3 lut 2018

Rozdział 16



Przyznać się publicznie do słabości względem pstrokatych ubrań?
„Nigdy!”
W Japonii strojono ją w barwne kimona zdobne w rozmaite hafty. Choć przeszkadzały w zabawie, budziły podziw wśród kuzynek i koleżanek. Przywilej posiadania ciężkich fatałaszków doceniła po przyjeździe do Xiaolin. Zgodnie z zasadą, że mnichowi nie wolno rościć sobie praw do przedmiotów ze świata zewnętrznego, sumienie dokuczało, ilekroć Kimiko nie potrafiła zapanować nad sobą i udać, że wcale nie podoba jej się kosztowna biżuteria bądź wzór misternie uszyty na jedwabnej tkaninie.
„Zepsuta ja.”
Podążała głodnym wzrokiem za wypielęgnowanymi palcami Ruling. Składała ona w kostkę świeże pranie dostarczone przez służącą.
– Sama się nimi zajmę – fuknęła na znudzoną dziewczynę stojącą w kącie. – Przynieś nam coś smacznego.
Zwróciła się w kierunku gościa zajmującego główne miejsce w pokoju:
– Osobiście zajmuję się swoją garderobą, wiesz? Nie twierdzę, że córki sąsiadek naplują mi do bielizny, ale te ubrania są dla mnie ważne. Weźmiesz mnie za materialistkę, lecz kupiłam je w Szanghaju i przypominają mi o tym mieście – westchnęła nostalgicznie.
– Rozumiem. Chyba – odparła Kimiko, nadal skrępowana obecnością w sypialni koleżanki.
„Jakie to dorastanie dziwne”, pomyślała, dyskretnie rozglądając się dookoła. Przed podróżą Ruling na wybrzeże Japonce pozwalano czasami bawić się jej zachodnim domem dla lalek i pluszowymi tygrysami. Wprawdzie pozostały one nietknięte na starych miejscach, ale w pokoju dało się odczuć zgoła inną atmosferę. Wypełniała go woń perfum, kremów, pomad. Widok tradycyjnych szat i cudzoziemskich książek. Spod poduszek wyzierała cienka jak mgła koszula do spania. Na biurku w małej kasetce leżały starannie poukładane wieczne pióra, obok natomiast poniewierały się grzebienie do włosów z kości słoniowej i wstążki. Na półce, w otwartym, metalowym pudełku o srebrnych okuciach, mieściła się kolekcja lakierów kolorujących paznokcie. Pod oparciem jednego z trzech foteli otaczających mahoniowy stolik tkwił czarny pas bawełny obłożony koronką. Ruling nazywała tę rzecz stanikiem, czymś, co nosiły białe diablice pod bluzkami.
Pokój niewątpliwie należał do kobiety.
Wróciła służąca z tacą obciążoną łakociami.
– Spróbuj jabłek w karmelu! Założę się, że nigdy nie jadłaś niczego podobnego! – Chinka odłożyła spódnice staranie do szafy, po czym podeszła do mniszki i pomogła jej wybrać największy przysmak.
– Taki wielki?!
– Nie gadaj, tylko gryź.
Ruling obficie posypała zarumienioną kulę garścią orzechów i suszonych goździków. Skleiły się z półpłynnym syropem błyszczącym w świetle lampki gazowej. Kimiko wzięła wbity na patyk owoc. Poczuła na języku eksplozję słodyczy.
„Jabłka w karmelu! Powiem o nich Chase’owi”.
Szeroki fotel pomieścił obie dziewczęta. Stykając się ze sobą bokami, pałaszowały z apetytem.
– Dobrze wiedzieć, że nic ci się nie stało – powiedziała Kimiko po raz wtóry, ciągle niepewna stosunków z nią.
– Daj spokój, matka nigdy nie urządziła mi takiej awantury.
Mniszka wzruszyła ramionami, podzielając zdenerwowania państwa Sui. Spacery zimą wzdłuż rzeki nie były dobrym pomysłem. W ten nieszczęśliwy wieczór błoto na bulwarach zamarzło, tworząc pofałdowany grunt lśniący w blasku księżyca. Handlarz ryb wracał do domu i natknął się na dziewczynę leżącą z raną na głowie. Jego synowie pomogli mu ją odprowadzić do wioski.
– Uwierzysz, nawet nie wiem, co tam robiłam – dodała, oblizując patyczek.
Wytarła usta gorącym ręcznikiem, przeciągnęła się jak kotka, oparła plecy o fotel i, głaszcząc czule brzuch, zapytała gościa:
– A co ciekawego w świątyni? Ponoć ci żołnierze są strasznie brzydcy.
Nastawiła uszu na świeże plotki, gotowa krzywić się i pomstować, powtarzając niby echo każde złe słowo wymierzone w barbarzyńców z karabinami.
– Nie są tacy źli. – Kimiko wydęła usta. – Nie gorsi niż mnisi…
– Twoi bracia? Ktoś ci się narzuca? – Ruling złapała ją za dłoń. – Jakby co poskarżę ojcu, że zachowują się… no, nie po mnisiemu.
– Zachowują się bardzo nie po mnisiemu – burknęła Japonka, nalewając sobie herbaty.
Ruling poszarzała.
– Jak konkretnie?
Gorący napar zawirował w ustach i gardle, para uniosła się aż do nosa i wyżej, ku oczom.
„Och, weź się w garść, głupia!”
Odłożyła filiżankę i udała, że dopiero teraz zwróciła uwagę na etażerkę służącą za biblioteczkę.
– Cudzoziemskie książki? Mogę zerknąć? – zabrzmiała wybitnie sztucznie, ale Ruling, nie naciskając, włączyła się w grę pozorów:
– Oczywiście.
Z żalem śledziła rachityczny krok przyjaciółki; podeszła do regału i wyciągnęła pierwszy z brzegu podręcznik o historii Francji. Otworzyła go w środku, by przykleić nos do liter.
– Ich pismo przypomina kłębiące się robaki – oceniła mniej spiętym głosem.
Ruling ścisnęło serce, mimo to uśmiechnęła się niezręcznie.
– Trzymasz ją do góry nogami.
Przez kolejny kwadrans objaśniała dziewczynie tytuły książek i do czego one służą.
– A ta?
– Mój podręcznik do przyrody.
– Czego się z niego dowiedziałaś?
– Tego na przykład, że wcale nie złe duchy sprowadzają na nas choroby jak katar czy kaszel, tylko tycie organizmy zwane bakteriami i wirusami.
Tymi słowami poprawiła Kimiko humor i zaintrygowała.
– Tycie organizmy?
– Tak, spójrz tutaj.
Przewinęła kilka stron, żeby postukać palcem w jedną z nich – ilustrację czarno-białej plamy usianej mniejszymi kropkami i zawijasami.
– Dostają się do naszych ciał, dlatego chorujemy.
– Niesamowite… – Mniszka odebrała książkę, taksując każdy detal dziwnej istoty.
– Powodują gorączkę, osłabienie, bóle, a czasem nawet śmierć! – recytowała Ruling, jakby zdawała egzamin. – Na wiele chorób biali ludzie wynaleźli lekarstwa, ale na inne nie.
Kimiko zmarszczyła brwi.
– Na zanik ognia?
– Co?
– Czy te organizmy mogą spowodować, że Smok straci kontroli nad żywiołem?
Chinka zmieszała się.
– Żarty sobie stroisz?
– Mówię poważnie.
Wojowniczka spoglądała na nią wielkimi, mokrymi oczami, w których błyszczała nadzieja. Kobieta przed nią nie należała do zakonu, nie mogła jej więc oceniać miarą xiaolińskich mnichów, bo nie brała ich punktu widzenia za swój. Kimiko chciała zrozumieć przyczyny choroby pożerającej ogień oraz bez zwłoki ją wyleczyć. Skoro ona i Ruling odrodziły się jako istoty żeńskie, powinny się wspierać. Przez swój kobiecy pierwiastek mogłyby uwić silną więź, inną, a przez to głębszą niż relacje z ojcem, klasztorem, nawet Chase’em. Kimiko nigdy nie przyjaźniła się z kimś takim, nie wiedziała, ile wolno jej zdradzić. Mimo to pragnęła się do niej zbliżyć, choć energia i bezpośredniość Chinki wciąż onieśmielały.
