się głodzić, zobaczycie, dla dobra Republiki, bo nam, mnichom, wystarczy do życia powietrze! – pluł podżegacz, a przysłuchujący się tłum przytakiwał.
W innych okolicznościach zignorowano by go, jednak zbliżające się widmo uwikłania w konflikt dorosłych gasiło entuzjazm wojowników.
Raimudno wziął na barki obowiązek zaprowadzenia ładu, korzystając z wypracowanej sztuki dyplomacji:
– Zamknij się, kurduplu, paniki nie siej.
Dzieciak spiorunował go błyskawicznie, ale nie odpyskował, ograniczając okazanie szacunku żywionego względem Smoka Wiatru odwróceniem się do niego plecami i splunięciem. Wrogość do cudzoziemców, złodziei Smoczych Darów, przybierała na sile, gdyż współbracia patrzyli po sobie ze znaczącymi, bladymi uśmieszkami. Mimo to na twarzach niewielkiej części z nich malował się wstyd za niedorzeczne zachowanie pozostałych.
Usłyszeli ciężki szczęk otwieranych drzwi. Bynajmniej nie od strony stołówki. Zwrócili głowy w kierunku głównej bramy klasztoru. Wydeptana ścieżka opadała po łagodnym stoku i zakręcała obok sadu powyginanych śliw. Cynobrowe wrota rozchylały się z mozołem, przywodząc skojarzenie paszczy ziewającego cyklopa. Dobiegło zza nich dudnienie. Mnisi bez żalu opuścili stanowiska, przerywając okupację wejścia do stołówki. Jedni śmielsi, drudzy ostrożniejsi, schodzili ze wzniesienia, wyglądając gości witanych przez strażników uzbrojonych w halabardy.
– Żołnierze nadchodzą – rzucił przenikliwym szeptem ktoś z ich grupki.
Pierwsze wyłoniły się śniade, ostrzyżone na jeża czaszki mężczyzn osadzone na rosłych tułowiach odzianych w pełny rynsztunek. Wkroczyli i oddali pokłon xiaolińskim gospodarzom. Oprócz ciemnych mundurów i mieczy dyndających po bokach u pasa rzucał się w oczy ukrytych mnichów ów haniebny rodzaj broni, nowoczesnej, sprowadzanej z zagranicy – przewieszone przez umięśnione ramiona karabiny błyszczały płynnym srebrem w poświacie wyjątkowo mroźnego poranka.
Drużyna Smoków trzymała się na uboczu, ze skrzyżowanymi ramionami obłapiając pistolety ni to ze strachem, ni z kpiną.
– Te zabawki mają być skuteczniejsze od nas? – Clay odważył się utkać w słowa to, o czym każdy z nich pomyślał.
– E, nie – odparł nieszczerze Raimundo, wlepiając wzrok w salutujących ludzi.
– A więc wojna… – westchnął Omi, nie do końca wierząc, że konflikt, jakiego nie mógł się doczekać i jaki miał mu zapewnić sławę, właśnie nadchodzi, a wręcz jest tak blisko, iż niemal można nim oddychać. Gdzie się zapodział przyjemny dreszcz?
Oderwał spojrzenie od wchodzących gęsiego żołnierzy, sukcesywnie zapełniających dziedziniec. Zauważył, że Kimiko nie stoi wśród nich. Kierowany głosem instynktu powiódł oczyma na wzniesienie. Intuicja nie pomyliła się, sugerując, że Japonka zbagatelizowała gości i została na posterunku przy stołówce. Siedziała na drzewie, na prawym kolanie postawiła sobie miskę, a w ręku dzierżyła pałeczki. Lewa noga kołysała się w powietrzu niedbale, po dziecinnemu, tyle tylko, że za jednostajnym, mechanicznym ruchem nie kryło się nic radosnego ani niecierpliwego. Kimiko przypominała nierealnego intruza. Pochłonięta jedzeniem i obserwowaniem, wydawała się głucha na wszystko dookoła. W przeciwieństwie do braci nie obrała sobie za przedmiotu zainteresowań żołnierzy. Jej nieobecny, rozmarzony wzrok sięgał dalej za mury świątyni. Twarz zwracała się na północ, na Las Smoka.


76Nqpy.gif

Uwielbiam, kiedy oni się całują!
Albo robią inne rzeczy!

3 komentarze:

  1. Twoje blogi zostały właśnie wpisane do kategorii Autorskiej!
    Jest to kategoria zbierająca w sobie Autorów, którzy posiadają więcej niż jeden blog zapisany do KŚ - Czytelnicy mogą znaleźć w jednym miejscu dzieła swojego ulubionego Autora.
    Blogi nie zostały wypisane z pozostałych kategorii - kategoria Autorska jest niezależna od podanej liczby zwykłych kategorii.
    Pozdrawiam, administratorka Emily.

    PS. Przepraszam za spam pod rozdziałem, nie znalazłam zakładki z nim.

    OdpowiedzUsuń