15 maj 2018

Rozdział 20




Czerwień lampionów torujących sobie drogę przez okno rozpłynęła się. Na zewnątrz szarzało. Kimiko rozgrzewała stawy. Choć oszołomiona, doskonale wiedziała, co musi zrobić.
Wyobraziła sobie Chase’a. Wcale na nią nie czekał, bo odgadł, że Fung dał jej odczuć swój gniew. Zapewne z zaciętością na twarzy i z mieczem w ręku kontemplował najsłabsze punkty w linii obrony Xiaolin.
Wizja ta nie budziła entuzjazmu. Kimiko wcale nie pałała chęcią odwetu. Po prostu chciała stąd odejść, nienawiść przekuć w wybaczenie i zacząć nowe życie. Pisma wyraźnie mówiły, że w chwilach największych pokus i prób wypływa zdolność człowieka do trzymania się swoich wartości. Skoro straciła już wszelkie możliwe cnoty, łączące ją z wizerunkiem tamtej Kimiko, zachowa sobie przynajmniej tą. Zdumiewające, jak lodowata noc, bez możliwości poruszenie choćby palcem, uczy pokory.
Czas opuścić świątynie milczenia.
Dziewczyna wymacała pęknięcia w kamiennym murze, chropowate obszary i małe wenki.
„Dam radę”.
Zaprawiona w sztuce wymykania się przez okna i wspinania po pozornie płaskich ścianach wczepiła się w mur. Ostrożnie wdrapała się pod samo okno. Tkwiły w nim dwa drewniane pręty. Przyłożyła do nich nos. Wyczuła subtelną woń zepsucia. Drewno zbutwiało, toteż uderzając pięścią, szybko je wyłamała. Postąpiła identycznie z drugą przeszkodą. Szczęśliwie, średnica okna liczyła sobie więcej niż obwód jej bioder.
„W takich chwilach cieszę się, że jestem węższa od Ruling”.
Zerknęła jeszcze przez ramię, upewniając się, że nikt nie stoi przy jej więzieniu. W korytarzach zalegała cisza dusząca niczym gęsta smoła. O dziwo nie sposób było dostrzec żadnego strażnika, jakby uważali, że mają większe problemy niż pilnowanie zdegradowanego Smoka Ognia.
Wstał rześki poranek. Wczorajsze chmury powędrowały dalej, odsłaniając potężny kawał nieba. Kimiko widziała doskonale gęsty las. Nawoływał, kusząc perspektywą swobody. Chciała odpowiedzieć na to wezwanie.
Prześlizgnęła się przez okno. Schodząc w dół, dygotała.
„O wiele prościej byłoby oderwać się od ściany i polecieć w ciemną toń z krzykiem wolności na ustach.”
Garść piasku posypała się spod jej rąk i stóp.
– Skup się, skup się…
Powtarzając tę mantrę, w końcu bezpiecznie dotknęła stopami trawy. Otarła wnętrza dłoni o spodnie, znacząc je brunatnymi smugami.
Przypuszczała, że bramę obstawiają żołnierze. Bezpieczniej więc przedrzeć się przez środek wału. Pomysł na tyle głupi, że żaden ze strażników nie weźmie go pod uwagę. Doświadczenie we wspinaczce bardziej pomoże jej wydostać się stąd niż dawna umiejętność wyczarowywania ognia.
Rozglądając się wokół, na ugiętych kolanach obrała kierunek do muru świątynnego.

***

Życie nigdy nie przypomina bajek. Jeśli okazuje się zbyt łatwe, to dlatego, żeby potem zrobiło się niemożliwie trudno. Kimiko przyszły na myśl te oklepane aforyzmy, kiedy ujrzała bandę michów i żołnierzy przechadzających się wzdłuż xiaolińskiej fortyfikacji. Wychodząc zza drzew zamarła na dwie sekundy, po czym wycofała się lotem błyskawicy.
„Widzieli mnie? Widzieli! Na pewno! Tamten chłopak mógł mnie widzieć… Co zrobiłby Chase?”
Przede wszystkim nie panikował.
Złapała się za serce i wyobraziła sobie cudowny smak malin ogrzanych słońcem. Poczuła się względnie uspokojona.
A teraz rozejrzyj się w sytuacji i obmyśl strategię.
„Ta sytuacja wymaga działania, nie myślenia!”
Dialog Kimiko ze swoim umysłem trwał kilka chwil, nim wreszcie wyściubiła nos zza kryjówki. Zgromadzenie pod murem stało swobodnie, niektórzy z dłońmi wbitymi w kieszenie.
Czas gonił, ale w postawie tych ludzie kryło się coś, co wykluczało, iż wiedzą o ucieczce więźnia. Naliczyła trzech współbraci z kręgami wokół oczu. Dwaj towarzyszący im żołnierze również wyglądali na niewyspanych.
„No tak, zaraz zmienią wartę…”
Bicie serca Japonki wzmocniło się. Oto nadarza się okazja.
Nasłuchując alarmu o zbiegu, a jednocześnie obserwując zmianę koloru nieba z szarego na mleczny, niecierpliwiła się. Narastało w niej napięcie. Cokolwiek się wydarzy, będzie jak katalizator wybudzający do życia, do działania, do szybkich decyzji. Kimiko wolała odsuwać od siebie myśl, że nie podoła.
Wczepiła palce w wilgotną ziemię.
„Jeśli zawiedziesz, nie zobaczysz ryżu przed rok!”
Gargulce na budynkach wydawały się z niej szydzić. Mówić, że wysiłki są nadaremne. Nigdy nie opuści tej świątyni.
Zamknęła oczy. Krew szumiała jej w uszach. Fale gorąca uderzały w twarz, to znów odpływały. Oczekiwanie wydawało się wiecznością. Żołądek skręcił się z głodu, kiedy słońce wyszło zza horyzontu i oświetliło na różowo blanki świątynne.
Przy murze nastąpiło ożywienie. Usłyszała nowe kroki.
– Teraz my was zamienimy – powiedział Omi.
Musiała zatkać sobie usta, by nie pisnąć.
O ile ze zwykłymi mnichami poradziłaby sobie, tak w starciu ze Smokiem szanse malały do zera. Wyjrzała zza kryjówki. Sytuacja okazała się gorsza: dzieciakowi towarzyszył Clay. Przeszyło Kimiko złe przeczucie.
Strażnicy pozdrowili adeptów i przeciągnęli się wymownie jak jeden mąż.
– Odpocznijcie – dodał kowboj.
Po chwili na placu zostali tylko oni i jakiś starszy mnich. Usiedli pod wistarią, a wtedy Smok Ziemi wyciągnął zza bazuchy ryżowe kulki. Ślina napłynęła do ust Kimiko. Normalnie już dawno powinna być po pikniku w Lesie Smoka. Chase nakarmiłby ją, pocałował, a potem pokazał swój miecz i kazałby go jej naostrzyć.
„Miecz…”
Spojrzała na gargulce.
Wszędzie w Xiaolin ukryto broń.
Wycofała się pod mur sali medytacji, okrążyła budynek i wdrapała się na dach. Rozglądała się po rzeźbach i wyjmowała z ich pleców różne rodzaje mieczy. Większość z nich przeżarła rdza, co wnioskowała po tym, jak ciężko się je wydobywało. Tkwiły tu chyba dla pokazu. Przeszła na drugi koniec dachu. Musiała uważać, ponieważ ta strona budynku wychodziła na mały plac, który teraz zaczął się wypełniać sennymi jeszcze mnichami. Na swój sposób czuła się dotknięta. Nikt widać nie zauważył, że uciekła. Nikt nie zawracał sobie nią głowy, tak niewiele znaczyła.
Potarła wilgotne oczy i zabrała się za ostrożne przeszukiwanie dachu. Przeklinając klasztor w duchu, zadawała bezgłośne pytanie: na co idą pieniądze darczyńców? Wreszcie znalazła bardziej zdatną do użycia broń; krótki nóż z bambusową klingą. Zawsze coś. Wróciła na krawędź dachu wychodzącą na las, niemal się czołgając. Chłopcy dalej siedzieli pod drzewem. Dyskutowali o czymś szeptem. Kimiko zastanawiała się, gdzie się podziewa Raimudno? Wysilając wzrok, szacowała szansę. Szybko porzuciła pomysł wielkiego skoku. Z pustym żołądkiem, obolałymi kośćmi i armią uzbrojonych po zęby żołnierzy wydałaby na siebie wyrok. Musiała działać subtelniej.
Zeszła na ziemię i podeszła do krzaków. Broń schowała za pas adepta. Zaczerpnęła głęboko powietrza, po czym opuściła kryjówkę, jakby nigdy nic się wydarzyło.
Omi i Clay popatrzyli po sobie zdumieni.
– Co tu robisz? – zawołał Smok Wody, zanim zdążyła do nich podejść.
Kimiko postawiła wszystko na jednej karcie, bo tak naprawdę nie wiedziała, co zaszło tej nocy w klasztorze. Czy dawni przyjaciele wiedzą o gniewie Funga? Po ich na poły zatroskanych, na poły zdystansowanych minach wnioskowała, że nie.
– Gdzie Rai?
– Rozciąga się na placu. Co t y tu robisz? Powinnaś szykować się do walki.
„Walki?”, chciała zapytać, ale w porę się zatrzymała. Coś jej nie pasowało.
– To samo co wy. Pilnuję tej części fortyfikacji. – Wskazała palcem na stare mury, a na widok skonsternowania malującego się na twarzach mnichów dopowiedziała: – Mistrz nie życzył sobie, abym mieszała się do walk. Wiecie, przez ogień…
Teraz wydawali się przekonani. Kimiko uspokoiła się. Miała dobrą kartę. Zagra nią, jak umie najlepiej.
– Wy powinniście trenować. Ten ostatni raz… – zwiesiła rozpaczliwie głos.
Omi poklepał ją po ramieniu. Resztką woli powstrzymała się przed drgnięciem.
– Przyjaciółko, kazano nam przyjrzeć się murom, ale skoro ty tu jesteś, faktycznie możemy odejść.
Przytaknęła, nie wierząc w swoje szczęście. Stary mnich siedzący pod drzewem chrapał cichutko. Smoki odchodziły w milczeniu. Kimiko czuła ogromne podniecenie, aż rozbolał ją brzuch. Ciało wyrywało się do ucieczki, jednak na wszelki wypadek odczekała parę minut, nim wspięła się na mur. Wreszcie jej głowa wyjrzała zza falowanej dachówki. Las Smoka był tak blisko, podobnie jak świt. Westchnęła i przeskoczyła ostatnią barierę ku wolności. Dygocząc z emocji, upadła na trawę. Tatuaż i ostrze przy biodrze zdawały się parzyć. Zmarznięte zielsko rozkosznie chłodziło. Maska smoka zaś cudownie grzała. Między nogami czuła coś jak łagodne trzepotanie motylich skrzydeł.
Odzyskała wolność.
Prawie.
Przywołała się do porządku. Choć wyszła poza obszar Xiaolin, nie czuła się bezpiecznie. W czerwonej bluzie ktoś mógłby ją dostrzec i zastrzelić. Z drugiej strony, szaty w tych okolicach jednoznacznie określały jej pozycję smoczej wojowniczki, toteż postanowiła ich nie ściągać.
Przywarła aż do samej ziemi. Na zmianę czołgając się i biegnąc w kuckach, oddaliła się od klasztoru. Wraz z każdym pokonanym krokiem jej serce ściskała radość. Las Smoka otworzył szansę przygody, tak jak wtedy, za pierwszym razem, w noc Święta Środka Jesieni.
Zima – niedoceniana pora roku, do dziś przywodzić będzie skojarzenie pełnej swobody, pomyślała. Łany traw pachniały intensywniej. Gniotła je, płosząc kruki. Nie zastanawiała się nad niczym. Każdym zmysłem chłonęła wolność; miała posmak malin.
„Faktycznie możemy odejść”, zagrzmiało w uszach niby huk błyskawicy.
Znieruchomiała się w jednej trzeciej do celu. Otworzyła usta, wypuszczając kłąb pary.
Skąd ten nagły strach?
Za łatwo poszło.
Wiatr chłostał po spoconych plecach. Wprawiał w kołysania wyschnięte kłosy. Nóż za pasem nabrał ciężkości. Przełknęła ślinę. Bała się spojrzeć za siebie. Las Smoka jęczał. Pole mruczało sennie. Kimiko mocniej biło serce. Kruki buszujące w trawie darły się wniebogłosy.
A tropiciele zamarli w oczekiwaniu na posunięcia zwierzyny. Powietrze nasiąkło ich ożywieniem. Przestrzelą zdrajczyni tyłek, gdy tylko ją dopadną.
Wpadła w pułapkę. Omi i Clay specjalnie ułatwili jej ucieczkę. Zaraz zostanie otoczona, na krótko nim postawi nogę w Lesie – prosty scenariusz.
Zagarnęła w pięści grudy ziemi i kamyki. Cel, zbyt bliski, by poddać się bez walki, dodał jej otuchy. Przecież Chase obiecał się nią opiekować. Wyczuwała jego obecność, także teraz. Zacisnęła zęby, wstając. Nie będzie się ukrywać, skoro i tak ją widzą. Odbierze im zabawę w kota i mszykę. Zwinęła dłonie w pięści, by z wysoko podniesionym czołem kontynuować wędrówkę.
„Nie skrzywdzą mnie”.
Z bijącym sercem weszła w cień rzucany przez drzewa. Tam ją dopadli. Szelest szat i tupanie stóp w leśnym sanktuarium zdawał się świętokradztwem. Odwróciła się do nich. Do trójki Smoków. Przywitała ich z nienawiścią wypisaną na twarzy.
– Co ty sobie wyobrażasz? – wybuchnął Omi.
Nie zadrżał Kimiko najdrobniejszy mięsień.
– Już dość tych sekretów – wsparł go Raimundo. – Przyniosłaś hańbę klasztorowi. Gdzie się włóczyłaś przez ostatnie siedem dni?
Zamachnął się, by ją uderzyć. Dziewczyna wydobyła zza pasa nóż i ugodziła Brazylijczyka. Krew trysnęła na pobliskie drzewo. Chłopak jęknął, bardziej z zaskoczenia niż z bólu.
Z satysfakcją, ale i przerażeniem podziwiała swoje działo; rozerwaną koszulę i rozciętą skórę.
– Nigdy nie podnoś na mnie ręki, rozumiesz? – wycedziła, celując w nich końcem ostrza.
– Ty głupia suko!
Zaśmiała się gorzko.
– Śmiało. Zabijcie mnie. Za to, że chodzę do Lasu Smoka!
– Po co to robisz? – zaskrzeczał Clay.
– Moja sprawa. – Zacisnęła dłoń na broni. – Patrzcie na siebie: zgraja dzieciaków śledząca byle dziewczynę. Co za niegodne zachowanie! Poskarżcie mistrzowi, dalej! Ja już dawno nie należę do waszej śmiesznej szkółki!
– Oszalała! – zawołał Omi, po czym wyczarował w nad sobą wir wodny. – Zanieśmy ją do Xiaolin.
Towarzysze przytaknęli.
Kimiko uciekła w krzaki, wcześniej rzucając w nich nóż. Odnotowała wrzask ugodzonego Claya.
Po niezliczonych wędrówkach i spacerach po dziczy, czuła się tu jak na swoim terenie. Znała go lepiej niż ktokolwiek. Obrała drogę na polanę, azyl jej miłości. Chłopcy, nawet z magią żywiołów, poruszali się niezdarnie. Przeskakując po kamieniach nad zamarzniętym bagnem, wiedziała, że Omi będzie chciał wykorzystać jego potencjał i zatopić ją pod warstwą błota. Szybko jednak skoczyła na lianę i wdrapała się na drzewo. Przeskakiwała z gałęzi na gałąź i zdążyła nadrobić sporo drogi, nim pościg zrozumiał, że wymknęła się im górą.
Już tak blisko do domu, do Chase’a, do bezpieczeństwa. Zdawało jej się, że słyszy melodię. Muzyka zrodzona z szarpnięć za struny starożytnego instrumentu wyznaczała Kimiko drogę.
Skoczyła na drzewo wutong. W tej samej chwili spadła, oszołomiona ciosem w plecy.
– Trafiłem ją!
Triumfalny okrzyk Raimunda zlał się w wirze kolorowych plam przed oczyma. Ziemia przygotowała dla niej kamienie otulone w gruby mech. Ból w klatce piersiowej wycisnął z ust Kimiko oddech. Musiało pęknąć jej żebro.
– Dziwka!
Kopnięcie w bok brzucha wydawało się dziwnie lekkie. Przeniosła spojrzenie na rękę, po której spływało coś ciepłego. Spadając z drzewa, zdarła z palców skórę.
Smok Wiatru splunął jej w twarz.
– Dostaniesz taką nauczkę, że…!
– Przyjacielu, przestań! To niehonorowe!
– Chciała mnie zabić!
– Osądzą ją mistrzowie. Weźmy ją do klasztoru.
– Słyszeliście?
– Zdradziła nas!
– Przestań! Teraz jest inne prawo.
– Rozstrzelają ją!
– Co z tego?!
– Zamknąć się! Nie słyszycie?
Kimiko podniosła się powoli. Tym razem nikt jej nie nie uderzył. Otoczyła ją cisza, tuląc jak poduszka po dniu trudów. Czuła tylko ciepło spod palców oraz ból głowy i żeber. Ciężko oddychała. Dotknęła się pod lewą piersią. Szata nie była mokra ani brudna. Widać żebro nie przebiło skóry.
Zaszlochała, mimo iż żadna łza nie opuściła oczu. Znów wszystko zepsuła. Jedyne, czego chciała, to aby wszystko już się skończyło. Jeśli taka jest wola Niebios, to jeśli o nią chodzi, może nawet skonać w tym lesie. Tu, gdzie leży. Przy drzewie wutong. Rozejrzała się wokoło. Śliczne miejsce: spocznie na miękkim mchu, zakrytym przed wiatrem krzewami dzikich bzów. A wiosna zmieni Las Smoka nie do poznania. Pojawią się młode zwierzęta.
– Co to jest?! – wołał głucho któryś z tych złych ludzi.
Kimiko skupiła uwagę na kamieniach. Na okrągłe, podłużne i trójkątne. Jedne były szare, inne kolorowe. Spomiędzy nich błysnęło coś drobnego. Białe robaczki, dość grube. Nie ruszały się. Zmarszczyła brwi. Pogładziła robaki placem. Nie zareagowały. Ich suchy w dotyku, zimny pancerz przywodził skoarzenie z kośćmi kurczaka, które jako dziecko dotknęła, przegrywając zakład z kuzynkami. Robaki tworzyły konstelację. Źrenice Kimiko rozszerzyły się. Rozczapierzyła palce swojej ręki i wszystko zrozumiała.
Podniosła wyżej głowę.
Na polanie stał smok.
Stał na dwóch nogach.
Wielki, z zieloną łuską i kolcami biegnącymi od łba po wijący się ogon. Właśnie rozdzierał szponami plecy Claya.
Świat na powrót odzyskał dźwięk. Uszy dziewczyny wypełnił straszliwy wrzask.
– Kimiko, ratuj! – Głos Raimunda docierał spod stóp smoczej bestii. – Nie chcę umierać!
Krztusił się krwią, która już musiała wypełnić mu płuca. Za późno więc na pomoc medyczną. Potwór owinął ciało Omiego ogonem i gniótł go, równocześnie uderzając jego głową o drzewo. Na korze pozostawały skrawki skóry i mięśni.
Król Smoków mordował złych mnichów na jej oczach, a ona patrzyła na to, oparta o wutong. Zaskomlała ciuchutko, wtulając się w drzewo.
Cisnął ich ciała w zieloną kipiel.
Nie do wiary, potężni wojownicy, perły xiaolińskich nauk…
„...nie żyli?”
Stwór poruszył łbem, jakby rozgrzewał sobie stawy przed kolejnym polowaniem. Wnętrzności Kimiko skurczyły się. Król Smoków w niczym nie przypominał stwora z legend. Bliżej mu do potwora z koszmarów niż strażnika nauk.
Zwrócił się w kierunku Japonki. Mierzyła się z nim wzrokiem, byle nie patrzeć na zakrwawione łapska i szpony. Złote ślepia pałały wściekłością.
Złote ślepia.
Skuliła się, kręcąc głową.
„Jego oczy…”
Wielki jaszczur musiał odczytać to, co przeniknęło jej umysł, ponieważ nagle spuścił łeb niby skarcony szczeniak. Kimiko siedziała sparaliżowana, nie tyle ze strachu przed demonstracją przemocy, a wiedzą, która odsłaniała się przed nią powoli. Ona i Król Smoków znali się. Nawet bardzo dobrze.
Kolce na grzbiecie bestii zmieniły się we włosy, ogon skarlał i zniknął, a w miejsce zielonej łuski weszły gładko jedwabne szaty. Kimiko podciągnęła się na nogi, wspomagając się pniem wutong.
Żyła dotąd w świecie ulepionym z cukru, teraz zaś nadchodził koszmar.
Nie zmienili swoich miejsc. Stali bez ruchu, jedno zależne od decyzji drugiego.
W końcu Chase przerwał milczenie:
– Kiedyś opowiedziałem ci bajkę.
Wiedziała, co usłyszy i to odebrało jej oddech. Oczywiście, pamiętała bajkę o człowieku, który – jak wówczas powiedziała – zasłużył na karę. Z własnej głupoty stracił człowieczeństwo, mówiła. Niebiosa są dla niego zamknięte.
Krew mnichów lśniła na trawie, a ich ciała leżały bez ducha. Dzieło księcia Heylinu.
– Ja nim jestem, Kimiko – powiedział, znając tor jej myśli.
Odwróciła się do niego plecami. Opierała się o drzewo, po czym nachyliła się nad ziemią i zwymiotowała żółcią. Oblał ją zimny pot. Zerwała zeschnięty liść i wytarła nim sobie usta. Postąpiła dwa kroki w przód i jeszcze jeden, i znowu. Weszła na ich polanę. Przytłumione światło budzącego się dnia nadało jej niebieskozielonej barwy. Kimiko słyszała wyraźnie śmiechy z przeszłości, echo rozmów i czułych słów. Bicie dwóch łączących się serc.
Nie rzucił się za nią, kiedy pobiegła przez las.
Gałęzie drzew skrobały jej ubrania i skórę, liście wplątywały się we włosy, lecz nie zważała na to. Chciała uciec od prawdy. Od odpowiedzialności za śmierć. Od księcia Heylinu.
Dobiegła do jeziorka. Przedarła się przez krzaki. Zaśmiała się na głos, co przypominało skowyt psa. O ironio, od tych zarośli wszystko się zaczęło. Z chlustem wpadła do lodowatej wody, która wręcz patrzyła i w której mieszkały smoki. Te prawdziwe, dobre, kochane smoki.
– Gdzie jesteście?
Chwytała garście wody ulatującej jej między palcami. Mąciła liście na tafli. Wzbijala w górę tuany błota pod stopami. Piekła ją twarz, ręce i całe ciało – jezioro wypłukiwało z jej ran leśny brud. Najbardziej jednak bolało biodro. Nie miejsce, gdzie uderzyła, spadając z drzewa, a tatuaż. Ślepie gada – jego oko, od początku j e g o oko. Emblemat księcia Heylin znaczył jej ciało.
Rozpłakała się bardziej. Nie mogła znaleźć smoków. A już na pewno nie mogła zrozumieć, czemu uciekła? Skoro obiecała sobie stać się silną, powinna rozliczyć się też z nim…
Zadarła głowę. Przez kosmatą kopułę z trudem przenikało światło. Las Smoka nie zabijał. Las Smoka był zwykłym lasem, takim jak każdy. Chase uczynił go osobliwym. Mrocznym. Ludzie bali się tu zapuszczać, bo tak życzył sobie książę Heylinu. Bo to jest jego samotnia.
– Dla mnie zrobił wyjątek…
Sięgnęła za pas adepta. Wyczuła pod nim miękki materiał i roześmiała się przez łzy. Wcale się nie pomyliła; Chase w rzeczywistości miał zielone łuski!
Przytuliła maskę do piersi, po czym wyszła z jeziorka i skierowała się w stronę polany.

***

Nie oszukuj się, upominał zdrowy rozsądek. Nie ma go tu.
Ale część Kimiko, która prowadziła jej nogi, gdy umysł pustoszył huragan, słyszała muzykę. Dźwięki strun narastały. Chase mówił, że gra na cytrze nauczyła go subtelności. Doświadczyła owoców tych nauk w lesie, w pociągu, Szanghaju.
I miała nadzieję doświadczać ich wciąż.
– Nie powinnam uciekać. Przepraszam.
Wymówiła te słowa łagodnie, jeszcze zanim jej noga stanęła na polanie. Starała się nie patrzeć na ciała mnichów. Wystarczająco dobrze wyobrażała sobie roje much łażących po ich zastygłych na wieki ustach.
– Nie musisz za nic przepraszać – odpowiedział, nadal grając.
– Czyli nie jesteś Królem Smoków.
– Nie.
– Więc kim?
Księciem Heylin, oczywiście. Złym księciem z bajki, jakąś abstrakcją, cudacznym wymysłem z pogranicza fikcji a historii. To za mało.
Otworzył oczy i popatrzył na nią z bezgranicznym smutkiem.
– Tą samą osobą, która opowiadała ci bajki, karmiła malinami, zabrała cię do miasta i z którą wędrowałaś po niebie.
Powstrzymała łzy, choć barki zadrgały jak w febrze.
– Mówiłeś, że niebo jest dla ciebie zamknięte!
Uśmiechnął się.
– Wiedziałem, że nie zaakceptowałabyś mnie, gdybym na początku zdradził, że należę do cieni. Czy nie słusznie? – Poruszył się tak, jakby oczekiwał potwierdzenia.
Wyjęła zza pasa zawiniątko, nieco zmoczoną maskę. Wychwyciła zdumiony wzrok Chase’a.
– Byłam smokiem z tytułu, ty jesteś smokiem z klątwy… – Jej głos złamał się jak sucha gałąź. – Przepraszam.
– Za co?
– Uciekłam.
Zmniejszając między nimi dystans, widziała tężniejące mięśnie jego twarzy. Ktoś obserwujący ich z boku, uznałby zapewne, że dziewczyna zbliża się do bestii.
Chyba gdzieś słyszała taką bajkę.
– Miałaś pełne prawo – odparł. – Wreszcie się dowiedziałaś, że mogę cię skrzywdzić.
Kimiko wtuliła maskę smoka do piersi.
– Gdybyś naprawdę tego chciał, dawno leżałabym tu martwa.
Przestał grać. Bez muzyki atmosfera nabrała na ciężkości. Cisza wwiercała się w uszy.
– Skąd wiesz, że nigdy nie chciałem?
Nie zadrżała od razu, wiedziała przecież, że Chase lubi słowne zabawy. Dopiero po chwili uświadomiła sobie niepewność swej sytuacji. Co z tego, co tworzyło jej rzeczywistość, było prawdziwe, a co zainscenizowane?
W milczeniu pokazała mu maskę, osłaniając sobie pół twarzy.
Przyglądał się temu z ciekawością myśliwego, pomyślała.
– Jesteśmy smokami. Oboje – wytłumaczyła, a kiedy prychnął, dodała: – W Xiaolin są ludzie, którzy planowali mnie sprzedać. Nie okłamałeś mnie co do ich chciwości. Skoro Xiaolin ma swoje za uszami, Heylin nie może składać się wyłącznie ze złoczyńców. Muszą należeć do niego osoby, które choć trochę kierują się honorem.
Usiadła przed nim, kładąc mu na kolana maskę.
– Czcze życzenia. – Posłał jej zgryźliwy uśmiech. – Oszukałem cię.
– Bo się… bałeś. Tak?
Prychnął ponownie i potrząsnął głową.
– Nie zawsze miałem wobec ciebie uczciwe plany. Jak możesz nie zważać na coś takiego?
Kimiko westchnęła ciężko.
– Nie wiem, w jakim stopniu skrzywiłeś mi obraz świata. – Obdarzył go długim spojrzeniem. – A jednak ani przez chwilę nie wątpiłam, że drzemie w tobie dobro.
Wstał gwałtownie. Mimo iż dziewczyna spodziewała się wybuchu złości w reakcji na swe słowa, skuliła się w obawie przed ciosem. Okrążył ją dwukrotnie, po czym ujął za podbórdek, każąc na siebie spojrzeć. Nie uciekała wzrokiem, ponieważ chciała patrzeć mu w oczy nawet gdyby zamierzał skręcić jej kark i wyrwać serce, by je pożreć.
– Kimiko – wysyczał przenikliwie, aż cierpła skóra – czasem krążą mi po głowie różne pomysły, aby cię skrzywdzić. – Pochylił się nad nią. Ich twarz prawie się ze sobą zetknęły. – Potrafię je do siebie nie dopuszczać, kontrolować, ale one istnieją. Nie przeraża cię to?
Nie zwlekała z odpowiedzią:
– Skoro je kontrolujesz, znaczy, że ich nie chcesz… Bo jesteś dobry.
Zacisnął palce.
– To, co mną kierowało, nie nazywa się dobro, a honor. Dzięki niemu zachowuję się jak człowiek, ale to nie znaczy, że do ludzi należę. Unikam emocji, ponieważ doprowadzają do tego, co dziś widziałaś. Zachowując czysty umysł, umiem trzymać instynkty w ryzach. Nie muszę ulegać temu, co podsuwają.
– To czemu dziś pokazałeś mi się takim?
– Zobaczyłem, co zamierzają z tobą zrobić. Zaślepił mnie gniew.
Mówił bez krzty żalu. Japonce zrobiło się niedobrze, bo co takiego planowali mnisi, że emocja zmusiła Chase’a do przemiany?
– Te myśli… co konkretnie nakazują ci zrobić? Na przykład teraz?
Kucnął przy niej. Kimiko domyśliła się, że bada reakcje jej ciała. Czy odsunie się, czy zadrży, czy umrze ze strachu? Starała się całą siłą woli sprawiać wrażenie spokojnej, acz nieco oszołomionej dziewczyny, której umysł wcale nie tonie w otchłani zagubienia.
– Znienawidzisz mnie.
Przełknęła ślinę.
– Mówiąc mi, uwolnisz się od tego, co ci ciąży.
Pogłaskał ją po policzku. Poczuła lód na skórze, kiedy Chase odcisnął na niej krew mnichów.
– Przeciąłbym ci skórę brzucha i wypatroszył. Jeszcze byś żyła, podczas gdy okręcałbym ci jelita wokół drzewa za nami, a potem podpalił je na twoich gasnących oczach.
Żołądek Kimiko wszczął rewolucję. Soki przelewały się w nim, rzucając wyzwanie rozszalałym monsunom.
– W porządku – wyszeptała.
Przyjrzał się jej uważnie.
– Tylko tyle?
– Ta skażona strona ciebie każe tak ze mną postąpić, ale przecież składasz się z wielu stron. Udaje im się okiełznać tą najgorszą.
– Czyżby?
Tak, zabite z zimną krwią Smoki Xiaolin przeczyły tym słowom, a mimo to Kimiko nie zamierzała się poddać.
– Ty pierwszy mnie zaakceptowałeś. Głupią Japonkę i durną mniszkę.
– Ty zaakceptowałaś mnie jako mordercę smoków – zrewanżował się, lecz nie pozwolił jej zmienić tematu. – A teraz musisz pogodzić się z tą zbrodnią. – Skinął w stronę mnisich ciał.
Pokręciła energicznie głową.
– Musisz zabijać, aby żyć.
– Żyć…
Zarzuciła mu ramiona na szyję, czego Chase zupełnie się nie spodziewał.
– Oszalałaś – wykrztusił, tuląc ją i zagłębiając twarz w jej włosach.
Nie wątpiła ani przez chwilę, że może go pocałować. Nie szukała w jego oczach zgody, po prostu zrobiła to, co wydawało się najwłaściwsze. Pocałunkami dawała do zrozumienia, że nadal go kocha. Nic się nie zmieniło. Chase od początku mówił, że nie jest dobrym człowiekiem, a zatem nigdy nie skłamał. Na swój sposób był szczery.
– Pragnę cię właśnie takiego – szepnęła mu do ucha. – Chcę dać ci szczęście, Wasza Wysokość.
Pierwszy raz się tak do niego zwróciła, co musiało mu się spodobać, a przy okazji wprawić w nie lada zdumienie. Kimiko już znała jego słabość do władzy. Dwoma słowami zrzekła się części swej wolności, ale żądała czegoś w zamian. Chase ulegnie. Jego rozpłomieniony wzrok i natarczywie błądzące po niej dłonie ugruntowały ją w tym przeświadczeniu.
– Nie stanę przed twoimi przodkami jako kochanka ani konkubina – ostrzegła.
– Jako księżniczka?
Posłała mu figlarny uśmiech.
– Wystarczy mi bycie żoną.
Ślady łez żłobiących brud na jej policzkach wysłchły. Chase jakby dopiero teraz je dostrzegł. Chwycił dziewczynę za dłoń i pociągnął do strumienia. Usiedli na trawie. Książę nachylił się nad wodą, otarł z krwi ręce, a następnie obmył twarz swojej małej perełki przy użyciu chusteczki. Zajaśniała w kolorach świtu niby klejnot. Upajał się tym widokiem.
Kimiko zaś wciąż wzruszał ją fakt, że trzyma to brzydactwo przy sobie. Pogłaskała go po spiczastym uchu. Szczęście na wzór promieni słońca znów wyjrzały zza chmur i ozłociło jej świat.
– Wytłumaczyli ci, czemu straciłaś Dar Smoka? – wyszeptał niespodziewanie.
Rozchyliła usta, lecz nie oderwała ręki od twarzy Chase’a.
– Gasł w tobie ogień, bo oddalałaś się od źródła tej łaski. Z chwilą gdy mnie poznałaś, potem zapragnęłaś. Planując ucieczkę, zrzekłaś się go na zawsze.
Zassała powietrze przez usta. Czyli taka jest cena za miłość – potępienie.
– Obiecałem, że nie odbiorę ci marzenia stania się Smokiem. To było dla ciebie ważne: wiara, moralność, pas Smoka. Wiedziałem o tym, a mimo to zawiodłem cię.
– O czym ty mówisz?
Jej oczy poczerwieniały od łez, gdyż słowa Chase’a brzmiały jak zapowiedź katastrofy.
– Usprawiedliwia cię twoja młodość i niewinność, wiesz? – Uśmiechnął się przepraszająco i uszczypnął ją w policzek. – Lecz to za mało, by przebłagać Niebiosa, aby przywróciły ci Dar. Dopóki nie zerwiesz ze mną kontaktu.
– Nigdy!
Złapała za rękaw zielonego hanfu i potrząsła nim. Otoczył ją ramionami. Płakała mu cicho w pierś, powtarzając „nigdy”.
– To zaszło za daleko – mruknął. – Perełko, bezmyślnie pozbawiłem cię szczęścia. Wiedziałem, czym jest dla ciebie Dar. Miałem w domu tysiąc konkubin. Poznałem rozkosz przebywania z kobietą. A mimo to okradłem cię z dobra.
– Nic mi nie ukradłeś. Oddałam ci wszystko dobrowolnie – łkała tak, że trudno ją było zrozumieć.
– Pytałeś mnie, czy cię kocham. Prawdziwie kochający człowiek nigdy nie powinien stawiać drugiego w podobnej sytuacji. Swą porywczością skazałem cię na cierpienia. Czy tylko doczesne, czy wieczne, to się jeszcze okaże.
Chase starał się naprostować bieg jej myśli, tyle że Kimiko nie myślała, a czuła. Buzowały w niej rozmaite emocje. Gdyby możliwym było ukazać jednocześnie żal, szczęście i wściekłość, dałaby upust swym emocjom.
Kucnęła przy przyjacielu, zetknęła się z nim biodrem. Wolała już nic nie mówić niż coś zepsuć. I tak balansowali na cienkiej linii. Umysł wydawał się wielką rozdętą chmurą; lada chwila zrodzi burzę wszechczasów, czemu zaradzić mogło tylko jedno – czas.
Las Smoka po raz kolejny im pomógł. Stworzył głęboką ciszę oplatająca uszy. Japonka zanurzyła palce w strumieniu. Szemrzał, niosąc ze sobą ziarenka piasku. Liczyła je, jakby od tego zależała przyszłość.
„Dziewięćdziesiąt jeden, dziewięćdziesiąt dwa, dziewięćdziesiąt trzy…
Raz lub dwa kątem oka zerknęła na Chase’a. Wyciosane z kamienia oblicze, wzrok sięgający daleko stąd, wiatr czeszący grzywę, oto cały on. Do pełni obrazu brakowało zupy ze smoka. Nie do wiary, że są wrogami. Trudno przychodziło Kimiko przyjąć ten fakt do wiadomości. Chase odsłonił przed nią różne swoje oblicza i w żadnym z nich nie wyczuła potwora.
Piasek płynął z prądem. Straciła rachubę. Przeniosła wzrok na księcia Heylin, tym razem demonstracyjnie. Oparła się łokciami o ziemię.
– Rozbierz mnie, mój przyjacielu.
Popatrzył na nią z rozbawieniem.
– Jesteś w szoku, Kimiko. Nie myślisz logicznie.
– Zgadza się, nie myślę. Pragnę kochać się z księciem Heylin.
Ta deklaracja wybrzmiała tak odważnie, że zdziwiła ich oboje. Zwarta i gotowa do działania postać Chase’a świadczyła, iż nie może się doczekać, by się na nią rzucić.
– Skąd znasz takie słowo? Zawsze mówisz ruchać.
– Ruling wszystko mi wytłumaczyła.
Otarła łzy, a następnie położyła się na trawie zupełnie. Ręce i nogi rozłożyła, tak by miał do niej swobodny dostęp. Oczy zasnuła mgła rozmarzenia. Koleżanka twierdziła też, że uwielbia chłonąć wzrokiem moment oczekiwania, zanim mężczyzna wślizgnie się w nią, toteż Kimiko śledziła dokumentnie, jak książę opuszcza spodnie. Ściągnął z niej bluzę i stanik dopiero po ty, jak się w nią wpasował. Uważał chyba, że najpierw musi zaspokoić jej żądne czułości krocze, a dopiero potem swój wzrok.
– Jesteś moim smokiem – wysapał. – I moją perełką.
Oczywiście, że jego. Siedemnaście lat temu opuściła brzuch matki po to, by zjednoczyć się z nim jako towarzyszka nudy. Możliwe, że była reinkarnacją jakiejś faworyty z przeszłości, ale to nieważne. Wiedzieli o sobie tyle, ile na ten moment powinni, a mają do dyspozycji wieczność, aby poznawać się bardziej.
– Nie uciekaj wzrokiem.
Pogłaskał ją po policzku.
– Uwielbiam patrzeć, kiedy odpływasz, wiesz?
Patrzyli więc na siebie intensywnie i głęboko, kochając się świadomie, wiedząc, kim są. Bez fałszu czy obaw o niezrozumienie.
Po wszystkim zakreśliła okrąg na piersi Chase’a.
– Czy ono należy do mnie? – mruknęła.
– Chciałbym, aby tak się stało. – Posłał jej uśmiech, dziwnie nieśmiały.
Pocałował ją w bark, potem w ramię. Wzruszenie ścisnęło gardłem Kimiko. Nie przerywając mu w wędrówce ustami po jej skórze, oznajmiła:
– Sądzę, że nie wiesz, czy to, co czujesz, jest miłością.
– A czy sama wiesz, czym na pewno jest miłość?
Zastanowiła się przez chwilę. Chase tymczasem doszedł aż do jej brzucha. Sunął na sam dół, lecz nagle zatrzymał się i skręcił w prawo, aby ugryźć ją tam, gdzie ją naznaczył.
Zaśmiała się.
– Tworzymy parę cudaków. Wydajesz się przepełniony doświadczeniami, szukasz od nich wyciszenia, stąd twoje zdystansowanie. Ja wiem tak niewiele, muszę się od ciebie uczyć.
– Perełko, powiedziałbym raczej, że jesteśmy swoimi przeciwieństwami.
Zaplotła ramiona pod głową, wodząc wzrokiem po poszarpanej linii drzew. Musiała się go o coś zapytać.
– Czy… czy twoja matka cię kochała?
Jego język jakby zmiękł. Podniósł głowę spomiędzy ud dziewczyny patrzył na nią jak na chodzącą zagadkę.
– Nie poznałem jej, Kimiko – wyznał bez żalu. – Sądzę jednak, że tak. A przynajmniej chciałbym w to wierzyć.
Wbiła łokcie w ziemię i podniosła się, by go pogłaskać.
– Na pewno cię kochała. I na pewno była wspaniała.
Uśmiechnął się, marszcząc przy tym nos.
– Na jakiej podstawie wysuwasz takie wnioski?
Teraz już usiadła przed nim i otoczyła go ramieniem.
– Jej syn jest wyjątkowy. – Celowo nie nazwała go „dobrym”
Czas w lesie upływał pod znakiem słodyczy. Budzący się dzień osnuł parę kochanków złotym welonem. Umysł dziewczyny pracował wolno, rejestrując źdźbła traw czesane zimnym wiatrem. Chase opatulił ich płaszczem, że nie dało się wyczuć dokuczliwego chłodu. Tylko ciepło oraz uśpione pożądanie pulsujące w różnych miejscach pod skórą.
– Jeśli zostanę z tobą, czy zawsze będzie między nami tak, jak teraz? – szepnęła sennie.
Zaczął skubać jej ucho, nie pozwalając odpłynąć na dobre.
– Związek to materia żywa. Nie da się przewidzieć, dokąd nas zaprowadzi.
Kiwnęła głową. Pomimo lekkiego bólu czuła, jak ciało traci na wadze i opada w sen ulepiony ze szczęścia.
Kiedy odzyskała świadomośc tego, gdzie się znajduje, najpierw się przestraszyła. Słońce wisiało wysoko na niebie, czyniąc świat dookoła innym niż go znała. Rozproszyła się niebieskawa poświata. Dzień pozbawił Lasu Smoka półmroku, a wraz z nim tajemnic.
– Cśśś, spokojnie.
Głos Chase’a działał jak balsam.
– Która godzina?
– Tak jakoś południe – zachichotał. – Przegapiłaś obiad.
W chwili, gdy mówił te słowa, polaną wstrząsnął ryk dobiegający z brzucha Kimiko.
Zarumieniła się.
– Teraz mogłabym zjeść nawet smażoną sałatę...
– A wystarczą maliny?
Skinął podbródkiem za plecy Japonki. Odwróciła się i pisnęła na widok tac z jedzeniem. Otuliła się szczelniej płaszczem.
– Ktoś mnie widział?
– Nie pozwoliłbym na to. – Uszczypnął ją w policzek, po czym sięgnął po zupę ze smoka. – Nie śpiesz się, perełko. Wszystko skończy się dobrze.

***

Dobrze.
A zatem w milczącym bezmiarze żalu przyglądała się językom ognia trawiącym światynię. Podmuchy gorąca smagały twarze podglądaczy. Kimiko dotknęła suchych liści dębu drżących z przerażenia. Świat, jaki znali – ona i drzewo – spalał się w gniewie. Syk pożaru oraz szczęk broni armii generała krzyżujący się z połączonymi siłami Xiaolin i żołnierzy Republiki przyprawiał o dreszcze.
– Chcieli wojny… Tego się bałam.
Czerwone refleksy pląsały po jej policzkach, gdy tak przyglądali się historii – upadkowi kolebki sztuk walki. Kimiko mocno chwyciła Chase’a za dłoń.
– Nawet ze Smokami nie mieliby szans – zawyrokował, odwzajemniając uścisk.
– Nie zdążyłam zabrać Piasku Czasu ani spinek.
– Shen Gong Wu nie działa i sprawię ci nową biżuterię.
Pokręciła głową i załkała:
– Ależ nosiłam je ze sobą w Szanghaju. Są pamiątką!
– Typowa kobieca słabość: przywiązanie do reliktów przeszłości.
Zmierzyła go ostro wzrokiem.
– Sam jesteś relikt.
– Dlatego liczę na dozgodne przywiązanie.
Dźgnęła go pod żebrami, chcąc się odegrać. Chase nawet się nie poruszył, niewrażliwy na tego rodzaju bodźce. Kimiko pomyślała, że ta sytuacja balansuje nad przepaścią groteski. Świątynia Xiaolin i mnisi giną na wojnie, a oni nie dość, że przyglądają się temu, to jeszcze się przekomarzają. Jednakże w spojrzeniu ukochanego czaiło się coś poza złośliwością. Wzruszenie i satysfakcja, oto co. Z jego punktu widzenia przygoda faktycznie zakończyła się dobrze. Zobaczył upadek znienawidzonej świątyni i zjednał sobie dziewczynę. W dodatku już nie musiał udawać. Ona natomiast od dziś będzie uznana za martwą. Dla Rulng – oby szczęśliwe dotarła na wybrzeże – dla rodziny, kraju i Xiaolin.
Narodzi się jako partnerka księcia Heylin.
– Chodźmy stąd.
– Sądziłam, że chcesz się napatrzeć.
Oplótł ją w talii, odgarnął włosy i polizał po uchu.
– Napatrzyłem się do woli. Teraz trzeba świętować.
Wtuliła się w niego, chłonąc moc pulsująca mu pod szatami.
– Ty nigdy się nie męczysz, co?
– Przekonasz się.
W niebo wystrzeliły odłamki cegieł i dachówek. Zawtórowały im potępieńcze krzyki, a potem wystrzały, jakby słonecznym dniem zawładnęła niewidzialna burza. W powietrzu wisiał czarny pył; śmierdział spalenizną i swędział w kontakcie z oczami.
Chase otoczył głowę Kimiko dłońmi i sczepił ich czoła.
– A pamiętasz bajkę o dziewczynie, która uratowała życie synowi Króla Smoków? – zapytał enigmatycznym tonem.
Przytaknęła.
– Zamknij oczy. Przeniosę cię do domu.
Zaczerpnęła powietrza, po raz ostatni patrząc na Las Smoka. Umierająca ze strachu przed ogniem zielonobrązowa kipiel nieokiełznanej natury.
„Nasz Las”, pomyślała, obejmując czułym wzrokiem dzikie meandry i zielone poszycie.
Wtuliła się Chase’a i zacisnęła powieki.
Był niezwykłym człowiekiem, skoro przez cały czas opowiadał o sobie bajkami.
Kiedy jakaś siła oderwała ją od ziemi, Kimiko obezwładniło jedno tylko uczucie: bezgraniczna miłość odbierająca dech i zatrzymująca serce.

2 komentarze:

  1. Oho to wygląda jak koniec. Przynajmniej jakiegoś etapu tej historii.
    Miałam krótką przerwę od pisania, ale udało mi się nadrobić zaległości. Na pewno będę trzymać kciuki za twoją karierę naukową i literackie marzenia. Pięknie piszesz i myślę że gdybym miała okazję kupić twoją książkę to bym to zrobiła :)

    Co do samych wydarzeń. Kimiko urosła w moich oczach. Miałam rację - ona powoli dojrzewa i nabiera charakteru. Bardzo podoba mi się też to że nie ma tu bajki i chociaż bałam się tragedii bólu i końca świta, nie zawiodłaś mnie. Jest fajnie ale nie super słodko.
    Świetna akcja z klsztorem i smokami Nie byli chyba tacy źli, ale chcieli ją skrzywdzić, więc niech gniją :D

    Na razie tyle bo na telefonie trudno cokolwiek rozsądnego napisać

    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  2. Łooo, jaki piękny nowy szablon! Ten blog to normalnie okaz!

    OdpowiedzUsuń