– Nie umiesz już sztuczek z ogniem? – wyszeptała.
Pokręciła głową.
– Nie sądzę, aby bakteria miała z tym jakiś związek…
Zawód na twarzy Kimiko pozbawił Ruling czucia w nogach. Złapała za nową książkę: kolorową, o błyszczącym papierze.
– Lubisz bajki, prawda?
Otworzyła ją na ilustracji półnagiej kobiety pozbawionej nóg. Zamiast nich pluskała w morzu zielonym ogonem. Uśmiech rozpromienił buzię mniszki.
– Mała Syrenka.
– Niestety po francusku. Jeżeli chcesz, przetłumaczę ci na chiński.
– Nie musisz, znam tę bajkę. Na końcu syrena zmienia się w dzika.
Ruling wybuchnęła śmiechem. Po chwili Kimiko też się śmiała. Starsza chwyciła koleżankę za dłoń i pociągnęła kierunku łóżka. Usiadły wygodnie na poduszkach, nie przejmując się kurtuazjami. Ruling ucieszyła się, że mniszka wydała się poczuć trochę swobodniej.
– Gdybyśmy urodziły się sto lat wcześniej, zostałybyśmy laotong, smoczymi siostrami, tak myślę – rzekła.
– Gdybyśmy urodziły się sto lat wcześniej, nie byłoby mnie tu.
– Niekoniecznie, Japończycy od wieków pielgrzymowali do Xiaolin.
Ruling wydobyła z pudełka przed sobą garść cukierków i wręczyła je koleżance. Szeleściły przyjemnie owinięte w kolorowe papierki.
– Rozchoruję się od tych słodkości – jęknęła Kimiko.
– Wcale nie. – Oczy Chinki lśniły psotnie. – Słuchaj, nie opuszcza mnie wrażenie, że coś gra ci w duszy.
Widząc pytanie w niebieskich oczach, zachichotała.
– Fraza z Zachodu, a znaczy mnie więcej… nosisz w sercu jakiś sekret. Zgadłam? – Wyszczerzyła zęby niby polująca lwica.
– Nic podobnego…
– Przecież nie odwiedziłaś mnie po to, by współczuć z powodu głupiego guza na czole – ucięła. – Nawet ślepy zobaczy, jak kołyszesz się na huśtawce nastrojów.
Kimiko westchnęła. Czy naprawdę tak łatwo przychodziło ludziom przeniknąć ją do cna?
– Problemy w świątyni – wyznała z ociąganiem.
– Chodzi o żywioł smoka?
Odpowiedziało Ruling krótkie przytaknięcie. Mimo to z przekorą stuknęła stopą o łydkę mniszki.
– Czy coś jeszcze? – dociekała śpiewnym głosem, zdając sobie sprawę z rozdarcia gościa, który teraz zesztywniał niczym bambus, mnąc w palcach swe szaty.
W istocie, na końcu języka Kimiko kryło się więcej.
– Czy… wyświadczyłabyś mi przysługę?
– Oczywiście! – Ciasno splotła kolana ramionami, gotując się na zabójcze rewelacje.
– Ja… planuję pojechać do Szanghaju.
Zakłopotanie malujące się na słodkim obliczu pogłębiło się, jakby Kimiko zaraz miała uargumentować swoje pragnienie czymś bardziej szalonym.
– Uciekasz z Xiaolin? – wydukała Ruling.
– Nie! To tylko na parę dni. Cztery lub pięć.
– Lub tydzień? – podsunęła.
Dziewczyna zarumieniła się.
– Możliwe.
– W ramach jakichś… świątynnych obowiązków, tak? – parsknęła, wcale się nie śmiejąc.
Kimiko potrząsnęła głową, a na ustach zamarł nieśmiały wyraz.
– Ktoś mnie zaprosił – wyszeptała, ostatnie słowo wręcz bezdźwięcznie.
Chinka potrzebowała paru sekund, aby poukładać wszystkie elementy we w miarę spójny obraz.
– N-narzeczony? – wypaliła, intuicyjnie podważając w duszy to, co usłyszała. Mniszka natychmiast zaczęła zaprzeczać. – Więc kto?
– Przyjaciel.
