18 gru 2017

Rozdział 14


Późnojesienne chłody dokładały wszelkich możliwych utrudnień, czyniąc pranie nieznośnie wilgotnym. Kimiko postanowiła ostatni raz suszyć je na zewnątrz. Do ziemi docierało coraz mniej popołudniowego ciepła. Lodowaty wiatr chłostał ubrania mnichów. Rozwieszone rzędami kojarzyły się z armią czerwono-białych furkoczących duchów.
Ściągała koszule i szaty treningowe ze sznura, staranie otrzepywała i składała do koszyka.
Wtem wyłapała źródło energii za plecami. Podskoczyła, odwracając się do jasnowłosego chłopaka.
– Clay! – wymówiła imię Smoka Ziemi bez większej ulgi. – O ja cię, napędziłeś mi stracha!
Nie uśmiechnął się. Trzymał koszyk ze świeżym praniem.
Kimiko podjęła przerwaną pracę, marząc teraz o bezzwłocznym ulotnieniu się.
– Zaraz zrobię ci miejsce – oznajmiła najżyczliwszym tonem, na jaki było ją stać. Aż sama skrzywiła się, wychwyciwszy nutkę fałszu kaleczącą pozorną uprzejmość. – Nie sądzę, aby twoje ubrania zdążyły wyschnąć przed wieczorem. Moje suszyły się od rana i są paskudnie zimne.
– Potraktuj je ogniem – poradził bezbarwnie.
Kimiko opadła z czubków palców na pięty, jej ramiona zaś poruszyły się nerwowo. Wreszcie sięgnęła po pozostałą parę spodni i, rezygnując z porządnego składania, położyła ją na wierzchołku piętrzącej się kupki. Wzięła koszyk, oparła go o biodro i z bladą twarzą skarciła Claya:
– Darów nie wykorzystuje się do błahych spraw.
Oddaliła się od niego szybkim krokiem, niemal biegiem. Czuła na plecach ciekawskie spojrzenie; dwa śrubokręty wwiercające się w łopatki.
Uciekła za róg magazynu z narzędziami. Rozejrzała się wokoło, szukając sylwetek wścibskich braci. Nie wypatrzyła nikogo ani między drzewami, ani na dachach. Spuściła kosz na ziemię i wysunęła ręce przed siebie. Rozświetlił je ogień, przypominał żarzący się czubek dogasającego cygara. Zbyt mały i słaby, żeby okazał się użyteczny podczas walki. Kimiko załkała, a usta bezradnie formułowały ciąg słów: proszęproszęproszę…!!!

***

Nim wybrzmiał gong zawiadamiający o zbliżającej się kolacji, Drużyna Smoków wraz z nauczycielami zabrała się w reprezentatywnej, głównej sali Xiaolin, by oficjalnie przywitać przedstawicieli chińskiego oddziału. Mnisi siedzieli okręgiem w półcieniu rzucanym przez rzeźby bogów, natomiast goście klęczeli na wygodnych poduszkach, odziani w tradycyjne, czarne stroje.
Dla Kimiko ci mężczyźni funkcjonowali jako szara masa wspólnych głosów, mięśni i mózgów. Ludzi ogołoconych z przywileju indywidualności, którym przyświecało narzucone z góry marzenie.
Siłą woli powstrzymywała salwy ziewnięć. Fung tymczasem wywyższył Smoków Żywiołów na podest zagrożonych dewastacją skarbów narodu. Wedle prawa należało je pielęgnować i czcić. Pół tuzina oficerów biło dzieciom pokłony, one odpowiadały równie kurtuazyjnym gestem.
Japonce od ceremoniałów bardziej zachciało się spać, a musiała wypocząć przed jutrzejszym spotkaniem z przyjacielem. Powieki mimowolnie zaczęły się kleić, kiedy dodatkowo uświadomiła sobie, iż mężczyźni przed nią oddają hołd wyłącznie Omiemu, rodowitemu Chińczykowi. O cudzoziemcach z zachodu nie mogli mieć dobrego zdania. Wystarczyło przyjrzeć się ich zbrodniczym gębom, aby odczuć, że zamorskie dzieciaki są istotami o pośledniej kategorii. Clay i Raimundo nie powinni liczyć na nic oprócz chłodnej obojętności.
W pewnym sensie współczuła kolegom. Z kolei samej sobie nie. Wszystko jedno, czy maszyny do zabijania postrzegają ją jako pochodzącą z kraju karłów złodziejkę Daru Smoka Ognia, czy też chudą dziewczynkę.
Fung perorował o czymś, co Kimiko kompletnie nie interesowało, niemniej od czasu do czasu – ze swej wyimaginowanej krainy leśnej przyjaźni – wyłapywała strzępki monologu: wojna, generał, smoki. Starała się oprzeć pokusie wymigania się od obowiązku i ucieczki do pokoju, gdzie czekało łóżko, przez które wieczór magicznie zmieni się w poranek, dzięki czemu znów opadnie na nią szczęście w postaci pocałunków…
Siedzący obok Raimundo szturchnął ją w ramię. Przetoczyła na niego ospały wzrok.
– Mamy pokazać moce, nie słyszałaś? – szepnął.
Jedno zdanie sprawiło, że runął z hukiem domek z kart. Kimiko zatrzęsła się cała. Pierwszym, acz nazbyt dosadnym objawami paniki, które zarejestrowała, gdy Fung zamaszyście wskazał na Smoków Żywiołów, była kropla potu wstępująca na czoło.
– Przekonajcie się, co potrafią najlepsi wojownicy Xiaolin.
Krzyk uwiązł w gardle dziewczyny. Nie dowierzała w swojego pecha. Nie przypuszczała, iż na powitaniu przyjdzie im udowadniać przed obcymi, ile są warci.
Omi poderwał się na nogi i przywołał wodę. Spieniony wir zakołysał się nad stołem, za jakim klęczeli żołnierze. Przywitali popis małego gromkimi oklaskami. Clay i Raimundo, upatrując szansę zaimponowania gościom, śmiało podążyli za najmłodszym członkiem Drużyny. Niewielka trąba powietrzna oraz zassane z ziemi ziarna piasku i żwiru zatańczyły nad ich głowami. Przedstawiciele oddziału przytakiwali, aprobując szczodrze wysiłki cudzoziemców.
Ręce Kimiko piekły, jakby obsiadło je stado mrówek. Fung posłał jej dyskretne spojrzenie, porażające w swym znaczeniu; miała niezwłocznie dołączyć do braci. Ona zaś, węsząc publiczną porażkę – uświadomienie ludziom wokoło, że Smoczy Dar ani myśli z nią współpracować – zaczęła się modlić, aby ktokolwiek, kto pełni wartę w Niebiosach, cudownie przyspieszył czas i oszczędził jej powolnie przeżywanej bolesnej porażki.
Wystrzeliła w powietrze snop iskier.
Nie zawisły tam długo, natychmiast posypały się na ziemię.
Zapadła najstraszniejsza w życiu Kimiko chwila.
Bracia patrzyli na nią ze zdumieniem, mistrzowie z zawstydzeniem, a żołnierze z pogardą. W otchłani ciszy niemal słyszała myśli przeskakujące między ich umysłami. Przybierały wspólny kształt. Bezlitośnie ją oceniano, nie dając wiary, że ona, dziewucha z Japonii, miałaby być godną tytułu Smoka Ognia. Chociaż ciężar niewidocznych spojrzeń i domyślnych szeptów wgniatał w podłogę, Kimiko zdołała zerwać się na równe nogi. Ledwie odwróciła się w kierunku cynobrowego wyjścia z sali, a wtem wyrósł jak spod ziemi Fung. Mocnym uderzeniem bambusowej laski w bark zmusił mniszkę do pozostania na miejscu. Jęknęła, pochylając kark do przodu. Splotła ręce na brzuchu, walcząc z resztkami dumy. Ostatecznie zrozumiała, że dumy już nie zachowa. Opadła ciężko na kolana. Spuściła głowę jeszcze bardziej, pod kątem nadającym komiczny wygląd. Grzywka i włosy zsunęły się na twarz, chowając czerwień policzków. Ciszę jej świata zaadaptowała się do brzęczenia wprawionych w ruch naczyń.
Nie poruszyła się przez resztę kolacji. Zdawała sobie sprawę, że każdy na sali przynajmniej raz spojrzał na nią nieprzychylnie, wytknął palcem albo złośliwie skomentował. Mistrzowie i bracia z trudem przełykali tę klęskę.
Raimundo położył przyjaciółce rękę na ramieniu, zachęcając do jedzenia, ale Kimiko tylko bardziej się skuliła. W końcu zrezygnował z pocieszania jej.
Wyobraziła sobie mur, który odgrodziłby ją od tych ludzi. Mur zbudowany z ciasno stłoczonych leśnych żołnierzy, zapewniający bezpieczeństwo i spokój.

 ***

Las znał krzyk rozpaczy, gdy człowiekowi brakowało łez; wyganiał z siebie demony poprzez spazmatyczny jęk, z czasem słabnący, torujący sobie drogę przez wysuszone gardło, ewoluujący w czkawkę. Las Smoka zawsze zastanawiał się, czemu spośród wszelkich istot na planecie, właśnie ludzie, bestie nienawidzące przyrody i wykluczające się z kręgu natury, lamentują najgłośniej, najdłużej i najgoręcej?
Kimiko siedziała w wysokiej trawie, obojętna na węże czy trujące jaszczurki. Rozdzierała leśną ciszę jękiem wydostającym się z szeroko otwartych ust przypominających ranę.
Książę Heylin poklepywał mniszkę między łopatkami, zachwycony jej tragedią. Bezradność małej straszliwie go podniecała.
„Wygląda tak brzydko”, stwierdził Las. „Napuchnięta, zalana smarkami i łzami.”
– Krzycz – poradził wojownik wystudiowanym głosem ograbionym z emocji. – Wypłacz się tak, żebyś nie płakała w Xiaolin.
Zareagowała nerwowym śmiechem, brzmiącym groteskowo niczym nagłe kichnięcie. Zakryła oczy rękami. Z pomiędzy drżących warg wydobywał się świst, chorobliwy jak rozpalony oddech suchotnika.
– Nic nie mów – ciągnął miękko, wtulając twarz we włosy dziewczyny. Miał wrażenie, że jej serce zaraz eksploduje, gruchocząc żebra. – To doprawdy zbędne.
Kilka nowych łez pociekło spod powiek Kimiko. Położyła dłonie na oplatających jej brzuch ramionach mężczyzny.
– Nie należę do osób umiejętnie pocieszających innych – Chase kontynuował znacznie weselej – czuję się teraz co najmniej dziwnie.
Parsknęła desperacko. Przyjaciel wyciągnął z kieszeni haftowaną chusteczkę, z którą najwidoczniej nie rozstawał się nigdy, i wręczył jej. Odwrócił się w przeciwną stronę, by zapewnić względną prywatność, po czym oparł się plecami o plecy mniszki.
Siedzieli tak sobie, każde wpatrzone w różny kierunek, urzeczone ciepłem drugiego.
– Przepraszam – szepnęła żałośnie.
– Ale za co?
– Za moją słabość… Widzisz mnie w rozsypce – dodała złamanym głosem.
– Ćśśś. – Złapał Japonkę od tyłu za rękę. – W Lesie Smoka niczego nie udawaj. Zwłaszcza przez wzgląd na mnie. Nie oszukuj, że brak ci uczuć. Jesteś wrażliwa i słodka, nie przeciwstawiaj się swej naturze. – Zadarł głowę, tak by uderzyć nią w potylicę Kimiko. – A zresztą wyznałem ci kiedyś, że lubię kolekcjonować emocje. Skoro płaczesz, znaczy, iż przynależysz do świata ludzi.
Wypuściła powietrze z ust, próbując opanować trzęsące się ciało.
– Nie pojmuję, czemu mnie się przytrafiają takie rzeczy? – zaczęła po raz kolejny. – Gdybyś widział ich reakcje.
– Ich opinie nie powinny cię obchodzić.
Ścisnęła mocniej jego rękę.
– Ale, Chase, ja chciałam osiągnąć poziom Smoka. Co się ze mną dzieje? – zapytała z bólem, nie hamując kolejnej salwy płaczu.
Las widział, jak zadowolenie spełza z oblicza Księcia Heylinu. Spuścił wzrok na wzór człowieka tkniętego czymś w rodzaju winy, lecz ten stan trwał krócej niż mrugnięcie powieką.
– Perełko, patrz, ja nie posiadam Daru, a wyrosłem na wojownika.
Kimiko pragnęła się rozweselić, dla Chase’a, jednak nie umiała się przemóc. Westchnęła, wyciągnęła ręce przed siebie. Skupiłą się na energii zesłanej z Pałacu Króla Smoków. Zacisnęła zęby, aż rozbolała ją szczęka. Przywołała płomień. Spięła każdy mięsień i jęknęła cicho. Ogień rozniecił się, sięgając wyżej.
– Nadal go mam – rzekła z nadzieją. – Chociaż nie wydaje się taki jak dawniej.
Zgasł z sykiem.
– Naznaczył mnie Król Smoków, a przy tym odbierał moc!
Grobowy śmiech Kimiko przemienił się w szloch. Zgięła kolana pod podbródek i otuliła je szczelnie ramionami.
– Wszyscy mnie opuścili, wiesz? Zawsze czułam się samotna. Dopiero dziś zrozumiałam, co ten stan faktycznie oznacza…
Przerwała w obawie, że nudzi adwersarza. Odczekała parę sekund. Nie spotkała się z żadną odpowiedzią. Będąc wciąż odwróconą w innym kierunku i nie widząc go, pomyślała, że widać nie ma nic przeciwko, by wygadała się do końca. Chciała ufać temu pragnieniu.
– Zaczęło się od narzeczonego. Zginął w trzęsieniu ziemi i mnie zostawił… Opuścili mnie mnisi, zdając sobie sprawę, że spędzę w klasztorze resztę życia. Odwróciła się ode mnie rodzina, mój kraj. – W miarę wyliczania rósł w głosie zawód, nieme pytanie skierowane do tych osób. – Okazuje się, że także bogowie nie chcąc mieć ze mną nic do czynienia. A nawet… – Położyła dłoń na sercu, przeczuwając, iż zaraz rozleci się na kawałki. – Wyparł się mnie własny ojciec.
– Dość.
Wstrzymała oddech, wystraszona bezdusznym „dość”. Nagle wyobraźnia podsunęła okropną wizję: osamotniający ją Chase Young.
„Co bym zrobiła, gdyby odszedł?”.
Ściągnęłabyś swój pas i powiesiła się na gałęzi.
Kimiko otworzyła szeroko usta. Znów ten głos, tyle że donośniejszy i bardziej przerażający, pochodzący z niej, ale jakby nie niej, tylko z zewnątrz.
– Chase…! – zapiszczała. – Dzieje się ze mną coś złego!
Odwrócił się do niej i objął. Nie protestowała, zbyt przestraszona, by jakkolwiek zareagować. Ich twarze znalazły się obok siebie. Kimiko zauważyła w ślepiach mężczyzny bezdenną otchłań.
– Słyszę głos – wykrztusiła – zły głos, każący robić straszne rzeczy.
– Na przykład?
– Powiesić się.
Wzrok Chase’a powędrował za wzrokiem Kimiko. Spojrzenia obojga spoczęły na gałęziach rozłożystej sosny.
Czoło Younga zmarszczyło się. Dokonywał błyskawicznych szacunków.
– To, co przeżywasz, skończy się – oświadczył. – Zapomnisz, tak jak ludzie zapominają nudne wycinki z życia.
– Czy jeszcze kiedyś zaznam szczęścia?
Pogłaskał ją czule po policzku.
– Perełko, szczęście drzemie w tobie. Uśmiechnij się i nie zamartwiaj tak bardzo przyszłością.
Wykrzywiła sympatycznie usta, przynajmniej taki powzięła zamiar. W sercu nosiła zatruty kolec wymierzony w Xiaolin.
– Marzę teraz, aby pokazać im… – zaczęła wojowniczo – pokazać im, co potrafię i… i…
– Zemścić się?
Kimiko zbladła, ponieważ Chase odgadł to, czego ona nie dała rady ubrać w słowa.
Rzuciła mu się na szyję, szepcząc, żeby pomógł jej przestać się bać.

