19 sty 2018

Rozdział 15





Ręka.
Ręka.
Przerzut.
Noga.
Szpagat.
Ciche tąpnięcie.
Kimiko z gwizdem wypuściła powietrze.
W przeciwieństwie do żywiołu ciało nie kaprysiło ot tak.
Pewna sukcesu kończyła bieg po bambusowych palach. Z wysoka napawała się rozczarowaniem pół tuzina mnichów, którzy przyjmowali zakłady o prawdopodobieństwo porażki siostry.
„Głupki.”
Odkąd narosły problemy z ogniem właśnie z ćwiczeń fizycznych czerpała satysfakcję. Na tym polu nigdy nie zawiodła.
Przeniosła ciężar ciała na ramiona; zgięły się lekko w łokciach. Manewrując nogami i kręgosłupem utworzyła figurę naśladującą łuk. Zastygła we wdzięcznej pozie. Nagły zimny podmuch przegnał buchającą spomiędzy warg białą chmurkę pary. Siekł spąsowiałe policzki. Gorący rumieniec przypomniał o dzisiejszym poranku. Wspomnieniami zabrał w serce Lasu Smoka.
– Kimiko, na co czekasz? – zawołał z dołu Clay.
Otworzyła szerzej usta. Wymsknął się z nich nieśmiały jęk, widmowe przedłużenie magii, kiedy upodobniła się do instrumentu odpowiadającego drżeniem na natarczywe ruchy muzyka.
Zeskoczyła na ziemię i wyprostowała się. Na twarzy igrał tajemniczy uśmiech.
Clayowi na widok przyjaciółki przyszło na myśl, że on i bracia mylili się. Wcale nie jest ona chora, prędzej zmieniła się w istotę wyższą i piękniejszą, kryjącą w sobie masę sekretów ich światu. Co w tym złego? Wymykała się w swój wewnętrzny pejzaż i żadne siły nie mogły ją stamtąd wyrwać.
Skocznym krokiem pognała w stronę ławek. Opadła na nie, ciesząc się, że wreszcie się odetnie i zanalizuje ostatnie wydarzenia, a raczej przeżyje je na nowo, ponapawać się, rozbierze na czynniki pierwsze, przewinie od początku, by nieśpiesznie przejść kolejne etapy.
Zatopiła się w kipieli emocji. Targały nią namiętności wszelakiego sortu, przeszywając skórę. Zmysły ogniskowały się na różnych odcinkach ciała. Zataczały najwęższe kręgi w jednym miejscu, splądrowanym i wyeksploatowanym. Kimiko robiło się cieplej na te gospodarcze porównania.
Obejrzała się na lewo i prawo. Chłopcy stracili nią zainteresowanie, nie widzieli zatem, jak biała rączka wślizguje się między uda, oczy zaś płoną niebieskim ogniem i lustrują ich od pasa w dół.
Nie zdążyła zapytać Chase’a o określenie dla twardego organu przytwierdzonego do krocza mężczyzn i chłopców. Obiecała sobie uzupełnić jutro ubytki w wiedzy. Zdarzało się przecież zaobserwować, że na przykład na treningach starszym mnichom coś napierało na nogawki od spodni.
„Biedactwa, trudno to ukryć...”
Z zaabsorbowaniem obłapiała podbrzusza kolegów. Jeden z nich podciągał się na drążkach nad naostrzonymi palami. Pot lał się strużką po jego plecach. Kimiko wydłużyła szyję i zwęziła oczy w wąskie szparki. Chłopak błyskał zębami z wysiłku, ale ją zaciekawiło, iż krocze mnicha nieznacznie się zarysowało.
Choć Chase nie zakazał przyjaciółce smakowania przyjemności z mnichami, ona wiedziała, że jak w przypadku pocałunków takie kontakty są absolutnie zabronione. Zdradziłaby przyjaciela. Jednak z racji, żę lubiła sobie teoretyzować, popuściła wodzy fantazji. Gdyby tak jacyś mnisi, męczeni tym samym pragnieniem co Chase, poprosili ją o pomoc, czy oddałaby im tę przysługę? Niewątpliwie przyniosłaby im pociechę.
Lecz abstrahując od szlachetnego gestu, ona też chciałaby czerpać rozkosz z własnego poświęcenia.
„A jeśli tylko z nim jest miło?”
Pamiętała o bólu. Dotyk kogoś nieupoważnionego sprawiłby przykrość. Podskórnie czuła, że Chase nie kłamał. Tylko on był upoważniony do używania jej, żeby sobie ulżyć. Nie rozumiała, na czym owa korelacja polegała, chociaż podobała się.
„Na tę chwilę wyłącznie łowca smoków może mnie mieć w taki sposób, w jaki posiadł mnie pod klonem…”
Ofiarowywanie ciała komukolwiek poza Chase’em wydawało się teraz obrzydliwe. Nawet pomysł nosił znamiona czegoś perwersyjnego. Kimiko otrzepała się i wykrzywiła usta, jakby połknęła gorzkie lekarstwo.

***

Sen wlókł się beznadziejnie długo, bawił z Japonką w okrutną grę. Mata dokuczała nie dość, że twardością, to jeszcze gryzła w skórę.
Starannie wytrzepała pościel z ziarenek piasku, wymościła posłanie, niwelując najmniejsze wybrzuszenie, a nadal nie mogła zasnąć. Drżała z zimna, więc przykrywała się. Zaraz potem odrzucała kołdrę, uwalniając rozognione ciało pokryte potem.
Nie wytrzymała. Wstała i chwyciła wilgotną poduszkę. Cisnęła nią o ścianę, po czym tupnęła nogą i kopnęła skryte w fałdach łóżka Shen Gong Wu. Piasek Czasu z impetem przeturlał się do ściany. Zderzenie wywołało głośny brzęk, lecz klepsydra nie rozbiła się.
Wyładowywanie złości na przedmioty martwe odciągnęło tylko na krótko od szalejącego w niej pożaru. Płomienie lizały w środku tak łapczywie, aż Kimiko nie bez zadowolenia skonstatowała, iż najlepszym wyjściem z sytuacji będzie pozwolenie energii wyszaleć się. Wyciągnęła ręce, aby wyczarować ukochany ogień.
„Chodź do mnie, no dalej!”
Żywioł nie zareagował. Żadnej lichej iskierki, nic! W środku szalał pożar, ale ani myślał wydostać się na zewnątrz.
Zakleszczyła palce na głowie. W ciszy, w sekrecie przed Xiaolin, miotała się po izbie, która zmalała, zszarzała i zbrzydła. Przypominała więzienną celę.
„Ciasna, obmierzła nora!”
Wsadziła rąbek rękawa w usta. Knebel uratował przed darciem się w noc. Zachowaniem nie różniła się od pensjonariuszy domu wariatów, jednak czy klasztor nie roił się od szaleńców? Siedlisko hipokrytów, chciwców i maniaków sławy maskujących prawdziwe zamiary pod płaszczykiem religijności i narodowego obowiązku.
Kimiko potrzebowała zaś tylko wypełnienia pustki.
Pięścią wymierzyła cios w podbrzusze, licząc, że się ono uspokoi. Nadaremnie. W końcu podbiegła do okna, rozsunęła je na roścież, wpuszczając ostre powietrze ciągnące z Lasu Smoka. Patrzyła chwilę na drzewa; przerzedziły się do połowy, pozostała część listowia opierała się lodowatym podmuchom.
Przymknęła okno i legła bezwładnie na rozkopane posłanie. Powietrze wcale nie chłodziło rany u spojeniu ud. Potęgowało kontrast między gorącem wewnątrz ciała a zimnym pokojem.
Niewidzącym wzrokiem Kimiko sunęła po ołtarzu z figurą bogini miłosierdzia. Zatrzymała się na emaliowych oczach Kuan-in. Wreszcie owładnęło nią słodkie zmęczenie. Gładząc piekące znamię na biodrze, odpłyneła do krainy wyobraźni.
Pierwszy raz w ciągu swego mnisiego żywota zapomniała się pomodlić.

***


Na mielizny rzeczywistości zepchnęło ją dobijanie się do drzwi. Fala bieli oślepiła Kimiko.
– Dziewczyno, co się z tobą dzieje?! – rozległ się przytłumiony wrzask.
Okropna myśl wdarła się w mózg:
„Zaspałam…!”
Dotknęła zziębniętych nóg równie sztywnymi z zimna rękami. W nosie zawirował karat.
Nowa salwa dobijania się do pokoju kazała Kimiko odkrzyknąć usprawiedliwienie, ale żadne nie przychodziło do głowy. Nie zdołała niczego wymamrotać oprócz: „zaspałam…!”
Wygrzebała się z łóżka i zatrzasnęła okno. Przejmujący chłód ocucił dziewczynę, dzięki czemu żwawo pozbierała się na trening. Zanim wyszła, stęknęła prawie bezgłośnie.
Co pomyślał Chase, skoro nie pojawiła się o wyznaczonej porze?
Jeżeli ich kontakt się urwie?
Przełknęła ślinę. Powstrzymała eksplozję szlochu. Łzy nie cofną czasu. Popchnęła drzwi i stanęła przed Drużyną Smoków.
– Pospałaś? – zaczął bezczelnie Omi, tupiąc stopą o podłogę.
Kimiko zamknęła drzwi i, nie zwracając uwagi na pytanie chłopca, przeszła obok, uderzając ramieniem o jego ramię.

***


Spóźniona na śniadania z Chase’em oraz na mdłą breję wydawaną w stołówce Kimiko podjęła drastyczne środki. Włamała się do kuchni.
„I tak zjadłam po nich resztki!”
Zeskrobała obeschnęty ryż z garnków, zalała go miętową herbatą i napchała nim usta, nim ktokolwiek zdążył ją przyłapać. Żołądek nie skarżył się na głód, ale wiedziała, że musi zająć go trawieniem. W przeciwnym razie opadłaby z braku sił, nadwątlonych dodatkowo miażdżącymi sidłami bezsilności.
„Ty leniwa, paskudna…!”
W drodze na plac treningowy rozważała pokusę wymigania się. Wolała zaszyć się w zrujnowanej części klasztoru i bez przeszkód grzebać się w stracie. Jakie są szansę, że jutro, o ile znów nie zaśpi, Chase zechce przyjść na spotkanie? Z jego perspektywy złamała obietnicę. Nie pojawiła się, osamotniała w walce z męskimi słabościami.
– Uczennico!
Zobaczyła pomocnika Funga, mistrza Zhi, otulonego szczelnie w gruby płaszcz. Szarobury kolor zlewał się z wyjątkowo brudną barwą nieba, po którym przepływały wydęte chmury zwiastujące grad lub śnieg.
Zatrzymała się i zgięła kark, gotowa na naganę. Niewybaczalne spóźnienie zasługiwało na karę.
– Uczennico, wzywa cię mistrz. Teraz – zaskrzeczał.
Oczywiście.
Nie obawiała się tyrady, bo czy wyrzuty starego człowieka grozą przerastały fakt opuszczenia spotkania z przyjacielem?
„A jeżeli nadal na mnie czeka?”
Przed oczyma przewijały się postacie mnichów. Uśmiechali się jadowicie, wiedząc, dokąd mistrz Zhi prowadzi siostrę. Kilkoro z nich ukradkiem zawróciło z drogi na plac i poszło za nimi. Kimiko zbierało się na płacz, choć jej oblicze zastygło niby maska operowa.
„Obraził się, obraził się!”
Przed pawilonem mistrza stała straż. Trzech ludzi uzbrojonych w karabiny rozstąpiło się, wpuszczając przybyszów na bambusowy ganek. Japonka, przechodząc koło żołnierzy, osłupiała na widok opalonych wiatrem twarzy. Warknęli jak wilki na widok stadka mnichów depczących Kimiko i mistrzowi Zhi po piętach. Odwróciła się ku braciom. Zatrzymali się i spletli ręce za plecach. Paru zagwizdało, udając, że podziwia sękate śliwy.
Wystawiła język w stronę chłopców, a ci oblali się czerwienią.
Postawiła stopę na ganku. Mistrz Zhi rozchylił papierowe wrota na tyle, by przedrzeć się przez szparę, a jednocześnie nie zdradzić, co kryje się za nimi. Rzeczywiście obecność żołnierzy wprost pod domem opata była zastanawiająca, niemniej Kimiko nie przejmowała się, zatracona w marzeniach o cofnięciu się w czasie.
„Szkoda, że to głupie Shen Gong Wu nie działa…!”
Pozostało tradycyjnie czekać, aż Zhi pofatyguje się ją zapowiedzieć, a Fung łaskawie udzieli pozwolenia wejścia. Tym razem nie klęczała. Stała wyprostowana, w myślach nawołując starego, aby się pośpieszył. Byleby mieć za sobą czczą gadaninę o wstydzie, jaki przyniosła klasztorowi i rodzinie.
– Wejść!
Dziwnie wesolutki głos Funga wywołał w Kimiko odruch obronny. Rozsunęła szerzej stopy i lekko ugieła kolana. Nie wiedzieć czemu poczuła zagrożenie.
Mistrz Zhi otworzył szeroko drzwi, lecz mniszka nie przestąpiła progu, zaskoczona zastanym widokiem. Oprócz Funga przy stole siedziało trzech mężczyzn, z czego w typie ze starczymi plamami na łysej czaszce rozpoznała namiestnika powiatu, a w drugim z gości kapitana oddziału żołnierzy. Na skórę siedzącego między nimi chłopaka ubranego w krzykliwą zieleń wstąpiły dreszcze.
Fung zakreślił w powietrzu pęczniejącym od kadzideł znak, aby podeszła.
Postąpiła dwa kroki w przód.
– Bliżej.
Kolejne dwa kroki, tyle że mniejsze, zachęciły żołnierza do śmiechu. Opat zawtórował, acz sugestywnie zmarszczył brwi.
– Smoku Ognia – zwrócił się oficjalnym tytułem, mimo iż drugi człon wypowiedział z delikatnym pytajnikiem, podważając aktualność wyjątkowej pozycji Japonki – spocznij, proszę.
Dołączyła do mężczyzn, wcześniej oddając każdemu z osobna pokłon. Nie rozumiała niczego, w dodatku nie przypadło jej do gustu śmiałe spojrzenie chłopaka z przeciwka.
– Wielki to zaszczyt poznać wojowniczkę żywiołu ognia – rzekł kapitan grubym głosem, podkreślając swe słowa przyjaznym pochyleniem karku.
Nie przemawiała przez niego pogarda, bardziej zaintrygowaniem, co napiętrzyło wątpliwości ciążące w głowie Japonki. Czy także inne Smoki otrzymały zaproszenie? Pożałowała, że nie zdążyła się dowiedzieć.
Namiestnik i chłopak milczeli, natomiast Fung poprosił, aby nalała im herbaty.
Wstrzymała oddech.
„Oto powód zawrócenia mnie z treningu? Usługiwanie przy stole?”
Nie była przecież dziewczyną jak każda inna, a walczącą mniszką! Jeżeli już miała komukolwiek usługiwać, to tylko Chase’owi, oczywiście w zamian za maliny.
„Ci nawet nie poczęstują mnie ciasteczkiem!”
Choć zżerała Kimiko złość, spełniła prośbę. Kiedy napełniła trzy filiżanki, poskramiała odrazę poprzez skupienie uwagi na ich zawartości przywodzącą miłe wspomnienia. Białe i żółte płatki żeglowały po miętowej powiechrzni pachnącego oceanu zamkniętego w porcelanie. Wzdłuż języka spłynął kwaśny smak.
„Malinki… moje malinki…”
Świeże, poprawiające humor, miażdżone o podniebienie. Chase równie znakomicie rozpraszał smutki. Wystarczył jeden dotyk, uśmiech lub słowo. Rozumiał ot tak. Czy spotka go jutro? Co, jeśli przyjął, że po wczorajszym incydencie ona skreśliła go ze swego życia?
Mimowolny jęk wydostał się spomiędzy zaciśniętych zębów. Zadygotała z rozpaczy. Zebrani skupili spojrzenia na spiętej dziewczynie.
– Jest taka nieśmiała – wyjaśnił Fung tonem dumnego ojca, wprowadzającego dziecko w krąg socjety.
– Doskonale, skromność i oszczędność w rozmowie są najwyższymi cnotami niewieścimi – podjął namiestnik.
– I czystość – podchwycił kapitan, rzucając rozmówcom spojrzenie pełne dezaprobaty.
– I czystość – zgodził się urzędnik, kładąc dłoń na barku młodzieńca. – Synu…
Chłopak pokraśniał, wstał i okrążył stół, by uklęknąć obok dziewczyny. Wyjął zza pazuchy zawiniątko. Coś twardego wcisnęło się w jej dłoń. Patrzyła bez cienia podejrzenia na czerwoną chusteczkę. Drogą rozsądku rozpakowała przedmiot, którego waga ni stąd, ni zowąd mogłaby konkurować z głazem. W palach Kimiko błysnęły dwie bransoletki ze szczerego złota. Ukradkiem zerknęła na człowieka niewiele starszego od niej. Pod sypiącym się wąsem wykwitł uśmiech wiejskiego głupka. Japonka bynajmniej nie poczuła się wyjątkowo. Chase Young uczynił jej o wiele większe honory, toteż dwie cienkie obręcze nikły w starciu ze spinkami wysadzanymi klejnotami, jedwabnymi fatałaszkami, ciekawymi bajkami, a przede wszystkim uwagą mężczyzny do istoty o społecznie niższej pozycji.
Dopiero teraz zwietrzyła podstęp. Kątem oko wyszukała oblicza Funga. Czy ojciec znał jego bezczelne zamiary?
Odłożyła biżuterię na stół. Rozległ się głośny trzask metalu. Z odwagą i żądaniem skierowała wzrok na mistrza, oczekując odpowiedzi.
– W innej sytuacji musiałbym cię prosić o zwrócenie złota, ale przecież nie wolno nam ignorować szczodrości naszego życzliwego namiestnika – wymigał się.
Kimiko uniosła brwi, wyrażając swe oburzenie. Nie mogła się bronić w bardziej bezpośredni sposób. Nie do wiary, Chase Young od początku mówił prawdę – Klasztor sprzedał się, a i jeszcze śmiał kupczyć swym członkiem, wyłącznie dlatego, że ten nie domagał!
Upokorzenie natarło w Kimiko rumieniecem gniewu. Wartość jej umysłu, duszy i ciała, marzeń, uczuć i ambicji oszacowano na równowartość wagi dwóch nędznych krążków ze złota? Rodzina narzeczonego posyłała diamentowe kolie i bele grubego brokatu, a ci wystawiają na targu tak żałosne bransoletki?
Najpierw wpadła na pomysł, by niezwłocznie napisać skargę. Jednak zakładając, że klasztor nie przejmie listu, zapewne dotrze do Japonii za dwa lub trzy tygodnie. Opadły jej ramiona.
Złoto ponownie wylądowało w ręce mniszki. Wstrząsnął nią wstręt, co zgromadzenie zinterpretowało inaczej. Nie widziała powodów, żeby dalej uczestniczyć w matrymonialnym cyrku. Uciekła od stołu, zapomniawszy oddać pokłon. Towarzystwu mignął jeszcze skrawek czerwonej szaty, nim Japonka zniknęła za papierowymi drzwiami. Nikt nie próbował jej zatrzymać, nawet stary mistrz Zhi warujący w progu sali.
– Czyż nie jest słodka? – zapytał kapitan, nadal krytycznie obłapiając namiestnika. – Chyba wybaczymy jej nieokrzesane zachowanie?
– W istocie – odparł zupełnie poważnie. – Zresztą po zachowaniu wnioskuję, że pierwszy raz usługuje prawdziwym mężczyznom.
Żołnierz zakaszlał, by ukryć śmiech. Zerknął na niespełna dwudziestoletniego dzieciaka urzędnika. Ten przynajmniej od razu wychwycił ironię.
– Wojowniczka-dziewca – perorował ojciec – o twarzy delikatnej jak płatki zimowej śliwy. Prawie jak nasza ukochana Mulan. Nie spodobały im się za to jej ręce. Mistrzu, nie przystoi, aby pierwsza żona miała nabite, szczupłe ciało rojące się od otarć... Defekty obniżają wartość towaru.
Fung zwęził usta w prostą linię. Nie podobały mu się słowa namiestnika. Niemniej odkąd Kimiko przestała być użyteczna, stracił dla niej zaufanie. Rozczarowywała na każdym kroku. Owszem, pod względem techniki walki nie budziła zastrzeżeń, ale Smok bez żywiołu? Zlecił jej dodatkową medytację, co nie przyniosło rezultatu. Ukradkiem przyglądał się treningom. Wykazywała na nich absolutny brak skupienia, zainteresowania, chęci. Przepuszczała miejsce w kolejkach na rzecz braci, by móc siedzieć w kątach i gapić w niebo. Myśli dziewczyny błądziły z dala od interesów Xiaolin. Czas uciekał. Klasztor chylił się ku upadkowi, wyłącznie wygrana w wojnie gubernatora przyniosłaby mu chlubę, datki od rządu, propozycje nowych sojuszy...
Trzeba tylko przeprowadzić udane pertraktacje z panem Tohomiko.
– Cudownie. – Kapitan wychylił filiżankę do dna. – Poczciwy mistrzu, wyciągnij coś mocniejszego. W końcu spotkaliśmy się tu, by omawiać szczegóły walki, a nie swatać pary dzieciaków.
Fung przyjął propozycję zmiany tematu z ulgą.
***
Kimiko przeskoczyła próg bambusowego ganka dużym susem i biegła dalej aż pod gaj sękatych śliw. Przywarła do drzewa, zaklinając rzeczywistość.
„Jestem w Lesie Smoka, nie w Xiaolin. W Lesie Smoka, nie w Xiaolin!”
Wciskała nos w chropowatą fakturę lodowatej kory, upajała kojącym zapachem. Jeśli wyobrazi sobie tę sytuację dostatecznie dobrze, zaraz pojawi się przyjaciel. Uszczypnie w policzek albo wbije palce w żebra i każe się wziąć do kupy, a potem opowie bajkę książętach, smokach i czarach.
Dopiero po chwili uświadomiła sobie, jak ciężko oddycha, a w ręce ściska kurczowo złote bransoletki.

***

Warstwa trzech grubych koców doskonale grzała i chociaż Japonka rzadko chorowała, wolała ustrzec się przed ewentualną koniecznością proszenia mnichów o opiekę. Samowystarczalność i niezależność od nikogo ponad wszystko!
„Nienawidzę ich.”
Na podłodze leżały strzępki listu zawierającego wołanie o sprawiedliwość. Kimiko nie wiedziała, do kogo go zaadresować? Do ojca?
„On też mnie oddał!”
W przypływie żalu potargała swą skargę na wiele części i rozdmuchała po pokoju.
Nie po to zdecydowała się zostać w Chinach, żeby rozporządzano nią jak przedmiotem. Tu miała znaleźć wolność, a śmiano odebrać jej nawet pozory prawa decydowania o sobie. Pojęła kształt swojej wolności jako mniszka. Chase Young się nie mylił. To ona na błądziła, pojona od dziecka rzekomą świętością Xiaolin.
Oburzona postępowaniem przełożonych życzyła klasztorowi rychłego upadku. Nie czuła z nim żadnych więzi. Żałowała natomiast, że sześć lat spędzonych tu musiała wymazać z życia.
Uchyliła nieco okna, by przyjrzeć się księżycowi padającemu na liście Lasu Smoka. Rzucały na trawę ostre cienie. Tak jak tamtej nocy, podczas Święta Środka Jesieni, wyjątkowemu czasu dla kobiet, Kimiko szukała żony łucznika drepczącej po srebrnej czaszy wraz z białym królikiem. Skrobała paznokciami po parapecie. Wyobrażała sobie ból mitycznej kobiety, przeczesującej na próżno w poszukiwaniu swego biednego męża.
Nigdy wcześniej nie potrzebowała pocieszenia tak, jak w tej godzinie. Ukryła twarz w dłoniach. Gdyby nie poznała Chase’a, z pewnością przyjęłaby swój los w ciszy i z pokornym uśmiechem na ustach. Ponieważ stało się inaczej, Kimiko chciała awanturować się, wyklinać mistrza, tłuc wazy i mówić głośno “nie!”.
„Nie dam się zniewolić, dopóki starczy mi sił, nie oddam klasztorowi władzy nad sobą!”
Zaszczepiała rady przyjaciela do kodeksu swego postępowania.
Spłynęła na dziewczynę bajeczna scena dramatycznego rozstania: Ona – otulona w złoto i jedwabie – w objęciach Chase’a obwieszcza, że opuszcza zakon na zawsze. Sami bierzcie udział w durnej wojnie! Spluwa na ziemię, po czym odchodzi pod ramię z cudownym mężczyzną. Las Smoka zamyka się za ich plecami, stroszy grube kolce, powstrzymując ewentualny pościg.
„I co wy na to?!”
Wystawiła drzwiom język. Oddała się milutkiemu wynajdowaniu epitetów opisujących Xiaolin do najlepszej strony, nie przestając przy tym stroić min.
– Głupi, przestarzały, zaściankowy!
Koce dawno opadły na ziemię. Kopała je, miotając się wściekle, ilekroć się o nie potknęła.
– Podły, zdradziecki! – wyliczała już głośniej niż półszeptem. – Paskudny, obrzydliwy…!
– Smoku Ognia, ty hultaju!
Odwróciła się do źródła dźwięku, który niczym miecz przeciął bezdenny smutek jej małego świata.
– Dobry wieczór, perełko. Nie zaprosisz mnie?
Odsunął szerzej okiennice. Jego cień zarysowany przez księżycowy snop padł na rozgrzebane łóżko. Kimiko oprzytomniała i wycelowała w gościa palcem.
– Jesteś wrednym borsukiem! Tworzysz iluzję, żeby wyciąć mi kawał! – oskarżyła, na co Chase uniósł jedną brew i bezceremonialnie wskoczył do środka.
– Oczywiście. Taki ze mnie borsuk jak z ciebie lisiczka. – Przekrzywił głowę. – Przestrzelić ci tyłek?
Wzdrygnęła się na znajomą, lecz dawno zapomnianą groźbę. Z trudem przychodziło uwierzyć, że o n tu przyszedł.
– Jak do mnie trafiłeś? – wyszeptała.
Zbliżył się do niej ostrożnie, torując sobie drogę przez poniewierające się koce.
– Okno twojego pokoju wychodzi na Las Smoka, tak podejrzewałem. Po zapachu zorientowałem się, że przeczucie mnie nie zawiódło. Ponadto dwie minuty wcześniej zobaczyłem, jak czyjaś słodka buzia wygląda na zewnątrz i gapi w kierunku księżyca w pełni.
Opadła jej szczęka.
– W końcu poluję na smoki, tak? – przypomniał skromnym tonem, wzruszając ramionami.
Kimiko nie potrzebowała więcej dowodów. Rzuciła się na niego, bojąc wizji rozwiewającej się postaci przyjaciela.
– Bałam się, że więcej cię nie zobaczę.
Chase biodrem jedną ręką zatrzasnął okno, a drugą głaskał Kimiko po policzku i włosach.
– Najpierw pomyślałem dokładnie tak samo – rzekł, popychając ich na podłogę. – Potem stwierdziłem: twój organizm potrzebował odpoczynku…
Zachichotała z ulgi. Chase musiał zatkać jej usta ręką, chociaż sam również się uśmiechnął.
– Zrozumiałem też coś – spoważniał. – Przestać się z tobą spotykać to jak uschnąć z braku Lao Mang Long. Tęskniłem.
Pocałowało go w policzek, zeszła na nos, wreszcie na usta. Złość na Xiaolin wypaliła się, ostała tylko bezbrzeżna radość z obecności Chase’a. Dotykała go ze wszystkich stron, by nabrać pewności, iż jest prawdziwy i nie nawiedziła jej iluzja, a przyjaciel z krwi i kości!
Ujął twarz dziewczyny w obie dłonie.
– Chcesz jeszcze?
Przeszedł do rzeczy bez zbędnych wstępów, a ponieważ Kimiko wiedziała, o co mu chodzi, zalała ją fala ciepła.
– A mogę?
Nadzieja w jej głosie zachęciła Younga do przygwożdżenia mniszki do podłogi.
– Powinnaś – oznajmił i uszczypnął w policzek.
Zaśmiała się. Potrzeba zachowania ostrożności i groźba odkrycia stanowiła preludium rozkoszy. Wyrafinowana atmosfera tajemnicy gęstniała, zabierając z serca Kimiko brzemię rozczarowań dzisiejszego dnia.
Drżała, czując palce sunące po koszuli nocnej.
– Wyśledziłeś mnie po zapachu?
– Ta świątynia śmierdzi – odpowiedział, nie przerywając spaceru po dziewczęcych zagłębieniach i wypukłościach. – Kadzidłem i zjełczałym serem. W tym konglomeracie wyróżniasz się niczym złota nić wszyta w tkaninę koloru sraczki.
Przytknął nos do zgięcia łokcia Kimiko i zaciągnął się z maestrią rzemieślnika perfumerii wdychającego próbkę nowego dzieła.
– Czym pachnę?
Dotknął językiem jej skóry, jakby sam nos nie wystarczał, by skosztować esensji kochanki.
– Jedwabiem, mlekiem, zieloną herbatą i kwiatem wiśni.
– Zmyślasz!
Po chwili wymienili spojrzenia w księżycowym półmroku. W nagle zapadłej ciszy rozogniony oddech Kimiko rzucał wyzwanie huczącemu morzu.
– Czyli tutaj śpisz? – Chase rozejrzał się po obskurnym pokoju, pozorując obojętność względem gotowej mu ulec mniszki.– Gratuluję porządku.
Wyszczerzyła zęby. W sumie nie miała nic przeciwko, by obudzić mieszkańców klasztoru i zwabić ich tu. Ujawnić odwiedziny łowcy smoków. Abstrakcyjna wydawała się obecność mężczyzny w jej pościeli. A jednak leżał obok, całując przez cienki materiał szaty, dotykał w najintymniejszych miejscach, dodając oliwy do buchającego pożaru pulsującego pod skórą.
Choć pod nagimi pośladkami rozścielały się lodowate płytki podłogi i stare koce, w porównaniu do mokrego mchu i rozmiękłych liści klasztorne posłanie urastało do rangi łoża godnego księżniczki.
Wsunął udo między nogi. Połaskotała go kępka włosków oraz wilgoć. Kimiko zachłysnęła się szczęściem. Jakże cieszyła ślepia księcia Heylinu, gdy uczynił kochanką nieświadomego niczego wroga.
Przekręcił głowę na prawo. Pokazała mu swój uroczy profil. Otworzyła jasne oczy, wyzierało z nich pozwolenie i ufność. Nagle zesztywniała. Young podążył wzrokiem za jej spojrzeniem. Spoczęło na niewielkim ołtarzyku z posągami bóstw.
– Chase – wychrypiała. – Czy… czy nie lepiej zakryć im twarze?
I emaliowe oblicze Kuan-in zginęło pod niedbale zarzuconym kocem.

***

Dawno zakrzepłe rany otwierały się gwałtownie. W dołach leżały ciasno stłoczone szczątki, głównie kobiet i dzieci płci żeńskiej. Niekochanym istotom, wykorzystanym albo porzuconym w dniu narodzin, Las zwracał godność. Korzenie drzew pożerały ich ciała, dzięki nim zielona tkanka rosła gęsta i zdrowa.
Kimiko zaskomlała, zaciskając ręce na wymiętej pościeli. Poderwała głowę, ale nie rozpoznała spowitego w burą ciemność zarysu ciała przyjaciela ani jego ciepła, które na wpół przytomny umysł uznał za gorączkę.
Ból szarpał kość biodrową. Promieniowała, jakby roztrzaskała się o skały.
Chase Young przygarnął kochankę do piersi. Pogłaskał czule po znamieniu. Emblemat odpuścił.
– Śpij, perełko. Jeszcze za wcześnie.
Oddech Kimiko wyrównał się po chwili.
Korzystając z okazji, odkrył nogi mniszki, by przyjrzeć się im. Wsunął dłoń pod materiał koszulki. Zetknęła się z mięśniami brzucha, a wyżej z miękkimi wzgórkami piersi. Ich wygląd nadal pozostawał tajemnicą. Kusiło go, by powieść kciukiem po otoczce sutka, napawać się jego twardością. Mniszka nie wybudzi się, dopóki on o tym nie zadecyduje.
Ostatecznie zrezygnował, w końcu na pewno miała jakiś powód, by nie odsłaniać się przed nim więcej niż to konieczne. Irytował się tą sytuacją jak każdy mężczyzna, którego kobieta wzbrania widoku do czegokolwiek poza cipką i pępkiem. Skromność tej małej zniewalała.
Od modliszek nauczył się cierpliwie czekać. Nadejdzie dzień, kiedy Kimiko dojrzeje na tyle, by się przed nim rozebrać. Zresztą, nie miał prawa czegokolwiek od niej żądać, bo nie planował uprawiać z nią seksu, przynajmniej teraz.
W sumie to niczego szczególnego nie planował, może poza zniszczeniem Xiaolin od środka i tyle. Poza tym naprawdę lubił spędzać z Japonką czas. Relaksował się przy niej, a nawet przymykał oko na poważną wadę – gadulstwo.
Podniósł się na łokciach i nastawił nad twarzą Kimiko. Skoro szampan się wylał, dlaczego przerywać zabawę? Jej marzenie i tak poszło do piachu. Na własne życzenie zrzekła się tytułu pełnokrwistej wojowniczki Xiaolin. Ostrzegał wielokrotnie, nie posłuchała. Musiała mu się oddać.
„Idiotka.”
Polizał ją po ustach. W smaku były słone.
Jak na ironię nie jedna prostytutka powinna pobierać u mniszki lekcję. Niesfałszowane pragnienie ukojenia męskiej żądzy uplasowało Japonkę na szczycie hierarchii adeptek sztuki miłosnej. Kochała się z nim bezinteresownie, a zarazem z żarliwą ciekawością. Fascynowała się tym, co on robił z jej ciałem. Reagowała gwałtownie i tęsknotą za miłością. Była niezaprzeczalnie czysta, bo pozbawiona egoizmu, ogołocona z treści kulturowych, śmiesznej rytualizacji. Przemawiała przez nią tylko chęć poznania, doświadczenia i wiedzy. Dlatego Chase szanował Kimiko. Nic nie mogło jej zbrukać.
„I co z tego, że jesteś mniszką?”
Nie potrafił wytłumaczyć, na czym polega ich zależność. Coś między nimi kwitło, czego nie rozumiał, ale co podobało mu się. Więcej, jego honorowa część osobowości przejawiała chęć chronienia Kimiko. Udawania, że odczuwa to, co normalni ludzie nazywają miłością.
Ugryzł słodki policzk. Podrażnił włosami nos śpiącej. Kichnęła, na co on skrzywił się.
Zawsze musi się kontrolować, żeby zła część, która domagała się skrzywdzenia wroga, nie zdominowała zdrowo myślącej. Mimio to sztuka opanowania zawodziła, choćby wczoraj rano.
Chase już wiedział, że dobrowolnie nie odpuści sobie spotkań ze Smokiem Ognia.
Chwycił kochankę za podbródek i zmierzył surowo.
„Upolowałem cię. Nie będziesz należeć do nikogo innego.”
Włożył rękę pod koszulę, tym razem pogłaskał czule jej biodro. Naznaczenie Kimiko symbolem swej władzy traktował jako zaklepanie wszelkich praw do niej. To on pierwszy ją w sobie rozkochał, całował i dotykał. Król Smoków bierze wszystko.
Zachichotał, kiedy pomyślał o sobie jak o metycznym stworzeniu opiewanym w pismach. Złożył głowę we wgłębienie między szyją a obojczykiem dziewczyny. Patrzył teraz w stronę zakrytego ołtarza.
Festiwal dobrych uśmiechów męczył. Gdyby nie milutki prezent Japonki, wybuchłby. Od czasu do czasu napadał go zew krwi, stąd regularnie wyładowywał mordercze potrzeby na okolicy. Oczywiście w ukryciu, pod maską Lasu Smoka.
„A właśnie...” Kotki obiecały mu dziś po południu przednią zabawę. Nie głupich mnichów czy starych ludzi. Chase wyszczerzył chytrze zęby. Jego plany powoli się krystalizowały.
Zamknął oczy.
Ależ ten klasztor cuchnął. Po tysiącu czterystu lat wrócił do niego, nie po to, by podpalić, lecz żeby spędzić w nim upojną noc.
Parsknął, uświadamiając sobie pułapkę, w jaką wpadł. Dopóki Kimiko nie zdecyduje się na ucieczkę, dopóty on i jego kocia armia będą zmuszeni strzec świątyni przed działaniami wojennymi, a te wkrótce zawitają do tego ohydnego powiatu.
Na szczęście wiosna nie nadejdzie zbyt szybko, toteż książę wciąż dysponował dużymi ilościami czasu, by bez szramy na honorze przeciągnąć Smoka Ognia na stronę Heylin. 

***


– Zostałeś?
Odkrycie wywołało na ustach Kimiko rozleniwiony uśmiech. Przyjaciel odcinał się od bieli bijącej przez papierowe szyby. Jego widok w klasztorze budził groteskowe odczucia, jakby ktoś zawiesił na ścianie obskurnej piwnicy zwój ilustrujący krajobraz wielkich jezior.
Przeciągnęła się niby kotka, po czym szybko zwinęła w kłębek i wtuliła w poduszkę. Dla Chase’a była ucieleśnieniem słodyczy.
Aż go zemdliło. Nie z powodu uroczego widoku, a jego własnej reakcji. Z przyjemnością patrzył na to niewinne c o ś. Czy naprawdę trzeźwo zmierzał w kierunku uzależnienia? Jedyna różnica między nim a początkującymi alkoholikami lub palaczami opium polegała na denerwującej świadomości swego nałogu. Normalne używki zaciemniają umysł, przez co staczanie na dno przypomina turlanie ze wzgórza porośniętego kwiatami. Dopiero upadek w krzaki zaboli. Książę Heylinu wiedział, czym grozi ścieżka, po której stąpał, ale ani myślał z niej schodzić.
– Widzisz, nie jestem borsukiem. Spałaś dobrze?
Kolory spełzły z twarzy Japonki.
– Nie… śniło mi się coś złego. Nie pamiętam już co.
– Zatem nie ma czego żałować.
Usiadła i wzruszyła ramionami. Rozejrzała się po pomieszczeniu i splotła ręce na podołku.
– Podałabym ci herbatę, ale...
– Wiem, perełko.
Ręką uchylił nieco skrzydła okien. Pomiędzy nimi rozścieliła się idealnie mleczna biel.
– W nocy spadł śnieg?
Potwierdził skinieniem. Ostry zapach stanowił obietnice surowej zimy.
Chase opierał się o czerwone okiennice, nie odrywając wzroku od Kimiko. Otuliła się kocem pod samą szyję.
– Bardziej się pilnuj – zaczął tajemniczym tonem.
Wyciągnął zza pleców drugą rękę. Sheng Gong Wu oraz spinki odbiły światło wschodzącego dnia i zakuły w oczy.
– Poniewierały się po podłodze.
Zarumieniła się.
– Wczoraj w nocy troszkę się wściekłam.
– Na co?
Powróciło złudzenie silnej dłoni zaciskającej się na sercu. Groza wzrosła, gdy Chase podniósł z ziemi przeklęte złote bransoletki. Przełknęła głośno ślinę.
– Od syna namiestnika – wyjąkała i spuściła oczy.
– Jak do tego doszło?
Jeśli żywił urazę, doskonale ją ukrywał. Kimiko uznała, że wyzna prawdę, przecież nie zrobiła nic złego.
– Wczoraj kazano mi usługiwać przy stole jemu, jego ojcu i kapitanowi oddziału żołnierzy.
– I jak ta herbatka się zakończyła?
– Uciekłam, kiedy dano, a właściwie wciśnięto mi je. – Nagle się ożywia. Pomyślała, że jeśli się wytłumaczy, uratuje honor. – Ja nie chciałam, uwierz mi, proszę. Według Funga powinnam była je przyjąć, nie ignorować hojności namiestnika. Ale ja nie chciałam, naprawdę!
Zakręcił sobie bransoletki wokół palca.
– Bardzo ładne – ocenił z właściwą sobie ironią lekkoducha, co Kimiko wzięła za dobrą wróżbę.
„Chyba się nie gniewa…”
– Za tanie – stwierdziła i wybuchnęła desperackim śmiechem.
Chase nie zawtórował. Pochłonięty myślami miał w sobie coś z ucznia rozwiązującego algebrę. Jakby jego umysł bez przerwy kalkulował, co się opłaca, a co nie.
– Więc domyślasz się, co taki prezent oznacza? – przemówił po dłuższej chwili.
Zapadła cisza. Z korytarza zaczęły docierać się pierwsze szmery i kroki mnichów.
– Śnieg na zewnątrz! Widzieliście? – mówili wciąż zaspanymi głosami.
Kimiko bała się, choć nie wiedziała, skąd ów strach się brał.
– No… klasztor chyba mnie – urwała.
Zasłoniła usta ręką. Za nic się nie przemoże, by mówić dalej o tym wstydzie, prawnej zależności od świątyni, upokarzającego zdegradowania. Mimo to odruch wymiotny wywoływało coś innego. Dawne ślepe oddanie, kiedy z przekonaniem broniła świątyni przed Chase’em, a on cały czas chciał próbował wyperswadować, iż Xiaolin sprzedał się światu i bogactwom materialnym.
– To dopiero początek, perełko – ostrzegł, ani na jotę nie ujawniając, co sądzi. – Wiesz to?
Nawet skinienie głową kosztowało ją sporo nerwów. Oczywiście, że na jednym prezencie się nie skończy.
Rzucił Piasek Czasu, spinki i bransoletki na koc przed nią. W oczach Kimiko reprezentowały kolejno przeszłość, teraźniejszość i przyszłość.
„Klasztor, Chase, namiestnik”.
Usiadł obok i uszczypnął ją w policzek.
– Czyż nie o tym marzyłaś? – zapytał niespodziewanie łagodnie. – Wyjść za mąż?
Niedorzeczność jego słów zabrała Kimiko grunt spod nóg.
– Ma-marzyłam? – wydusiła.
Przytaknął.
Co za absurd!
– Nie chcę żadnego męża! – powiedziała donośnie, nie dbając, czy ktokolwiek niepowołany usłyszy.
Zasłonił jej usta ręką.
– Kimiko, zrobiłabyś z przyjaciółmi to, co ze mną zeszłej nocy?
Surowość jego wzroku raziła na wskroś. W oburzeniu zmarszczyła brwi. Wyrwała się z uścisku Chase’a.
– Oczywiście, że nie.
– Czemu?
– Bo on nie są takimi przyjaciółmi jak ty.
– Czyżby? – Uśmiechnął się ironicznie. – A z mężem?
Zszarzała jak papier.
– Nie. Po co miałabym robić to z mężem?
Książę zatrząsł się ze szczęścia. Nie umiał odmówić sobie maleńkiej pokusy wymierzenia Kimiko ciosu. Parę słów wystarczy, by zepchnąć ją w dół piramidy potrzeb, wykorzenić z jej serca przekonanie o swej sprawiedliwości i moralności.
– Tak właśnie postępują mąż z żoną.
„I co ty na to?”, dopowiedział w myślach.
Wzrok Kimiko zmętniał. Nie wyrażał nic szczególnego, poza błaganiem o wyjaśnienie. Chase czekał cierpliwie na wybuch płaczu i pytanie: „jak mogłeś?”. Rozpacz dziewczyny oczyściłaby go z błota dobrych uczynków, których dopuścił się wobec niej. Zaraz dobije mniszkę, oświadczając, iż wedle obowiązujących zasad zdradziła swego trupiego narzeczonego.
„Dalej, perełko, rycz!”
Oczy faktycznie zwilgotniały. Zwinęła dłonie w pięści.
– Nie jestem żoną – wyszeptała z bólem.
Pokręciła głową, westchnęła.
– Czy spotka mnie kara? – dodała, patrząc na niego wzrokiem ograbionym z czegokolwiek, co łączyłoby ją ze światem realnym. Zrezygnowanie parowało z niej wszelkimi porami.
Chase zdziwił się i zawiódł.
„Co? Nie urządzisz mi awantury?”
– Nie, bo wciąż jesteś w nowicjacie – pocieszył życzliwym głosem, nieoczekiwanie dla samego siebie. – Dlatego klasztor może cię sprzedać bez obaw o przekleństwo z niebios. Nie złożyłaś ostatnich ślubów.
Pokiwała głową, wlepiając spojrzenie w zasłonięte kocem oblicza bogów.
– Dlaczego? – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Książę w milczeniu przyglądał się sytuacji. Kierowała nim ciekawość, co też się stanie? Do jakich wniosków dojdzie Kimiko? Czy zrozumie, że to przez jego wpływy traci swą smoczą moc, bo przesiąkła Lasem, a przez to i nim?
– Chciałam wieść życie dobrej mniszki. Postępować zgodnie z prawem. Miłować pokój.Sprzeciwiać się krzywdzeniu istot żywych. Szczycić się posłuszeństwem. A tymczasem… – załkała. – Wszystko to powinno być łatwe, prawda? Czemu takie nie jest? Czemu nic nie jest takie, jak być powinno?
– Ideałów nie da się wcielić w niedoskonały świat ludzi – podsumował, wzruszając ramionami. – A ci, którzy spróbowali po nią sięgnąć, są niedopasowani. Prędzej czy później tracą rozum, wykluczeni ze społeczeństwa, uznani za szaleńców.
Przytuliła się do niego. Dziękowała przodkom, że nie musi sama nosić na barkach wątpliwości rozpadającego się świata. 

***


Śnieg, otuliwszy nocą Las, stopniał w bladych promieniach popołudniowego słońca. W oddali mury starej świątyni tonęły w oparach mgły. Miękki puch wznosił się nad ciasno splecionymi czarnymi gałęziami. Liście odsłoniły naturę Lasu. Nagie ramiona drzew wiły się ponad ziemią, przywołując skojarzenie drutu kolczastego.
Nie śpiewał żaden z ptaków zostających na zimę w Henanie.
Chase Young potrzebował czegoś znajomego, a najlepiej chmury dźwięków natury. Las Smoka milczał, nie działo się w nim nic, co zasługiwało na uwagę. Wiewiórki mościły się w pniu najbliższego dębu. Pełznął w kierunku ich kryjówki wąż. Nic ciekawego.
W nozdrzach nadal wirował fetor świątyni. Zamknął ślepia i oparł czoło o zimną korę sosny. Przed oczyma pojawiła się twarz rozkwitającej z przyjemności dziewczyny. Zanurzał się w jej szczęściu, brukając go.
Wymierzył sobie policzek.
„Kurwa, na co mi to było?”
Spartaczył sprawę. Winę zrzucał rzecz jasna na harem. Jego członkinie nie nie radziły sobie ze skutecznym osuszaniem go. Dopiero Kimiko sprostała zadaniu. Powinien wysłać bezużyteczne ździry na lekcje do mniszki. A zresztą pozbędzie się ich. Owinie w kokardę i podaruje najgrzeczniejszym kiciusiom z okazji Nowego Roku.
Zapałał do siebie niechęcią, bo zdecydowanie zbyt szybko dobrał się do Japonki. Miał poczekać, aż osiągnie ona najwyższy stopień w szkoleniu i wtedy, w nagrodę za dobrą naukę, pokazałby jej dorosłe zabawy.
A tak – ledwo co się przyznawał – dał się uwieść małoletniej mniszce.
Pytał, jakim cudem zdołała odkryć, co go do niej ciągnęło? Rozpętał w tym chudym ciałku burzę emocji. Dziewczyna doświadczyła sześciu z Siedmiu Uczuć. Znienawidziła Xiaolin, a także pożądała księcia Heylinu. Podniecała się więć zbyt szybko, aby przeprowadzić analizę j e g o potrzeb.
Emocje zniszczyły Smoczy Dar Kimiko, dlatego że jest ona za młoda, aby utrzymywać je w równowadze. Jak się okazuje, on również, mimo tylu lat doskonalenia się w powściągliwości, nie wyzbył się ludzkich przymiotów. Żywił względem siebie urazę, ponieważ zachowaniem dawał świadectwo na zgoła inny wizerunek niż ten, do którego dążył. Dotąd wierzył, że jeśli przekona wszystkich wokół, że nie czuje, naprawdę przestanie czuć. Tymczasem rozsadzało go pożądanie i złość, a najsilniej dochodziło do głosu pragnienie popełnienia zbrodni.
Złote oczy roziskrzyły się w półcieniu rzucanym przez gałęzie.
„Oboje mamy przejebane”, zachichotał ponuro. „Wybacz, perełko, zaprzepaściłaś swoją szansę.”
Z jego winy.
Przekleństwo bogów i przodków spadnie na nią, toteż oboje będą wobec siebie równi jako potępieńcy. Język mu zesztywniał z wlewającej się do ust goryczy. Upadła tak jak on przed tysiącem czterystu lat. Zbrudził tę świętojebliwą cipę na jej własne życzenie, skaził złem. Zbrzydła od środka. Oto jego zemsta na klasztor. Ściągnął na dno jednego z Wybrańców tego pokolenia, to teraz spali stare mury, wcześniej skręcając karki mieszkańcom.
Przechylił się w przód i spadł z gałęzi. Wylądował na rękach i stopach. W ustach ostrzyły się zęby.
Podszedł do sosny, po czym naparła na nią. Trzask pękającego drewna i ryk wyrwanych z ziemi korzeni brzmiał cudownie. Śpiące ptaki wreszcie dały o sobie znać, wzbijając się w niebo z irytującym trelem przerażenia.
Rozległ się dźwięk pękającej skóry.
„Pieprzyć powściągliwość i pieprzyć Xiaolin!”, powtarzała bestia, odrzuciwszy łańcuchy ustawicznej kontroli.
Książę Heylin szedł w głąb Lasu. Rozdzierał smoczymi pazurami napotkanych pnie drzew.


***


Wasza Wysokość, czyżbym cię zawiódł?
Las obawiał się gniewu Króla Smoków – nieobliczalnego tańca wśród łamanych przez niego drzew. Odkąd nawiedził go przed tysiącem lat i uwił sobie gniazdo po przeciwnej stronie Klasztoru Xiaolin, Las prześladowały wątpliwości, czy aby na pewno ten dziwny człowiek jest Królem Smoków? Zjadał mniejsze osobniki, to fakt, ale w końcu i on musiał walczyć o przetrwanie. Mścił się na ludziach z okolic, jeżeli los postawił ich mu na drodze, dostarczając Lasowi ciekawe widowiska.
Wydawałoby się, pasował do opisu złego smoka. Ale nie pasował do opisów Króla Smoków z legend.
Wasza Wysokość, nie, nie! To moli mnie! Przecież cię kocham!
Półnadzy żołnierze z jękiem padali w lodowatą otchłań. Ostrymi, przerzedzonymi gałęziami ranili braci. Zwierzęta ginęły miażdżone dogrywającymi ciałami. W powietrzu unosiły się bure liście oraz igły, a także zapach żywicy.
Rzeź niewinnych trwała aż do zachodu słońca. 


***


„Nie”, skontastował Chase, na powrót odnajdując sens w porannch refleksjach. „Ona jest czysta, nie umiem jej splamić”.
Przedzierał się przez Las, wabiony wołaniami koteczków. Poruszałby się szybciej, ale w mięśniach wciąż na nowo piszczał ból, ślad po niesamowitej energii uwalnianej podczas przemiany. Nim wyszedł na polanę skąpaną w widmowym blasku, przeszedł jeszcze parę kroków i oparł się o ten słodki, pamiętny klon. Buszowanie po okolicy w skórze jaszczura sprawiło, że zgłodniał.
Po chwili odpoczynku przeniósł spojrzenie na ferajnę wojowników, powstrzymującą się dzielnie przed odkrojeniem kawałka z torcika ich pana. Otaczali ofiarę siedzącą pod jodłą, której ręce spętali od tyłu drutem kolczastym, wiążąc ją z drzewem.
Serce załopotało mu mocno, gdy usłyszał, jak krztusi się łzami, powołując na solidny okup.
Zapomniał o dolegliwościach. Wyszedł na polanę. Koteczki powstały z miejsc i pochyliły nisko głowy. Zbył je niedbałym gestem ręki. Rozstąpiły się bezgłośnie niby fale poddające się prującemu po morzu okrętowi.
Usiadł przed wieśniaczką, by nie przegapić żadnego detalu twarzy. Wydzielała ciekawy zapach, szkoda, że maskowała go chemicznymi sikami imitującymi woń róż.
– Witaj.
Nowy głos przywodzący skojarzenie krzyżującej się broni wywołał błyskawiczną reakcję. W mig pojęła, że przyszedł do niej ktoś ważny. Otworzyła oczy. Czaiły się w nich przerażenie i nadzieja. Podwinęła nogi, przyciskając je mocno do piersi. Chase’a zastanowił ten ruch.
– Proszę.
Książę zmierzył klęczących nieopodal wojowników.
– Hej, kutasy, obeszliście się z gościem jak z damą?
Milcząc, ograniczyli się tylko do energicznego przytaknięcia.
Chase gestem ręki pogonił Linga, by rzucił mu jej torebkę. Otworzył ją i wysypał zawartość na trawę. Na widok swych skarbów – chusteczki, perfum i kartek obwiązanych czerwoną wstążką – dziewczyna jęknęła, stopami szurając po ziemi.
Z ogromną uwagą przyjrzał się jej. Badał powoli od stóp do głów. Dopiero teraz musiała dostrzec złote oczy i spiczaste uszy, a także zrozumieć, iż osoba przed nią nie jest człowiekiem. Zadrżała i stęknęła jeszcze głośniej.
Uwielbiał bezsilność swoich zabawek. Uśmiechnął się przyjaźnie.
– Przypominasz mi szanghajską kurwę. Nawet tak pachniesz.
Rozpłakała się, błyskawicznie przyciskając nogi do brzucha. Znowu. Chase czuł się świetnie, a raczej bestia w nim drzemiąca.
– Wróciłaś tu trzy miesiące temu, tak? Kotki od razu cię dostrzegły, Ruling.
Wzdrygnęła się, słysząc swe imię w jego ustach. Nic nie powiedziała. Chase podnosił z trawy kolejne przedmioty i obwąchiwał, przeprowadzając monolog:
– Właśnie skończyłaś szkołę dla dziewczynek, jak mniemam na terenie koncesji francuskiej. Masz więc tak z dziewiętnaście lat, prawda? I chłopaka w mieście. A sądząc po zamiłowaniu do wszystkiego, co cudzoziemskie, raczej nie jest on Chińczykiem.
Łzy skapywały na białą bluzeczkę Ruling. Zły człowiek odwinął kartki, rozłożył je i bez skrupułów zaczął czytać.
Mocniej spłaszczyła udami piersi i brzuch. Chase zerknął na nią kątem oka. Już rozumiał.
– Wiem, że jeszcze sprawnie da się to ukryć, ale jeśli przesadzisz z gorsetem, uszkodzisz je – ostrzegł prawie z troską, po czym parsknął. – Jak przystało na kurwę, zrobiłaś sobie nieślubne dziecko z cudzoziemcem. Musisz być bardzo odważna, skoro wróciłaś na tę zapadłą wieś. Sądziłaś, że j a k o ś urodzisz i wrócisz do miasta, ale nad prowincją zbierają się chmury. Teraz musisz stąd uciec, zanim rozpęta się jatka i podróż powrotna będzie niebezpieczna. Uważasz się za panienkę w rozumieniu diabłów zza morza broniącą praw kobiet, przy czym boisz się przyznać rodzicom, że spodziewasz się dziecka jednego z nich. Trochę się to wyklucza.
Przestała płakać. Spojrzała swemu oprawcy w ślepia. Chase w mig pojął i to; bała się go, a zarazem nienawidziła. Znakomicie.
– Słuchaj, nie ty jedna masz ciężko – oznajmił ze wzruszeniem ramion niczym dobry kolega, o którego prosi się o rady. – Ty, ja. Oni. – Przechylił głowę w stronę kotków. – Co tak sterczysz? Zaproponuj pani papierosa. – Ponownie przyjrzał się Ruling i wyszczerzył zęby. Odcięły się od ciemności jak zestaw szabli. – Francuskie, najlepsze.
– Czy… zabijecie mnie?
Chase usiadł przy niej. Przejął od wojownika papierosa i zapalił. Wsunął go między zęby dziewczyny. Zaciągnęła się i wypuściła dym nosem.
– Zwracaj się do mnie Wasza Wysokość.
Nie zabrzmiał przyjaźnie, toteż bez wahania podjęła tę grę.
– Wasza Wysokość, proszę, nie rób mi krzywdy.
– Drut bardzo cię rani?
Zaczęła drżeć, nie tyle ze strachu, co z zimna. Książę starannie osuszył policzki Ruling jej chusteczką.
– Boli?
Kiwnęła głową.
– To dobrze.
Próbowała się odsunąć, co wyglądało dość śmiesznie. Chase widział za pniem drzewa ciasno owinięte, zakrwawione ręce.
– Pomyślisz, że się usprawiedliwiam, ale wiesz, czasami muszę się zabawić, bo w przeciwnym razie pożarłby mnie, określijmy go, wewnętrzny potwór. Doświadczyłaś czegoś podobnego?
– Nie, proszę pana…
– Źle.
– Wasza Wysokość.
Po raz kolejny pozwolił się jej zaciągnąć, tym razem głębiej. Ubrudziła koniuszek papierosa szminką. Wziął go sobie do ust i sam spróbował, a następnie znów poczęstował nim Ruling. Skrzywiła się z obrzydzenia.
– Potrzebuję ofiar – dodał, widząc, jak unika kontaktu wzrokowego z nim. – Biegam po Lesie, wyję i straszę jak zwierzę, zabijam pojawiających się tu ludzi… Obok leży drugi drut, o, widzisz? – Wskazał plątający się po ziemi kabel. – Kotki, znaczy się, moi niewolnicy wiedzą, kiedy potrzebuję się wyładować. Ostatnimi czasy w moim życiu przeważa słodkość, a to niestety przekłada się na jego jakość.
Zakrztusiła się gryzącym dymem i zakaszlała ostro.
– Ruling, trzeba zachować równowagę. Dawniej zadowalałem się mnichami i wieśniakami, ale dziś kotki sprezentowały mi ciebie.
Zatupała z bezsilności, domyślając się, jakimi torami zmierza rozmowa – preludium cierpień. Zaczęła się wydzierać, licząc, że ktoś ją uratuje.
Chase zaś przyglądał się cierpliwie żyłce pulsującej na dziewczęcej szyi. Dotknął jej palcami. Na białej skórze pojawiły się dreszcze. Ruling skuliła się w ramionach.
– Mógłbym okręcić pętlę wokół niej, zaciskać i obserwować, jak z twoich oczu wycieka życie – wyszeptał na tyle przenikliwie, że pozbawił ją tchu. – Problem polega na tym, że jesteś przyjaciółką mojej przyjaciółki. Kiciusie widziały was razem tej jesieni, pod stopniami prowadzącymi do Xiaolin. Byłoby jej przykro, gdybyś nagle zniknęła. – Nachylił się nad nią i zaczerpnął zapachu. – Dopisuje ci szczęście! Ona jest moją perełką, ciebie nazwę niezapominajką. Widziałaś kiedyś te kwiaty? Co powiesz na taki układ: zrobię z tobą to, co zechcę, a po wszystkim usunę wspomnienia i wyleczę rany, każę porzucić cię gdzieś w okolicy, pozorując wypadek. Oczywiście kiedyś znów się spotkamy, raczej w innych okolicznościach. W sumie nie możesz być pewna, czy to aby nasze pierwsze spotkanie.
Rozpłakała się bardziej, nie do końca świadoma sensu strasznych słów.
– Dobrze, moja niezapominajko, opowiedz mi wszystko o Smoku Ognia z Xiaolin?
Pociągnęła nosem.
– Czego od niej chcesz?
Chase zwęził ślepia w wąskie szparki, teatralnie zaciągając się dymem.
– Wasza Wysokość – poprawiła się potulnym tonem,.
– Ja zadaję pytania. W jakich okolicznościach się poznałyście?
Westchnęła ciężko i oblizała budzące podziw, pękate wargi. Chase napawał się ich kształtem.
– Wiesz, nie odbierzesz teraz tego jako komplement, ale jesteś jedną z trzech czy czterech najpiękniejszych kobiet, jakie widziałem.
Ich spojrzenia skrzyżowały się.
„Ona i Kimiko w moim haremie. Urzekająca wizja”.
Złapał Chinkę za podbródek, wpijając się w te słodkie, uszminkowane usta. Smakowały ziemią i francuskim tytoniem. Nie całował ze szczególnej ochoty. Mniszka zaspokoiła go całkowicie. Całował wyłącznie dla rozrywki. Ruling walczyła, próbując kopać Chase’a. Nie miała tak idealnie prostych zębów jak Kimiko, ale były równie zdrowe i silne. Ugryzł ją mocno. Krzyknęła mu w usta. Wypełnił je smak krwi.
Oderwał się od niej.
– Pierdol się, pierdol! – wrzeszczała, marszcząc nos jak prychająca kotka. – Ty pojebany sadysto, pierdol się!
Gapił się na Ruling, jakby żadna z obelg go nie wzruszyła. Stojący najbliższej Ling nie mógł nie zareagować; natychmiast wyciągnął nóż.
– Uciszyć ją, panie?
– Chyba żartujesz.
Nienaturalny zachwyt Chase’a wycisnął spod powiek zakładniczki nowe łzy.
– Nienawidzę was! – wysyczała bezradnie, plując śliną zabarwioną na czerwono.
– Ile ja się muszę namęczyć, żeby wykrzesać taką energię od Kimiko – powiedział z rozrzewnieniem. – Zaimponowałaś mi.
Sięgnął po ostrze kiciusia. Wyciągnął je z pochwy z ostrym szczękiem. Lodowata stal przecięła policzek Ruling.
– Ale nigdy więcej tego nie rób.
Krew spłynęła po szyi i na kołnierzyk. Trzymając nóż skierowany w pierś dziewczyny, wtulił się w nią niczym kochanek.
– Opowiedz mi proszę o Kimiko – szepnął zaskakująco łagodnie. – I pamiętaj, nie wolno ci mnie rozgniewać, bo jesteś jej potrzebna. Jak chcesz pomóc swojej przyjaciółce, leżąc tu martwa, wydziobana przez kruki?
Przytaknęła po raz wtóry. Chase położył rękę na brzuchu spłaszczonym gorsetem.
– Żartowałem. Cudzoziemcy nie są źli. Mnie na przykład spodobał się karzełek z niebieskimi oczami.
Zaśmiał się, a ona zawtórowała prychnięciem wyrażającym desperację. Albo szaleństwo.
– Kimiko nie jest taka niska.
Odłożył nóż na trawę i pocałował Ruling znowu, a ona nie zbuntowała się.

2 komentarze:

  1. Ja mam mieszane uczucia po tym rozdziale. Z jednej strony końcówka napoiła mnie nienazwaną dozą satysfkacji, ekscytacji i dreszczu, że nie mogę doczekać się następnej notki. Z drugiej jednak strony otrzymałam silnych skurczy w trzewiach przez nieprzyjemne fragmenty, które miały miejsce wcześniej. Ledwo je zniosłam i to też skutkuje tym, że choć pragnę następnego rozdziału, martwię się jednocześnie, co może on przynieść. Zapewne jesteś z siebie dumna z takiego efektu.

    Mnie ten obrót spraw wkurfił. :x I osiągnęłaś to z zamierzonym zamiarem, bo ja mówiłam, że akcja rozkręci się do tego, że Xiaolin będzie chciał wystawić Kimi, by wyszła za jakiegoś synalka głupiego namiestnika, mówiłam, że będę niezadowolona, jeśli do tego dojdzie. No zdenerwowało mnie to mega. Nie chcę, żeby miała taki los; chciałabym, aby Chase interweniował, choć ten się tak zachowywał, jakby mu to w sumie wszystko jedno było….Xd Wgl ta scena wydawała się momentami jakaś dziurawa, albo to mi brakuje umiejętności, aby dobrze odczytać tę scenę. Pewnie tak. Mniejsza. Xd

    W każdym razie, może zacznę od początku, żeby nie robić bałaganu.
    Kimi, nie gap się kolegom na krocza, bo ktoś to prędzej czy później zauważy. Fung już widzi, że odpływasz, uznał, że hormony biorą cię w obroty i pragniesz chłopa.
    Kimi, czujesz bunt swego ducha, dlaczego nie krzykniesz ludziom w twarz, co ci nie pasuje? Chaseowi umiesz pysknąć i być szczera, a to książę. Xd Uważam, że możesz powiedzieć Fungowi „nie”. A jeśli wezmą cię potem na plac i zaczną okładać batem, znieś to z dumą. Twoja koleżanka Ruling może ci zrobić wykład o feminiźmie i jak go respektować lepiej od niej samej. Xd
    Kimi, jestem też pewna, że gdy uwolnisz swoją złość, poznasz smak nowej siły. Wybuchnie w tobie taki ogień, że spalisz cały klasztor, i będziesz sobie z Chase’em grzać pianki na patyku na tafli dużego ogniska, jakie powstanie.
    Kimi, uważam też, że powinnaś zerwać kontakt wszelki z pseudo-przyjaciółmi. Między wami i tak nie ma chemii. Xd Nie da się powiedzieć, żebyś serio się z nimi przyjaźniła, nie macie relacje, a oni co najwyżej to się trzymają z tobą z ciekawości, żeby śledzić twoje ruchy i wybadać twoje tajemnice. To jest ukryty stalking. Olej ich. Przeminą.
    Co mnie najmocniej wkurzyło w tobie Kimi, to postawa, jaką miałaś na spostkaniu z synem namiestnika. No serio, jak jestem w stanie zaakceptować wiele i zrozumieć, tak to było dla mnie nie do przyjęcia. Jak mogłaś nic nie powiedzieć? Tak zupełnie nic? I przyjąć na dodatek bransoletki… Zachowałaś się jak ryba bez głosu, nie okazując żadnej rekacji obrzydzenia czy cokolwiek… Jak nie mogłaś powiedzieć, trzeba było splunąć któremuś z facetów w twarz. Ok, może trochę przesadzam, ale zachowałaś się jak totalna maszyna. Zupełnie jak nie człowiek. Nie jak nastolatka, która przechodzi burzę hormonów i poglądów życiowych. Xd Nie chce mi się wierzyć, że naprawdę mogą istnieć, aż tak wychowane w kuluarach, że aż bezwolne istoty. Xd Pls, nie bądź taka, przecież potrafisz się stawać!!

    A potem Chase, który tak… dziwnie się zachowywał. Jakby oderwany od wszystkiego. Kurcze, żeby tak nijak zareagował do tego, ze ktoś mu „przyjaciółke” chce wywieźć?xd A Kimi jeszcze sypie tak szczerze i mega niefajnie, że za tanie przy nim… No przy nim to bez oporów potrafi gadać wszystko, nawet jeśli któreś ze słów może ją postawić w złym świetle! Kimi!
    Nie wiem co w sumie się potem działo, w sensie jak to skumać, ale mega faaajnie, że poczytałam o złym Chasie. Znaczy, on zawsze był zły, ale to co się działo z Ruling napawało dreszczem emocji. XD Te teksty, te zachowania… no normalnie taka mroczna aura zawisła nad LS, że bawiłam się przednio. Ale to jest też właśnie to, że takie sceny z mega złym Chasem pojawiają się nie w każdym rozdziale i przez to mają taką moc. Są trochę jak rarytas, z którym nie można przedobrzyć, by nie przeryswać postaci, a jak się dzieją, to się dzieje i w rozdziale. Xddd

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, było fajnie. Tylko chciałabym więcej. XD Chociaż nie. Nie wiem czy chce. Planujesz pewnie coś niedobrego. Jeny, dlaczego zawsze musisz planowac cos niedobrego? Napisałabyś mi raz sielankę. XD
      Weny! <3

      Usuń