– Przyjaciel? – Cień zaniepokojenia otulił twarz Ruling. – W co ty się wmieszałaś? – Przybrała zatroskany wyraz, po czym dodała cicho.– W dialektach na północy to słowo posiada wiele znaczeń…
Brwi Kimiko zawiązały się pod czołem.
– Jakie na przykład?
– No wiesz… – Zarumieniła się i wzruszyła ramionami. – Kochanek.
– Aha – westchnęła z wyraźną ulgą, nie reagując specjalnie na osłupienie Ruling, które po chwili wyewoluowało w strach.
– A czy wiesz, co zazwyczaj robią…? – urwała, nie wierząc, na jakie tory zeszła ich niewinna rozmowa o bakterii.
– Wiem.
Kobieta otworzyła szeroko usta i złapała się za brzuch.
– Skąd…?
Dreszcz i gorąc oblały ją równocześnie. Wstała, okrążyła stolik z rękoma przesłaniającymi usta. Wtem gwałtownie odwróciła się w stronę spokojnie siedzącej wojowniczki.
– Robicie to? – wyszeptała.
– Kiedy tylko mamy ochotę.
Skurcz przebiegł po twarzy Ruling. Poczuła się słabo.
– Ty? – jęknęła.
Japonka kiwnęła głową i zachichotała słodko. Niespodziewanie przyjemnie jej się zdradzało leśną tajemnicę. Mówiła bez dumy, raczej z ulgą.
– Wyznał mi, że on zawsze jest chętny, bylebym ja go chciała.
– Poważnie? – Ruling zaśmiała się, nie dając krzty wiary ani jednemu słowu. Prześladowało ją wrażenie, że każdą kolejną sekundą bluźnią. Uklękła przed Kimiko, łapiąc ją za ręce. – A na pewno wiesz, jak się to robi…?
Wzrok smoka ognia ześlizgnął się na dół.
– Ściąga mi spodnie i…
– Nie do wiary – przerwała, wyglądając, jakby miała się rozpłakać – Ty naprawdę… Przecież nie jesteś taka jak ja! Nie możesz! Jesteś mniszką! Sądziłam…
– Nikomu nie powiesz?
Oczy Ruling stały się czarne jak noc.
– Czyli w klasztorze nie wiedzą?
– W tym klasztorze mieszkają obłudni zjadacze mięsa i zachłanni ludzie. – Kimiko zacisnęła palce na jej dłoni. – Mój grzech wcale nie jest cięższy od ich.
Chinka podniosła się powoli, żeby przytulić mniszkę i ucałować ją w czoło. Niczego nie pojmowała. Obrazy z przeszłości i teraźniejszości nakładały się na siebie, tworząc abstrakcyjną całość. O n a, Kimiko, o d d a ł a się jakiemuś obcemu człowiekowi. Ten pomysł wydawał się tak głupi i niemożliwy, że umysł Ruling z nim walczył, odsuwał na obrzeża realności i fantazji.
– Nie... masz rację, nie jest…
– Mistrz planuje mnie sprzedać namiestnikowi, bo nie panuję nad ogniem – jęknęła w ramię Ruling, której serce zabiło gwałtowniej.
– S-słucham? Przecież w Chinach nie wolno już handlować kobietami!
Kimiko drżała, jakby miała się rozpaść.
– To może powinnaś uciec? Choćby do tego człowieka…
– Ale boję się.
– Czego?
– Ojca… przeklnie mnie, jeśli ucieknę do obcego mężczyzny.
Ruling westchnęła z żalem kobiety nie wiedzącej, co zrobić dla innej. Ogarnęła ją bezbronna, czuła tkliwość. Zrozumiała, że nic nie może. I okazało się, że nawet nie znała dziewczyny siedzącej obok niej. Z oczu wyciekło kilka łez. Po chwili płakała bez opamiętania.
– Tak mi przykro… Ohydna, zapadła wieś. Niech ją szlag…
Wtuliła się w ciepłe ciało mniszki, gardząc sobą w myślach. Nie ona wszak potrzebowała pocieszenia, a to biedactwo.
– Opiszesz mi tego swojego chłopaka? – poprosiła słabym głosem.
Kimiko zawahała się. Prawdopodobnie zastanawiała się nad odpowiedzią albo w ogóle bała się wyznać więcej szczegółów. Ruling zaś wstydziła się skrzyżować z nią spojrzeniem.
– No, jest od nas starszy…
– Tak właśnie sądziłam, że to nie gówniarz z miasteczka... znam go?
– Nie. Chyba nie. On nie pochodzi stąd, chociaż był mnichem.
– Zatem musicie się dobrze porozumiewać…
Japonka rozciągnęła wargi z przekąsem.
– Cóż, serce wojownika, umysł filozofa.
Ruling osuszyła oczy rękawem i, nie patrząc na Kimiko, błysnęła zębami.
– Pasuje do ciebie… I przypuszczam, że pochodzi z dzikich terenów na północy, skoro nazywał cię przyjaciółką.
– Nie przeczę, cechuje go dziwne poczucie humoru.
– Chińczycy z północy są bardzo przystojni. I wysocy.
Obie zachichotały nieśmiało.
– Słuchaj, czy on jest jednym z watażków, z którymi walczy rząd?
Kimiko nagle spoważniała.
– Nie… to książę.
– Książę? Dziewczyno, ty jakiegoś tai-pana uwiodłaś?
– On naprawdę jest księciem. Rządzi krainą na północy.
– A gdzie się spotykacie?
– Tam, gdzie się poznaliśmy… – zwiesiła głos, po czym wyznała: – w Lesie Smoka.
Ruling analizowała dokładnie jej słowa.
– Och, romantycznie. – Założyła ramiona na piersi. – Jak to człowiek z północy.
– Jest bardzo okrzesany – naprostowała Kimiko. – Jak to książę.
– A jeśli bliżej mu do wariata?
– I tak chcę z nim być – powiedziała z naciskiem, ale zaraz złagodniała. – Gdybym miała takie wykształcenie jak ty, wiedziałabym, jak ubrać w słowa to, co do niego czuję.
– Przecież jesteś wykształcona… w tradycyjny sposób, ale jednak.
Blady uśmiech wstąpił na usta mniszki.
– Nie umiem opowiadać językiem sutr tego wszystkiego, co kłębi się tutaj – wyszeptała i złożyła dłonie na piersi.
Ruling przybliżyła się do niej.
– On cię szanuje? Nie myśli o tobie jak o byle konkubinie?
– Nie. Raczej nie.
– Skąd wiesz?
– Jego konkubiny go nudzą.
Chinka prychnęła.
– Tak… domyślam się, nie w każdym haremie są mniszki-wojowniczki.
Zapadła krótka cisza, podczas której obie spokojnie trawiły to, co zostało między nimi powiedziane. Ruling oblizała usta, obłapiając przyjaciółkę konspiracyjnym spojrzeniem.
– O co chodzi z Szanghajem?
Kimiko otuliła ramionami kolana i złożyła na nich głowę.
– Musi pozałatwiać jakieś sprawunki, więc przy okazji chciałby mnie zabrać ze sobą.
– Poprosisz mistrza o przepustkę?
– Nie zgodziły się, zaraz zadałby mi pytania.
„Ja też powinnam zadać ci ich więcej”, zmartwiła się Ruling, bo informacje, jakich stała się powierniczką, były bardzo szczątkowe. Książę z lasu? Pachniało podstępem.
– Nie wierzysz mi – zagaiła Kimiko, widząc minę tamtej.
– Nie, ja… po prostu wszystko dzieje się za wcześnie. – Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się przyjaźnie.
Oczy Japonki nabrały dziwnego blasku.
– Ufam mu, dlatego że jest inny.
Ruling westchnęła ciężko.
Okej, jak ci pomóc?
– Co?
Kobieta szeroko rozciągnęła usta.
– To znaczy... dobrze. W Szanghaju używamy różnych cudzoziemskich słów. Sama się przekonasz.
Kimiko przytaknęła i wyjawiła szczegóły swego planu:
– Odkąd straciłam ogień, wiem, że jestem już niepotrzebna. Jak mogę ćwiczyć ze Smokami, skoro brakuje im mojego elementu? Mistrz Fung i tak zapatruje się mnie sprzedać, toteż wydaje mi się, że dałby mi zgodę na spędzenie tygodnia w wiosce, byleby pod okiem porządnej rodziny, a twoja wielokrotnie finansowała klasztor… Rozumiesz?
– Ciebie tak, jego nie. – Ściągnęła usta. – Dlaczego nie pomogą ci odzyskać żywiołu, tylko rozważają pozbycie się? Przecież jesteście wspólnotą.
Kimiko pokręciła głową.
– Nawet nie chcę ich pomocy. Są zachłannymi ludźmi – rzekła grobowym głosem, na co Ruling splotła ramiona na piersiach, ale odpuściła sobie komentarz.
– Gdybyś „ukrywała mnie” przez tydzień, ja tymczasem pojechałabym do miasta i wróciła – kontynuowała. – I… rozumiesz?
Chinka przez moment wodziła wzrokiem po wzorkach terakotowej podłogi, nie zdradzając się z huraganem myśli pustoszącym jej głowę. Bała się o Kimiko. Wiedziała też, że sama będzie musiała zaplątać w sieć kłamstw rodziców i służbę. Ten pomysł wydawał się poroniony. Tyle w nim dziur i niedopowiedzeń…
Popatrzyła na małą mniszkę, czekającą jak na szpilkach na zgodę, pozbawioną perspektyw na niezależne życie, ofiarę w rękach historii i mężczyzn, igraszkę przeznaczoną na stratę. Owionął ją chłód.
– Zrobię co w mojej mocy, byś zwiedziła Szanghaj – oświadczyła beznamiętnie, a następnie zmusiła się do uśmiechu.
Kimiko wtuliła się w nią jak dziecko ciągnące do matki. Ruling znów zebrało się na płacz.
– Ten genialny pomysł to on wymyślił, tak? – powiedziała cokolwiek, żeby przegnać szloch.
Potem obie trwały w ciszy, wpatrując się w szybę ze szkła. Osłaniała ją para zabarwiona pomarańczowym blaskiem lampionów zapalonych właśnie przez pana Sui.
– Założę się, że wyjedziesz jako panna, a wrócisz jako mężatka. – Ruling zdobyła się na żart.
Brwi Kimiko pognały ku górze.
– Skoro to książę, chyba ożeni się z tobą? Uwiódł cię, więc teraz powinien myśleć o twoim honorze…
Nieodgadniony wyraz krążył po twarzy Japonki, wydobywając na świat ciążące jej wątpliwości.
– Wiesz, on z pogardą odnosi się do tych spraw – wyjaśniła, nieco zawstydzona.
Ruling przyjrzała się jej uważnie.
– Ale kocha cię?
Mniszka otworzyła usta i oczy. Wpatrywała się niemo w przyjaciółkę. Miną wskazującą na gwałtowne przebudzenie się. Jakby właśnie coś do niej dotarło; prawda dotąd znajdująca się poza zasięgiem, a zarazem bliska. Tak, to zobaczyła Ruling, śledząc, jak dłonie dziewczyny zaciskają się na sercu, wargi zaś układają się w szczery uśmiech. Kimiko była naprawdę szczęśliwa. Szalona, ale szczęśliwa.
Chinka położyła się z nią na łóżku i uszczypnęła w policzek.
– Czy całuje cię, gdy to robicie? – zapytała figlarnym głosem.
Chwilowe milczenie mniszki sprawiło, że pokraśniała.
– Tak.
– Lubisz patrzeć na to, jak w ciebie wchodzi?
Teraz Kimiko spłonęła czerwienią, aż do oczu napłynęły jej łzy.
– Nie wydaje mi się, by było to właściwe…
– Dlaczego nie? Ja z ekscytacją obserwuję, jak…
– Ruling! – wojowniczka skryła twarz w górze poduszek.
Kobieta poczołgała się do niej i nachyliła nad uchem. Zgarnęła czule włosy z jej twarzy.
– Czujesz się nieswojo, kiedy nie ma go w pobliżu? – wyszeptała.
– Tak.
– Też bardzo tęsknię za swoim przyjacielem… – dodała tamta, głaszcząc się po brzuchu. – Wiesz, za niedługo sama wyjadę do Szanghaju. Na stałe.
W sercu Smoka Ognia pojawiło się dziwne uczucie. Z jednej strony znała pragnienie Chinki, a z drugiej nie chciałaby, aby zniknęła z jej życia na rzecz wielkiego miasta.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz