23 mar 2018

Rozdział 18



Następnego dnia spadł deszcz. Woda obmywała kocie łby, niosąc ze sobą perfumę tłuszczu wymieszaną z odchodami szczurów. Nieczystości przylepiały się do podeszw przechodniów kluczących między budkami z tanim jedzeniem.
Kimiko przyglądała się miejskiemu krajobrazowi przez szybę samochodu, hermetycznego pudełka, starając się odgonić myśli o kanałowym fetorze dokuczającym brodzącym w nim ludziom.
Chociaż nie obawiała się już mechanicznego żuka, wolała trzymać Chase’a za rękę.
Nie patrzyła na niego.
– Dlaczego znów mnie zostawiasz?
– Na pewne sprawy nie ma się wpływu. Przyjechaliśmy tu przez wzgląd na moje interesy.
Wykrzywiła usta, jakby zjadła niedojrzałą śliwkę. Irytował ją jego wyważony ton.
– Obiecałeś spędzić ze mną dzień.
– I dotrzymam słowa – odparł śmiertelnie poważnie. – Wrócę za dwie godziny.
Wyślizgnął się z objęć dłoni Japonki, żeby położyć swoją na jej kolanie. Powolnym ruchem wszedł pod spódnicę i uszczypnął dziewczynę w udo.
– Przestań! – zachichotała i strzepnęła wszędobylską rękę.
Zajechali pod budynek z francuskimi mansardami. Szyld przybity nad czerwoną markizą witał klientów w skromnych progach największego chińsko-kolonialnego domu mody.
Ling (a może Lang?) wyszedł z drugiego samochodu, rozłożył parasol i otworzył im drzwi. Przeszli aleją wysadzaną cyprysami.
Gdy znaleźli się w środku, Kimiko zawirowało w oczach od nadmiaru kolorów.
Na dźwięk dzwoneczka zza półek wyskoczył człowiek w garniturze. Uśmiechnął się szeroko i złożył pokłon pełen zachodniej elegenacji.
– Wasza Wysokość – przywitał się z Chase’em, a potem zwrócił do Kimiko, przyciskając jej dłoń do swych ust. – Droga pani.
Bardzo się to dziewczynie podobało. Powinna chyba przywyknąć, że przy przyjacielu traktuje się ją jak księżniczkę.
– Zostawiam cię w dobrych rękach – oświadczył sucho. – Baw się dobrze.
Wyszedł pośpiesznie, każąc wcześniej wojownikom mieć na nią baczenie.
Stół i ściany pomieszczenia przykrywały naręcza tkanin w najdziwniejszych barwach i wzorach, co trochę zmieszało Kimiko. Uśmiechnęła się z zakłopotaniem do pracownika sklepu.
– Pokażę pani gotowe modele, a poźniej zdejmniemy miarę – zaproponował. – I proszę się niczym nie przejmować, gdyż Jego Wysokość zapłacił z góry za wszystko, co pani sobie zażyczy.
– Wiem – wykrztusiła, nadal nie mogąc pogodzić się z takim marnotrawstwem. Skoro za sześć dni wróci do Xiaolin, nie prędko nadarzy się okazja do założenia modnych fasonów.
Mimo to wizja, w której pojawia się na salonach w czymś stokroć piękniejszym od strojów Ruling, w dodatku zaprojektowanym przez nią samą, napawała rozkosznym dreszczykiem.
Zaprowadził ją do stołu, przy którym krzątał się odział ludzi obwieszonych metrami, z igłami wpiętymi we włosy lub tkwiącymi w zębach. Zanim padło jakiekolwiek słowo, Kimiko poczuła ich wzrok prześlizgujący się po jej figurze – czujne, precyzyjnie dopasowujące materiał pod żywy manekin.
– Jaki krój interesowałby panią? Chiński? Francuski? Brytyjski?
Te nazwy nic nie mówiły, lecz nie chciała wyjść na ignorantkę.
– Proszę pokazać mi przykładowe stroje.
Ściągnięto kilka najpopularniejszych modeli ubrań. Typowych cudzoziemskich sukni, długości nieprzekraczających wysokości kolan, owiniętych w futra i pióra. Na widok pozbawionej przekonania twarzy klientki główna szwaczka – młoda kobieta, ledwo po trzydziestce – kazała wprowadzić stroje skrojone według upodobań azjatyckich. Ulga rozpromnieniła oblicze dziewczyny, bo wśród nich dominowały wąziutkie qipao ze stójkami obszytymi koronkami, przypominającymi płatki kwiatów.
Przez następną godzinę oglądała się w wysokich lustrach, a krawcy i krawcowe piali z zachwytu. Suknie apetycznie opinały szczupłe, wysportowane ciało Japonki, podkreślając młodość i siłę.
– Przeważnie przychodzą do nas do nas dwa typy klientek – trajkotała główna szwaczka, draperując na jej ramionach zielony szal. – Chude suchotniczki albo tłuste babska uzależnione od hazardu.
Szczerość i beztroska w głosie kobiety świadczyły o tym, że nie obawiała się ewentualnych konsekwencji plotkowania przy Kimiko.
Mniszka zdecydowała się na trzy sukienki. Pierwsza, z rozcięciem do ud, przywodziła na myśl styl Chase’a, bo na ciągnącym się do ziemi czarnym materiale niczym po nocnym niebie płynął smok o łusce wyszytej srebrzystą nicią. Druga, w kolorze wina, odsłaniała kolana. Haft z wizerunkiem feniksa nasuwał skojarzenie szat dla cesarzowej. Natomiast trzecia ciasno przylegała do ciała. Biały materiał zdobiły ręcznie malowane kompozycje z bukietami piwonii.
Krawcowe pomogły dobrać odpowiednie dodatki: parasolki, wachlarze i rękawiczki. Sklep oferował nawet buty. Pierwsza próba Kimiko chodzenia w pantoflach na obcasie zakończyła się upadkiem w ramiona starego krawca, wobec czego właściciel zaproponował pozostać przy płaskiej podeszwie.
Wystrojona Kimiko zawirowała przed lustrem. Widziała przed sobą damę, nie mniszkę. Potrząsnęła głową. Brylanty w uszach zakołysały się i błysnęły.
Kolejnym punkt programu przewidywał zaprojektowanie swoich sukienek. Japonka starała się bardzo nie stracić głowy, ale gdy zaprowadzono ją do magazynu, gdzie przechowywano najcenniejsze tkaniny, złapała się za głowę i krzyknęła.
– To chyba sen!
Przechodząc po pomieszczeniu wypełnionym belami jedwabiu i brokatu, nieśmiało wskazywała palcem na najciekawsze odcienie, a kiedy po krótkim czasie zlały się one w jedno, wybierała już niemal na oślep. W sumie poprosiła o pięćdziesiąt siedem materiałów w odcieniach od niebieskiego, po kremowe aż do głębokich fioletów.
Właściciel sklepu podał dziewczynie pół tuzina albumów ze wzorami, które mogłyby się znaleźć na jej kreacjach.
– Chcecie je naszywać czy malować?
– Zależy od pani. Polecamy jednak szycie. Wygląda wytworniej.
Stała nieruchomo w samej halce, podczas gdy kobiety sprawnie zdejmowały z niej miarę, łącznie z obwodem czaszki, tak aby dopasować idealne wymiary kapelusza. Dwie inne szwaczki prezentowały aktualne trendy. Niesłabnącą popularnością cieszyły się opinające qipao, które odkrywały ramiona, a nawet jedną trzecią pleców. Kimiko wydawały się one wulgarne, ale skoro tak się podobały Chińczykom, pomyślała, że to pewnie ona przesiąkła Xiaolinem i wszystko, co pochodziło ze świata świeckiego, niesłusznie brała za nieprzyzwoite.
– A co z klasycznymi hanfu? – zapytała ni stąd, ni zowąd.
Główna szwaczka uśmiechnęła się serdecznie i nieopatrznie ukuła ją szpilką w ramię.
– Przepraszam, kochanie… – Zdziwiła się, że klientka nie przeklnęła jej. – Cóż, szyjemy, ale przeważnie do teatru albo na potrzeby filmów,
– A dla Jego Wysokości?
Kimiko domyślała się, że każdy wie, o kim mowa.
I faktycznie, kobieta poczerwieniała, po czym zachichotała niby mała dziewczynka.
– Zgadza się. Jest naszym najbardziej wymagającym klientem.
Kimiko w końcu mogła usiąść i odpocząć na eleganckiej kanapie. Poczęstowano ją drugim śniadaniem i aromatyczną herbatą.
Westchnęła na widok miseczki z malinami.
„Nie do wiary.”
Chociaż zajęty interesami, wciąż o niej pamiętał i dbał, podążał za nią niby mentalny cień.
„Czy mogłabym być bardziej szczęśliwa?”, zatraciła się w myślach, nasłuchując kropli deszczu bębniących o szybę. Miasto spowijała dziwna, przerzedzona mgła. Po ulicach biegali kulisi. Ciągnęli riksze z niesamowitym oddaniem, jakby zamierzali prześcignąć samochody i tramwaje. W kawiarni naprzeciwko Ling i Lang pili herbatę, co jakiś czas kierując czujne spojrzenia w szyby domu mody. „Nic nie jest dane na zawsze. Niebiosa łatwo odbierają… tak jak mój ogień”.
Zabrzmiał dzwoneczek zamontowany nad drzwiami. Kimiko podniosła głowę. Do środka wparowała biała kobieta z dwiema służącymi uzbrojonymi w ociekające parasole. Ogarnęła dziewczynę lodowatym spojrzeniem stalowoniebieskich oczu, najpewniej biorąc ją za Chinkę.
Wojowniczka zlekceważyła nieprzyjemne spojrzenie i wzięła kilka malin, z nieopisaną rozkoszą na twarzy obracając je na języku. Wróciła do oglądania ulicy. Między cyprysami ciągnął sznur pojazdów. Nagle coś przykuło jej uwagę. Wychyliła głowę, niemal dotknęła szyby nosem. W luce między autami ujrzała wyraźnie trzy postacie, z czego dwie były rozrośnięte jak drzewa, a jedna przykurczona. Kimiko wyprostowała się. Kolejna porcja samochodów przesłoniła widok. Po chwili znów mignęły trzy sylwetki. Pojawił się błysk czegoś ostrego.
Serce zabiło jej jak dzwon, a w twarz uderzyła fala krwi. Wstała i wyszła ze sklepu głównym wyjściem, po czym skierowała się na lewo, tam gdzie okna domu mody wychodziły na ulicę. Zimowy, szanghajski deszcz spadł na nią jak lodowate igiełki. Widziała jednak wszystko; dwóch bandytów i starszego mężczyznę. Przemykający obok nich ludzie bali się zareagować. Nikt nie zatrzymał aut, by pomóc staruszkowi.
Kimiko rzuciła się pędem. Jej buty chlupały pod mokrym żwirem. Przeskoczyła niski, bambusowy płotek. Nóż w ręku przestępcy zawisł groźnie w powietrzu. Dziewczyna naparła na konstrukcję płotka. Nie musiała się długo mocować. Usłyszała łamanie wilgotnego drągu. W Xiaolin specjalizowano się walką drewnianymi kijami jako najlepszą bronią dla mnicha. Tak uzbrojona wbiegła na ulicę. Rozległ się pisk hamujących pojazdów i przekleństwa szoferów. Slalomem wyminęła pojazdy, a gdy znalazła się po drugiej stronie ulicy, krzyknęła:
– Stać!
Czerstwi mężczyźni o nalanych twarzach odwrócili się na dźwięk zdyszanego głosu. Jeden z nich, ten, który przytrzymywał ostrze na szyi starca, zagwizdał, a wspólnik rzucił z lepkim uśmiechem:
– Wracaj do szkoły, dziewczynko.
Pokazali jej plecy. Kimiko postąpiła dwa kroki naprzód i dźgnęła uzbrojonego w żebra. Zaklął, a ona bez wahania podcięła mu nogi kijem. Upadł na ziemię, puszczając nóż.
– O ty, kurwo!
Wbiła bambus w szczelinę między kocimi łbami, podskoczyła i kopnęła z całą mocą drugiego bandytę w twarz. Zatoczył się i runął na kubły na śmieci. Rozległ się pisk szczurów oraz zduszone okrzyki kobiet. Wyprostowała się. Zza pleców dobiegł ją kolejny bluzg. Następnie świst rzuconego w jej stronę noża. Zamachnęła się i trafiła w ostrze, zmieniając jego tor lotu. Wbił się w drewnianą ścianę najbliższego domu. Oczy kucającego na ziemi drugiego bandyty zaokrągliły się jak u dziecka.
– Szuje! – warknęła i splunęła.
Kilka samochodów zatrzymało się. Z uchylonych szyb wyglądali ludzie w garniturach. Jeden z nich, nie bacząc na deszcz, wysiadł, żeby móc się lepiej przyjrzeć popisowi sztuk walki w wykonaniu młodej kobiety. Jego żona krzyczała za nim, aby wrócił do samochodu. Z nienawiścią obłapiała kształty wojowniczki, teraz doskonale wydoczne pod cienką, ociekającą od wody koszulką. Z długimi włosami otulającymi krzepkie ciało, z widocznie odcinająca się od stanika skórą, nikt nie wziąłby jej uczennicę. Raczej nieprzyzwoicie spragnioną, małą wojowniczką z bajek dla dorastających byczków.
Świadkowie zaklaskali, rozległy się też gratulacje. Równocześnie na twarzach malowało się zdziwienie – dziewczyn z dobrych domów nie zaznajamia się ze sztukami walki; te nauki są zarezerwowane dla oficerów wojskowych lub akrobatów.
Kimiko posłała im wściekłe spojrzenie.
– Szkoda, że sami nie paliliście się, by pomóc! – zakpiła i odrzucając broń, podeszła do starca przypartego do muru.
– Dziękuję, dziękuję… – szeptał, drżąc na kościstym ciele.
– Musi się pan ogrzać. – Przywołała na usta pogodny uśmiech i wystawiła ręce, aby mógł wstać.
– Kimiko.
Dźwięk ocierających się mieczy wypłynął na powierzchnię otaczającej ich kakofonii wydarzeń. Japonce dopiero teraz zrobiło się zimno.
W jego głosie nie dało się uchwycić żadnych ciepłych uczuć, prędzej coś niepokojącego.
Odwróciła się i stanęła przed Chase’em. Deszcz spływał mu po twarzy i włosach, czyniąc je ciężkimi i bardziej czarnymi – niczym noc. Dzwoniło Kimiko w uszach, jakby zapadła gwałtowna cisza. Zmrużyła oczy.
Kipiał gniewem, ale z jakiego powodu?
Świadkowie patrzyli zatem, jak bohaterka idzie bez sprzeciwu za eleganckim mężczyzną. Porozumiewali się między sobą bez słów. Podążała za nim posłusznie, jak żona, konkubina lub kochanka, która kroczy za swym panem i wsiada z nim do limuzyny.

***

Usiadła na hotelowym łóżku, otulona w koc, którym ją okrył. W samochodzie nie zamienili ani słowa, dopiero teraz mieli rozmawiać.
Chase stał nad nią, nie zdradzając swych myśli.
„Z niczego nie muszę się tłumaczyć”, postanowiła, uparcie wlepiając wzrok w kąt pokoju. „Rozczarowuje mnie…”
Chwycił jej podbródek, zachęcając, by na niego spojrzała. Nie zrobiła tego, lecz jej twarz mimowolnie przybrała urażony wyraz. Palce księcia zacisnęły się mocniej, wreszcie jednak puścił, trącając Kimiko przy tym w bok.
– Naraziłaś się dla obcego.
Parsknęła.
– Poradziłam sobie z nimi. – Ledwo dokończyła te słowa i zwróciła na niego czujne oczy. – Uważasz, że nie jestem tak dobra jak ty?
– Uważam, że mogłaś zginąć.
Uniosła brwi.
– O czym ty mówisz?
– A gdyby mieli pistolety? – Pochylił się nad nią, zatapiając palce w mokrych włosach. – Co wtedy, perełko?
– Rozbroiłabym ich – powiedziała, tracąc nieco animuszu.
Teraz on prychnął. Twarz mu pociemniała.
– Zachowałaś się głupio. W mieście każdy pilnuje swoich spraw.
– Urodziłam się w Tokio, nie traktuj mnie jak naiwną chińską wieśniaczkę – warknęła.
Zaraz pożałowała swego gniewu.
Zasłoniła sobie usta.
„Co się z nami dzieje?”
Nie chciała go obrażać, kłócić się z nim. Przecież byli przyjaciółmi. A nawet kochankami.
– Wykonywałam obowiązki – wyszeptała.
– Tu nie jesteś mniszką Xiaolinu – odparł lodowato uprzejmie.
Dziewczyna wstała, zsuwając koc z ramion.
– Nie trzeba być mnichem, aby czynić dobro, wiesz? – Załamał jej się głos. Zabrzmiał jak kwilenie małej kozy. – Myślałam, że mnie rozumiesz! Jako jedyny! Na co komu sztuki walki, jeśli nie do pomocy tym, którzy nie mogą się obronić?
Złapała się za głowę. Zacisnęła powieki.
– Chcę do domu… do domu.
Krążyła chwile po pokoju, po czym pobiegła do łazienki i zatrzasnęła drzwi. Nie próbował jej zatrzymać, pocieszyć, uspokoić. I to zabolało ją najbardziej. Zachowywał się obojętnie. Tak jakby nic nie znaczyła. Potrzebowała jego uścisku, ciepłego słowa, a zarazem czuła na niego złość, że gdyby się zbliżył, uderzyłaby go.
Oparła się o wannę. Chłód porcelany ochłodził jej po szyję i policzki. Spłynął do niej wodospad łez

***

Niepewnie wyjrzała zza drzwi łazienki. W apartamencie królowała cisza. Kimiko nie wierzyła, by Chase wyszedł, kiedy ona wypłakiwała swoją duszę. Musiałby być skończonym draniem.
Stanęła na środku korytarza. Gruby dywan tłumił kroki. Przeszła obok lustra ze złoconą ramą i westchnęła. Wyglądem uosabiała obraz nędzy. Przypominała kobiety, które wyrzuca się z domu i skazuje na wieczną tułaczkę po ulicach.
Dreszcz przeszedł jej po plecach. Z saloniku dochodził niewyraźny, acz przenikliwy dźwięk. Rozpoznała go od razu – zgrzyt szlifowanego miecza.
Scena prawie jak z Lasu Smoka.
Otuliła się ramionami i wolno skierowała do miejsca, gdzie znajdował się o n. Deszcz przestał padać jakąś godzinę temu. Z szyb wlewało się słońce. Kimiko podeszła do okna. Światło odbijało się w wielkich kałużach, czyniąc je plamami płynnego złota. Szanghaj o wysokich budynkach, pozbawiony natury, pełny ludzkiej obojętności i zła wyzierającego z przepastnej sieci kanałów, stał się nagle obmierzły. Przebywanie tu nie wydawało się już przygodą. Miasto generowało jakąś paskudną aurę. Nawet skąpane w słońcu nie urastało do rangi dzikiej scenerii Lasu Smoka. W Lesie, w którym ona i Chase przeżyli wiele szczęśliwych chwil i odbyli masę ważnych rozmów.
Wreszcie weszła do salonu.
Siedział na podłodze, odwrócony plecami do drzwi, zajęty szlifowaniem swego miecza.
Oto co robił. Zamiast ją przeprosić albo próbować nawiązać dialog, pogodzić się, cokolwiek.
Kimiko czekała. Nie wiedziała na co, ale serce się tego domagało. Stojąc w futrynie, trzęsła się z emocji. Żołądek ścisnął jej się boleśnie, jakby zaraz miał wyrzucić śniadanie.
„Pomyliłam się co do niego…”
Zakuło ją w oczach. Zawód na kimś, komu się ufało, wydawał się gorszy niż śmierć. Nosił posmak samotności, niezrozumienia i wstydu.
Chase wcale nie był dobrym człowiekiem. Przemienił się w źródło cierpienia. Teraz zobaczyła, jaki on jest.
Schowała twarz w dłoniach i odwróciła się, by uciec. Wybiec z hotelu i zniknąć w czeluściach miasta.
– Kimiko?
Znieruchomiała. Zapomniała, jak się oddycha. Powietrze uciekało z jej piersi, ale nie miała odwagi, żeby nabrać następnej porcji.
Usłyszała szelest. Wstawał. Wyobraziła sobie, że wciąż trzyma broń. I chce jej użyć. Przebić jedyną żywą istotę w tym pokoju.
– Tak? – wychrypiała.
– Masz rację.
Znalazł się przy niej. Czuła na karku ciepło jego oddechu. Spuściła oczy, na podłodze bądź ścianie szukając odblasku ostrza. Niczego nie znalazła. Przełknęła ślinę.
– Nie mogę ci niczego zabraniać – wyznał tonem, z którego wyzierał żal.
Kimiko pękało serce. Mimo to zacisnęła dłonie w pięści, aby dodać sobie odwagi. Co z tego, że znów rozmawiają?
– Coś jeszcze? – powiedziała najłagodniej, jak umiała.
– Tak. – Westchnął. – Ja…
Przeszyła dziewczynę fala zimna. Myślała o broni. O ostrzu wbitym w serce. W oczach jej pociemniało ze strachu.
– Przepraszam.
Złapał ją za rękę i delikatnie odwrócił w swoją stronę. Kimiko mogła się przekonać, że zostawił miecz na podłodze. Przyszedł do niej strapiony, ze smutnymi jaszczurzymi ślepiami i – nie do wiary – na jego twarzy malowało się skrępowanie.
Naprawdę przemawiał przez niego żal.
– Żartujesz?
Pokręcił głową.
– Rób, na co tylko masz ochotę. Nie mogę ci niczego zabronić. Tylko proszę, zachowaj ostrożność.
Dała krok w jego stronę. I jeszcze jeden. Znalazła się tak blisko. Poczuła się, jakby coś wygrała. Chase przytulił ją. Odwzajemniła uścisk, chowając szeroki uśmiech w jego pierś. On tylko się martwił, a więc zależało mu na niej.
Uczucia wybuchły w niej niby petardy.
Możliwość objęcia go ramieniem sprawiło jej dziś więcej przyjemności niż zwykłe ruchanie.

***

Chase Young niewątpliwie był człowiekiem honoru. W ramach przeprosin zabrał przyjaciółkę do kina.
Rozsiedli się w rzędzie foteli na końcu ciemnej sali, rękami obejmując prażoną kukurydzę i paczkę czekolady. Serce Kimiko trzepotało jak skrzydła uwięzionego w garści wróbla. Ruling mówiła o ludziach przemykających po kawałku białego materiału jak o cesarzach defilujących ulicami miasta. W Japonii ojciec często uczestniczył na podobnych seansach. Mężczyzna nazywany benshi snuł opowieści zgodnie z chronologią przewijających się obrazów. Tym razem Kimiko na własne oczy miała znaleźć rozrywkę w rytualne zwanym „projekcją filmu”. Chrupała przekąski, nie odrywając wzroku od rozpiętego przed nimi białego kwadratu.
– Kiedy się zacznie? Kiedy?
– Cśś, nie tak głośno, perełko.
Reszta widzów posłała im karcące spojrzenia.
– Przecież nic się jeszcze nie dzieje.
Pochłaniała smakołyki, kręcąc się niespokojnie. Chase natomiast nie nudził się. Lustrował towarzyszkę i uśmiechał się tajemniczo.
Kimiko pomyślała, że jest dla niego żywym obrazem. Takim, który powiesiłby nad biurkiem, by w chwilach oderwania się od męczącej roboty, mógł podziwiać wzgórki, doliny i szczeliny krajobrazu jej ciała.
– Uwielbiam cię.
Zastygła gwałtownie, witając gorący oddech przy swym uchu. Jego język penetrował jej małżowinę, trącił brylantowy kolczyk.
– Nie publicznie…
Mimo protestów poddała mu się. Słodkie brzemię tajemnicy wciskało w fotel.
– W ciemnościach nie zobaczą niczego.
– Poza tobą? – Pocałowała go w policzek i włożyła swoją rękę w jego dłoń. – Po filmie wrócimy do hotelu?
– Co chcesz tam robić?
– Nie drocz się, przecież wiesz.
Fala pożądania wkręciła jej się w podbrzusze. Jeśli zaraz nie wyświetlą tego horroru, pewna była, że zrobi coś nieprzyzwoitego.
– Mamy się położyć do łóżka w środku dnia? – imitował naganny ton mnicha. – To bardzo haniebne.
– Nie musimy robić tego w łóżku.
Gdyby nie obecność pozostałych widzów, kazałaby mu ściągnąć spodnie już teraz. Nie miała pojęcia, jakich sztuczek on użył albo co znajdowało się w popcornie, ale nigdy jeszcze nie targała nią tak silna ochota.
– A kto zje obiad?
Tego już za wiele. Kimiko wybuchła dzikim śmiechem. Chase musiał zakryć jej usta, choć sam ledwo się powstrzymywał. Wyczuwając nieoczekiwaną potrzebę Japonki, zlitował się. Odstawił jedzenie na podłogę. Szczelnie zatkał dziewczynie buzię.
– Moja perełka – wyszeptał, wkładając jej palce pod bieliznę.
Tym razem nie brał przyjemności dla siebie. Liczyła się tylko ona. Bez pocałunków, wyrafinowanych pieszczot czy słów pozwolił mniszce na samotną wędrówkę po Niebiosach.
Sprzyjający im mrok zasłonił ich przed syczącymi z niezadowolenia widzami czekającymi na film.
I wreszcie nadszedł. Kimiko nadal ocierała sobie twarz chusteczką, gdy z budki za ich plecami padł na płachtę snop światła. Teraz już zaspokojona, mogła zanurzyć się w dziwnej narracji. Na początku nie orientowała się w fabule. Postacie poruszały ustami, ale nie towarzyszył im żaden dźwięk, tylko mała orkiestra zgromadzona przed ekranem. Muzyka i obrazy płynęły. Chase tłumaczył napisy pojawiające się co jakiś czas na czarnym polu. Postacie przesadnie gestykulowały, a ich twarze zamierały w groteskowych wyrazach. Kiedy pojawił się główny bohater, upiór, całą salą zatrzęsła fala pisków.
Jednak ani Kimiko, ani Chase nie bali się. Dla dziewczyny z klasztoru bardziej niż treść liczyło się wykonanie. Możliwość zobaczenia żywych, ale jakby nieżywych ludzi.
Wyszli z kina w milczeniu. Dziewczyna przyjrzała się plakatom rozklejonym na ścianie. Książę Nuo Si Fei La Tu wyglądał tu jeszcze cudaczniej.
– Barbarzyńcy boją się takich dziwaków? – zachichotała. – Przecież poruszał się jak mucha. Nawet dziecko dałoby radę go skopać.
– Jestem przekonany, że tak samo oni lekceważą nasze smoki i duchy.
Przytakiwała głową, absolutnie zafascynowana osiągnięciami cudzoziemców. Skoro potrafili wprawić w ruch zdjęcia i zbudować mechaniczne ptaki, którymi potem latali, co jeszcze wymyślą? Aż pożałowała, że nigdy nie zrelacjonuje swych przygód mnichom.
Chase posłał jej szelmowskie spojrzenie. Serce rozkołatało się w piersi Kimiko. Nie do wiary, że rano się pokłócili.
– Więc… teraz idziemy do…? – Chociaż ukojona, liczyła na więcej.
Tym razem na porządne ruchanie.
– Chcę ci pokazać wszystko, co oferuje to miasto.

***

Nowa wystawa skromnej galerii w Szanghaju witała gości na pokazie reprodukcji europejskich dzieł wykonanych przez lokalnych rzemieślników sztuki naśladownictwa. Wnętrze sal udekorowano na modłę greckich i rzymskich pałaców. Podtrzymujące sufit atrapy kolumn same w sobie mogłyby stanowić istne dzieło sztuki wraz z ich liściastymi głowicami.
– Czym są reprodukcje?
– Chińską tandetą, ale jakże miłą dla niewprawionego oka.
Kolekcja składała się z wizerunków półnagich lub całkiem nagich ludzi, o czym Kimiko przekonała się na wejściu. Sumienie zaalarmowało: oto siedlisko grzechu!
Zaszurała nogą.
– Barbarzyńcy nie mają wstydu – syknęła. – I jaki Chińczyk chciałby małpować takie coś? – Wskazała na obnażoną kobietę bawiącą się z łabędziem.
– Przede wszystkim uczą się europejskiego stylu, bo uznają go za ciekawy, nawet lepszy od narodowego. – Poprowadził ją wzdłuż korytarza, przy którym kręciło się wielu biznesmenów. – Nie wolno ci oceniać kultury różniącej się od twojej.
– Dobrze, ale…
– Żadnego „ale”. – Posłał jej najmilszy z uśmiechów. – Rozejrzyj się. Zmienisz zdanie, zobaczysz.
Pchnął ją delikatnie w plecy, a sam skupił całą uwagę na rzeźbie młodej bogini sięgającej po strzałę. Kimiko rozluźniła się, gdyż ta była przynajmniej ubrana. Czułaby się podle z myślą, że wzrok przyjaciela z podobną uwagą pochłania kobiety uformowane z marmuru i farb.
Pozostali goście, głównie mężczyźni, parskali, pokazując dyskretnie na postacie tańczące na łąkach i w lasach. Policzki mniszki przyoblekły się w róż. Krzyżując ramiona na piersiach, poszła rachitycznym krokiem za strzałkami, meandrując wzrokiem między obrazami. Bardziej koncentrowała się na białych ścianach niż owych dziełach. Nigdy dotąd nie obcowała z tego rodzaju sztuką, nie wiedziała zatem, czym reprodukcje chińskich uczniów różnią się od oryginałów. Siłą rzeczy porównywała je z rodzimymi. Azjaci malowali lekko, stonowanymi kolorami, za tematykę obierając pejzaże górskie o wschodzie słońca, doliny zroszone pierwszymi wiosennymi deszczami. Chwytali ulotność zaklętą w przyrodzie. Natomiast dla obrazów zgromadzonych tu nie dałaby rady zaleźć epitetów innych oprócz: obsceniczne, brzydkie i obrażające cnotę. Kobiety i mężczyźni, nawet w towarzystwie dzieci, swobodnie ze sobą rozmawiali, dotykali się, chociaż okrywały ich jedynie półprzezroczyste szaty, które więcej odsłaniały niż zasłaniały!
Zauważyła, że biali ludzie bardzo różnią się od niej i Chase’a. Chociaż mieli dwie nogi i dwie ręce, ich ciała wydawały się duże, a czasem otłuszczone, nosy zaś spiczaste, włosy idiotycznie poskręcane.
Zatrzymała się przy obrazie przedstawiającym kolejną dziewczynę. Leżała w lesie na wymiętych szatach. Tuż za nią paradował łabędź. Oczy bohaterki malowidła wychodziły z orbit, na ustach zaś igrał brzydki uśmiech.
Kimiko przeszyła pewna konkluzja.
„Czy ja tak wyglądam, kiedy…?”
Przełknęła ślinę. Obłęd w oczach młodej kobiety nie pozostawiał wątpliwości. Jednak gdzie znajdował się sprawca jej upojenia? Mniszka przerzuciła spojrzenie na ptaka dumnie podnoszącego skrzydła. Przeszedł ją dreszcz obrzydzenia.
„Siedlisko szpetoty i wypaczenia!”, krzyczało sumienie.
Rozejrzała się za Chase’em. Nadal stał przy tamtym posagu, ale teraz podszedł do niego jakiś starszy pan, prawdopodobnie artysta, i wdał się z nim w rozmowę.
– Spokojnie, Kimiko – dodała sobie otuchy i ruszyła naprzód, ze skwaszoną miną. W swoim mniemaniu prezentowała się jako koneserka sztuki. Niezadowolona zresztą.
Mimo wyrzutów z większą śmiałością przyglądała się wulgarnej twórczości. Kilka razy zaśmiała się nawet. To, co zwisało spomiędzy ud męskich bohaterów obrazów i rzeźb, było mikroskopijne. Niczym małe wróbelki. Nie sądziła, że fizjonomia barbarzyńców tak odstaje od normalnych ludzi. Zastanowiło ją nagle, czy Clay i Raimundo trzymają w spodniach ptaszki podobnych rozmiarów? Zatkała sobie usta, chichocząc. W tym momencie pochwyciła spojrzenie damy w średnim wieku. Wyrażało ono absolutne zrozumienie.
W następnej sali nagość wręcz wybuchła. Ostrze uwagi Kimiko padło na rzeźbę skrzydlatego młodzieńca splecionego w uścisku z kruchą dziewczyną. Patrzyli na siebie w sposób, od jakiego kręciło się w głowie. Japonkę aż zapiekły piersi. Chase też ją tam łapał, ale zawsze przez szatę, a gdy chciał więcej, pozwalała mu się dotykać przez podkoszulkę.
Zrobiło jej się ciepło. Rozejrzała się wokół. Wydawało się, że wszyscy sztyletują ją spojrzeniami. Faktycznie, za długo oglądała „Erosa i Psyche”. Niechętnie oderwała wzrok od frywolnej pary. Chyba nie powinna czuć przyjemności, gapiąc się na obce ciała?
Oczy mniszki napotkały dziwną scenę. Rozkopane łóżko, w którym leżała kobieta. Miała cudowną figurę; szczupła, z delikatnie zadartymi piersiami. Światło wydobywało rysy bohaterki, odcinając kształt nagości od mrocznego pokoju. Pochłaniała ją rozkosz. Jednak skrzydlaty przyjaciel dziewczyny uciekł z łóżka, jakby się spiesząc, sięgał po kołczan ze strzałami. Dzieło podpisano tak samo jak rzeźbę. Eros i Psyche. Obraz spowijało łagodne światło imitujące świt. Kimiko wpatrywała się w całość i wstrząsnęła nią konkluzja: młodzieniec ucieka. Czemu? Nie chce zostać przy swej przyjaciółce? Jak poczuje się biedna dziewczyna? Samotna i zdradzona?
„To niehonorowe… Chase mnie tak nie zostawia.”
Wycofała się i przeszła na drugą stronę sali. Między popiersiami pań z konstrukcjami z grubych warkoczy na głowie wisiał kolejny hipnotyzujący obraz. Grupa biznesmenów długo zasłaniała jej widok. Kiedy wreszcie się przesunęli, oczom Japonki ukazała się – tradycyjnie – naga kobieta. Stała na muszli. Jej oczy były nieprzytomne, a pozycja dziwnie niewinna. Kimiko rozchyliła usta. Złote włosy bogini służyły za szczelną ochronę krocza, gdy tymczasem piersi zasłaniała, jakby wcale nie przywiązywała do tego wagi.
„Bezsensu”.
Rozpłomieniła się jej twarz, kiedy elegant obok niej się zarechotał i szepnął coś swemu towarzyszowi. Kimiko zrozumiała, że zbyt dociekliwie studiowała obraz. Udała zainteresowanie popiersiem niejakiej Ateny. Wyglądała na wojowniczkę. Mogłyby być do siebie podobne. Spojrzenie bogini cechowało się dumą, bystrością umysłu. Ale Kimiko nie potrafiła się skupić na jej surowych rysach. Myślała o złotowłosej pani, o miękkim, jasnym ciele, wstydzie, a jednocześnie prowokacji wybrzmiewającym z niej. Zerknęła ukradkiem na podpis na tabliczce. Niestety bała się podziwiać „Narodziny Wenus”, która przyszła na świat, jak widać, jako ucieleśnienie zmysłowości. Czekała, aż biznesmeni pójdą dalej. Czy Chase’owi podobałoby się, tak jak im, ciało tej kobiety? Gdyby ożyła i stanęła przed nim, zapragnąłby ją wyruchać? Mięśnie Kimiko napięły się. Chociaż przytyła, jak mogłaby konkurować z pięknością z Europy? Tą, która nie wahała się pokazywać obcym.
– Tu jesteś.
Włożył jej dłoń w swoją. Dziewczyna oparła się o ramię przyjaciela. Zauważyła, jak uśmiechy paru mężczyzn zamarły. Grupa rozstąpiła się, pozwalając im podejść bliżej do Wenus.
Kimiko chciała grać rolę kulturalnej damy, lecz kusiło ją, aby wystawić biznesmenom język.
– Czy wiesz, kim ona jest?
– Wenus? – wypaliła.
– Boginią piękna i miłości.
– Jak Kuan-in?
Jego ciałem wstrząsnął tłumiony śmiech.
– Nie, perełko. Nie chodzi o współczucie a o inną… miłość.
Wyciągnęła szyję, by móc lepiej przyjrzeć się nagiej sylwetce.
– Czy ona wydaje cię się piękna?
– Zapytany o to trzy miesiące temu odpowiedziałbym bez wahania – tak. Teraz jednak żadnej z nich nie nazwałbym nawet atrakcyjną.
Puścił do niej oczko. W policzkach Kimiko pojawiły się dołeczki.
– Perełko – wyszeptał, nadal wpatrzony w obraz. – Zapomniałabyś o rodzinie? Dla mnie?
Zesztywniała. Podniosła oczy. Choć uśmiechnięty, ślepia płonęły mu żądzą poznania prawdy.
– Jestem kością z ich kości – wykrztusiła.
– Bardzo dyplomatyczny wybieg.
– Wobec tego, jak powinnam odpowiedzieć?
– Szczerze.
Westchnęła.
– Nie, nie zapomniałabym. Nigdy. Zawsze będzie na pierwszym miejscu w moim sercu. – Własne słowa napełniały ją odwagą. Głos przybrał na sile. – Nie muszę zachowywać względem niej absolutnego posłuszeństwa w każdej sytuacji, ale nigdy się jej nie wyprę ani nie zdradzę.
Kiedy skończyła, zapadła raniąca uszy cisza. Chase nie skomentował tej deklaracji, mimo to rysy jego twarzy złagodniały, jakby reagował na pierwszy od dawna wiosenny wiaterek. Kimiko nie wytrzymała. Ścisnęła mu dłoń.
– Gniewasz się?
– Skąd. Jestem zadowolony, bo mam rozsądną przyjaciółkę. – Skradł jej szybki pocałunek w usta. – Oraz lojalną.
– Wszyscy inni Chińczycy wściekliby się, słysząc coś takiego.
– Nie porównuj mnie do „innych”. To anonimowi ludzie, z większym lub mniejszym szambem pomiędzy uszami.
Znów potrącił najczulsze struny w sercu Japonki. Wiedział, jak zdobyć jej przychylność. Chase był inny, tak, wyjątkowy.
– A jeśli moja odpowiedź brzmiałaby: zapomniałabym?
– Wyśmiałbym cię.
Jego brutalność ściągnęła Kimiko z obłoków.
– Czemu?
Drgnął mu kącik ust.
– Śmiertelnicy nie doceniają rodziny, dopóki jej nie stracą. Wolą wierzyć, że rodzice pozostaną z nimi na zawsze, więc nie uświadamiają sobie uczuć żywionych względem nich.
Słowa Chase’a napełniły dziewczynę niewymownym smutkiem.
– Co ci przyjdzie po mnie, kimś obcym, jeśli umrą najbliżsi? – kontynuował.
– Z twoich słów sączy się tęsknota – ośmieliła się zauważyć. – Cierpisz przez samotność?
– Nieprawda – odparł nagle bezbarwnym tonem. – Lubię ją.
– Ale nie chcesz być sam przez cały czas, zgadza się? Czy nie dlatego codziennie spotykasz się ze mną w Lesie Smoka?
Wypuścił powietrze ustami. Kimiko delikatnie go objęła, nie przejmując się, co sobie pomyślą świadkowie.
– Nie zrozumiesz mnie – powiedział zduszonym głosem,
– Prawdopodobnie nie. – Posłała mu szelmowski uśmiech. – Ale jeśli chcesz, mogę być twoim słońcem, tak jak ty jesteś moim.
Stali przed wizerunkiem bogini miłości i piękna, oboje zaaferowani własnymi myślami. Kimiko spodobała się ta cisza. Ona także miała w sobie coś pięknego, lepszego niż ułomne słowa. Chase nauczył ją doceniać chwile, gdy zawieszenie dźwięku znaczyło więcej od nudnych, wytartych frazesów.
– Czy ty mnie kochasz, perełko?
Zarumieniła się. Nie ze wstydu, ze szczęścia.
– A czy to nie jest oczywiste?
W oczach Smoka Ognia czaiło się pytanie zwrotne, ale nie musiała go zadawać. Ufała swej intuicji.
– Kimiko – wymówił jej imię, jakby delektował się każdą głoską – nigdy nie opowiadasz o matce.
Wzruszyła ramionami, aczkolwiek pytanie zaskoczyło wojowniczkę. Ni stąd, ni zowąd poczuła się nieswojo.
– Po śmierci matki ojciec nie ożenił się drugi raz.
– Dlaczego?
– Przez szacunek dla niej.
– A nie z miłości?
Niewidzialna dłoń ścisnęła żołądek dziewczyny.
– Tak… chyba ją kochał.
– Chyba?
– Nie pamiętam relacji między nimi. A zresztą… zawsze mi powtarzano, że szczęście gwarantuje nie miłość, a szacunek względem siebie i posłuszeństwo młodszych wobec starszych.
Wyrzuty sumienia zapukały do drzwi jej serca.
Łzy wytrysnęły spod powiek Kimiko. Słowa wpajane od dzieciństwa – zapewne po to, by ukoić żałobę i pomóc skupić się na przyszłości – wyparły z jej świadomości zainteresowanie kobietą, która sprowadziła ją na ten świat. Czas zatarł twarz i zapach mamy.
– Wyjdźmy stąd, proszę – wyszeptała.
Chase, wciąż wtulony w towarzyszkę, wyprowadził ją z galerii tak szybko, że kiedy otworzyła oczy, siedziała już w samochodzie.
Czekał cierpliwie, aż weźmie się w garść. W rzeczywistości złościł go płacz. Obserwując klęskę Kimiko z duchami przeszłości, jakaś jego część doznawała rozkoszy obcowania z emocjami prawdziwego człowieka. Inna zaś, ta jaszczurza, wyrywała się, aby ukarać mniszkę za tę słabość.

***

– Ciągle doprowadzam cię do łez.
– Z mojej winy. Nie wiem, jak to wytrzymujesz…
Imbryk z herbatą zastygł na chwilę w powietrzu.
– Dajesz mi do zrozumienia, że nie uznajesz we mnie wyrozumiałego człowieka, prędzej łajdaka-konfucjanistę?
Kimiko nie pojmowała, czemu w takich właśnie chwilach, zamiast starać się zachować beznamiętną postawę, wybucha nerwowym śmiechem. Humor Chase’a był tak absurdalny, że nawet Niebiosa mogłyby się zatrząść i gruchnąć łzami.
– Nie, ze mną dzieje się coś złego.
– Kłębią w tobie rozmaite namiętności – zawyrokował tajemniczo, nalewając jej kolejną porcję herbaty. – Biedna perełko, na pewno chcesz dziś wyjść do ludzi?
Złożyła ręce na czerwonym jedwabiu. Tak, miała ochotę wyjść. Modna suknia aż paliła skórę, domagając się należytego wykorzystania. Kimiko marzyła też, aby poznać szanghajskie obyczaje, zobaczyć dekadencki świat oraz zasiedlających go, różnych ludzi. I zapomnieć.
Chase dmuchnął w zupę Lao Mang Long.
– Kiedy mnie dopada gorszy dzień, zaszywam się w domu i bawię z kotami.
Wstała od stołu, po czym rozłożyła szeroko ramiona. Nie starał się opanować oczu. Wzrok beztrosko ślizgał się po przyjaciółce.
– Zgadnij, co schowałam w kieszeni szaty? – powiedziała, starając się zwrócić ich rozmowę na inne tory.
– Coś, co teraz powinno mnie zachwycić?
Otworzyła szafę z mnisim strojem, pogrzebała w niej chwilę, by posłać księciu czarujące spojrzenie, które świadczyło, że już prawie zapomniała o fatalnej wizycie w galerii. W ręku trzymała trzy złote spinki. Chase otworzył szeroko ślepia.
– A, faktycznie, dałem ci jakieś tam błyskotki. Prawie zapomniałem.
Kimiko ścisnęła sobie nasadę nosa.
– Jesteś taki… dziwny.
– Ale i tak mnie lubisz. – Puścił jej oczko, gdyż oboje wiedzieli, że uczucia dziewczyny stoją nieco wyżej.
Wstał i zebrał włosy Kimiko w wysoki kok, a następnie wpiął każdą ze spinek tak, by tworzyły nienaganną konstrukcję cesarskiego szyku.
– Jesteś taka prześliczna.
Złożył długi pocałunek na grzbiecie jej dłoni. Uhonorował ją jak księżniczkę. Kimiko po prostu musiała go w zamian przytulić.
– Kocham cię.
Chase Young nic na to nie odpowiedział.

***

Wjechali windą na ogrodowe piętro. Służba nadal nakrywała stoły, a zachodnia kapela robiła próby przed występem. Rześka bryza kołysała lampionami powieszonymi na drzewach. Niektórzy z rozmawiających gości rzucali spojrzenia na elegancką parę Azjatów, która zasiadła przy osobnym stoliku znajdującym się na balkonie. Młoda kobieta taksowała ich wszystkich oczami okrągłymi niczym spodki. Partner natomiast przyglądał się jej, nie przejawiając otoczeniem ani krzty zainteresowania.
Kręgosłup szefa hotelu, pana Changa, zmienił się w sopel lodu.
Przyszedł.
– Nalej im szampana – polecił młodemu kelnerowi. – Nie spartacz tego.
W ich przybytku zatrzymywali się już od dawna szefowie triad, ale ten człowiek zajmował zgoła inną pozycję. Kiedy otrzymali rezerwację wysłaną w kopercie ze smoczym okiem, Chang modlił się, by nie mieć z gościem zbyt często do czynienia.
Przeprosił czarującą lady z Zachodu i powoli wdrapał się na schody. Przywołał na twarz profesjonalnie służalczy uśmiech.
– Wasza Wysokość – przemówił ostrożnie. – Wreszcie spotkała mnie przyjemność powitania Jego Wysokości w niegodnym dostojnego gościa domu.
Książę rzucił mu krótkie spojrzenie znad kieliszka, po czym znów przeniósł je na swą towarzyszkę.
Chang ocenił przelotnie wiek dziewczyny. Nie mogła liczyć sobie więcej niż osiemnaście lat. Była zatem za młoda na żonę władcy triad, o którym rozpowiadano, iż jest nieśmiertelny. Z drugiej strony nie miała zimnego wyrafinowania i zalotności charakterystycznych dla luksusowych prostytutek.
– Czy życzą sobie państwo czegoś szczególnego?
– Nie. Odejdź.
Krew ścięła się z żyłach Changa. Nie śmiejąc patrzeć mu w oczy ani odwracając się do niego plecami, wycofał się ze zgiętymi plecami, podobny do niemrawego raka.
Kimiko uśmiechnęła się do Chase’a.
– Z jakiej to okazji urządzono to przyjęcie?
– Byle pretekst do popisywania się bogactwem jest dobry – oznajmił, rozsiadając się nonszalancko w fotelu. – Butelka wina między nami mogłaby wyżywić małą wioskę przez rok.
Japonka uszczknęła nieco zawartości kieliszka i skrzywiła się.
– Wolą pić takie paskudztwo, zamiast troszczyć się o lud?
– Każdy wydaje pieniądze według sumienia.
Przed ich stołem zatrzymał się wózek z najdelikatniejszym wegetariańskim jedzeniem. Hybryda francuskich i chińskich smaków rozścieliła się przed Kimiko na wzór kolorowej tkaniny.
– Jakie tycie kanapeczki – zachichotała.
Lekcje posługiwania się sztućcami przyniosły efekt. Mniszka nie musiała prosić o pałeczki, gdyż już umiała jeść tak, jak barbarzyńscy zwycięzcy.
Wkrótce kontrast między światem na balustradzie – oazą spokoju, a przyjęciem rozkręcającym się na dole – kotłem z parami dygotającymi w rytm rozhukanej muzyki, skłaniał Kimiko do snucia marzeń o przekroczeniu szklanej bariery, wejściu w rolę n o r m a l n e j dziewczyny, a nie dziwaczki z niedostępnego klasztoru. Kobiety i mężczyźni dotykali się tak naturalnie. Jaką radość czerpali z owego rytuału?
Ujęła dłoń Chase’a.
– Czy wolno mi…?
Drgnął, przebudzony z transu.
– Chcesz potańczyć?
Przytaknęła energicznie.
– Zejdźmy do nich! – Ścisnęła go mocno za palce. – Proszę, proszę…
Nie zrywając z nią kontaktu wzrokowego, machnął lekceważąco wolną ręką.
– Mnie to nie porywa. Ty oczywiście możesz iść.
Twarz Kimiko stężała.
– Sama?
– Tak.
Potarła stopą o jego łydkę.
– Ja… nie wiem, co należy robić.
– Wystarczy podskakiwać jak małpa.
– A-ale z kim?
– Przy tych zabawach dotyk nic nie znaczy. – Uwolnił się z jej objęć. – Ja zostanę tu, ty idź.
Ciało Kimiko nagle znieruchomiało, jakby ktoś przytwierdził je do fotela gwoźdźmi.
– Chciałabym poznać te obyczaje z tobą… Nie dlatego, że boję się obcych, ale wiesz, miło by było spędzić czas we dwoje, inaczej niż patrząc na siebie w milczeniu. – Przekrzywiła głowę i zaplotła dłonie w modlitewnym geście. – Zachowamy te wspomnienia na zawsze.
Pod wpływem jej słów i słodkiego spojrzenia Chase wszedł w niemą walkę w swoim umyśle. Zerknął na pokracznych ludzi i znów na Kimiko, której żar w oczach wcale nie przygasł; nadzieja mieszała się z żądaniem „pobawienia się”.
– Zrobimy to tylko raz – skapitulował.
– Tylko dziś – sprostowała i puściła mu oczko. – Wieczór dopiero się zaczął.
Kiedy ramię w ramię zeszli po schodach, muzyka zmieniła się na spokojniejszą.
– Przywodzi skojarzenie kielichów lotosu rozwijających się o poranku – zacytowała fragment starego wiersza.
Chase uśmiechnął się i stanął przed nią. Jedną rękę oparł na talii dziewczyny, drugą otoczył jej dłoń. Kimiko zerknęła na pary obok nich i za ich przykładem oparła wolną rękę o jego bark.
Ich pierwszy taniec upłynął pod znakiem absolutnej harmonii – dokładnie takiej, jaką cenił Chase. Kroki były łatwe, tylko ze trzy mniszka nadepnęła mu na stopy.
– Przepraszam. – Poczerwieniała.
– Nawet nie poczułem.
Kimiko delikatnie wtuliła się w jego szeroką pierś, widząc, że inne kobiety tak postąpiły wobec swoich partnerów. Spodobała jej się ta niespodziewana okazja do bliskości, nawet publicznej, najwidoczniej akceptowanej w nowoczesnym społeczeństwie. Serce Chase’a koiło, bijąc jak dzwon – miarowo i mocno.
– Kocham cię – powtórzyła rzewnym głosem i wspięła się na palce, by pocałować go lekko w szyję.
Muzyka ucichła. Goście uhonorowali dyrygenta brawami. Ukłonił się głęboko, a następnie uniósł batutę i jednym ruchem zmienił charakter przyjęcia. Skoczna, pourywana melodia zaatakowała uszy Kimiko. Dziewczyna rozejrzała się po parkiecie: elegancja i romantyczny czar rozpierzchły się. Ludzie na powrót weszli w skóry małp!
Pociągnęła Chase’a na środek sali, wprost w rozbestwiony tłum.
– Kimiko – jęknął. – Proszę, nie mogę zachowywać się jak oni i to przy kotkach.
Ling i Lang oraz inni słudzy kręcili się gdzieś tu w zachodnich garniturach, jednak Japonki nic to nie obchodziło.
– Ty wszystko możesz! – starała się przekrzyczeć hałas. – Obiecałeś, że zobaczę to, co oferuje miasto.
– Są inni, którzy chętnie się z tobą powygłupiają.
– Ale nie będzie już takiej zabawy! – roześmiała się. – Chcę ją mieć właśnie z tobą!
Wzrok Chase’a zawędrował po kasetowany sufit. Kimiko odczytała jego tik jako: „o bogowie, na co mi przyszło spełniać marzenia mniszki?” i zachichotała głośniej. Nie pozwoliła księciu na przedłużające się rozmyślania. Pogłaskała go po policzku, po czym rzekła na ucho:
– Proszę.
Uległ temu czarowi. Coś w jego oczach wyraźnie się załamało. Na usta zaś wpełzł zawadiacki uśmieszek.
Jeżeli Kimiko choć przez chwilę przyszło do głowy, że Chase nie umie tańczyć i dlatego opiera się jej namowom, zaraz zmieniłaby zdanie.
Obracał nią na wszelkie możliwe strony. Krzyczała ze zdumienia, gdy przed oczyma zawirowały plamy kolorowego światła. Szum powodowany muzyką i hałasem spotęgował się, kiedy stopy zaczęły odrywać się od parkietu. To, co Chase z nią wyczyniał, musiało podobać się reszcie gości. Oklaski towarzyszyły ich akrobacjom, dopóki muzyka nie przestała grać.
Zastygli w miejscu. Właściwie Chase zastygł, bo Kimiko dyszała jak szalona, choć przecież to partner wykonywał prawie całą pracę.
– Co za zwierzę – wydukała.
– Sama chciałaś.
Zabrał z tacy kelnera kieliszki schłodzonej wody z colą. Kimiko wypiła obie porcje w paru potężnych haustach.
Wymknęli się z sali tanecznej i przeszli głębiej do ogrodu. Rozmyte sznury złotych świateł mrugały do nich ze sztucznych jeziorek, zapraszając do wyciszenia. Muzyka i gwar przenikały spokój miniaturowego parku, ale go nie burzyły.
– Kimiko, czy nie tęsknisz za Lasem Smoka?
– O, tak. W Szanghaju nie widać gwiazd ani nie słychać szumu drzew, co nieco mnie przytłacza. Oczywiście nie żałuję, że tu jestem – odparła głosem ociekającym wdzięcznością. Przykucnęła na brzegu fontanny. – Żałuję, że bajka wkrótce się skończy…
Skrzyżowali się spojrzeniami w migotliwym blasku lampek.
– Nie chcę wracać do Xiaolin.
– Nie musisz.
Przyłączył się do niej i objął ramieniem.
Potrząsnęła głową.
– Przysporzę Ruling kłopotów. Nie wiem nawet, jak sobie radzi… i czy moja ucieczka nie wyszła już na jaw.
Młody gołąb sfrunął z pobliskich bambusów i przysiadł obok ich nóg. Japonka zachwyciła się zabawnym upierzeniem stworzenia. Na jego podstawie można było wymyślić historię – szalony malarz upaćkał białe pióra czarnymi i brązowymi kropkami. Nie zdążył ubarwić go innymi kolorami, bo gołąb uciekł ani myśląc stać się takim, jaki chciał go oglądać niepoczytalny człowiek.
– Skąd się wziął?
– Z ptaszarni. W takich miejscach hodują zwierzęta.
Gołąb, widząc, że olbrzymy nie rzucają mu ziaren, odleciał równie szybko, jak się pojawił.
Kimiko ziewnęła.
– Już mnie męczy ta cisza.
– Miałaś dzień pełen wrażeń.
– Ciekawe, co przyniesie jutro? – Popatrzyła na niego podejrzliwie, a on odpłacił się udawaną niewinną miną, że aż parsknęła.

***

W Xiaolin zapomniała o luksusie długiej kąpieli w wielkiej wannie, wśród bąbelków, otoczona zapachami. Teraz siedziała w gorącej wodzie, aż skóra na palcach pomarszczyła się niczym suszona śliwka. Wreszcie wyszła i wytarła się miękkim ręcznikiem, po czym wklepała w skórę wygładzające olejki. Para z luster powoli schodziła, odsłaniając coraz wyraźniej kawałki jej ciała.
Kimiko przypomniała sobie o Wenus wystawionej na spojrzenia biznesmenów i spuściła oczy. Zbliżyła się do srebrnej powierzchni i przetarła ją. Od czasów dzieciństwa nie przyglądała się sobie zbyt dokładnie. Tafla jeziora czy małe lusterka Ruling nie mogły konkurować z ciągnącymi się od podłogi do sufitu zwierciadłami z okuciami wysadzanymi rubinami. Pracownicy domu mody komplementowali smukłą, wyrzeźbioną sylwetkę klientki, jednak bogini miłości i piękna także robiła piorunujące wrażenie, mimo iż pozbawiona była sportowego rysu. Mimo wszystko uosabiała kobiecość, jak Ruling. Czy sekret Wenus nie polegał też na tym, iż pozowała nago? Kimiko rozchyliła poły płaszcza kąpielowego. Zarys białej piersi, linii brzucha i łagodnego wzniesienia bioder przyśpieszył bicie jej serca. Nie zakryła się jednak, tylko bardziej przybliżyła do lustra. Hipnotyzowała ją w ł a s n a napięta, jasna skóra. Aż prosiła się o dotyk. Kimiko przełknęła ślinę. Przyglądanie się sobie bez ubrań sprawiało jej przyjemność, czy zatem nie mniejszą sprawiłaby Chase’owi? Co by sobie o niej pomyślał? Nie łączyła ich więź małżeńska, toteż nie wolno było pokazywać mu więcej niż wymaga potrzeba.
– Z drugiej strony – wychrypiała, nie odrywając wzroku od swego odbicia – jeden grzech w tę czy w tamtą…

***

Skrobał coś na papierze. Używał pióra ze stalówką, nie pędzelka. Marszczył brwi w charakterystyczny sposób, kiedy kalkulował plusy i minusy przed podjęciem decyzji.
Kimiko położyła się niedbale na brzuchu, w poprzek łóżka.
– Nigdy nie powiedziałeś, jakie interesy cię tu sprowadziły – zaczepiła, licząc na uzyskanie dostępu do kolejnej strefy jego prywatności. – Czy to jakaś tajemnica?
– Nie, zarządzam.
– Ludźmi?
Oparł się o krzesło i przeciągnął.
– Oraz towarami i nieruchomościami. Z czegoś trzeba żyć.
Postukała palcami o materac.
– Przecież jesteś księciem gdzieś w środkowych Chinach.
– Którego sieć wpływów rozciąga się na wszystkich kontynentach.
Szeroko otworzyła oczy; rozbawiła go ta reakcja.
– Przypadłbym do gustu twojemu ojcu?
– Raczej tak – wykrztusiła. – Nie do wiary, że poznałam cię w lesie na zapadłej wsi.
Wybuchł śmiechem, po czym odłożył pióro i zebrał dokumenty do skórzanej teczki.
Japonce drgnęło serce. Wiedziała, co zaraz nastąpi. Tyle że tym razem chciała, aby akt przebiegł inaczej. Spełniłaby marzenie Chase’a, a przy tym jakimś cudem nie okryłaby się haniebnym tytułem wyuzdanej panny.
Podszedł do niej i pogłaskał czule po policzku. Odwdzięczyła się najpiękniejszym ze swoich uśmiechów. Usiadła w klęku podpartym.
– Czy chciałbyś ujrzeć mnie nago?
Zaskoczenie odmalowało mu się na twarzy, lecz szybko przywołał się do porządku.
– To, czego ja chcę, jest bez znaczenia, jeśli w głębi swego serca nie czujesz się na to gotowa.
Powoli stanęła na łóżku, wyprostowana niby struna cytry. Górowała nad nim o głowę. Pociągnęła za pasek szlafroka. Nim całkiem go poluzowała, zatrzymał się jeszcze na moment, żeby nabrać powietrza. Zatrzęsły się jej ręce.
– Czy nie dlatego zabrałeś mnie do galerii? – zapytała mimo resztek oporu.
Kącik ust powędrował ku prawemu zmrużonemu ślepiu.
– Złamiesz kolejne zasady.
– Właśnie. Kolejne.
Szlafrok opadł na ramiona.
Chase napawał się pięknem i młodością tej, która należała do niego. Znak na biodrze dziewczyny rozwiewał wszelkie wątpliwości. Cieszył go dreszcz na jej skórze.
– Przybliż się do mnie.
Dała krok do przodu. Oparła ręce o jego barki, tak by zająć je czymś, żeby nie chciały przypadkiem zasłonić piersi, dekoltu lub brzucha, przeszkodzić w delektowaniu się. Dmuchnięciem Chase podrażnił jej pępek i uśmiechnął się czarująco. Pochylił szyję, aby złożył pocałunek na znaku Heylinu.
Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że po raz drugi zabiera jej dziewictwo. Różnica polegała na tym, iż teraz Kimiko obawiała się. Łamała tabu całkowitej nagości.
– Perełko – westchnął, kiedy już leżał na dziewczynie, otulony w pasie jej nogami. – Zaręczam ci, twój mąż nigdy nie miałby dla ciebie równie głębokiego uczucia co ja.

***

Otworzyła oczy, gdy słońce wzeszło wysoko na niebie i zapukało do okien ostrym światłem. Chase wciąż spał, tuląc policzek do poduszki.
Pogłaskała go w ramię. Nie wyobrażała sobie dalszego pielgrzymowania przez życie bez niego – brakującego elementu spełnienia. Zasługiwał na wdzięczność. I na szczęście. Chciała mu je dać. Słodki scenariusz wspólnej egzystencji zakłócały jedynie – i aż – okropne słowa: „Niebiosa są przede mną zamknięte”. Kimiko zapiekły oczy. Nie wierzyła, aby nie istniał sposób na ocalenie go przed zemstą Króla Piekieł.
Przymknęła powieki i wykrzywiła górną wargę.
Coś ciepłego i mokrego wzbierało się w jej kroczu. Odruchowo wykluczyła namiętność. Przybierała ona kształt czegoś lotnego i pojawiała się zwykle pod wpływem Chase’a. Natomiast to podobne było do strumienia.
Wydostało się na zewnątrz.
Kimiko wstrząsnął dreszcz. Gorący pręt bólu wbił się w jej podbrzusze. Usiadła i sięgnęła między nogi.
„Woda?”
Spod kołdry wyłoniły się palce umazane krwią.
Otworzyła szeroko usta. Odwróciła się do Chase’a. Całe szczęście spał jak kamień. Odsunęła delikatnie kołdrę. Na pościeli zakwitła plama przypominająca szkarłatną piwonię. Szok i kolejna fala bólu zakręciły w jej oczach łzy.
„Na Niebiosa, kto mnie zranił…?”
Chase? Nie, nie wierzyła, by pokaleczył ją tak okropnie.
„To kara…”
Kara za grzech, którego dopuściła się zeszłej nocy. Przodkowie i bogowie nie są ślepi. Lotem błyskawicy wszystko ułożyło się w spójną całość: zapomniała o narzeczonym, postanowiła zerwać z klasztorem, rozebrała się przed obcym człowiekiem.
Wstała z łóżka i zamknęła się w łazience. Wzięła garść papierowych ręczników, zmoczyła je wodą, po czym ubiła z nich masę, którą starła krew z ud i przytknęła mocno do krocza. Policzyła do stu. Zacisnęła ręce, modląc się, by zatamować wyciek. Jednak krw przybywało. Wrzuciła brudną masę do klozetu i wzięła drugą porcję ręczników. Łzy ciekły jej po nosie i policzkach.
„Moja wina, moja wina…”
Pukanie do drzwi wyprowadziło ją całkowicie z równowagi.
– Perełko, pośpiesz się.
Chase brzmiał szczerze, nieświadomy przekleństwa, które spadło na przyjaciółkę.
Rozpłakała się bardziej.
– Musisz zaczekać…
Chwila ciszy.
– Kimiko, czemu płaczesz?
Skuliła się. Nie wiedziała, co robić. Stała nago, z garścią pokrwawionego, mokrego papieru, roztrzęsiona i zalana łzami. Wstydziła się. Nie chciała, aby widział ją taką.
– Chyba umieram – zamruczała niby zbity kotek.
Dłuższe milczenie.
– Kimiko, otwórz drzwi – powiedział dość łagodnie, choć ani myślał spotkać się z odmową.
Papier wylądował w muszli. Źródło haniebnego znaku wydawało się wyschnąć. Dziewczyna owinęła się ręcznikiem. Podeszła do drzwi i przekręciła klucz.
– Wejdź – jęknęła i skuliła się.
Wkroczył do łazienki z czujnym wzrokiem oraz dłońmi zwiniętymi w pięści.
– Co ty wyprawiasz?
Nie była w stanie się wytłumaczyć. Bo jak wyjaśnić t o?
„Domyśl się, błagam, domyśl się”
Przecież Chase zawsze wszystko wiedział, więc może i teraz jakimś cudem wpadnie na pomysł tego, co się stało.
Kimiko poczuła, jak kropla rzadkiej krwi spływa po wewnętrznej stronie nogi. Chase ją dostrzegł. Rysy jego twarzy zmiękły.
– Przestraszyłaś się?
– Ja krwawię.
– I dobrze. Dlatego cię karmiłem.
Nie widziała związku między jedzeniem a niewidzialną raną.
– Chcesz, abym umarła?
Pokręcił głową. Jak mógł się uśmiechać, kiedy ona została naznaczona klątwą?
– Zatrzymała się w tobie krew, bo ostro pościłaś. Tylko zdrowe kobiety mają co miesiąc jej upływ. Normalne zjawisko. Hej, to dlatego zmieniał ci się humor.
Oczy Kimiko zaokrągliły się. Nigdy nie słyszała o tej przypadłości.
– C-co miesiąc? Jak można z czymś takim żyć?
Wzruszył ramionami i podszedł do niej, by przytulić.
– Więc nie przeklęto mnie? – upewniła się.
Uszczypnął ją w policzek.
– Gratuluję, wreszcie stałaś się kobietą.
Kimiko zalała się rumieńcem.
„Dlaczego nikt mi nigdy nie powiedział…?”
Przeszłość ciągle robiła z niej idiotkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz