14 lut 2018

Rozdział 17

Chamikowych walentynek <3






W dzień wyjazdu przedyskutowały szczegóły planu. Kimiko okraszała kolejne etapy ucieczki zapewnieniami, że wróci za siedem dni i wcale nie ukrywa nieczystych zamiarów na przykład potajemnego ślubu. Wiele kwestii ułatwił fakt, iż trzy służące zaniemogły i poprosiły o parę dni wolnego.
– Dziwny zbieg okoliczności – zauważyła Ruling.
– Ale szczęśliwy.
Córka przekonała panią Sui, że sama zajmie się sprzątaniem swego piętra, tak aby nikt oprócz niej nie przeszkadzał gościowi w medytacjach. Matka przystała na propozycję bez sprzeciwu; w dzisiejszych czasach trudno znaleźć uczciwą pomoc domową.
– Wreszcie błogosławieństwo Niebios spadnie na nasz dach! – piała, ocierając łzy radości.
Mniszce na ich widok robiło się przykro. Oszukiwanie pobożnych ludzi było podłe.
Ruling podtrzymywała Japonkę na duchu:
– Nie przejmuj się, moja matka i tak jest niereformowalną dewotką.
Dzień upłynął pod znakiem milczącego oczekiwania, a kiedy na niebie zamrugały gwiazdy, rodzina i ich szacowny gość usiedli przy stole, dzieląc się specjalnym, wegetariańskim posiłkiem – jedynym, jaki w tym okresie mieli zjeść wspólnie.
– Szlachetna mniszko, czemu musicie siedzieć na górze cały tydzień? – zagaiła pani domu. – Nie przeszkadzalibyśmy wam.
Przelotne spojrzenie na adresatkę pytania ugruntowało Ruling w przeświadczeniu, że nie miała ona dotąd sposobności szkolić się w sztuce kłamstw.
– Och, matko, a czy my, ludzie świeccy, możemy objąć rozumem obyczaje naszych rozmodlonych braci? – Przybyła z odsieczą. – Tak widać musi być.
Starsza kobieta przytaknęła, jej mąż zaś siedział, paląc fajkę wodną. Wyglądał na strapionego. Nagle zwrócił się do córki:
– Jak szła ci nauka w zagranicznej szkole?
– Nawet nieźle.
– Nie płaciłem majątku za czesne, by usłyszeć „nawet nieźle”.
Ruling zesztywniała. Rozdzice mieli zbolałe twarze.
– Tato, mamo? – wyszeptała, wiedząc już, co usłyszy. Serce podskoczyło ze szczęścia, chociaż dobre wychowanie nakazywało okazać smutek, mimo iż wszyscy znali ambicje dziewczyny.
– Postanowiłem, że nie możesz tu zostać. Jesteś moją najpiękniejszą córką… – zwiesił głos, bojąc się mówić więcej.
Kimiko nie rozumiała, jaki uroda ma związek z nauką i wojną, ale, siedząc cichutko niczym mysz, obserwowała rytuał wdzięczności dziecka wobec rodzica; ukłon przed ojcem, który spełnił jej największe marzenie i pozwolił wrócić na wybrzeże, gdzie panował pokój i cudzoziemskie szkoły.
Po kolacji dziewczęta udały się na górę. Za jakiś czas Ruling zeszła do jadalni, sprzątnęła ze stołu talerze, a kiedy skończyła je myć, włożyła ciepły płaszcz.
Szyjącej kaftan matce nie spodobał się ten widok.
– Dziecko, znów czynisz coś nieodpowiedzialnego. Wolałabym, abyś siedziała w domu, przy mnie, gdzie twoje miejsce.
Córka roześmiała się serdecznie.
– Zaczerpnę świeżego powietrza. Nie odejdę dalej niż na sto kroków!
Wyszła i zawróciła szybko na tył domu. Kimiko już na nią czekała.
– Szybka jesteś.
– Mam wprawę w wymykaniu się przez okno.
Złapały się za ręce i pognały w bambusowy zagajnik.
Ruling wzięła ze sobą latarkę. Żółty snop światła wydobywał kontury wysokich roślin. Surowy dwunasty miesiąc zamroził dźwięki natury. Przedzierały się więc w ciszy. Po chwili marszu ich oczom ukazała się szara wstęga gościńca spowita u brzegów czarnym buszem.
Chinka syknęła, doznając gwałtownego lęku o to, co nadchodziło. Przytuliła Kimiko, absolutnie pewna, że widzi ją po raz ostatni.
– Chyba powinnam dać ci zwykłe ubrania – mruknęła. – Rzucasz się w oczy w mnisich szatach. Nie zabrałaś nawet żadnych walizek.
– Powiedział, że to nie jest konieczne.
– Wierzysz we wszystko, co on mówi?
Nie otrzymała odpowiedzi, bo oto na gościńcu ujrzały człowieka na koniu. Uderzenia kopyt rozbrzmiewały w ciszy niczym grzmoty piorunów. Ruling odruchowo zgasiła latarkę. Mniszka potrąciła ją łokciem.
– Boisz się? – zapytała dość głośno, nie podzielając strachu towarzyszki, która teraz miała się przekonać, czy kochanek Kimiko faktycznie istnieje.
– A niech mnie – westchnęła.
Jeździec zbliżał się nieśpiesznie, zarys jego sylwetki zlewał się z ciałem konia, jakby tworzyły jedno.
Wojowniczka ujawniła się, stanąwszy na środku drogi. Ruling otworzyła szeroko usta. Mężczyzna przyspieszył. W kilka sekund znalazł się przy Kimiko.
Wzrok przywykł do ciemności i Chinka zobaczyła długowłosego, wysokiego człowieka. Zeskoczył z wierzchowca, po czym złapał kochankę w ramiona i okręcił się z nią wokół własnej osi. Następnie pocałował. Serce Ruling zabiło mocno, gdy szeptali. Ucieleśniali treści zawarte w miłosnych poematach.
Wyszła z kryjówki ani myśląc zostać zapamiętana jako intruz i bezczelny podglądacz.
– Dobry wieczór – zaskrzeczała.
Obcy uczynił krok w jej stronę i, ku przerażeniu dziewczyny, ujął dłoń. Stała tak sparaliżowana, patrząc jak ciele; przytknął usta do białej skóry, a następnie złożył pocałunek niczym dżentelmen z Zachodu.
Kobieta westchnęła. Raz i drugi. Potem usłyszała głos przywodzący skojarzenie ocierających się o siebie mieczy:
– Dziękuję za opiekę nad moją perełką.
– Żaden problem – pisnęła.
Cienie osnuły oblicze rzekomego księcia. Nie sposób było dostrzec choćby blasku oczu. Nagle zwrócił się do tej, po którą przybył, usadził na koniu i bezzwłocznie zajął miejsce z przodu.
– Dziękuję! – krzyknęła podekscytowana mniszka, wymachując nogami. – Do zobaczenia za siedem dni!
Jeździec ściągnął cugle. Wierzchowiec wystrzelił błyskawicznie przed siebie. Odprowadzał ich wzrok stojącej z boku Ruling, nadal drżącej z przejęcia i modlącej się, aby słowa przyjaciółki się ziściły.

***

Wiedziała, dokąd zmierzali. Czasami zdarzało się, że na polecenie mistrza szła wraz z braćmi handlować wyrobami świątyni – kremami i eliksirami – na pobliską stację kolejową.
Bezchmurna noc ucieczki z powiatu zyskała symbolicznego wymiaru. Przeprawiali się w ciszy. Drżenie ich oddechów mieszało się z rżeniem konia. Kimiko powstrzymywała się przed jakimkolwiek słowem, zresztą dźwięki zachwytu kotłujące się w gardle nie mogły przecisnąć się przez nie. Takie czuła podniecenie. Nie godziło się zakłócać wyjątkowej chwili.
Otulona w płaszcz Chase’a przywarła do jego pleców niczym małpka. Nie myślała o zmęczeniu, gdyż z przyjemnością obserwowała taniec światła i cienia, plamy głębokich dolin i toczące się w nich zwały pary, stożki śpiących pól, majaczący zarys Lasu Smoka. Z namaszczeniem chłonęła piękno nocy, rozkoszując się ciepłem ciała przyjaciela.
Po aksamitnej kopule nieba przepływały gwiazdy. Mrugały do nich z bezkresu. Tajemnicza otchłań sklepienia niebieskiego jeżyła włosy na głowie. Kimiko ciaśniej oplotła przyjaciela. Zatrzymał się na moment. Lgnąca do siebie para wolnych wojowników szukała drogowskazu w klejnotach Niebios.
Kimiko przestała oddychać. Cisza dzwoniła w uszach. Ruszyli, a świat wydał się jej się nieskończenie piękny. Przymknęła oczy. Dziewczęcym sercem szarpnęło szalone pragnienie, aby książę ściągnął ją z grzbietu zwierzęcia, położył na tarasie, by pośród kłosów ozimej pszenicy mogli oddać się szałowi ich przyjaźni.
Koń zwolnił, z ciemności wyłaniały się kontury stacji Dengfeng.
– Perełko, nie śpij. – Uszczypnął Japonkę w udo.
Zachichotała, uniosła się delikatnie, żeby sięgnąć ustami do karku Chase’a. Odgarnęła mu włosy z pleców i pocałowała, najpierw w szyję, potem w spiczaste ucho.
Zszedł z konia i czekał, nie ośmielając się pomagać Kimiko. Nie brał wszak za towarzyszki łamagę, a wojowniczkę. Kiedy znalazła się u jego boku, chwycił jej dłoń i, zostawiając wierne zwierzę u bramy na stację, wszedł do środka. Przeszli przez drewnianą budowlę, nie napotkawszy żywej duszy. Gdy ujrzała tory, ogarnęła ją dziwna słabość.
„Czy Ruling da sobie radę? I czy ja postępuję właściwie?”
Miasta na wybrzeżu – ba, całe Chiny – zobaczyła ni stąd, ni zowąd jako siedliska hałasu, europejskiej mody, niebezpieczeństwa i najczystszego zła, przed którym nie wiadomo, jak się bronić.
Chase zauważył obawy wypisane na twarzy Japonki i uśmiechnął się, po czym pstryknął ją w nos.
– Otwórz się na przygodę. Przecież zawsze chciałaś poznać świat.
– Tak, ale wtedy nie wierzyłam, że pojadę do Szanghaju.
Położył dłonie na barkach dziewczyny i pochylił się nad nią.
– Szanghaj jest zaledwie kropką na mapie ziemi – wyszeptał, ogrzewając jej ucho oddechem. – Zabiorę cię do wszystkich krajów i narodów świata.
Kimiko pokiwała głową, myśląc o sobie jak o głupiej gęsi. Patrząc na matowe, czarne szyny przysięgła, że podczas tych siedmiu dni chce być szczęśliwa, by móc lepiej poznać nie tylko wybrzeże, ale też siebie oraz Chase’a.
Dopiero teraz zobaczyła na stacji pół tuzina wyrośniętych mężczyzn. Stali w cieniu z boku, milcząco, podobni do latarni niż żywych osób. Kimiko odruchowo ścisnęła rękę towarzysza, lecz ten niczego nie sprawiał wrażenia zakłopotanego. Czekał, aż ci podejdą do nich. Japonka wyszczerzyła oczy, widząc, jak w idealnie równym tempie upadli na kolano i zgieli przed nim plecy. Pojęła, że są to jego niewolnicy. Nie poznała ich od razu, bo byli ubrani w podróżne chałaty.
Ciszę przeszył gwizd. Nie musieli długo czekać, gdy ujrzeli toczącą się ku nim oczy potwora, osłoniętych gorącą parą. Serce dziewczyny zabiło potężnie w rytm stukotu kół. Wagony przewijały się przed nimi, póki nie stanęły z akompaniującym im stalowym szczękiem.
– Chodźmy – zakomenderował Chase i pociągnął Kimiko za sobą.
Wdrapała się na schodki i weszła do brzucha bestii. W nozdrzach zawirowało ciepłe powietrze. Otoczyła ich ciemność. Przyjaciel popychał ją lekko w plecy, więc szła wzdłuż wąskiego korytarzyka.
– Zatrzymaj się.
Znieruchomiała. Nie podobało jej się, że ktoś prowadzi ją jak lalkę na sznurkach, lecz ta metalowa skrzynia dusiła w sosie dezorientacji. Chase otworzył przed nią drzwi i kazał wejść do środka, a skoro wypełniła polecenie i znalazła się z nim w przedziale, zatrzasnął je i odetchnął.
– Wiesz, mam postanowienie na to stulecie – rzekł swobodnie. – Nauczyć się przenosić z miejsca na miejsce, tak by nie uzależniać się od transportu śmiertelników.
Kimiko westchnęła z ulgą, zarażając się jego dobrym humorem.
– Ciekawe jak? Z księgi czarów?
– Znakomity pomysł.
Pomieszczenie, w którym się znaleźli, wydawało się niezwykle małe, ale Japonka pamiętała, jak lata temu podobnym pociągiem przyjechała sto mil w głąb obcego kraju. Miała nadzieję, że od czasu dzieciństwa, cudzoziemskie maszyny zostały ulepszone.
– No, usiądź – odezwał się Chase, wskazując na wygodny fotel pod oknem. – Nudną podróż najlepiej przespać.
Kimiko zajęła wskazane miejsce, odkrywając, że podłogę wyłożono miękkim dywanem, a w przedziale jest ciepło. Z półmroku wyłaniały się ornamenty zdobiące sufit. Na stoliku przed nią stała francuska patera z owocami. Czyste winogrona błyszczały w świetle księżyca. Skądś dobiegały dźwięki muzyki wymieszane z tupotem stóp, lecz powieki same się kleiły. Kiedy tylko maszyna szarpnęła i oderwała się z miejsca, zawładnęło dziewczyną nieśpiesznie wlewające się w nią znużenie.

***

Irytujące, ciągnące się w nieskończoność buczenie w końcu wybudziło mniszkę z płytkiego snu. Jej twarz zalało łagodne światło. Słońce balansowało na krawędzi horyzontu, roziskrzając okolice pomarańczowym blaskiem. Zielonoszary krajobraz ozłocony magią wschodzącego dnia przywoływał miłe wspomnienia i wprawiał serce w czułe podrywy tęsknoty za dzieciństwem. Leżała na poduszkach, zwinięta w kłębek, domyślając się, że zostawili za sobą góry i wyżyny, a razem z nimi Klasztor i Las Smoka. Kimiko poczuła się dziwnie. Potrzebowała ruchu, ale nie chciała burzyć momentu przebudzenia, o nie. Przeciągnąć go do granic możliwości, upajając się magiczną atmosferą wolności i lekkiego strachu przed nieznanym.
Nie słyszała liści dobijających się do okna ani wiatru czeszącego korony Lasu, co znosiła z trudem. Przyzwyczaiła się przecież do przyjaciół drzew.
Drgnęła. Zastane kości nie mogły dłużej trwać w bezruchu. Przeciągnęła się jak kocie i ziewnęła. Nie musiała rozglądać się za Chase’em. Wiedziała, że nie jest sama. Nigdy nie była.
Chrząknęła.
– Czy długo jeszcze? – zapytała, nie odrywając oczu od okna.
Nie otrzymała odpowiedzi, toteż powoli przekręciła głowę. Objęła wzrokiem siedzącego przy wyjściu mężczyznę. Podobnie jak ona wpatrywał się w świat na zewnątrz, ale w przeciwieństwie do towarzyszki zdawał się go nie dostrzegać. Sącząc bezdźwięcznie zupę ze smoka, roztaczał wokół siebie aurę starego mędrca. Kimiko czuła tę aurę, przygniatała ją.
„Ten dzień jest inny”, pomyślała i zapałała do swego księcia nagłą namiętnością. Nie ciało mniszki wyrywało się do niego, a dusza. Pomyślała też, że nie istnieje na świecie żaden człowiek, który zastąpiłby Chase’a w jej sercu. Żywiła względem niego zbyt głębokie uczucie.
Wstała i ostrożnie podeszła do niego, kołysząc się na niepewnym gruncie.
„Dlatego nie lubię pociągów”.
Dotknęła koniuszkami palców grzbietu jego dłoni, a gdy spojrzał na nią tymi swoimi zamglonymi złotymi oczami smoka, utwierdziła się w przekonaniu, że nie chce wracać do Xiaolin. Wystarczy rok, a zniknie z rejestru świątyni na zawsze. Przepadnie jak kamień rzucony w wodę, zmuszając namiestnika i Funga do obejścia się smakiem. Przez moment przyszło jej do głowy, że jeśli tak łatwo dało się zorganizować wyjazd do Szanghaju, z równie dziecinną łatwością da się sfingować własną śmierć. W tych przemyśleniach nie brała pod uwagę rozpaczy ojca czy woli Niebios, sama chciała sobie zaprojektować życie.
Pocałowała Chase’a w czoło i roześmiała się śmiechem osoby jasno patrzącej w przyszłość.
– Pić mi się chce.
Wojownik zagwizdał. Nie czekali długo, aż do przedziału wszedł niewolnik odziany w chałat. Niósł ze sobą tacę z czarką dymiącej herbaty oraz ryżowe kulki z warzywami. Kimiko zjadła trochę, ponieważ w żołądek ścisnął jej się z wrażenia.
– Czy mogę ci towarzyszyć w mieście bez przerwy? – Wzięła towarzysza pod ostrze pytań. – Słyszałam, że do wielu miejsc Chińczycy nie mają prawa wstępu, a przecież to idiotyczne. Jesteście na swoim terenie. Właśnie, czy nie uważasz, że twój wygląd będzie rzucać się w oczy? Albo mój? Xiaolin i inne klasztory w Chinach są w stałym kontakcie, boję się, że ktoś doniesie… Nie chodzi o mnie, a o moją koleżankę. Wiesz, mówiła, że przebywając w dzielnicy francuskiej, na pewno nie przegapię jej szkoły. A przy okazji, muszę się przyjrzeć zagranicznym pojazdom… samochodom czy czemuś takiemu.
Chase zbywał dociekania Kimiko z lekkim uśmiechem, tłumacząc, że wszystkiego dowie się na miejscu.
– I znów trzymasz mnie w niepewności… – jęknęła.
– A ty za dużo gadasz – skwitował i musnął ją w usta, które wygięły się w grymasie złości. – Muszę coś przemyśleć, perełko. Nie mogę teraz z tobą rozmawiać.
Japonka nie chciała dać po sobie poznać, że to odtrącenie dotknęło. Jednak przyjaciel czytał z niej niczym z księgi, co sprawiło dziewczynie dodatkowe zmartwienie. Wstydziła się, bo nadal nie rozumiała tego człowieka. I on dostrzegł także ten wstyd. Przeszywał zmęczonym wzrokiem, podsuwając mniszce wybór: „zaakceptuj albo odejdź”.
– No… dobrze, ja pójdę się przejść. – Uśmiechnęła się i klasnęła w dłonie. – I tak wypiłam za dużo.
– Kotek cię zaprowadzi – dodał na odchodnym Chase, gdy Kimiko wstała i odsunęła drzwi. – Pociąg ten należy do ludzi zachodu. Jest luksusowy, więc nie martw się o swoją prywatność.
Kiedy mniszka wyszła, mógł na wreszcie przekląć. Starego grzyba zarządzającego Xiaolin i zidiociałego namiestnika. Znał najnowsze wiadomości, ponieważ umysły jego i szpiegów pozostawały w stałym połączeniu. Wiedział zatem, że przeniesienie stolicy do Nankinu wywoła reakcję watażków z północy, buntowniczego generała, gubernatora, a wreszcie klasztoru. Rozgrywki polityczne tym razem go nie obchodziły, bo od początku zamierzał ustawić sobie krzesło na wzgórzu i jako pierwszy patrzeć na masakrę Xiaolin i okolic, popijać Lao Mang Long i – tak, ten element dobrał sobie niedawno – wśród gradu ognia kochać się z Kimiko. Niestety stary Fung umyślił sobie przeprowadzić rzecz z transakcją o wiele szybciej. Zeszłej nocy kotki, tym razem w skórze ptaków, usłyszały, jak pertraktuje o ostatecznej cenie mniszki.
Wspomnienie torturowania Ruling i ucieczka z perełką nie mogły ukoić ducha kogoś, kto nie potrafił przełknąć wizji porażki. Wcześniej nie zawracał sobie głowy groźbą sprzedania Kimiko, jednak teraz, kiedy inny samiec podjął o nią zaloty, z góry zresztą przesądzone, wściekł się.
Prędzej skręciłby jej kark niż pozwolił, aby stała się czyjąś własnością – czy to na papierze, czy w rzeczywistości.
Wstał i podszedł do okna. Uchylił je nieco. Pomieszczenie omiótł zimny powiew. Powtarzał jak mantrę, że tylko siłą umysłu osiągnie rzeczy wspaniałe.

***

Wydmuchała nos w papier, ale uznawszy, że jej wygląd i tak jest do niczego, po raz kolejny przemyła twarz, usuwając ślady łez. Nad umywalką wisiało wyczyszczone na połysk lustro. Kimiko rzadko miała okazję przyglądać się sobie w ostrym zwierciadle. Brzydziła się zaczerwienionych oczu i smutku odbijającego się w szklanej tafli.
„Weź się w garść, ty żałosna kupo łajna. Przecież nie wyrządził ci nic złego!”.
A jednak miała pretensje. Zgodziła się na szaloną eskapadę, powierzyła Chase’owi swój los, a on tak zwyczajnie dał aluzję, by wyszła. Nie wiedziała co, tym myśleć. Czuła coś z pogranicza rozczarowania i nienawiści. W dodatku rozbolał ją brzuch, jakby stado demonów ukuło go szpicem.
„Obiecałaś sobie być szczęśliwą…”, przemawiała do odbicia. „Wybacz mu, on czasem zachowuje się szorstko”.
Drzwi wagonu kąpielowego otworzyły się. Nie wszedł do środka kotek, tylko dwie służące niosące ręczniki i mydełka dla bogatych dam. Pociąg faktycznie należał do cudzoziemców kursujący ze środkowych Chin na bogate wybrzeże; standardy pojazdów przewyższały warunki panujące w niejednym domu.
Kobiety rozmawiały, śmiejąc się. Wtem ich wzrok zatrzymał się na młodej mniszce. Kimiko patrzyła na nie z bólem. Kiedy minęło zdziwienie, pośpiesznie przeszły na drugi koniec wagonu, plując za sobą dyskretnie, aby odstraszyć pecha. Ich plwociny błyszczały na środku korytarza, lśniąc w świetle nigdy niegasnących szklanych baniek.
Dziewczyna nie umiała zdobyć się na gniew. Biedne, zabobonne kobiety robiły to, co każdy przezorny Chińczyk, widząc mniszkę o poranku. Zapałała wstydem do swych szat. Żałowała, że nie pożyczyła od Ruling chałatu chłopki. Przynajmniej nikt by za nią nie pluł.
Złość w sercu odsunęła na bok wcześniejsze rozgoryczenie. Kimiko wyszła z wagonu. Przy wejściu czekali przebrani wojownicy, nazywani przez pana kotkami. Bliżej im było do niedźwiedzi niż kotków, nie wydawali się zresztą zachwyceni pilnowaniem wojowniczki. Mimo braku chęci wywiązywali się z obowiązków, bez słowa towarzysząc jej podczas zwiedzania mechanicznej bestii. Nie oszczędzała ich. Wciąż nie wiedząc, czy wrócić do przedziału, czy nie, kręciła się od sali, w której umilano sobie podróż grą w brydża i paleniem cygar, po pomieszczenie służące za restaurację. Przebywali tam cudzoziemcy. Roześmiani, głośni i swobodni roztaczali wokół ostry zapach perfum. Kimiko wyróżniała się na ich tle, jeśli nawet wzrok któregoś z nich spoczął na niej dłużej, zaraz odwracali się, widząc jej ochroniarzy. Ci ludzie mieli grube wąsy, włosy przylizane pomadą oraz wąskie, przylegające do ich ciał szaty – garnitury i opinające suknie. Twarz każdej z dam znaczył gruby makijaż, cięższy niż widziała to u Ruling. Japonce znów zrobiło się źle z powodu mnisiego ubrania. Postała przy barze jeszcze chwilę, ale nikt do niej nie podszedł, a i ona nie wiedziała, jak z nimi się porozumieć. Wprawdzie ojczyzna zwiększyła swoje wpływy w kraju sąsiadów, ale coś Kimiko podpowiadało, że personel nie odróżniłby japońskiego od tutejszego języka.
„Biali ludzie mówią po francusku lub angielsku. Pewnie biorą mnie za Chinkę”.
Paradoksalnie polepszył jej się humor. Faktycznie, miała czarne, gładkie włosy, oczy podobne kształtem do liści wierzby, natomiast skórę jasną niczym Ruling i Chase.
„Jestem ich małą siostrą. Lepszą niż ci najeźdźcy”.
– Odprowadźcie mnie do waszego pana – poprosiła ochroniarzy dużo weselszym głosem.

***

Chase stał pod oknem, kiedy znalazła się przy nim. Jego obojętność uszczknęła nieco świeżo odnowionej odwagi dziewczyny.
Próbowała szybko się pocieszyć ani myślała wszak wracać do świątyni, tylko lepiej poznać przyjaciela.
„Niebiosa uczyniły mnie kobietą. Z moją naturą wiąże się cierpienie, dlatego mogę stać się silniejsza od mężczyzny. Od niego”.
Nie pytając o nic, zajęła miejsce w fotelu, nieco na pokaz bawiąc się poduszkami i strącając je na dywan.
„A poza tym jestem wojownikiem. Tak jak on”.
– Jeśli planujesz gapić się w okno, dobrze, mogę chodzić do cudzoziemców, ale wiedz, że umieram tam z nudy.
Czekała na reakcję, pod poduszką trzymaną na kolanach zacisnęła dłoń w pięść.
– Cudzoziemcy w ogóle są nudni – odparł, prychając.
Powstrzymała się przed westchnięciem z ulgi.
– Więc dlaczego mnie do nich wygnałeś?
– Nie wygnałem cię – wyznał, zwracając ku niej osnute mgłą spojrzenie.
Ujął jej rękę. Ucałował w grzbiet dłoni, ale to mu nie wystarczyło. Powoli odsłonił nadgarstek Kimiko i muskał go ustami w przepraszającym geście.
Rozczuliła się, jakby łasił się do niej kot.
– Musiałem przemyśleć parę rzeczy – dodał miękko, przykładając dłoń dziewczyny do swego policzka. – Ale już jest dobrze.
Chociaż nie przeprosił, może nie wiedział swego przewinienia albo to ona była zbyt wrażliwa, wybaczyła mu. A potem zwierzyła się z tego, co spotkało ją w łazience.
Rozbawiła go.
– Chcesz się przebrać już teraz? – zapytał z psotnym błyskiem w oku.
Oniemiała, zatem Chase pstryknął palcami. Pojawił się nowy sługa. Postawił na stoliku przed nimi paczkę, a następnie wycofał się, zginając pokornie kark.
Papier skrywał tajemnice wstążek, grubego atłasu, srebrnych zapinek i piór. Oraz koronkowego paska noszonego przez białe kobiety. Kimiko zaschło w gardle i zarumieniła się. Chase pociągnął za szarfę mnicha. Odwinął go z bioder mniszki, a ona nie zaprotestowała. Luźne poły bluzy zsunęły się w dół. Ręka księcia rozsunęła je w milczącym skupieniu. Palce musnęły gorącej skóry brzucha.
– Nie.
Kimiko wyrwała się z tego snu. Cofnęła o dwa kroki i wpadła na fotel. Straciła równowagę. Wylądowała na miękkich poduszkach. Czuła się jak zahipnotyzowana, niezdolna do wyjaśnień na pytania, które błąkały się w obserwujących ją oczach.
– Nie – powtórzyła słabiej.
Namiętność spłynęła mu z twarzy. Ukrywając rozczarowanie, nachylił się nad Japonką i pocałował ją w czoło, kciukiem głaszcząc po policzku.
– Wyjdę – wyszeptał łagodnie. – Poradzisz sobie?
Przytaknęła, powstrzymując się przed rozklejeniem się. Z zamkniętymi oczami nasłuchiwała, jak przeszedł przez przedział i rozsunął drzwi. Kiedy zniknął, spojrzała na te drzwi z wdzięcznością. Mogła odrzucić zasady Xiaolin, ale wyrzec się tradycji? Pokazać mu się bez ubrania, skoro są tylko kochankami?
„Na co przyszło mi się decydować?”, wzdrygnęła się i, nie roztrząsając już kłopotliwej sprawy, zabrała się do pracy.
Miała okazję obserwować Ruling ubierającą się w nowoczesne ubrania, jak zapina za delikatnych plecach srebrne klamerki, wkłada rękawy bluzki i zawiązuje ją pod szyją za pomocą specjalnych klamerek dekorowanych perełkami, naciąga na nogi jedwabne pończochy i mocuje paskami oraz czymś fikuśnym, co nazywała podwiązką. Kimiko przyglądała się owemu rytuałowi kobiecości i zapamiętywała każdy detal z naiwną myślą, że w nocy, przed zaśnięciem, będzie wyobrażać sobie siebie jako damę z Zachodu strojącą się na taneczne przyjęcie. Teraz, z nabożną rozkoszą dotykając mocnych, śliskich tkanin, nie musiała długo szukać w pamięci.

***

Siedziała przed nim niczym uczennica prywatnej szkoły dla cudzoziemek. Nawet figlarnie przekrzywiony kapelusik dodawał niewinnego czaru. Uśmiechnęła się do Chase’a, udając, że strzepuje pyłek z szafirowej spódniczki. Bardzo podobały jej się rękawiczki z czarnej koronki. Po raz pierwszy poczuła się jak w obcej skórze i wcale nie była przerażona. Jedynie stanik przeszkadzał, nieprzyjemnie opinając ciało. Oczywiście nie mogła zdradzić Chase’owi, że coś takiego dusi jej piersi. To nie są sprawy przeznaczone dla uszu mężczyzny.
On zaś zdawał sobie sprawę, że Kimiko, choć zadowolona, odczuwa pewien dyskomfort. Śmiać mu się chciało.
– A kolczyki? – Wysunął do przodu podbródek, wskazując na pudełeczko wyłożone aksamitem.
– Nie mam przebitych uszu – zdziwiła się.
Poniekąd żałowała, że nie włoży tych ślicznych diamentów błyszczących niby łzy w świetle popołudnia.
– Dawno zauważyłem.
Zacisnęła usta w wąską linię.
– Co powiedzą w klasztorze?
Usta Chase’a drgnęły w tłumionym gniewie. Wciąż przeżuwał ostatnie wieści ze świątyni.
– Nic nie powiedzą.
Kolejny sługa przyniósł im tacę z obiadem. Stał na niej świecznik, a obok srebrna igła.
Wojownik posłał dziewczynie wyzywające spojrzenia, a ona nie zaprotestowała. Usiadł przy niej i złapał za igłę i zanurzył naostrzony koniec w syczący płomień. Potem przebił płatki jej uszu. Po chwili małe brylanty perliły się po obu stronach twarzy dziewczyny. Zobaczyła w lustrze odmienioną siebie. Piękną, chociaż zmęczoną, nową Kimiko, w białej bluzeczce, szafirowym kapelusiku z piórkiem i bogatej biżuterii. Kąciki ust mimowolnie uniosły się, odsłaniając mocne, czyste zęby.
Zorientowała się, że czegoś brakuje. Koloru.
Chase wyczytał również to z jej spojrzenia.
– W Szanghaju mieszkają moje znajome – szepnął i zaraz polizał ścięgno jej szyi. – Sprawią ci szminki.
Kimiko zaparło dech. Położyła dłonie na jego dłoniach, pieszczących ją po brzuchu. Nie odrywała wzroku od równie przestraszonego oblicza dziewczyny w zwierciadle. Patrzyła na mniszkę, a mniszka na nią. Odbicie nie należało już do Kimiko. Mogłoby żyć samodzielnie, bo każdy, kto zobaczyłby je, uznałby, że należy do panny z miasta, obracającej się w blasku neonów, tańczącej fokstrota na parkietach, pijącej alkohol, zaręczonej z synem właściciela fabryk i hut, nie zaś rozkładającym się trupem.
– Przecież jestem za młoda, żeby się malować…
Do czatujących przy drzwiach wartowników doszedł przebiegły chichot ich pana, następnie głuchy pogłos ciała uderzanego o ciało. Wreszcie zawieszenie dźwięku. A potem godny pozazdroszczenia, gorący śpiew solennie zaspakajanej kobiety.

***

Stanęła na szanghajskiej ziemi, chwiejąc się. Znów bolał ją brzuch i nie wiedziała, czy to z powodu choroby, czy przez Chase’a, który wykazał się dziś siłą nacierającego jaka. Złapał ją za rękę, zmuszając do szybkiego kroku. Rzeka ludzi przelewała się przez wielką stację, Kimiko natomiast prześladowała obawa, że suknia, bluzka i żakiet noszą ślady ich sekretnych przyjemności, a każdy, kto się za nią obejrzał, wie o wszystkim do tego stopnia, jakby obserwował ich przez dziurkę od klucza. Opary pociągu naraz wydały się czymś nieprzyzwoitym i towarzyszyły jej, aż wyszła zewnątrz i oślepiło ją światło latarni.
Zmysły mniszki ścisnęły się pod wpływem ostrej mieszanki zapachów, dźwięków i kolorów. Pierwszym, co ujrzała, były dziwne kamienice o szarych ścianach, w których pęknięciach pełzły rośliny. Sam dworzec zbudowano w stylu europejskim, z rzędami łukowatych portali i wąskich, punktowych okienek.
Oczy Kimiko rozszerzyły się. Tak dawno nie widziała tętniącego życiem miasta. Mimo to w pierwszej chwili poraziły ją wystrzelone w niebo, brzydkie kolosy.
„Ci ludzie nie widzą w nocy gwiazd”, skonstatowała szybko i zaraz przykuła jej uwagę grupa dziewczyn w zachodnich mundurkach. Przeszła obok, patrząc na nią i na Chase’a. Wstrzymywały oddechy.
Kimiko zmarszczyła brwi. Chase także dostrzegł reakcję uczennic i zachichotał przenikliwie, tak aby jego śmiech dotarł do ich uszu.
– Tu nieczęsto widzi się wojowników z dzikiej północy.
W jego towarzyszce odezwała się duma. Faktycznie, gdyby w długie włosy wpiął złotą szpilę ze smokiem, ze swoją urodą i wzrostem z powodzeniem uchodziłby za jednego z książąt z dawnych dynastii, opiewanych w awanturniczych poezjach i romansach, jakie czytają te małe damy przed zaśnięciem.
Przed schodami stał czarny pojazd, przypominający wielkiego żuka. Kimiko ścisnęła rękę przyjaciela.
– To właśnie są samochody, perełko – przemówił, dusząc się ze śmiechu. – Ruling nie wspominała?
Stała jak kołek, więc Chase wziął ją na ręce i zszedł z nią na dół, po czym wsadził w brzuch dziwnej maszyny. Przyglądające się im uczennice i kobiety puściły falę westchnień. Do drugiego samochodu weszli służący. Po chwili oba ruszyły, włączając się w lawinę riksz, koni, ludzi na rowerach, a także grubych gąsienic, które Chase nazwał tramwajami.
Przykleiła nos do szyby. Serce dudniło jej w piersi, przekrzykując warkot silnika.
Szaropopielate niebo jarzyło się blaskiem tysiąca ulicznych lamp gazowych, elektrycznych i tradycyjnych lampionów. Mozaika kolorów przytłumionych wieczorem przyprawiała o zawrót głowy. Dawno nie widziała takiego chaosu. Lata spędzone na naukach w górskim ustroniu uczyniły ją półdziką. Zrozumiała silną więź Ruling z tym miastem. Ono pulsowało życiem, energią i młodością, gdzie dawne łączyło się z nowoczesnym i egzotycznym. Stragany na świeżym powietrzu sąsiadowały z wielkimi sklepikami. Na domy o spadzistych dachach kładł się cień wielkich gmachów zbudowanych z kolumn, kopuł i wieżyczek. Cudzoziemcy paradowali razem z Chińczykami. Stroje tych drugich egzemplifikowały daleko zakorzenioną przemianę w mentalności narodu. Kobiety nosiły kaftany i suknie ze smokami albo krótkie spódniczki i duże kapelusze, a jeszcze inne łączyły oba style, lśniąc żakardowy sukniami ze stójkami i odsłoniętymi ramionami. Błąkało się tu od groma studentów i uczniów zachodnich szkół, wciśniętych w mundurki w stonowanych barwach. Kimiko zauważyła, że wiele kobiet ma włosy krótkie jak u chłopaków, którzy zakrywali swoje głowy czapkami stylizowanymi na wojskowe. Każdy gdzieś się spieszył.
Samochód skręcił w szerszą arterię. Od okna po stronie Chase’a ukazała się szarobura wstęga rzeki. Falowały po niej światła łódek oraz ogromnych parowców. Kimiko chciała zobaczyć, jak wiedzie się tamtejszym ludziom. Gwałtownie przechyliła się nad Chase’em i wlepiła oczy w bogaczy splecionych w uścisku i podrygujących w rytm przytłumionej muzyki. Widok dotykających się publicznie par zniesmaczył ją, a równocześnie zdumiał. Jedli i pili, podczas gdy robotnicy ze stoczni kupowali ryżowe kulki od wędrownych kupców. Chińczycy ci byli zdecydowanie niżsi i krępi niż ich rodacy w głębi kraju. Poprosiła, aby uchylono nieco okna. Samochód otuliło ciepłe powietrze przesycone zapachem mięsa na rożnie, spalin i prochem petard.
– Co za dziwne miejsce – podsumowała Kimiko.
Chase patrzył na te cuda z obojętnością.
Przejechali aleją, gdzie budynki pozaklejano masą kolorowego papieru. Wyzierały z niego wizerunki uśmiechniętych twarzy, reklamy medykamentów i kosmetyków. Ideogramy nakładały się na cudzoziemskie litery. Zachwalały właściwości proszków do prania, zachęcały do obejrzenia filmu z jakiegoś Hollywood, informowały o uroczystym otwarciu domu towarowego.
Kimiko chłonęła jak gąbka i zapamiętywała, ukradkiem szczypiąc się w policzki.
Wreszcie krajobraz przestał się przewijać. Stanął przed wysokim budynkiem ze szkła i betonu, po którym wiły się złote światła wydobywające kształty mosiężnych wiciokrzewów. Masywnych drzwi pilnował stary Chińczyk w czerwonym fraku. Japonka uśmiechnęła się. Bo jak to możliwe, że taki bezbronny człowiek jest w stanie czuwać nad bezpieczeństwem olbrzymiego budynku?
Chase wysiadł, okrążył samochód, by otworzyć drzwi Kimiko.
– Przestraszyłam się, że mnie zostawiasz! – naskarżyła mu do ucha, nie przestając pożerać wzrokiem eleganckiej dzielnicy, w której się znaleźli.
Na wietrze łopotały wbite w budynek flagi. Wśród nich rozpoznała wschodzące słońce Japonii.
Wdrapali się po schodach, a niewolnicy wiernie podążali za nimi. Stary Chińczyk ukłonił się nim i Kimiko zastanowiła się, dlaczego właściwie nikt nie krzyczy ze strachu na niecodzienną twarz Chase’a? Goście hotelowi, a wśród nich przeważali ci na stanowisku, co poznała po oplatających ich złocie, perłach i jedwabiach, zdawali się nie zwracać na niego najmniejszej uwagi.
„W tym mieście najwyraźniej uznają spiczaste uszy za coś normalnego…”
Zatrzymali się za wielką ladą z marmuru, gdzie Chase wymienił kilka obcych słów z przesiadującym po drugiej stronie z panem z brodą jak u mandaryna. Mężczyzna pokraśniał i energicznie przytakując, kłaniał się i nawoływał służbę.
Nagle otoczył ich zastęp kobiet w czarnych uniformach i mężczyzn nachylających przed nimi czapki. Kimiko zakręciło się w głowie od nadmiaru wrażeń, ale podobała jej się ta uwaga i uprzejmość, z jaką się z nimi obchodzono. Ścisnęła mocniej rękę Chase’a, pozwalając mu się zaprowadzić do windy. Wniosła ich na sam szczyt. Wyłożone czerwoną tkaniną korytarze płonęły w świetle kryształowych kwiatów wiszących u sufitu. Mniszka poczuła się ważna niby cesarzowa prowadzona galeriami Zakazanego Miasta.
Drzwi do apartamentu otworzył im lokaj, a kiedy znaleźli się w nich sami, gdyż dawno straciła z oczu niewolników, odetchnęła głęboko.
– Niesamowite! – krzyknęła i podeszła do okien podzielonych grubymi kotarami. Z dołu rozciągała się panorama miasta. Ruch uliczny wzrósł, upodabniając się do strumienia mrówek wracających do mrowiska. Przelewał się między alejami wysadzanymi platanami oraz wystrzelonymi w górę wieżowcami. Wieżowce te konkurowały o teren z płaskimi dachami tradycyjnych domów o zakrzywionych krawędziach. – Co za dziwne miasto.
– Obrzydliwe.
Podszedł do niej od tyłu, wypatrując granicy między kwartałem francuskim a brytyjskim. Obok nich przepływały odpryski świateł ślizgających się po niespokojnych falach rzeki Jangcy. Na drugim brzegu panowała ciemność roziskrzona wieloma ogniskami biedaków próbujących żyć na niegościnnych bagnach i nieużywanych polach.
– Muszę cię zostawić – mruknął po chwili. – Dasz sobie radę sama na parę godzin?
Kimiko odwróciła się do niego cała blada.
– Co mogę tu robić… bez ciebie?
– Co tylko zechcesz. – Wzruszył ramionami, ignorując jej zmieszanie. – Pozwiedzaj hotel. Są tu pływalnie, sala gimnastyczna, gabinet relaksu, sauna, restauracja. Większość służby mówi też po japońsku.
Złapała go za rękaw.
– A-ale ja niczego nie znam. Jeśli się zgubię?
– A do Lasu Smoka w środku nocy nie bałaś się iść? – parsknął i przeczesał jej grzywkę.
Złożyła ręce jak do modlitwy.
– Proszę, pozwól mi iść ze sobą… Nie będę ci przeszkadzać.
Stanowczo rozdzielił ręce dziewczyny, ale odpowiedział uprzejmie:
– Muszę załatwić tu parę spraw i nie możesz mi towarzyszyć, perełko.
Na widok nieszczęśliwej miny Kimiko uśmiechnął się figlarnie.
– Poradzisz sobie, to tylko dwie godziny. Masz duszę poszukiwacza przygód, czyż nie?
– Wtedy panowałam nad ogniem – wyszeptała po chwili.
– Skoro tak, czekaj na mnie w tym dużym, nudnym apartamencie.
Mniszka omiotła spojrzeniem wygodne meble, szklane przestrzenie wypełnione światłem, kwiaty w wazonach i obce sprzęty z porcelany. Jakże to pomieszczenie różniło się od jej pokoju! Wielkością rywalizowało z klasztorną jadalnią, a przecież było tylko salonikiem. Mogłaby ułożyć się na jakimś wielkim łóżku i zasnąć albo wpatrywać się przez okna na mrowisko. Owo zajęcie nie zbrzydnie jej zbyt szybko. Prawda?
Chase ucałował ją w policzek, życząc miłego wieczoru i udał się w kierunku drzwi.
Kimiko zmarszczyła brwi, a kiedy przypomniała sobie swoją obietnicę, że podczas tej podróży postara się być szczęśliwa, na twarz spłynęło nowe natchnienie.
– Poczekaj!

***

Chase jak zwykle się nie mylił.
„Nie musimy spędzać ze sobą każdej sekundy”, doszła do wniosku, klaszcząc tak często i intensywnie, aż zabolały ją ręce.
Siedziała w eleganckiej sali, pośród śmietanki towarzyskiej Szanghaju, z ochroną w postaci dwóch koteczków stolik dalej. Oglądała akrobatów i magików, podgryzając przy tym potrawy podane jej na srebrnych tacach. Niektóre damy obłapiały ją ciekawskim spojrzeniem, dziwiąc się chyba, że jest tu sama. Kimiko tłumaczyła to sobie swoim młodym wiekiem, wielkim apetytem i entuzjazmem wkładanym w honorowanie występujących. Nikt jednak do niej nie podszedł. Japonka wyniosła z domu dostatecznie dużo ogłady, aby domyślić się, że w oczach zgromadzonych uchodzi za córkę bogacza, podlotka, spędzającą tu ferie. Zatem nie była nikim ważnym i mogła się cieszyć pełnią swobody.
Kobiety-gumy rozciągały kręgosłupy do granic możliwości, rzucając wyzwanie ludzkim ograniczeniom. Jednocześnie ich koledzy operowali bronią w sposób nasuwający pochodzenie z południowych szkół sztuk walki. Przypominali ospałe żuki.
„Pokazałabym im, jak to się robi na północy!”
Azjatyccy goście ziewali, biali natomiast podzielali zachwyt. Kimiko. Wyobraziła sobie siebie w obcisłym kostiumie nabitym kryształkami, paradującą na scenie z ostrzami i zasłoniętymi oczyma. Zwróciłaby uwagę całej publiczności. Szczególnie gdyby w finałowej scenie wypuściła nieco ognia…
Przedstawienie zakończyło się w chwili, w której skończyła jeść. Inni zaczęli rozmawiać. Ona nie miała tu już nic do roboty. Wstała od stołu i kazała zaprowadzić się w jakieś interesujące miejsce. Odnosiła wrażenie, że pilnujący ją wojownicy znają hotel jak własną kieszeń.
Wymienili się spojrzeniami, wzruszyli ramionami i, nie naradzając się na głos, poprowadzili perełkę pana do ogrodów. Wjechali windą na jedno z ostatnich pięter. Zorganizowano tu ogromną oranżerię, bo choć zima obchodziła się z Szanghajem łagodniej, często siąpił tu deszcz.
Szkło odbijało światła neonów. Niebo pozbawione najmniejszej chmurki rozjaśniała pomarańczowa łuna. Żadnych gwiazd. Kręciło się tu niewiele osób, zazwyczaj jakieś zakochane pary. Mężczyźni otulali kobiety i obsypywali bardziej lub mniej ukradkowymi pieszczotami. Kimiko patrzyła na nich bez zazdrości, może z lekkim osamotnieniem. Potrzebowała towarzystwa. Atmosfera w oranżerii nie równała się tej w Lesie Smoka. Drzewa i kwiaty rosły pielęgnowane od ziarenka rękami służby, nie zaś natury. Chociaż stanowiły piękny przykład sztuki ogrodnictwa, dało się dostrzec smutek roślin, które – gdyby urodziły się na zewnątrz – zachowałyby nieposkromioną dzikość. Podeszła do rododendronów. Dotknęła ich płatków. Zmarszczyła brwi. Kwiaty wydawały się drżeć, jakby się bały, że zaraz je spali. Jakby wiedziały, że stoją przed Władczynią Ognia.
Zaśmiała się.
„Ty głupiutka mniszko”.
Zwróciła się na ochroniarzy, którzy pozostali nieco w tyle.
– Jak wam na imię?
Spięli się na głos Kimiko.
– Ling i Linag – burknął ten bardziej owłosiony.
„Oryginalnie!”
– Co lubicie robić?
Mężczyźni wydawali się nie dosłyszeć. Powtórzyła pytanie, a ci znów wymienili się spojrzeniami, jakby zażyczyła sobie, aby urządzili teatr cieni.
– My… usługujemy.
Kimiko zdziwiła ta odpowiedź.
– A poza tym?
– No… walczymy. Za księcia.
– Musicie coś robić w czasie wolnym – upierała się, kładąc ręce na biodrach.
Milczenie przeciągało się nieznośnie.
– Więc…? – zachęcała.
– Bawimy się – mruknął Ling, po czym prychnął parę razy.
Rumieńce zakwitły na jej policzkach, gdy zrozumiała. Oni i Chase posługiwali się charakterystyczną gwarą z północy. Zaraz wyobraziła sobie ich przyjaciółki.
– Dobrze, nieważne… – powiedziała i uciekła w las palm.
Ich chichot prześladował ją aż do drugiego końca oranżerii.

***

Kimiko dziwnie się czuła z myślą o spaniu przy Chasie. Czym innym są niespodziewane odwiedziny w klasztorze w środku nocy, a czym innym kładzenie się spać razem od początku do końca. Leżąc pod kołdrą w cienkiej todze w peonie, pociła się na pomysł spędzeniu z nim całej nocy.
„Jakieś takie niestosowne”.
Ojciec dostatecznie długo napychał jej umysł słowami, że mają do tego prawo tylko mąż i żona.
– Jak ci minął wieczór? – szepnął Chase, gładząc palcami policzek Kimiko.
– Bardzo dobrze.
Nie wierzyła, by kotki nie zdały mu pełnego raportu odnośnie do minionego wieczora. Włącznie z tamtymi rumieńcami. Nie dał jednak niczego po sobie poznać.
– Cieszę się. Jutro spędzimy razem cały dzień.
Radość szarpnęła sercem dziewczyny. Udało się nawet zapomnieć o wątpliwościach i wstydzie. Wtuliła się w Chase’a, chłonąc bijące od niego ciepło.

3 komentarze:

  1. No i to by było chyba na tyle, teraz będę czekać na kolejny rozdział jak reszta pospólstwa :D

    Kimiko jest bardzo bardzo infantylna, co oczywiście ma swoje uzasadnienie, to taki ptak wypuszczony z klatki. W dodatku bardzo młodziutki ptak. Mimo to nie ukrywam, że to jej zachowanie momentami działa mi na nerwy, jest takie prostolinijne, płytkie, czasami puste. Mam nadzieję, że to taki wynik szoku wrażeń, bo trochę to wygląda tak, że Chase znalazł sobie słodką idiotkę. No ale, jak napisałam, to pewnie wynika z tego, że ona dopiero odkrywa świat wokół niej i opisuje go jakby oczami dziecka.
    Ciekawe co to za pakty i dziki konszachty zawiera Chase. W ogóle nie pasuje mi tutaj ta nowoczesność, chociaż niby miałam jej świadomość od początku... ale wiesz, ten zakon mnichów w lesie, ja tam żyłam razem z nimi haha.
    No i chyba tyle.
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesteś bardzo tolerancyjna :D W bohaterze coś zaczyna przeszkadzać, a mimo to starasz się zrozumieć dlaczego. Szanuję. Nie każdy tak umie.

      Usuń
    2. I ona dopiero uczy się świata xd Daj jej szansę <3 :D

      Ciekawe, jak zareagujesz na następny rozdział xd

      Usuń