***

Mgła gęstsza od mleka wspinała się na blanki świątyni, przesłaniając widok na gwiezdne konstelacje. Wycie wiatru przeciskającego się wśród sękatych drzew przybierało kształt ostrzeżenia. Żołnierze czuli się nieswojo. Przywykli do stepów i półpustyni, z tego względu obecność największych lasów w kraju napawała nieokreślonym strachem przed nieznanym.
Pół tysiąca ludzi, którym przydzielono za schronienie świątynie, przysłuchiwało się głosom nieujarzmionej zielonej dziczy. Okruchy względnego pocieszenia znajdowali w ostrym dźwięku polerowanego miecza. Ich kapitan, po dniu musztry, siedział obok lampki emanującej bursztynową poświatą. Odbite w klindze refleksy rozpraszały się po kruszejących murach Xiaolin niby duchy mnichów.
– Psttt, szefie - zagadnął niski głos dochodzący zza warstwy pikowanych koców. – Gdzie śpią te małe Smoki?
Dowódca prychnął pod nosem na echo podniecenia pobrzmiewające w łowach adiutanta.
– Blisko i daleko zarazem – zakpił, licząc, że podwładny wychwyci aluzję.
W odpowiedzi spotkał się z przeciągłym westchnieniem i szeleszczeniem świadczącym o przekręceniu się żołnierza z boku na plecy.
– Mój braciszek nie przestaje myśleć o japońskiej dziewczynie – wyzłośliwiał się jego towarzysz.
– Nie nadużywajcie gościnności naszego sojusznika – uciął mężczyzna ostrzący broń – bo nie skończy się to dla was najlepiej.
– Ale szefie! – bronił się młody adiutant, wielce zmęczony rozłąką ze swą żoną. – Wojowniczka z niej coś marna, ale na konkubinę by się nadała… Nic, że z kraju karłów...
– Nie stać cię na nią – oznajmił kapitan brutalnie. – Wczoraj słyszałem gadaninę opata i tego skurwionego namiestnika. Są wściekli za tamten żałosny występ. Stary zaproponował zakupienie Japonki dla swojego najmłodszego bękarta.
Pomruk rozczarowania obleciał salę aż po brzegi. Żołnierze uświadomili sobie, że nawet jeśli każdy z nich położyłby na wadze część swego żołdu, przegraliby z możliwościami urzędnika.

***

– O!
Na polanie, zamiast tradycyjnie nakrytego śniadania, stał długi stół.
Chase kiwnął na znak, by podeszła. Dziwne składniki w najróżniejszych naczyniach ścieliły blat, natomiast obok wbito w ziemię trójnożną podstawkę z kociołkiem, pod którym trzaskał ogień. Japonka w mig pojęła, co się święci.
– Ostrzegam, nie umiem gotować zbyt dobrze – zaczęła żartobliwym tonem, zaabsorbowana tajemniczymi ingrediencjami. – Czy to żabi skrzek?
– Zaczekaj.
Wyciągnął przed siebie ręce. Trzymał w nich połyskliwy turkusowy materiał ozdobiony różowymi plamkami imitującymi peonie.
– W co ty grasz? – zaśmiała się nerwowo, kucając naprzeciwko niego.
– Kimiko, nadszedł czas na szczerą rozmowę.
Uśmiech zgasł z jej ust.
– Tak…?
Sczepił ich czoła.
– Łączy nas przyjaźń, prawda?
– Owszem.
– Najlepsza?
– Tak…
– Ufamy sobie?
– Jak najbardziej!
Wzrok mężczyzny spoczął na pęcherzykach pływających po drżącej wodzie.
– Zaraz powierzę ci sekret, ale najpierw chcę, abyś to założyła.
Położył jedwab na kolanach dziewczyny, a ona zaniemówiła z wrażenia.
– Ważne sprawy wymagają uroczystej oprawy. Zgodnie z zapisami w Księdze Rytuałów – wytłumaczył.
Wstała z ziemi i przytknęła prezent do piersi.
– Czy to…? – bąknęła.
– Schowaj się za drzewami – poradził z łobuzerskim uśmieszkiem, przez co Kimiko oblała się szkarłatem.
Bez sprzeciwu pognała ku rozłożystym jodłom. Raz tylko wyściubiła zza nich głowę, upewniając się, że przyjaciel nie podgląda. Siedział tyłem do niej, spokojnie i bez ruchu. Mimo to Kimiko czuła się źle, odwiązując pas, jednak zawstydziła się, dopiero gdy odwiesiła bluzę na gałąź. Szybko i niezdarnie owinęła ciało w hanfu. Krój przypominał kimono. Spodnie zostawiła na nogach, tylko starannie okryła wokół nich obszerny materiał.
Wykonała piruet. Kolorowa tkanina rozłożyła się z miękkim szelestem. Japonka po raz pierwszy pomyślała o sobie jako o kobiecie godnej pozycji Chase’a, co niejako podniosło ją na duchu. Wyszła zza ukrycia z radością wypisaną na buzi.
– Żałuję, że nie wzięłam spinek – szepnęła, specjalnie stawiając drobne kroczki. – Pasowałyby…
Usiadła przy Youngu. Promieniował zadowoleniem. Kimiko spodziewała się, że zaraz złapie ją za podbródek i złoży soczysty pocałunek, ale stało się inaczej.
Uwolnił włosy dziewczyny od czerwonej wstążeczki. Rozlewały się po plecach czarną kaskadą.
– Od razu lepiej – zamruczał.
Niedbale odłożył wstążkę na stół.
– Widzisz, perełko, pragnę nauczyć cię przygotowywać moje lekarstwo.
– Ze smoka?
– Smok już się dusi, nie musisz nic z nim robić.
Trwożnie zajrzała we wrzącą wodę. Na dnie kociołka istotnie coś zalegało. Nozdrza podrażnił słonawy aromat. Przytknęła palce do ust w dramatycznym geście sprzeciwu.
– Mieszkasz z kobietami. Niech one ci gotują!
– Nigdy nie zdradziłbym im przepisu – parsknął.
– Ale mnie już owszem?
– Po prostu poudawaj miłą żonkę – odparł lekko, a w jego oczach zaiskrzyła złośliwość. – A ja wcielę się w rolę miłego męża.
Kimiko nagle zachichotała, rozłożona na kawałki pomysłem zabawy w dom.
– Ty i ja razem? Jeśli cię otruję, nie miej mi za złe!
Opanowała się i zakasała rękawy. Przyjaciel instruował ją co do składników i ich ilości. Kiedy ścierała egzotyczne warzywo, marchewkę, nie omieszkał skomentować wrednie:
– Obchodzisz się z nią jak z królikiem. Ścierasz ją dla mnie… włóż w to więcej energii.
– Staram się, tak? Więc się odczep.
Dodała do mieszanki jarzyn, po czym dołożyła dwie szczypty skrzeku startego z perzem.
– Za dużo – stwierdził. – Teraz musisz dolać wody.
Zamrugała znacząco powiekami.
– Znęcasz się nade mną.
– A ty mnie głodzisz – odparował. – Fatalna z ciebie małżonka.
Po pół godziny słownych przepychanek woda w kociołku nabrała słusznej gęstości, kolorem zaś budziła skojarzenie brudnego stawu.
– Właśnie uwarzyłam eliksir ze smoka? – Przeciąganiem głosek zasugerowała brak wiary w to, że ktokolwiek napije się śmierdzącej mikstury.
– Nie.
Wystawił do góry palec wskazujący, żeby powściągnęła przedwczesną radość. Zabrał ze stołu maleńką porcelanową miseczkę.
– I szczypta soli.
Nabrała w place wyjątkowo grubych ziarenek i dodała do zielonej mieszanki.
– Czyli jeśli odstawisz lekarstwo, umrzesz?
– Raczej tak.
Zapatrzył się z melancholią na nektar nieśmiertelności, a następnie przerzucił wzrok na Japonkę.
– Teraz, oprócz mnie, tylko ty znasz przepis.
– Ech, powinnam czuć się wyjątkowo? Albo w jakiś sposób zobligowana? – podrzuciła z niecnym wyrazem twarzy, bo w istocie podniecała się nowo nabytymi „kompetencjami”.
Myśl o zabitym smoku wyleciała jej z głowy.
Nie odpowiedział, skazując ją na domyślanie się. Na wzór głodnego dziecka podstawił pod nos Kimiko miseczkę rzeźbioną w splecione smoki. Nalała mu sutą porcję, którą potem podała oburącz, lekko pochylając głowę.
– Proszę.
Nie czekając, aż zupa ostygnie, ani nie dmuchając, przytknął wargi do brzegu miseczki i napił się.
Kimiko zacisnęła na kolanach piersi.
– Smakuje…?
Zamlaskał teatralnie.
– Paskudztwo.
Zwiesiła głowę.
– Szkoda.
– Nie z twojej winy – uściślił, ociągając się specjalnie. – Lao Mang Long jest obrzydliwa, w końcu pływa w niej marchewka.
– Zawsze trzymasz mnie w niepewności… – Zmarszczyła brwi i zazgrzytała zębami.
Chase obdarzył ją zza miski spojrzeniem i sięgnął po spory kubek stojący na brzegu stołu.
– Twoje maliny.
Jak na uderzenie w gong uleciała gdzieś irytacja. Mniszka klasnęła i przyjęła owoce z apetytem.
– Wybaczam – oznajmiła łaskawie, by w moment zapchać sobie usta niebiańską pysznością.
Pałaszowali w nabożnym skupieniu, zerkając jedno na drugie, ciesząc się własnym towarzystwem.
Wreszcie książę odstawił porcelanową miseczkę.
– W każdym razie, moja perełko, ponawiam propozycję.
– Jaką?
Zmrużyła oczy, lustrując go z niejaką podejrzliwością. Ułożył się na ziemi, przybierając nonszalancką pozycję.
– Zamieszkasz ze mną?
Coś ukuło ją w brzuch. Splotła palce i przyłożyła je do bijącego serca. Uciekała wzrokiem na boki.
Widząc wahanie, kontynuował mniej natarczywym tonem:
– Pragnę codziennie witać cię w moim domu. Podawałabyś mi Lao Mang Long, wyglądając przy tym tak jak dziś, a nawet wytworniej.
Uparcie milczała, kurcząc się w sobie. Opuściła dłonie na podołek. Rozkosznie śliski materiał powitał je ze szlachetną czułością. Kimiko przez chwile uwierzyła, że należy do książęcego stanu.
– Czy też tego chcesz? – syknął.
Wyciągnął rękę, zapraszając dziewczynę do położenia się obok niego. Nieśmiało skorzystała z oferty, wpatrując weń niby w bóstwo. Nie wierzyła, że spłynęło na nią prawdziwe szczęście – ich marzenia stykały się ze sobą w słodkim pocałunku stęsknionych serc.
– Będę cię ubierał w jedwabie i złoto. Karmił słodyczami. Czuwał nad twymi snami. Zabierał ze sobą wszędzie...
Wtulił się w jej plecy. Fale ciepła i zimna nachodziły się na Kimiko, czyniąc w duszy popłoch.
– Utrudniasz. Wiesz, że nie wolno mi.
– Kto ci zabrania? – Przemawiała przez niego słabo tłumiona niecierpliwość.
– Mój ojciec.
– Nie ma prawa projektować ci życia. To ty przez nie przejdziesz, nie on.
– Nie, ale jest ojcem – wysyczała przez zaciśnięte zęby. Słodka wizja przyszłości u boku Chase’a Younga zbladła. – Jeśli mu się przeciwstawię, spotka mnie gniew Niebios.
Ryknął dzikim śmiechem przypominającym uderzenie pioruna. Japonka posłała mu grobowe spojrzenie. Udawał, że się zreflektował. Odchrząknął, nadal kpiąc sobie z naiwności Kimiko. Mimo to przygasł zły błysk w ślepiach.
– Jesteś dobrą córką – przyznał, lecz przyjaciółkę dręczyła wątpliwość, czy przypadkiem nie czyni jej zawoalowanych przytyków.
– Stroisz sobie ze mnie żarty, czy nie tak?
– Skąd! Naprawdę podziwiam twoje posłuszeństwo względem starszych.
Oplótł Smoka Ognia ramionami i przycisnął usta do jej szyi.
Podskórnie domyślała się, że przyjaciel znowu czegoś pożąda, czegoś znajdującego się w niej, ale jednocześnie hamował się przed sięgnięciem po to, co ona mogłaby mu dać.
Marzyła, aby odpowiedzieć na niewyartykułowane prośby. Przynieść mu ulgę.
– Byłabyś też dobrą żoną – dodał, po czym polizał ją w szyję. – Posłuszną…
– Twierdziłeś, jakoby fatalną – przypomniała z bezwiednym uśmiechem rozlewającym się na ustach.
– Ja? Niemożliwe…
Zacisnął palce w talii dziewczyny. Oczarowana komplementami i gwałtownością jego uczuć poczuła, że wiotczeją jej kończyny. Postać przyjaciela błyszczała w wyobraźni odcieniami czerwieni. Kolorami miłości. Wzięła głęboki wdech z powodu nagłej konkluzji.
Leśne imperium wkoło nich zawirowało. Świat stał się jasny i czytelny. Przeciągłe westchnienie poszybowało nad drżącymi kępami traw. Kimiko przechyliła głowę do tyłu, żeby skrzyżować się wzrokiem z mężczyzną. Przytuliła się do jego policzka. Blask rodzącego się dnia skąpał ich w bieli.
Uczucie do Chase’a kojarzyło się mniszce z przywiązaniem do przyrody, ojczyzny i rodziny. Do czegoś naturalnego jak spacerowanie po ziemi ogrzanej słońcem.
Rozpływała się pod męskim dotykiem. Parę miesięcy temu porwała ją wizja tysiąca pożądliwych dłoni. Stare wyobrażenia uległy modyfikacji – tysiąc obcych rąk scaliły się w jedną, lecz co najistotniejsze, ziściły się na jawie.

***

Przechodziła labiryntem krużganków, nie przejmując się docinkami braci. Złościła ich, choć nie doznawała krztyny satysfakcji, zamknięta w ścianach mistycznego upojenia. Przewijała się obok starych murów i znanych twarzy, ale w wyobraźni sunęła między pałacowymi kolumnami podtrzymującymi ozdobione kasetonami sufity. Smoki i feniksy tańczyły w chmurach wyszytych na kolekcji jedwabnych malowideł.
Przystanęła przed balustradą, z twarzą zwróconą w kierunku słońca. Oplotła się ramionami, imitując dodający otuchy uścisk przyjaciela. Wewnątrz niej tlił się ogień, dzięki czemu na zewnątrz lśniła nieziemskim nimbem. Właśnie tak siebie widziała. Głucha i ślepa na bodźce z zewnątrz nie zauważyła wpatrujących się w nią po przeciwnej stronie dziedzińca Smoków Żywiołów. Wciąż zdruzgotani popisem siostry, od paru dni włóczyli się za nią jak cienie, ilekroć wychodziła ze swego pokoju.
– Oszalała – skwitował Clay.
Żuł w ustach garść zasuszonych goździków, wydawał przy tym odgłos określany przez Raimunda ciamcianiem. On sam natomiast raczył się śliwkami w miodzie.
– Zawsze była dziwna – dopowiedział, pochłaniając łakocie.
– Dziwka.
Okraszony śmiechem bluzg rozległ się zza pleców wojowników. Nie zdziwili się, widząc Cheng Ko w asyście starszych chłopaków.
Omi dumnie wypiął pierś.
– Powtórz, proszę?
– Słyszałeś. Ma problemy z uczuciami, więc słabnie jej Kung Fu. Pewnie zeszmaciła się i tyle – warknął tamten, a po chwili roześmiał się cicho. Przybrał minę osoby dokonującej błyskawicznej refleksji. – Ach, przecież wy, dzieciaczki, niczego nie rozumiecie...
Spojrzał znacząco na kompanów.
– No, panowie, przyznać, kto wsadzał?
Jeden z nich zagwizdał, jakby przypisywał sobie niezwykły wyczyn. Drużyna Smoków patrzyła spod łbów na czwórkę pajaców z wygolonymi głowami. Oddalili się jednak szybko, dostrzegając zbliżającego się nauczyciela. Mimo to zasiali w Omim, Raimundzie i Clayu masę wątpliwości, które rozwiać mógł wyłącznie mistrz Fung.

 ***

Wzrok mamił, kształtując drzewa na wzór filarów strzegących cudacznych skarbów. Skroplona mgła pokryła roślinki białym puchem. Zwierzęta szykujące się do zimowego snu ciężko stawiały łapy, manifestując intruzowi swą bliskość. Wilgoć osiadła na bujnym listowiu leśnych żołnierzy, wydobywała zapach igliwia i żywicy. Kimiko skradała się do lasu w słabości przypominającej przeziębienie, gdyż zmysły zatraciły realną ocenę sytuacji. Niezwykle dosadnie odbierała bodźce z zewnątrz. Toczące się soki życiowe pulsowały pod stopami, przywodząc skojarzenie trzepoczącego serca.
Dotknęła gładkiej kory brzózki. Ile miesięcy księżycowych upłynie, nim biała skórka popęka i obsypie plamami, a Las Smoka podporządkuje sobie młodziutkie drzewko na wieczność? Spoglądała na leśny świat inaczej niż zwykle, widząc go jako miejsce swojskie, udomowione.
W głowie mniszki zakwitła przykra myśl.
„Nie… ten dzień nie różni się od innych… Ja nigdy nie zmienię się na lepsze.”
Ucałowała bezlistną gałązkę, co uczyniła ze współczucia dla drzewka. Wkrótce zestarzeje się ono i zdziczeje.
Pokręciła głową. Chase Young wyśmiałby pajęczynę posępnych rozważań, w którą się omotała. Kimiko rozumiała, iż żyjące istoty rosną, starzeją się, a potem umierają, bo w innym razie ich natura stałaby się bliższa potworom. Tym bardziej się zasępiła. Podniosła z ziemi częściowo przegniły złoty listek. Obracała go szybko w palcach, dokonując prostych obliczeń. Za niedługo minie jej siedemnasty Nowy Rok. Niejaką pociechę stanowił fakt, że nadal rośnie. A kiedy przestanie dojrzewać, zaczną nazywać ją młodą kobietą, lecz cóż znaczyło bycie „młodym człowiekiem”? Młodzi ludzie nie spędzają dni i nocy w klasztorze. Nie marnują daru młodości. Nie widzą jak młodości przelatującej między palcami niczym wiatr. Młodość dana jest każdemu człowiekowi tylko raz. Kimiko wykrzywiła nieszczęśliwie twarz. Do tej pory uważała, że wykorzystuje błogosławiony okres w pełni, na miarę możliwości. Żywiła wdzięczność względem ojca, ponieważ pozwolił jej dostąpić zaszczytu wejścia w szeregi Smoków Xiaolin. Lecz mimo zalet rozwijania się jako wojowniczka dostrzegła braki swego rzemiosła. Rozerwała listek na dwoje. Rozszczepione połówki opadły w błoto. Nieuchwytna tęsknota pustoszyła Kimiko. Zazdrościła Ruling. Przeznaczeniem Chinki było pozostać wolną; podróżować samodzielnie, poznawać świat i spotykać się z ludźmi – wykształconymi w kulturze cudzoziemców mężczyznami i kobietami, obytymi i niezależnymi od nikogo, nawet swych rodziców. Mniszka zapragnęła wejść w świat Ruling, by nie żałować żadnej chwili.
Świadomość nieuchronnego braku perspektyw złapała ją w szpony. Ubolewała, bo nie mogła zamrozić swej młodości ani jej wskrzesić. Sam Chase Young wyznawał pogląd, że nieśmiertelność jest przekleństwem i nikt oprócz bogów nie powinien zapatrywać się na nią.
Czuła litość wobec siebie. Skoro młodość każdego człowieka stopnieje niczym śnieg na początku wiosny, dlaczego ona, zamiast cieszyć się darem młodości, kontempluje sprawy, na jakie nie ma wpływu? Czy Chase nie mówił, że Kimiko za bardzo martwi się przyszłością?
Musiała przyznać mu rację.
Odkleiła się od brzozy i poczłapała dalej. Chrzęst szyszek wydobywał się spod stóp. Przywołała na usta uśmiech.
„Cóż, przynajmniej spotkam się z przyjacielem!”
Przedzierając się przez drzewa, dobiegła do niej muzyka. Kimiko w miarę skracania dystansu między sobą a celem słyszała ją wyraźniej. Wybrzmiewała i zanikała. Nuty odbijały się od liści, a te odbierały im moc.
Zza drzew klonu zobaczyła postać muzyka. Sunął palcami po strunach starożytnego chińskiego instrumentu. Zatrzymała się, upita nagłym przeczuciem, że ta oto chwila zawiera pewną magiczną, intymną dla przyjaciela cząstkę, zaś jej obecność równa się świętokradztwu.
Pierwszy raz przyglądała się działaniom Younga z ukrycia. Zgoła odmiennym od polowania na smoki. Zdawała sobie sprawę, że tak jak tamtej nocy, Chase wyczuje ją po zapachu, więc głupio robi, chowając się. Jednak nie odważyłaby się mu przeszkodzić. Wstrzymała oddech, podglądając rzekomo złego człowieka przy pracy. Grał z zamkniętymi oczyma i lekko rozchylonymi ustami. Melodie wypływające spod jego rąk do złudzenia przypominały koncert chyboczących się bambusów. Las zdawał się oczarowany; delikatnie rozkołysał cieniutkie witki, a zamieć złota i czerwieni wirowała nad polaną. Łagodne dźwięki doskonale komponowały się z pluskiem strumyka gładkiego niby jadeit.
Serce Kimiko roztłukło się w piersi. Głowa stawała się cięższa i opadła na pień klonu. Stopy z kolei nabrały niesamowitej lekkości, jakby dziewczyna zaraz miała się unieść i zatańczyć wraz z liśćmi, aprobując zdolności Chase’a.
Zamilkły utrapienia, z którymi tu przyszła.
Książę Heylin otworzył oczy. Nie przestając grać, od razu wyłapał lokalizację podglądacza. Posłał Kimiko nikły uśmiech – ani życzliwy, ani złośliwy.
– Granie na cytrze nauczyło mnie subtelności – oznajmił głośno. – Podoba ci się?
Potwierdziła skinieniem głowy.
Lustrując Japonkę wzrokiem, wzmocnił szarpnięcia za struny.
– A mnie moje granie zupełnie się nie podoba. Nie oddaje głosu natury.
– Brzmi jak las bambusów – odkrzyknęła. – Pięknie…
Patrzył na lisim wzrokiem, po czym spuścił oczy i zabrał ręce ze strun. Cisza zapadła z gwałtownością gromu. Ni stąd, ni zowąd Kimiko sparaliżował strach o przyszłość. O najbliższą przyszłość zakamuflowaną i nieruchomą, kucającą obok na kamieniu lub pod drzewem.
– Perełko… uwielbiam, kiedy naciągam struny cytry – rzekł szeptem, ale na tyle przenikliwym, że nie tylko dotarł do mniszki, ale też pozbawił ją tchu – a one odpowiadają. Uwielbiam czuć ich drżenie. Wtedy i ja, i cytra, stajemy się jednym. Ja obdarzam ją głosem, a ona mnie uczuciem…
– Jakim uczuciem? – wychrypiała prawie bezdźwięcznie.
Chciała poprawić się, ale Chase ją zaskoczył:
– Rozczarowaniem. Instrument jest zimnym przedmiotem. Upośledzonym medium, bo pozbawionym duszy. Uległym mi do tego stopnia, że nigdy nie zabrzmi wedle mej woli. Rozumiesz? Paradoks.
Zareagowała wtuleniem się w drzewo. Raz po raz dopadało ją wrażenie, że on czegoś pragnie. Denerwowała się, wiedząc, iż z mglistej przyczyny, znanej wyłącznie jemu, wzbrania się przed wypowiedzeniem go na głos.
– Jakiego zatem potrzebujesz medium?
Patrzył na nią długo, nim odpowiedział.
– Żywego człowieka, oczywiście.
– Kobiety? – podsunęła i natychmiast poczerwieniała.
Chase zaśmiał się dziwnie. Wstał z ziemi.
– Może…
– Konkubiny? – uściśliła.
Wesołość spełzła mu z twarzy.
Wyciągnął do niej ręce, prosząc, żeby podeszła, ale Kimiko, niezdolna do przekroczenia bariery sklejającej pierścień klonów z zieloną niecką, wtuliła się do drzewka, jakby gwarantowało ochronę przed tym, co się wydarzy..
– Dobrze, ja podejdę.
Stawiał jedną stopę przed drugą płynnie, wiatr zaś wybrzuszał jego pelerynę. Postać przyjaciela miała w sobie coś z ducha.
W kilka sekund oddech owiał czubek jej głowy.
– Boisz się czegoś, Kimiko? – zapytał, odrywając ramiona dziewczyny od gładkiego pnia. – Moja słodka perełko…
Znalazł się bliżej niż zwykle, aż brakowało jej powietrza.
– Jak bawisz się z konkubinami? – wyszeptała zdławionym głosem.
– Ach, naprawdę chcesz wracać do tego?
Przytakneła, wyrażając determinację.
– Tobie ta wiedza nie jest potrzebna – powiedział i złożył pocałunek na jej nadgarstku.
Zmarszczyła brwi, aby przydać sobie powagi.
– Bawisz się z nimi lepiej niż ze mną, zgadłam?
Ryknął śmiechem, złapał ją za podbródek i lekko ścisnął.
– Niestety, zabawy z nimi nie dają mi już radości, ale tu, z tobą, odzyskuję choć jej namiastkę – wysyczał, co wcale nie pasowało do wypowiedzianych słów. – Szczęśliwa? – dodał agresywniej.
W środku Japonki zawrzał cichy głos, mówiący, że jeśli przyjaciel zaraz czegoś nie zrobi, jej ciało rozpadnie się z tęsknoty.
– W jaki sposób ja mogę dać ci radość? – wychrypiała.
Płonęła od szyi w górę, aż oczy zaszły łzami.
Grymas przeszył oblicze Younga. Wzruszył ramionami.
– Rób to, co do tej pory – wyszczerzył zęby.
Treść jego słów ponownie nie pokrywała się z tym, czego pragnął, co widziała, tonąc w złotych oczach palących się z podniecenia.
Ustami zakomunikowała bezdźwięczne „nie”, wyciągnęła rękę i przyłożyła mu do policzka.
– Mogę sprawić ci większą radość. Większą niż tamte, tylko pokaż mi jak – zadeklarowała tonem zahipnotyzowanej wariatki. – Cierpisz. Przecież wiem. Chcesz tego, co ja…
– A ty czego chcesz? – Przycisnął ją do pnia. – Czego ty chcesz, mniszko?
Sens jego pytania sięgał dużo dalej, zmuszał do zastanowienia się nad przyszłością, od której mogło nie być odwołania. Ale Kimiko nie chciała myśleć, tylko czuć, na złość klasztorowi i rodzinie. Tymczasem Chase zjechał rękami na biodra mniszki, zarysowując je.
– Chcę dać ci szczęście, to mój obowiązek – tłumaczyła. – Niebiosa tak każą…
Wybuchnął śmiechem, mimo iż w jego głosie nie pobrzmiewała nawet nutka wesołości. Zżerało go coś innego. Lekko uniósł Kimiko, której mięśnie drżały i gorączkowały się.
– Och! – westchneła, zderzając się kroczem z czymś twardym.
– Przestań tak mówić…
– Znaczy jak? – spytała niewinnie, wiercąc się w objęciach.
– Nie pogrywaj ze mną! – warknął. – Zapomniałaś o przeznaczeniu? Jeżeli w dalszym ciągu będziesz mnie... doprowadzisz do upadku i ściągniesz na siebie przekleństwo.
Zarzuciła mu gwałtownie ramiona na szyję, żądna dotyku i pieszczot. Wyciągnęła język z ust i zawędrowała nim za spiczaste ucho mężczyzny.
Słowa zamarły Chase’owi w gardle. Na znak zachwytu przytulił Kimiko, głaszcząc czule po plecach.
– Przeznaczenie da się odwrócić – szeptała raz po raz. – Skąd wiesz, co jest moim? Nikt tego nie wie. Poza tym ja chcę ci pomóc, przynieść ulgę…
Zamarł, ku niezadowoleniu dziewczyny odrywając się od niej. Upadła na korzenie klonu wystające z ziemi.
– Za kogo mnie uważasz? – zagrzmiał, jednak dużo łagodniej. Wiedziała, że łamie jego wolę. – Wyćwiczyłem się w cierpliwości. A ty – posłał kpiarski uśmieszek, w nagłej potrzebie sprawienia, aby sytuacja przybrała obrót spraw zgodny z naturą kogoś, kto lubi kontrolować – nawet nie zdajesz sobie sprawy, w jaki sposób ulżyć mężczyźnie, a zanim się dowiesz, przerazisz się, ewentualnie zgorszysz.
Kimiko była zbyt blisko osiągnięcia celu i ani myślała się poddawać.
– Bogowie nauczają nas, że należy pomagać i okazywać miłosierdzie… – Rozłożyła szeroko ramiona. – Po prostu zrób ze mną, co tylko chcesz.
– Przestań się nade mną litować! Przestań tyle gadać! – tym razem ryknął, uderzając drzewo otwartą dłonią. Zatrzęsło się. Spadł deszcz liści. – Głupia, jesteś mniszką, zachowuj się jak mniszka.
– Do dwudziestego roku życia, potem odejdę stąd, postanowiłam – wyszeptała.
Przełknęła ślinę. Do niej samej ledwo docierało, co mówiła.
Chase się zaśmiał się.
– I kto cię przyjmie, hm? Wrócisz do Japonii, poślubisz martwy kawał granitu? – Kucnął, krzyżując ich spojrzenia. – Ciągle twierdzisz, że tylko klasztorne życie jest dla ciebie najlepszym wyjściem i szczęściem? Co na to twój ojciec?
– Miałeś rację, on nie ma prawa projektować mi życia – mówiła nad wyraz spokojnie. – Jeśli mam okryć się hańbą, lecz żyć szczęśliwie, wybieram hańbę
– Ale ty niczego nie rozumiesz, twój narzeczony umarł, więc nie masz pana, który by się tobą zaopiekował.
– Dokładnie tak, mój pan umarł. Teraz ty nim jesteś. – Uśmiechnęła się przebiegle. – Położyłeś się obok mnie.
Moc spojrzenia w połączeniu z tupetem, z jakim zacytowała słowa Chase’a, poruszyła nim, aż zatrząsł się we własnej zbroi. Przywarł do tej denerwującej istotki, a uczynił to świadomie, by ponownie odczuła na brzuchu moc jego zbudzonego pożądania. Zapragnął jej tu i teraz, w tym starym, dziko rozrastającym się lasie. Wyobraził sobie, jak przewala się wraz z nią po zielonym mchu, w roli świadka i poręczyciela ich związku biorąc bijące serce chińskich lasów.
Nie należał jednak do nieokrzesańców. Spasował, po raz ostatni mówiąc, tym razem łagodnie, nachylony nad dziewczyną:
– Przerwij to i uciekaj, Kimiko, do braci.
Obdarzyła go gorącym spojrzeniem demonstrującym ułamek gorącego uczucia noszonego w sercu.
Ujęła jego twarz w obie ręce i pocałowała w czoło.
– Moje miejsce jest przy tobie. Rób, co uważasz za słuszne.
Zmrużył oczy, kręcąc głową.
– Wariatka.
I wdarł się szturmem w jej usta.
Dotykając Kimiko, dawał upust żądzy, która widocznie siedziała w nim od dawna, od początku ich znajomości. Dziewczyna znajdowała szaloną radość, doświadczając jego szczęścia. Obudził w niej zachłanną ciekawość. Szeroko otwartymi oczyma śledziła ruchy jego rąk. Miotały się po udach i piersiach, pozostawiając ślad przyjemności na rozgrzanej skórze. Nagle podniósł ją z twardych korzeni i oparł o klon. Kimiko patrzyła bez ruchu, jak z jej nóg spływają białe spodnie. Westchnęła ciężko i przeniosła rozedrgany wzrok na ślepia Chase’a. Pionowe źrenice rozszerzyły się. Zamarł na chwilę, skupiony na kroczu partnerki. Naruszał ostatnie bariery ich dzielące. Japonka odchyliła głowę. Zaczerpnęła głęboko zimnego powietrza. Nie wyobrażała sobie sposobu, aby znaleźć się z nim w bardziej intymnej sytuacji. Tak bezceremonialnie, nie bacząc na ustawiczne kontrolowanie się, dotykał ją, przeszywał tym dotykiem na wskroś. Z gardła Japonki wydobył się śmiech. Wyciągnęła dłoń i odgarnęła grzywkę z czoła Chase’a. On oplótł swe biodra nogami przyjaciółki. Wyciągnął szyję, by móc błądzić ustami po twarzy Kimiko. Zarzuciła mu ramiona i przywarła do niego, pragnąc stać mu się bliższa. Położyła głowę na jego barku, zamknęła oczy i jęknęła cicho do spiczastego ucha. Zwinęła ręce w pięści, kiedy to twarde krocze Chase’a wbiło się w nią. Wślizgnęło w rozgrzaną jaskinię, żeby ugasić płomień wzniecający się co noc.
Las Smoka rozkołysał się mocniej. Listowie z głośnym świstem cięło powietrze, podnosząc się ku górze nikło na chwilę w wilgotnej czapie nieprzeniknionej mgły i opadało na ziemię.

***

Wysoka, więdnąca trawa była dobrą kryjówką, uznała Kimiko. Kiedy ona i Chase leżeli wtuleni w siebie, przykryci płaszczem z lisów, w wygniecionych ubraniach oraz włosach przylepionych do spoconych twarzy, nawet najlichsze schronienie wydawało się odpowiednie.
„Zabawne, ma tysiąc czterysta lat i nie wie, co powiedzieć”, ale mniszce nie było wcale do śmiechu. Nie cieszyła się długo rozkosznym aktem. Gdzieś z tyłu głowy odezwała się wątpliwość – czy aby ona i Chase wciąż są tylko przyjaciółmi?
Otworzyła usta, by przerwać nieznośne milczenie, lecz zaraz stchórzyła. Podniosła wzrok i zobaczyła wargi mężczyzny. Układały się w wyrazie dalekim od zakłopotania. Wyrażały leniwe zadowolenie.
– Chase? – wychrypiała, spinając przy tym mięśnie do granic możliwości. – Nic się nie zmieni, tak? Nadal będziemy opowiadać sobie bajki i...
Uspokoił ją czułym pocałunkiem w policzek.
– Nic się nie zmieni.
Te słowa w mig ją pokrzepiły. Zamilkła. Wtuliła się bardziej w jego klatę, przykładając do siebie ich serca.
– Kimiko, chciałabyś to powtórzyć? – wyszeptał.
– Oczywiście...
– Codziennie?
Zastanowiła się. Ponoć nadmiar przyjemności prowadził do nieszczęść.
– Nie, raczej nie codziennie...
Zachichotał, a jego dłoń zjechała z uda na pośladek.
– Dobrze, wtedy kiedy będziesz chciała. – Uszczypnął ją.
– Ale ja to zrobiłam dla ciebie.
– Ale sprawiło ci to nieoczekiwaną przyjemność, czyż nie?
– Ogromną! – Zadarła głowę i popatrzyła mu w oczy. Na ich widok zaczerwieniła się. – Przecież ja dziś nie zasnę…
Wyeksponował szereg białych zębów. Rzecz jasna nie podzielał obaw przyjaciółki. Wsunął rękę pod mnisią szatę i na pożegnanie podarował kilka pieszczot.
– Do zobaczenia, perełko.



2 komentarze:

  1. Dotarłam tutaj i z dumą mogę napisać, że wreszcie znalazłam w Kimiko wadę, która działa mi na nerwy :D Chociaż nie wiem, czy mogę to nazwać wadą, w ogóle cechą. Ale dostrzegam w niej nutkę hipokryzji z domieszką podwójnych standardów. Strasznie dziwne wydaje mi się jej podejście w tym sensie, że tak strasznie wyklina swoich kolegów z klasztoru za jedzenie mięsa, czyli sprzeciwianie się zasadom, a jednocześnie ona sama łamie jedną po drugiej. Nie zrozum mnie źle. Ja jej kibicuję w tym łamaniu zasad, ale to przypominanie o "zdradzie", kiedy ona zdradza jakby bardziej, wydaje się właśnie tym, co napisałam wyżej.
    Co nie zmienia, że, jak napisałam, kibicuję jej w tym odkrywaniu zakazanego świata. Nie akceptuję świata patriarchalnego, tym bardziej tak bezwzględnego i okrutnego. Bo jak niektóre rzeczy można tłumaczyć w dawnych czasach, tak w twojej historii po prostu system wzbudza niechęć.
    I tak sobie myślę, że trudno mieć w takich okolicznościach pretensje do Chase'a o takie a nie inne zachowanie. Facet, który przeżył tyle lat i naoglądał się ludzkiego okrucieństwa, fałszu itp. raczej nie może być typem międzynarodowego bohatera i idealisty. Dlatego akceptuję jego nastawienie, tą chłodną obojętność. Chociaż sporo też w nim cech, które z pewnością nie wynikają z przykrych doświadczeń. Jedną z tych cech jest okrucieństwo.
    Taka romantyczna część mnie chciałaby, żeby Kimiko zmieniła Chase'a w anieła i żeby żyli długo i szczęśliwie albo, żeby go zmieniła i żeby wiesz, jak to w tych melodramatach, on zginął w jej ramionach czy coś. Ale nie mam złudzeń, jak coś XD Moje nadzieje ograniczają się do tego, żeby on naprawdę jej nie zrani.

    Jeszcze coś - ta akcja z pokazem smoków. Dla mnie to była prezentacja właśnie tego fałszu w klasztorze. Mnich niby ma żyć w spokoju i modlitwie, nie wywyższać się ponad innych (albo coś w tym guście), a tutaj robią przedstawienie dla bandy żołdaków. W imię czego? W dodatku kiedy Kimiko się nie udaje, zamiast ją usprawiedliwić (żeby zachować twarz) i potem dowiedzieć się, z czego ta nagła słabość wynika (wcześniej pokazała spore umiejętności) oni ją upokorzyli, a potem zostawili samą sobie i zaczęli handlować. Jedna słabsza chwila i już jesteś niepotrzebnym śmieciem. Fajny klasztor, po prostu miłość braci wszechobecna.

    Chyba tyle dzisiaj ode mnie
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe xD

      Ludzie często nie zauważają u siebie win, zwłasza kiedy sami zaczynają broić. I Kimiko sama nie ogarnia za bardzo, co jest dobrem, a co złem xd

      Dobrze, że wzbudza niechęć, bo w Chinach sytem patriarchalny był ostrą jazdą bez trzymanki. O ile w Europie i Ameryce przynajmniej z pozoru udawali, że tak, kobieta jest równa, tam nikt nie ukrywał, że jest inaczej.

      Melodramaty są zajebiste xD

      Heh, a dziwiłaś się, że od Kimiko trąci hipokryzją! :D Wzory do naśladowania ma raczej niefajne xd

      Usuń