24 kwi 2018

Rozdział 19



Bóle miesiączkowe zniknęły bez śladu, mimo to brzuch Kimiko kłuły inne dolegliwości, bynajmniej nie znamionujące zdrowia.
– Naprawdę chcesz tam wrócić?
Pił Lao Mang Long, z nogą nonszalancko przewieszoną przez poręcz fotela, i patrzył na dziewczynę przenikliwie.
– Muszę pozałatwiać parę spraw.
– Nie zdradzisz jakich? – Nutka rozdrażnienia w głosie potwierdzała zmęczenie Chase’a.
– Sądzę, że się domyślasz.
Pola połatane kwadratami zmarzniętych traw przepływały obok okna, szepcząc radę: nie wracaj.
– Nie wolno mi uciec jak tchórz – przemówiła do zimowego krajobrazu tonem wskazującym, że bardziej chce ukrócić własne wątpliwości aniżeli przekonać świat dookoła. – Pragnę się z nimi rozliczyć.
– Staniesz przed mistrzem, by oznajmić mu, że odchodzisz?
– Dokładnie. – Zwróciła głowę w stronę przyjaciela. – Przez siedem dni żyłam intensywniej niż przez siedemnaście lat.
Książę nie mógł chyba znieść tej fali afektu połączonej z uroczystym tonem głosu, więc – zgodnie ze swoim charakterem – złapał Kimiko za słówka:
– Przegapiłem twoje urodziny?
Posłała mu uśmiech, tuląc do piersi belę zielonej tafty kupionej w sklepie bławatnym.
– Zaokrąglam, głuptasie. Zbliża się Nowy Rok. Wszyscy będziemy o rok starsi.
Wzruszył ramionami i odstawił czarkę z zupą.
– Po co ci ten materiał?
– Wiedziałam, że w końcu o to zapytasz.
Refleksy słońca spłynęły na jej twarz i zatrzymały się na dłużej w oczach. Ze swymi drobnymi tajemnicami Kimiko wydała się Chase’owi nad wyraz pociągająca.
– A zatem… wygarniesz, co o nich myślisz i uciekniesz?
Napięła mięśnie szczęki.
– Tak właśnie powinnam postąpić. Zamknąć przeszłość, aby nie truła przyszłości.
– Kimiko, popatrz na mnie.
Skrzyżowała z nim wzrok.
– Urosłaś – wyszeptał, po czym zaśmiał się cicho. – Zachowujesz się prawie jak dorosła osoba.
Nabrała garści pękatych malin i po kolei wkładała je sobie na język.
Zaciętość zbierająca się na dnie jej oczu nie przygasła, dopóki Chase nie przypomniał:
– Prawnie należysz do rodziny narzeczonego.
Jakby dopiero po chwili dotarł do niej sens zdania. Ręka z owocami zatrzymała się w pół drogi do ust.
– Wiem, że się nie zgodzisz, ja sam brzydzę się tym pomysłem, ale… – Celowo zwiesił głos, aby ją zaciekawić, nim przejdzie do rzeczy. – Jeżeli tylko zechcesz, wykupię cię od teściów i ojca, dzięki czemu nie będziesz nim już nic dłużna. Nikt cię wówczas nie przeklnie.
Część malin posypała się na ziemię i przeturlała we wszystkie strony świata.
Nie była w stanie wykrztusić czegokolwiek. Z przerażenia albo wzruszenia.
Pokręciła głową.
– Dlaczego? Dam ci wolność. Nie oczekuję, że zostaniesz ze mną na zawsze. Jeśli ci się znudzę, pozwolę ci odejść…
– Znudzisz się? – przerwała mu, zrywając się z miejsca. – Wydajesz na mnie tyle pieniędzy…
Zrobił obrażoną minę.
– I co? Obliczyłem cały „interes”. Rocznie wydaję więcej na whisky i mleko dla armii.
Wlepiła wzrok w kant stołu.
Ona miała się Chase’owi odwdzięczać, nie na odwrót.
– Cóż, ja… Nie wiem, co odpowiedzieć. Zawstydzasz mnie.
Prychnął i zapatrzył się w złote kasetony na suficie ze smokami tańczącymi z feniksami.
– Powinnam osobiście powiadomić ojca. – Przełknęła ślinę.
– Kimiko, pisz, co chcesz, ale dla własnego dobra nie wspominaj o mnie.
– Czemu?
Uśmiechnął się szeroko, wciąż błądząc wzrokiem po suficie.
– Gdybym sam był ojcem, wolałbym wydłubać sobie oczy marchewką niż zmierzyć się z domysłami, że moją małą księżniczkę prawdopodobnie rucha ktoś, kto nie jest jej mężem.
Westchnęła.
– No tak…
Usiadła sztywno. Uświadomiła sobie, w jak niepewnej znalazła się sytuacji. Dotąd uważała, że więź z Chase’em – niewątpliwie wzmacniająca się – wystarczy, bo zawiera esencję ich związku. Zachowywali się jak małżeństwo, chociaż w świetle prawa nim nie byli. Jak powiedział Chase, w każdej chwili pozwoli jej odejść. Taka deklaracja wymagałaby od Kimiko obosiecznej gotowości. Zakładała ewentualne rozstanie. Skoro zamierzał wziąć ją pod swój dach, na pewno zmieni sposób myślenia o niej. Z przyjaciółki z Lasu Smoka zyska status konkubiny.
„Jakże fatalnie to brzmi...”
K o n k u b i n a.
Wspominał kiedyś, że te kobiety służą mu do zabawy. Kimiko domyślała się do jakiej.
– Jesteś zbyt młoda na smutki – odezwał się niespodziewanie. – Chodź tu do mnie.
Strząsnęła z rzęs łzy i szybko przenisoła się na kolana księcia. Zmierzwił palcami jej grzywkę.
Zamknęła oczy.
„Tak bardzo cię kocham. Proszę, oświadcz mi się”.
Choć przedstawiało się to wybitnie żałośnie, Kimiko mimowolnie poddała się wizji skały i drzewa splecionych w uścisku. Roślina korzeniami czepiała się stromego zbocza, kpiąc ze spienionych bałwanów nacierających na niezniszczalną skałę, która broniła do niej dostępu.
– Chase, czy ty kiedyś kochałeś?
Nie łudziła się. Wiedziała, że od razu załapie, do czego piła.
Nie zadrżał ani nie zaśmiał się. Nic, co jednoznacznie określałoby jego uczucia. Nadal monotonnie gładził jej włosy.
– Nie wiem.
Za powiekami wyobraziła sobie enigmatyczny uśmiech, ni ironiczny, nie wyrozumiały.
– Ale wiesz, że ja kocham ciebie, prawda?
– Wiem o tym i bez twoich zapewnień.
Mocno zacisnęła pięści, chwytając w nie poły jego szaty.
– Czy kochasz mnie?
Świat na moment zastygł, łącznie z usypiającym stukotem kół pociągu. Kimiko doznała wrażenia, że są jedynymi żywymi istotami w promieniu dziesięciu tysięcy li.
Piękny, a zarazem ścinający krew w żyłach miraż.
– Co mówi twoja intuicja?
„Intuicja wojowniczki czy kobiety?”
Język Kimiko rozwiązał się, bez jej udziału formułując odpowiedź:
– Chciałbyś umieć odwzajemnić moją miłość.
Zaskakujące, jak wiele zmienia intonacja komunikatu. Czemu postawiła kropkę, zamiast pytajnika? Nie rozumiała. Uczono ją, że fakty są niezależne od uczuć. A teraz właśnie stwierdziła fakt.
Chase nakrył jej pięści swymi dłońmi. Rozchyliła powieki. Ich spojrzenia starły się nawzajem. Gdyby walczyli na miecze, rozległby się ostry zgrzyt. W ślepiach przyjaciela tliły się pasja i ambicja. Pod tym wzrokiem człowiek bał się oddychać, lecz Kimiko przeciwstawiła mu swój wzrok, pobierając z oczu przeciwnika moc, dzięki której mogła zapłonąć jeszcze większą miłością.

***

Wrócili nad ranem w miejsce oddalone pamięcią o przeszło tysiąc lat. Zbita z cegieł i bambusów stacja Defeng tkwiła zawieszona wśród pól i lasów. Pociąg wtoczył się na peron, skupiając na sobie wzrok tuzina ludzi zgromadzonych przy przeciwległych torach. Fala spojrzeń uderzyła w luksusowego potwora pędzącego w głąb lądu. Zatrzymał się tu na ułamek sekundy, pewnie by złapać oddech, nim wyruszy w dalszą drogę.
Lokomotywa wysapała wielki kłąb pary, który osnuł wysiadających w towarzystwie służby Chase’a i Kimiko. Wzdłuż torów przechadzało się kilku żołnierzy. Między ich brwiami pojawiły się pionowe kreski, gdy patrzyli na zamykające się drzwi wagonu. Żaden z nich nie zareagował na parę podróżnych z rosłymi wojownikami u boku, toteż Kimiko zrozumiała, że jakimś cudem stali się dla nich niewidzialni. Chase zabronił jej cokolwiek mówić, więc samodzielnie wysnuła powody, dla jakich ci ludzie strzegli peronu. Wiatr przesuwał poniewierające się po ziemi śmieci. Wieśniaków z całego powiatu przybywało. Uzbrojeni w swój dobytek i zwierzęta uciekali przed konfliktem. W Szanghaju Kimiko zapomniała, że ta miejscowość leży w epicentrum waśni między gubernatorem a generałem. Wylecieli z głowy żołnierze stacjonujący w starej świątyni, lśniące w słońcu karabiny i deszcze kul niosących śmierć. Nigdy nie widziała tej pary awanturników na oczy, ale wyobraźnia zapożyczyła sobie rozpasane twarze bandytów z miasta i właśnie za pośrednictwem ich wizerunków poznała żądnych władzy tyranów. Fakt, że gubernator lata temu szkolił się w Xiaolin działał na jego niekorzyść.
Chase wbił palce w ramię dziewczyny i pociągnął ją ku wyjściu z budynku. Schowali się w bambusowym gaju. Czekały tam konie, po jednym dla każdego, oprócz Kimiko, która miała pojechać z księciem.
– Do domu twojej koleżanki, tak? – upewnił się.
Przytaknęła, nie odrywając wzroku od dziewczyny kucającej na schodach stacji. Jej blada postać wyzierała zza kęp roślin. Japonka rozpoznała w niej leniwą służącą z domu Ruling, tę lubiącą zażywać kąpieli słonecznych.
– Coś mi mówi, że zastanę wyludnione miasteczko – mruknęła, wreszcie dosiadając wierzchowca.
– Mylisz się. Wielu zostanie, by pilnować ziemi.
Kopnął konia w boki i ruszyli przez śpiące pola. Nadal spowijał je półmrok, lecz tam, gdzie brzeg nieba stykał się z ziemią, rysował się wyraźnie Las Smoka. Kimiko zaciągnęła się wiejskim powietrzem i kichnęła. Ostry zapach zimy, wymieszany z potem zwierząt i suchym sianem niesamowicie różnił się od woni miasta. Z niektórych otworów w dachach chat buchał dym spod palenisk. Życie zaczynało się tu od nowa. Obserwując je, tak łatwo było uwierzyć, że świat zaprojektowano dla piękna, czemu więc wojny musiały go brukać?
Ani myślała przyłożyć ręki do zbrodniczego procederu niszczenia.
– Do dzisiejszego wieczora załatwię moje sprawy – oznajmiła mocnym głosem.
Rzucił jej szybki spojrzenie przez ramię.
– Jeśli jutro rano nie pojawisz się w Lesie, uznam, że coś ci zrobili i zaatakuję klasztor.
Kimiko stanęło serce.
– Co?
– Jeśli nie zobaczę cię całą i zdrową, bez wahania zaatakuję Xiaolin, żeby cię z niego wydostać, rozumiesz?
Zwrócił wzrok z powrotem na gościniec. Kimiko nie zobaczyła więc uśmiechu malującego się na jego ustach.
– Zaufaj mi. Poradzę sobie – wycedziła przez zęby.
– Tobie ufam, ale nie im.
Już nic nie powiedziała. Oparła się o plecy Chase’a, próbując opanować drżenie.
Oto nadeszła chwila prób. Gdyby stchórzyła – nie oświadczyła mistrzowi, że opuszcza świątynie – straciłaby do siebie szacunek. I tak zbyt długo zwlekała. Powinna odciąć się od klasztoru zaraz po ich haniebnej próbie przehandlowania ją.
Skurcz w żołądku przybrał na sile, jakby miała wymiotować.
Dojrzała do działania, a mimo to nadal czuła lęk. Tak bardzo chciała wyprzeć z pamięci, że mistrzowie żywili ją, dali dach nad głową, zapewniali stokroć lepsze warunki niż chłopcom.
„Nie usprawiedliwiaj ich!”, powtarzała w myślach niby mantrę. „Robili to, co dyktowały pieniądze ojca!”
Skoro gardziły nią Niebiosa oraz Klasztor, nie będzie czekać, aż zostanie wyrzucona na zbity pysk. Odejdzie z godnością. I z księciem u boku.
Objęła go mocno z tyłu.
Zły uśmiech zaś nie schodził mu z ust.

***

Posiadłość rodzinny Sui górował nad resztą miasteczka imponującą bryłą pokrytą wywiniętymi dachówkami podobnymi do fal spokojnego morza. Blade i czyste światło zamajaczało na wschodzie, malując ganek na różowo. Ten budynek o poranku obiecywał schronienie dla wędrowców oraz miłość dla dzieci. Patrząc na szczęśliwy dom, tęskniło się do swojego, odczuwając boleść melancholii i zazdrość. Ruling zawsze może wrócić do rodzinnego gniazda.
Kimiko zastukała w okiennice. Nie zdziwiła się, gdy po dwóch sekundach rozwarły się z cichym skrzypnięciem. Zaskoczyło ją natomiast, że przyjaciółka pokazała się w pełnym ubraniu i nienagannym makijażem.
Ulga rozpromieniła oblicze Ruling.
– Wróciłaś.
– I wcale nie wzięłam potajemnego ślubu.
– Akurat bym ci pozwoliła.
Odsunęła się, dając Kimiko wślizgnąć się do środka i przytuliła ją na powitanie.
Pierwszym, co rzucało się w oczy, był absolutny porządek panujący w pokoju. Opróżniono go z kosmetyków i biżuterii.
– Wyjeżdżasz? – zapytała Japonka. – Dziś?
Ruling przytaknęła, odklejając się od dziewczyny.
– Teraz. Normalnie kazałabym ci opowiadać ze szczegółami, ale… – odchrząknęła. – Lada moment mogą zamknąć linie pasażerskie, a przeprawa konna jest niebezpieczna.
Przyłożyła ręce do brzucha.
– Jak to? Póki nie skończy się zima…
– Nie, Kimiko, stało się coś złego.
Twarz mniszki skamieniała. Ruling spuściła oczy, kładąc rękę na jej barku. Nigdy dotąd nie zachowywała się tak nerwowo.
– Coś związanego z tobą – dodała.
– Odkryli moją ucieczkę, prawda?
Rozmówczyni uśmiechnęła się szeroko.
– Przychodzili pod okna, ale oblewałam ich wodą z wiadra. – Zaraz jednak spoważniała i wzięła głęboki wdech. – Wczoraj po południu jakaś banda włamała się do pałacu namiestnika. Niczego nie splądrowali, tylko… zasztyletowali najmłodszego syna.
Kimiko słuchała rewelacji w skupieniu pomimo nóg miękkich jak dwa węgorze.
– Ci, co zostali, żyją tym okropnym wydarzeniem. Namiestnik wpadł w szał. Uważa, że zamachu dokonali szpiedzy generała. Szerzą się plotki, że pojechał do gubernatora, żądając szybkiej mobilizacji wojska. – Ruling załamała ręce. – Bałam się. Nie wiedziałam, co robić, gdybyś nie wróciła na czas.
Mniszka otuliła przyjaciółkę ramionami. Przeklinała samą siebie.
– Przepraszam. Nie powinnam cię narażać. – Spojrzała jej w oczy. – Współczuję namiestnikowi straty, ale trwa zima. Niehonorowym byłoby doprowadzić do walk.
– Honorowym czy nie, ty także ponosisz winę za śmierć tego dzieciaka.
Kimiko miała wrażenie, jakby umysł odłączył się od ciała i pozostał gdzieś obok jako obserwator.
– Z jakiej racji? – wykrztusiła.
Ruling odsunęła się od niej.
– Ktoś chciał cię poślubić. I umarł. Znowu. – Zaszurała stopami niby dziecko. – Ludziom nie trzeba wiele, zwłaszcza jeśli targają nimi emocje.
– Wezmą mnie za przeklętą? – wyszeptała Kimiko, na co Chinka przytaknęła.
– Przynosisz zgubę mężczyznom. Niebiosa są o ciebie zazdrosne. – Wydawała się zawstydzona, kiedy złożyła dłonie przed sobą i zwróciła wzrok na walizki przy łóżku. – Ja nie wierzę w zabobony, lecz dopóki sprawa się nie wyjaśni, lepiej nie planuj niczego ze swoim chłopakiem. Dla jego dobra.
Myśl, że sprowadziłaby na Chase’a gniew Niebios, wywołała w Kimiko mdłości. Jakie zbrodnie popełniła w poprzednim wcieleniu, skoro w tym doświadczała tylu nieprzyjemności? Najwyraźniej bogowie nie życzą sobie, aby zaznała szczęścia.
Przez krótką chwilę jej umysłem wstrząsnęła konkluzja. Jak widać, dla dziewczyn takich jak ona, jedynym bezpiecznym miejscem powinien być klasztor.

***

Las Smoka pokrywała cienka warstewka śniegu podobna do gęsiego puchu. Wdrapując się po wydeptanych czasem stopniach, Kimiko z miłością spoglądała na sosny czesane wiatrem. Jeszcze dalej na czubkach pasma Song lśniły w przedpołudniowym słońcu lodowe czapy. Cudowny dzień, cisnęło się na usta.
Smok Ognia nigdy nie zamieniłaby Lasu Smoka na rzecz żadnego miasta, nawet Tokio. Bo choć wybrzeże tętniło ludzkim życiem, ta biedna prowincja wykrzesała w niej pierwsze, szczere uczucia.
– I wcale nie jestem sama – powtarzała, pokonując drogę coraz większymi susami.
Pogłaskała się po biodrze.
Ktoś przy niej czuwał. Król Smoków albo lepiej – Chase Young.
W niedługim czasie wyrosła przed Kimiko zaryglowana brama klasztoru, nasuwająca skojarzenie z paszczą potwora. Żelazne okucia i ćwieki tkwiące w drzwiach w założeniu architektów miały budzić respekt. Dziewczynie zaś niedobrze się robiło na myśl o mnichach odprawiających za nimi wojownicze tańce.
Przy wejściu kręciło się czterech żołnierzy. Wycelowali w stronę leśnej dróżki lufy karabinów.
– Kto idzie?
Suche szyszki chrzęściły przyjemnie pod stopami, kiedy wyszła z cienia. Światło dnia padło na jej szaty i szarfę adepta. Grupka w mundurach popatrzyła między sobą.
– Należę do zakonu Smoków. Wróciłam z siedmiodniowej medytacji z domu rodu Sui.
Czysty i miękki głos zdezorientował strażników. Oprócz jednego, wszyscy zgodnie opuścili pistolety.
– Nie jestem szpiegiem.
Tamten prychnął. Pozostali, pod jego wpływem, znów popatrzyli na Kimiko podejrzliwie.
– Czy to nie dziwne, że kobieta mieszka w klasztorze dla mężczyzn?
Mina, którą Japonka zareagowała na te słowa, nie spodobała się przywódcy, bo wrzasnął:
– Nie lekceważ mnie, słonko.
– Nie zamierzałam, panie – zreflektowała się, choć umysł sklasyfikował człowieka przed sobą jako idiotę. – W Xiaolin od wieków uczyły się kobiety.
– Dawniej tak, ale dziś? – Uśmiechnął się drwiąco, ukazując idealnie białe zęby. Nie opuszczając broni, postawił kroki w stronę mniszki, lecz ona ani drgnęła. – Szkolisz się tu sama? Pod jednym dachem z tyloma mężczyznami?
Kimiko zaczęła nużyć ta rozmowa. Ci czterej natomiast sprawiali wrażenie podekscytowanych. Najgorsze, że jeden z nich ciągle zmniejszał dzielący ich dystans. Jeżeli zajdzie konieczność, rozbije sobie pięść na jego siekaczach.
Mimo to postanowiła zachować się kulturalnie i grzecznie polemizować z żołnierzem. Chase na pewno by zaaprobował.
– Wśród mnichów nie istnieje rozróżnienie na płeć. Wszyscy są wojownikami.
Rozbawiła go.
– W wiosce przebywają dziewice i mężatki – zaczął nagle zmienionym głosem. – Nie wolno nam na nie patrzeć. Ale ty wyglądasz na taką, co poznała deszcz i chmury.
Kimiko nie widziała związku przyczynowo-skutkowego między mężatkami a anomaliami pogodowymi. Zmarszczyła brwi, jednak z innego powodu. Gdzieś już obiło się jej o uszy słowo na „dzi”.
– Poeta! – parsknął kolega przywódcy. – Deszcz i chmury? Wiersze czytasz?
Smok Ognia nie odpowiedziała na dziwną zaczepkę, uśmiechnęła się za to. Nie przypuszczała, że żołnierze potrafią czytać.
Lecz strażnicy, zdaje się, opacznie to zrozumieli. Nasrożyli się.
– Jesteś kobietą niemoralną – zapadł werdykt. – Nie chronią cię żadne prawa.
Kimiko owionął jego rozpłomieniony oddech, gdy zatrzymał się wreszcie przed nią.
– Wiesz, po czym cię rozpoznałem? Jesteś zbyt piękna jak na zakonnice. I masz przebite uszy. – Otarł lufę karabinu do jej policzka. Źrenice dziewczyny zwęziły się, na co on zachichotał. – Staruszkowie nieźle się bawią. Mniszka. Niezłe! Nigdy nie ruchałem dziwki przebranej za mniszkę.
Początkowo planowała wybić mu zęby, ale wpadła na lepszy pomysł. Wycelowała pięścią w brzuch strażnika, a kiedy skurczył się z bólu i rozluźnił uścisk w dłoni, w której dzierżył broń, wyrwała mu ją. Kopnęła go w zgięcie kolana. Kość chrupnęła. Nim kompani zdążyli dobiec do rannego, oprawczyni założyła mu pod brodą pistolet. Tak zasłoniła się jego ciałem, że nie sposób było do niej strzelić bez narażania życia żołnierza.
Mężczyźni zastygli bez ruchu. Szukali słabego punktu obrony, ale zakładnik był zbyt wielki, a udawana mniszka taka drobna. Docisnęła karabin do przywódcy, aż zaczął się krztusić.
– Opuścić broń! – warknęła. – Mistrzu Fung! Mistrzu Zhi! Wpuśćcie mnie!
Krzyczała tak długo, dopóki bramy nie skrzypnęły i uchyliły się. Stary opat wyszedł na zewnątrz w asyście kapitana i innych mnichów. Uniósł brwi na widok Kimiko górującej nad żołnierzem.
– Co tu się dzieje? – zapytał ostrym tonem.
– A to, że ci ludzie powstrzymywali mnie przed wejściem do świątyni, nazwali niemoralną i chcieli zhańbić.
Kapitan splunął u stóp żołnierzy, ale uznając, że jest to za mało, spoliczkował najbliżej stojącego strażnika. Ośmielona jego oburzeniem Kimiko cisnęła broń przed siebie, aż uderzyła ona w mur Xiaolin, i z ostentacją popchnęła swą żywą tarczę, by upadła na piach. Bez strachu podeszła do mistrzów, a następnie oddała im niezbyt głęboki pokłon. Nic nie mówili, tylko Fung nieznacznym skinieniem kazał iść naprzód.
Znalazłszy się pod zimową śliwą, wzdrgnęła się ze wstrętem. Powietrze napęczniało odorem potu i prochu strzelniczego. Zadarła głowę, by przyjrzeć się żeglującym po niebie kłębom znamionującym burzę. Spychały promienie słońca aż po wierzchołek góry Song. Kimiko nie podobała się taka zmiana pogody. W Szanghaju jedynie pierwszy dzień upłynął pod znakiem deszczu, a przez kolejne Niebiosa zsyłały promienie i owiewały domy przyjemną bryzą.
Stojąc tak i obserwując świat poza klasztorem, pozwoliła, by otoczyli ją przyjaciele.
– Wróciłaś! – zagadnął żywo Omi.
Zabawne, w jego głosie nie dało się uchwycić niczego, co nosiłoby ślad wcześniejszej wrogości. Rzut oka na twarze tych dzieciaków upewnił Japonkę w ich czystych intencjach, zupełnie jakby chcieli się pogodzić. Wydęła usta. Nie mogła pozwolić na spoufalanie się z nimi.
– Zgadza się. Wróciłam – odparła oschle i wymknęła się z zaciśniętego wokół niej kręgu. – Niezłe cyrki wyprawialiście pod domem Ruling.
Omi i Clay spurpurowieli.
– My… to był pomysł Raimunda! – zarzekał się Smok Wody. – Chciał mieć pewność, czy naprawdę medytujesz, czy…
– Czy co?
Spiorunowała Brazylijczyka, imitując groźne spojrzenie Chase’a.
Tylko ktoś, kto nie uważa swego sumienia za zbrukane, mógł tak swobodnie skrzyżować ramiona na piersi i zmarszczyć grube brwi:
– Cały tydzień spędziłaś u Ruling?
Jakiś głęboko ukryty w ciele Kimiko mięsień skurczył się z przerażenia, ale zaraz do głosu doszedł rozsądek: „Nie muszę się z niczego tłumaczyć. Nie sprowokuje mnie”.
Przywołała na usta uśmiech, zwykle serwowany Chase’owi, gdy plótł głupoty.
– I słyszałam wasze piski, kiedy wylewała na was wodę.
Żałowała, że naprawdę nie była tego świadkiem. Wyobraźnia pomogła jej powetować tę stratę, kreśląc uroczy obrazek: bandę zmoczonych dzieciaków brodzących w błocie oraz śmiejącą się do rozpuku Ruling. Dzierżyła w rękach wiadro – symbol władzy nad wojownikami, wynikającą ze swej nietykalności i powalającej urody.
Raimundo poczerwieniał, ale nie zszedł z pękającego pod stopami lodu.
– Nigdy jej nie lubiłaś – wypomniał.
– To się zmieniło. Mam z nią więcej wspólnego niż z wami.
– Czyżby?
Wykrzywiła się w lodowatym uśmiechu.
– Obie jesteśmy kobietami. Rozumiemy się bez słów.
Celowo nie użyła słowa „dziewczynami”, by wzmocnić siłę dystansu między ich światami. Ciekawe, jak tacy chłopcy zareagowaliby na miesiączkę? Od siedmiu dni jest już prawdziwą kobietą, więc tym bardziej należy jej się większy szacunek.
Każdego z nich uraczyła spojrzeniem kryjącym w sobie coś jeszcze. Coś niedopowiedzianego, czego oni mieli się domyślać.
Odwróciła się od ich skonsternowanych gęb i skierowała się ku pagodzie mieszkalnej. Podejrzewała, że Fung pośle po nią wieczorem, toteż musiała się przygotować.

***

Pracowała bez wytchnienia przez resztę dnia, niezwykle starannie przerabiając gruby, zielony materiał na smoczą maskę. Nigdy nie przykładała się do szycia, bo kojarzyło się z nieprzyjemnymi, przedślubnymi obowiązkami. Dzięki wszystkim bogom tamte dni odeszły w najdalsze zakamarki pamięci. Obecna sytuacja uwypuklała zalety koncentrowania się na ręcznej robótce; górowała nad każdym innym pomysłem wypełnienia czasu. Po pierwsze, zbliżał się Chiński Nowy Rok. Święto nieodmiennie wiązało się z obdarowywaniem prezentami. Po drugie, raz już uszyła Chase’owi coś „smoczego”, więc czemu by ponownie nie podążyć tym kierunkiem? Po trzecie, przebieranie się za smoki było bardzo popularne, zwłaszcza na wybrzeżu Chin słynącym z finezji łączącej się z zetknięciem Wschodu i Zachodu. Dziewczynę inspirowała znakomita większość witryn sklepowych. Moda była czymś naprawdę fascynującym. W dodatku z Chase’a Younga emanował jakiś smoczy zew, jeśli tak to Kimiko mogła nazwać, toteż zamysł przebrania go za mitologiczną istotę wydał się jej na wskroś słusznym.
Przede wszystkim zaś kreatywne zadanie koiło nerwy, nie dopuszczając do serca złośliwych głosów wewnątrz niej oraz za drzwiami.
Czy zwycięży w słownej walce z Fungiem, gdy ten przewierci ją do cna wyblakłymi oczami?
Uderzenie w drzwi sprawiło, że omal wypadła jej igła. Wrócili.
– Siostro Kimiko, pssst, siostro Kimiko!
Westchnęła i popatrzyła daleko za szybę w oknie. Nas Lasem Smoka zbierało się coraz więcej chmur. Usiadła na parapecie i podniosła taftę pod światło. Dokładnie poprowadziła ściegi.
– Otwórz nam!
Po głosie rozpoznała Chang Ko i jego bandę. Nie wyciągnął żadnej lekcji z dnia, w którym spuściła mu lanie.
– Kimiko!
Marszczyła materiał, po czym przyszywała go do drewnianych szpul tworzących szkielet maski.
– Ty bezużyteczna larwo!
Znała gust Chase’a na tyle, by wiedzieć, że perełki i cekiny odstręczały go. Nie, ta maska musi odzwierciedlić czystość jego duszy. Piękno tkwi w prostocie.
Uderzyli jeszcze z parę razy, nim się poddali. Przynajmniej na razie.
Późnym popołudniem słońce wyjrzało na moment, co wystarczyło, żeby oślepić. Zanim pożre je noc – lub burza śnieżna – zapłonęło ostatni raz w geście pożegnania. Złoto wlało się do burego pokoju. Kimiko zakończyła pracę, z dumą lustrując swe dzieło. Schowała je dokładnie za pas adepta.
Nie wolno jej było stawić się przed opatem z odsłoniętymi uszami, gdyż nie chciała go na wstępie prowokować. Zaraz wydałoby się, że są przebite jak u świeckiej kobiety. Rozpuszczone także nie wchodziły w grę. Ułożyła więc włosy na wzór taoistycznych wojowników. Zebrała na sam przód. Na czubku głowy zawiązała ich garść. Musiała wyglądać jak kobieta próbująca udawać mężczyznę z V wiecznej ryciny. Przynajmniej nikt nie przezwie ją kokietką.
– Ty mała żmijo, Fung cię wzywa!
Zacisnęła usta w prostą linię. Nienawidziła ich. Dlaczego nie mogą zostawić ją w spokoju?
Utorowała sobie drogę przez drzwi nagłym kopnięciem, w efekcie czego strąciła czających się za nimi dręczycieli na ziemię.
Spojrzała na nich beznamiętnie i uśmiechnęła się z wyższością.
– Dzieciaki.
Dwóch z nich zagwizdało, kiedy zostawiała ich za plecami, lecz nie przejęła się tym. Wygrała to nieme stracie, zachowując spokój i dumę.
Trzeba oszczędzać siły na Funga.

***

Żołnierze chińskiej armii w dalszym ciągu pełnili wartę przed bramą domu opata. Owinięcie w watowane płaszcze przypominali Eskimosów widzianych przez Kimiko w elementarzach. Para wychodziła im z ust, kiedy czekała z założonymi ramionami, aż zostanie zaproszona. O czym myśleli, marznąc tu w bezgwiezdną noc? O jedzeniu i trzaskającym ogniu? Albo o uśmiechach swych matek i sióstr? Pomysły, które podrzucała empatia, wydawały się trafione. Gdyby nie to, że znajduje się pod opieką klasztoru, zapewne zaatakowaliby ją, a potem… kto wie, co z nią zrobili. Mimo odrazy porannego incydentu, współczuła tym biednym ludziom. Przecież groziła im śmierć. Żołnierze czy nie, też tęsknią za rodzinami.
Kimiko miała jednak własne problemy, żeby trwonić uwagę na obcych w mundurach. Ilekroć zaglądała przez szpaler bambusowych okiennic, żołądek zamarzał na kość. Nie bała się mnichów, bardziej tego, co się stanie, jeżeli jutro faktycznie nie pojawi się w Lesie Smoka. Chase dotrzymywał obietnic. Nic go nie łączyło z Xiaolin, chyba że jawną niechęć dałoby się uznać za wiążącą relację. Kusząca przed tygodniami wizja dramatycznego rozstania z zakonem wyblakła. Kimiko naprawdę chciała stąd odejść, ale bez walk. Nie znała liczebności armii Chase’a i nie paliła się, by ją poznać. Konflikt nie jest żadnym rozwiązaniem, bo każdy pociąga ofiary.
Mistrz Zhi rozsunął drzwi i skinieniem zezwolił na wejście.
Bursztynowe światło zakłuło Japonkę w oczy. Zaduch wewnątrz potęgowała sucha woń kadzidełek.
Na stole przed Fungiem leżały rozwinięte zwoje z inskrypcjami z czasów dynastii Song. Przepisywał je do czystego zwoju. Odbite od jego czaszki światło świec upodabniało mistrza do jaja.
– Kimiko – wypowiedział jej imię, jakby zaraz miało sprowadzić mu na głowę przekleństwo. – Wejdź.
Z premedytacją nie zwrócił się do niej „Smoku Ognia”, najwyraźniej inicjując grę otwartymi kartami. Nic jej już nie przysługiwało, a zwłaszcza tytuł.
„Świetnie”, Kimiko i tak zdążyło zbrzydnąć maskowanie faktów pod pozorną uprzejmością.
Pokłoniła się z kamienną twarzą.
– Siedmiodniowa przerwa od Xiaolin zdystansowała mnie do spraw świeckich – zaczęła.
Starzec zamruczał. Brwi rozwinęły się pod jego oczyma jak parasolki.
– Przerwa? Świeckich?
– Wojna nie powinna być sprawą dla mnicha. – Podeszła bliżej. – Ani zabawy w swatkę.
Nagana w głosie dziewczyny obeszła Funga.
– Zmieniłaś się, uczennico – zmienił temat, nie racząc na nią spojrzeć. – Pod wieloma względami. Pamiętam dzień twego przyjazdu. Byłaś posłuszna, wesoła, skłonna do nauki. Nie zapłakałaś nawet za swoim ojcem.
Przerwał, co Kimiko wzięła za zaproszenie do odpowiedzi.
– Zmiany są częścią życia. Po ośmiu latach nikt nie może pozostać taki sam.
– Ale ty dokonałaś ich w przeciągu pół roku.
Zacisnęła zęby, powstrzymując się przed wyjawieniem tajemnicy.
Fung wreszcie jej się przyjrzał.
– Niebiosa nie są tak kapryśne, jak wielu uważa. Nie odebrałyby ci daru bez powodu. – Lewy kącik ust uniósł się w półuśmiechu. – Musiałaś potężnie zgrzeszyć, skoro zamknęły się na ciebie.
Paskudna insynuacja zaciskała się na gardle i żołądku Kimiko. Nie po to tu przyszła. Nie, by wysłuchiwać czyichkolwiek kazań.
Z drugiej strony nie znała przyczyn nagłego wyparcia się jej. Przyszło dziewczynie na myśl, iż ten ostatni raz powinna posłuchać.
– Zdradź mi coś, Kimiko. – Nachylił się nad papierami, ściszając głos. – W jaki sposób sprzedałaś swą duszę?
Krew gwałtownie uderzyła jej do głowy. Jak mógł powiedzieć coś takiego równie bezczelnym tonem? Nie wytrzymała. Kopnęła w stół. Przesunął się o parę cali. Zwoje ześlizgnęły się z blatu i zamknęły z trzaskiem.
Fung zdębiał. Po chwili na jego policzkach wykwitły różowe plamy, a oczy błysnęły wściekłością.
– Przyznaj się, co zniszczyło twoje kung-fu?
– Nic nie zrobiłam!
Nigdy nie krzyczała w obecności mnicha. Przez ułamek sekundy poczuła się fatalnie – jak nie ona – ale zaraz dodała sobie animuszu, zwijając dłonie w pięści i przypominając sobie o ich haniebnych planach ślubu.
– Kłamiesz. Wyparłaś się Xiaolin i zdradziłaś człowieka, z którym połączyły cię Niebiosa.
Fung i Chase nie różnili się w jednym. Głosy obojga zawsze były spokojne niczym powierzchnia jeziora w upalny dzień. Koszmarnie ją drażniły.
– Nic nie zrobiłam – wycedziła, choć maleńka cząsteczka w niej, atom zaledwie, przyznawał staremu rację. Kto, jeśli nie ona, nie znienawidziła świątyni? Kto, jeśli nie ona, na przekór woli ojca postanowiła uciec? I…
„...kto, jeśli nie ja, dał się wyruchać obcemu mężczyźnie?”
Przełknęła ślinę.
Opat wstał powoli, ujmując w ręce laskę. Patrzył na Kimiko z jawną pogardą.
– Nauczyliśmy cię sztuk walki, wskazaliśmy drogę ku oświeceniu, traktowaliśmy jak dziedziczę, a nie mniszkę.
– Robiliście to, za co płacił wam ojciec – odzyskała parę w ustach i wyciągnęła przed siebie palec. – Powinnam okazywać wdzięczność za to, że planowaliście mnie sprzedać?
Żyłka na skroni oponenta zarysowała się wyraźnie, co Kimiko wzięła za zły znak. Nigdy go takim nie widziała. Jednak nie mogła się wycofać, nie teraz, gdy wreszcie wyrzuciła z siebie krzywdy.
– Miałaś tu zostać i przynieść nam pecha? Bezużyteczna dziewczyno, nie rozumiesz, że Niebiosa cię wyklęły? Idzie wojna. Tym bardziej nie zostaniesz przy nas.
Uderzył pięścią w stół.
„Czy on naprawdę myśli, że chciałabym tu zostać?”
Spurpurowiała z gniewu.
– Dlatego sama stąd odejdę.
– Ciekawe, kto przyjmie pod dach przeklętą mniszkę?
– Mój kochanek!
Fung wytrzeszczył oczy.
Po plecach Kimiko spłynęły dwie krople potu.
Wypuściła powietrze ustami. W pomieszczeniu zapadła cisza. Doskonale słychać było skrobiące o dach gałęzie śliw.
– Nie dawałem wiary plotkom. Do teraz – wyszeptał ze srogo zmrużonymi oczami. – Już wiem, co zwróciło cię z drogi do Nirwany.
Przybliżył się do Japonki, a ona cofneła się o dokładnie tyle samo kroków.
– Wiesz, co rzekłby twój ojciec, gdyby tu teraz stał? Zhańbiłaś imię swoje i naraziłaś rodzinę na śmieszność, skalałaś klasztor. Tak cię cipa swędziała, że nie mogłaś poczekać, aż wygramy wojnę? Po wszystkim poślubiłabyś syna namiestnika i żyła jak księżniczka.
Mówił tak głośno, że Kimiko nie miała wątpliwości, iż słyszeli go żołnierze, a pewnie i cały klasztor.
– To twoja wina! Dlatego chłopak leży w trumnie! Dlatego namiestnik żąda natychmiastowego odwetu!
Chociaż liczył sobie z osiemdziesiąt lat, refleksem dorównywał młodzieńcowi. Wycelował laską w czuły punkt nad pępkiem. Kimiko zamarła. W pierwszej chwili pomyślała: „to koniec”. Precyzja uderzenia przeniknęła jej mięśnie, niczym wystrzelony z bliska pocisk. Drugiem, lekkim ciosem Fung przewrócił ją na ziemię. Nie mogła krzyczeć ani się ruszać. Tylko wytrzeszczone ze zdziwienia oczy i płynące z nich łzy świadczyły o bólu, jaki rozdzierał jej brzuch.
Nie spadł na nią żaden nowy cios, a mimo to doznała wrażenia, ktoś wbił w ucho rozgrzany do białości pręt i teraz penetrował czaszkę. Niczego nie widziała. Słyszała zaś doskonale szurającą po podłodze szatę.
– Wychowywaliśmy cię najlepiej, jak umieliśmy. Byłaś jednym z czterech Wybrańców. Pisałem o was w zwojach. Widziałem w waszej drużynie mieszańców wyjątkowe pokolenie. Świat ległby wam do stóp, ale ty zepsułaś naszą ciężką pracę, wybierając grzeszne życie dzikich kwiatów!
Z drętwiejących ust wyciekła Kimiko ślina. Wiedziała, że zaraz siła ciosu upośledzi aparat mowy. Chciała coś jeszcze powiedzieć Fungowi i tylko jedno przychodziło na myśl. Opat najwidoczniej też oczekiwał słowa od zdegradowanej uczennicy. Prychnął i zimna laska wsunęła się pod policzek Kimiko, by zwrócić jej twarz w stronę światła. Dziewczyna mogła się przekonać, co czują krety, gdy coś każe im opuścić mroki ziemi i wyjść na słońce w zenicie.
– Jeżeli… skrzywdzicie mnie, on was zabije… – wybełkotała. – On zniszczy…
Musiał się nad nią pochylić, bo owionął ją starczy oddech.
– O czym ty mówisz?
Ciemna plama przed oczami nabrała ostrości. Usta Funga wykrzywiał zły grymas.
– Odpowiadaj.
– On was zabije – powtórzyła, siląc się na mściwy uśmiech.
Chwila ciszy.
– Mistrzu zhi! Chodź tu!
Fala rezonansowa przepłynęła podłogą spod energicznie stawianych stóp pomocnika opata. Naradzali się szeptem. Mięśnie Kimiko na powrót zaczęły reagować. Spróbowała się podnieść. Powstrzymał ją nowy cios w brzuch.
– Weź mnichów… zawleczecie do celi… jedzenia i wody.
Minęło parę minut, ale dla powalonej wojowniczki zdawały się paroma wiecznościami. W pokoju pojawiły się obce głosy. A może znajome? Cztery pary rąk złapało za jej kostki nóg i przeguby. Zawisła w powietrzu.
– ...nam jakimś człowiekiem.
– Mistrzu…
– … sto ciosów.
– … musi poczekać.
Strzępy dialogu starców odprowadziły ją na zewnątrz. Napięty głos Zhi nie pozostawiał złudzeń – to, co ma się wydarzyć, nadchodzi.
Zdenerwowanie brata udzieliło się Fungowi. Opadł na fotel, pierwszy raz od dawna doświadczając ciężaru swych lat.
– Rozumiem namiestnika, ale postąpił nieroztropnie – mruknął.
– Mistrzu, mnisi ze wszystkich klasztorów ślą ostrzeżenia. Wojsko przekroczyło terytorium powiatu. Wstrzymano legalny transport. Nikt z wiosek już nie ucieknie.
Opat otarł pot z czoła. W jego oczach na przemian tliła się bezsilność i gniew.
– Idą prosto na nas – dokończył Zhi.
– Nie przypominaj mi o tym co chwila.
Zajął miejsce przy stole, po czym podniósł zwój. Spojrzał na brata z kamienną twarzą.
– Musimy pokładać nadzieję w Smoki.

***

Zabrali Kimiko do celi, której okno – prostokątna dziura tuż nad sufitem – wychodziła na Las Smoka. Nocny koncert dzikiego świata działał usypiająca, a równocześnie uniemożliwiał zapadnięcie w głęboki sen. Świadomość Kimiko dryfowała zatem w strumieniu szumu, chociaż ciało leżało na lodowatej ziemi.
Pasemka światła latarni pełzły po ścianach. Dziewczyna mogłaby wstać, wspiąć się do okna i wydostać się na zewnątrz. Albo wyważyć drewniane drzwi. Błahostka. Problem w tym, że cios Funga tymczasowo sparaliżował jej układ nerwowy. Spomiędzy warg nie wydobywało się już nic składnego. Co jakiś czas traciła wzrok.
Jak to się teraz mówiło? Dała klapę.
Nie oszukiwała się, że mistrzowie tak po prostu ją wypuszczą.
Nie przypuszczała też, że zostanie zamknięta, a wcześniej pobita.
„No dobrze, nie musiałam demolować mu gabinetu”, przyznała ze skruchą.
Lecz emocje okazały się silniejsze, a szansa zbyt kusząca. Wreszcie wykrzyczała swój ból. Usłyszano ją. Efekt nie był powalający, ale gdyby nie spróbowała rozliczyć się z przeszłością, nigdy by sobie nie wybaczyła.
Jeśli Niebiosa naprawdę sprzyjały klasztorowi, chyba zgłupiały.
Pod plecami czuła maskę smoka, zaledwie małe wybrzuszenie, a mimo to przypominające o kimś, kto chciał ją taką, jaką była. Myśl o przyjacielu powstrzymywała kondukt czarnych scenariuszy.
Chase Young ją uwolni, o ile sama sobie nie poradzi. Wystarczy zamknąć oczy i czekać. Magazynować siły przed kolejnym starciem. Wyjdzie stąd, nie miała żadnych wątpliwości.

Meh, ostatnio coś pozbawiłam tego bloga roli internetowego pamiętnika. Niedobrze. :c Chciaż mam wrażenie, że i tak zwracam się do duchów, ale cóż. Jeśli to gdzieś upublicznie, w jakiś sposób będzie miało moc sprawczą w moim mojej głowie. Jee! xd

LS jest na wykończeniu. Po nim mam zamiar na serio zająć się karierą naukową *doktoracie, zdobędę cię* oraz spełnianiem paru marzeń, a jednym z nich jest – niespodzianka! – napisanie książki.
Jako że Chamiko wciąż głęboko siedzi mi w sercu i coś nie chce z niego wyjść, skupię się na blogu chamiko-oneshots, na którym świerszcze grają. Odrębnego bloga nie mam w planach, ale kilka mniejszych historii owszem. Zastanawiałam się jeszcze nad shotami Innej Wersji, o których kiedyś pisałam, ale... sądzę, że nie miałoby to sensu.

A propos Innej Wersji i nagłym wyparowaniem roziałów. Zła wiadomość jest taka, że nie wrócą ani w tym roku, ani w następnym. Wiążę się to z dobrą wiadomością, której może niektórzy czytelnicy zdążyli się domyśleć. ;) W swoim czasie opublikuję na IW stosowną notkę, a tymczasem zycze miłego tygodnia! ^^

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz