11 cze 2018

Rozdział 21


Gęsty, bursztynowy olejek wylewał się z tubki wprost na nogi, znacząc je ciągiem hieroglifów. Palce wtarły go w ciało, czyniąc je bardziej lśniącym niż oblodzona nawierzchnia szosy o poranku. Jednakże lepiej już świecić się jak psu jaja niż narazić wrażliwą skórę na poparzenia.
Zsunęła okulary z głowy na nos. Słońce prażyło niemiłosiernie, co wcale nie przeszkadzało tłumom dzieciaków z liceum odbijać między sobą piłki plażowej. Dziewczyny szczebiotały, gdy męska część drużyny popisywała się pokracznie wykonywanymi akrobacjami. Darli się przy tym, że głowa bolała.
Kimiko rozciągnęła się na leżaku. Mimo atrakcji w postaci przekrzykującej się gawiedzi doszła do wniosku, że w gruncie rzeczy nie mogłaby się obyć bez świadomości życia pulsującego obok niej. W domu miesiącami potrafiło być cicho, toteż każda odmiana wydawała się lepsza. Śmiech chronił przed rutyną. Witając z uśmiechem gorące promienie słońca, palcami lepkimi od olejku do opalania żłobiła w piasku koryta.
– Ale laska.
Słowa te, wypowiedziane po angielsku, padły bardzo blisko i ani przez chwilę nie miała wątpliwości, do kogo się odnosiły. Przekręciła głowę, niby od tak, chcąc opalić drugi policzek. Szczenięcy głos prowadził do chłopaczka w okresie pokwitania. On i kolega zajmowali miejsca dwa leżaki dalej, dyskretnie zerkając w jej stronę. Cudzoziemcy, jak przypuszczała, Amerykanie. Puścili durnowate techno, sącząc cole z puszek, przy czym mieli takie miny, jakby w puszkach znajdowało się co najmniej piwo.
„O Królu Smoków, co się porobiło z tą młodzieżą?”
Hałaśliwa, pewna siebie, przemądrzała i śpiesząca do dorosłości. Upierdliwe bachory.
„Za moich czasów…”
Kimiko drgnęła. Nierzadko przyłapywała się na tej typowej starczej przypadłości nazywanej gderaniem o przeszłości i wciąż nie umiała przywyknąć. Zachichotała głośno i opętańczo, co przykuło uwagę urlopowiczów.
Padł na na nią cień. Zanim zdążyła się zorientować, odkryta skóra brzucha zetknęła się z przenikliwie zimnym kubkiem z lodami.
– Chaseee!
– Co?
Podniosła się i wyrwała mu z rąk swoją porcję deseru. Skrzywiła się, oceniwszy zawartość.
– Chciałam z malinami.
– Wykupili. – Usiadł obok. – Truskawki też są smaczne, nie narzekaj. Musiałem stać w kolejce…
Pogłaskała go policzku.
– Doceniam twoje poświęcenie – wyszeptała czule – ale trzeba już było wziąć bananowe.
Domyśliła się, że wzniósł oczy ku niebu zza szkieł swoich okularów.
Rozkoszowali się deserami w ciszy, obserwując niemal płaską taflę morza ginącą w oddali. Słońce załamywało na niej promienie, bawiąc sie w biegłego iliuzjionistę. Tysiąc różowych i złotych pereł ścieliło się przed ich oczami.
– Wiesz co, jutro poszlibyśmy do kina.
– Widziałem plakat film z zakonnicą i lalką
Kimiko skrzywiła się.
– Znów na horror? Nie, wybierzmy coś wesołego. Na przykład Avengersów.
– Co ty widzisz w facetach w rajstopach?
Zsunęła z nosa okulary, popatrzyła mu znacząco w ślepia i zatrzepotała zalotnie, na co Chase uszczypnął ją w nogę.
– Lecz się, Kimiko.
Nadchodził wieczór. Amerykanie dawno sobie poszli. Rodziny z dziećmi i bandy uczniów zbierały powoli swoje puszki i papierowe talerzyki. Trzepały koce i szurały bluzy z kapturami zakładane na spalone ciała.
– Niesamowite, że tu kiedyś były moczary… – zauważyła, kiedy matka przed nimi szarpała za rękę wyjącego bachora.
– Chcę zostać! – wrzeszczał, doprowadzając kobietę do czerwonych plam na twarzy.
Na jej miejscu rozwaliłaby mu ten przerośnięty łeb. Chase zaś wyglądał na tylko odrobinę zmęczonego.
– Świat zmienia się w zawrotnym tempie. Pięćset lat temu wszystko przebiegało… spokojniej.
Zerwał się wiatr i wprawił w ruch ziarenka na powierzchni morza piasku. Kimiko wyciągnęła rękę; zatlił się na niej płomień, który po chwili wystrzelił w górę i rozpłynął się, by zginąć w deszczu czarnych iskier.
– Bieda z ciebie – zakpił Chase, nie odmówiwszy sobie kolejnego uszczypnięcia jej w udo.
Odwdzięczyła się, sprzedając mu cios pięścią w ramię.
– Idzie mi coraz lepiej.
W gruncie rzeczy nie mógł zaprzeczyć. Kimiko coraz lepiej odnajdywała się w swojej roli i z nowymi mocami.
Wstali z leżaka, strzepnęli z siebie nawzajem piasek – żadne nie omieszkało nie musnąc się się tu i ówdzie – i ruszyli promenadą.
– Głupi kocur – mruknął wojownik po chwili – oczywiście nie zaparkował nie tam, gdzie trzeba.
Kimiko wzruszyła ramionami i wyprzedziła go o trzy kroki. Skakała radośnie, raz po raz wykonywała salta, wprawiając w zdumienie bądź zachwyt szanghajczyków i turystów. Chase obserwował ukochaną z dumą. Żywił podziw wobec jej gibkiego i wiecznie żarliwego ciała. Dla wielu taka partnerka była nieosiągalna, jak poranne, erotyczne marzenie, które znika, gdy rozchyli się powieki i ujrzy przed sobą chrapiącą, obrastającą tłuszczem niemłodą już ślubną. Kimiko tryskała energią i dobrym humorem, czym często go denerwowała, ale o wiele częściej zniewalała. W tych neonowych spodenkach i obcisłej bluzce wydrukowanej wulgarnymi napisami wyglądała jak dziewczyna urodzona i wychowana w XXI wieku.
W dwóch susach znalazł się przy niej, gdy robiła mostek, złapał ją za biodra i podrzucił do góry, docisnął do siebie, tak aby ich twarze znalazły się naprzeciw sobie.
– Popsułeś mi zabawę – jęknęła, ale oplotła go nogami ciasno wokół bioder.
Uśmiechnął się przebiegle.
– Zakręciłoby ci się w głowie.
– Jasne.
Szli tak parę minut, mijając przechodniów i budki z jedzeniem.
Wszystko wskazywało, że Chase nie zamierzał jej puścić, więc postanowiła drania ukarać. Ponieważ nie mogli zrzucić ciuchów w miejscu publicznym, z lisim wyrazem twarzy zaczęła delikatnie ocierać się o niego. Na efekt nie trzeba było czekać. Stwardniał, aż miło.
– Jakże mi przykro, nie masz jak wsadzić.
Akurat mijali kobiety prowadzące dzieci w wózkach.
– Za to ja sobie jeszcze pomolestuję, ok? – zamruczała jak kotek wprost do jego ucha. Chase jednak nie poddawał się. Zacisnął palce na pośladkach Kimiko, ciesząc uszy jej skowytem.
Już chciał rzucić jakąś groźbą, ale kątem oka dostrzegł wyłaniającą się ze świateł latarni znajomą limuzynę. Kotki i ich wyczucie! Nigdy nie zawodzą. Skierował się w ich stronę, co Kimiko nie miała prawa zauważyć, zbyt zajęta wspinaniem się do chmur.
Jebak dyskretnie otworzył drzwi.
– Współczuję – szepnęła mała zołza. – Chciałbyś przelecieć, a nie możesz.
– Czyżby?
Wsunął ją sprawnie do środka, rzucając na tylne siedzenia. Śmiała się jak wariatka. Jego kochana wariatka.
– Zamknij szybę szofera – zwrócił się do wojownika, a następnie wszedł do auta.
Wierny kotek zatrzasnął za nim drzwi.

***

Kimiko bardzo dobrze odnajdywała się w rzeczywistości nowych mediów, błyskawicznej komunikacji i barów szybkiej obsługi. Jedyne, co jej przeszkadzało, co czyniło świat XXI wieku gorszym od XX, to coraz wyższe budynki i światła neonów zasłaniające nocne niebo. Nigdy nie pogodziła się z faktem, że aby zobaczyć księżyc i drogę mleczną w pełnej krasie, trzeba wyjść na zupełne pustkowie.
– Wierzysz, że oni tam są? – zapytała, przylepiając nosek do szyby.
– Jacy oni, perełko?
Otuliła nogi ramionami. Dobrze znał ten nieprzytomny gest.
– No… oni. Żona łucznika i biały królik.
Zaśmiał się, podchodząc do niej i całując w czoło.
– Nie wyrosłaś z bajek.
– A spadaj. Ja wiem swoje.
– To sobie wiedz. – Uszczypnął ją lekko w policzek, na co ona ziewnęła.
Wtuliła się w niego i pozwoliła zanieść do łóżka. Chase zsunął z niej spodenki i bluzkę, nakrył kołdrą, po czym pogłaskał po włosach.
– Kolorowych koszmarów.
Znalazła nieco siły, by pacnąć go w twarz.
– Też cię kocham, jaszczureczko.
Ta jej ulubiona pieszczota całkowicie go rozbrajała. Z jednej strony czuł pulsującą na czole żyłkę, a z drugiej nie mógłby przeżyć dnia bez tego słowa, o czym Kimiko wiedziała i co perfidnie wykorzystywała. Wpadł w księżycyzm, jak uważała. Czasem on był słońcem dla niej, innym razem na odwrót. Cóż, równowaga rzecz święta.
Książe Heylin podszedł do okna. Pękata czasza księżyca ginęła w burzy refleksów klubów i restauracji.
W głębi ducha rozumiał Kimiko doskonale. Świat po prostu zbrzydł. Ciekawe, jakich kształtów nabierze, kiedy potęga Heylin wreszcie wyjdzie z ukrycia i go zdominuje? W głowie kreślił miły scenariusz: najpierw upadnie Szanghaj, potem reszta Chin. Nieco później rzuci się na Rosję, a jak dobrze pójdzie, tego samego roku rozbroi USA. Cała reszta na końcu. Kobiety będą musiały chodzić w hanfu, a mężczyźni zapuszczać włosy. Ich codzienna modlitwa zacznie się od inwokacji do cesarza-dyktatora.
„Perfekcja”.
Często odpływał w podobne marzenia. Przeżywał je intensywnie, acz krótko. W końcu obiecał tej małej poczwarce za nim, że przełom XX i XXI wieku, taki jaki jest, należy do niej.
Usiadł w fotelu, wyłożył stopy na biurko. Strącił przy tym konsolę Kimiko. Zerwał się bezszelestnie i pochwycił ją nad podłogą. Zauważył, że nasilił próby przypadkowego zniszczenia durnego urządzenia pochłaniającego czas i uwagę Kimiko. Niestety, jako że nigdy niczego nie upuścił, bo zawsze zdążył to przechwycić, nagła niezdarność wydałaby się jej podejrzana. Ze wstrętem odstawił nowoczesne diabelstwo. Kurde, sam lubił sobie pograć. Co za świat.
„Rozkażę Jebakowi, by to posuł.”
Widział w ciemności, więc nie potrzebował światła, aby przejrzeć dzisiejszego New York Timesa. Tytuły na nagłówkach przekrzykiwały się, walcząc o uwagę czytelnika. Olewał je wszystkie. Wertując kartki, zbliżał się do artykułu, dla którego kupił gazetę.
Znalazł. Serce przyśpieszyło obroty. Rzucił szybkie spojrzenie na wybrzuszenie pod kołdrą. Kimiko wtulała się w poduszkę z mocą człowieka trzymajacego się kurczowo swoich marzeń. Starannie rozłożył gazetę na kolanach.
„Wywiad ze stu dziesieciolatką – jak wyglądał świat przedwojennych Chin?”
Uśmiechnął się jak na widok starej przyjaciółki. Ze zdjęcia patrzyła na niego wysuszona, zdjęta artretyzmem kobieta spowita w wysokiej jakości jedwabie i brylanty. Za nią wyłaniała się półka z porcelaną. U nóg łasiły się grube koty.
Opuszczając Chiny, byłam bardzo dziecinna. Wierzyłam, że spotka mnie przygoda, tak inna od życia, jakie wiodłam na polach ryżowych przy rodzicach.
Chase prychnął – bez złośliwości. Momentalnie przypomniał mu się wieczór w Lesie Smoka i zaznane przyjemności.
Ze szczytu gór wznosił się klasztor Xiaolin. Różnił się od dzisiejszego, bo dopiero otwierał drzwi turystom.
Wyobraził sobie półuśmiech trącący szyderą, gdy o tym opowiadała. Co najistotniejsze w myślach wyglądała świeżo i pięknie. W niebieskim mundurku, z uszminkowanymi ustami, tchnąca oparami szanghajskich perfum.
Jako dziecko bawiłam się z mnichami, często na skraju lasu. Okoliczni nazywali go Lasem Smoka. Bałam się go trochę. Ot, jeden z tych lęków bez namacalnej przyczyny, a i tak paraliżuje. Może to przeczucie, że zawsze ktoś nas obserwował z ukrycia? W każdym razie, znaną mi osobą, która darzyła go uczuciem, była jedyna mniszka w tym zakonie, moja przyjaciółka.
Co się z nią stało?, zapytał dziennikarz, a Chase nachylił się nad tekstem, oblizując wargi.
Jak podejrzewam, zginęła w bitwie w 1928 roku. Całe wybrzeże żyło największą porażką klasztoru od klęski dynastii Ming. Ona, ta dziewczyna, szkoliła się na Smoka wraz z dwoma cudzoziemskimi chłopcami i jednym Chińczykiem Ostatnie Smoki z mojego pokolenia.
Jak oni żyli? Bronili dostępu do swych sekretów?
Gdybym zdradziła, co potrafili, nie wydrukowalibyście tych słów. Wystarczy, że powiem, iż władali wielką mocą. W owym czasie w klasztorze działo się źle. Planowali sprzedać moją przyjaciółkę synowi naczelnika powiatu. Biedna, wdała się w romans.
Mniszka?
Och tak, dziennikarz musiał się nieźle nakręcić.
On nie pochodził z powiatu. Widziałam go raz, chociaż im więcej przybywa mi lat, tym rośnie przekonanie, że poznałam wcześniej.
Przepraszam. Wszystko myli mi się z tym przerażającym lasem. Ginęli w nim ludzie.

Jak pani sądzi, dlaczego?
Nagła zmiana tematu brzmiała podejrzanie. Kolejne zdania emanowały czystymi emocjami: strachem kobiety i żądzą wrażeń dziennikarza, który już zwietrzył horror.
Ponoć mieszkał w nim Król Smoków, uwierzy pan? W Chinach wierzono, że ta istota stoi na straży buddyjskich nauk. Moja przyjaciółka szczególnie w to wierzyła.
A jej kochanek? Czy uważa pani, że miał jakiś związek z tą sprawą?
Oczywiście, że nie. Zresztą, ona go kochała. Z drugiej strony była bardzo naiwna… dziecinna. To absurdalne, ale czasem myślę o niej i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że oboje wciąż żyją. Albo wie pan co? Na pewno żyją. Jednak inaczej niż ja.
O czym pani mówi?
W jej kochanku było coś niepokojącego.
Czy on odpowiadał za zaginięcia?
Prosze nie sugerować podbnych głupstw, on…
Śmiejąc się pod nosem, odłożył gazetę, ignorując relację z ekscytującego życia Ruling najpierw w Paryżu, potem w Kalifornii. Parę razy obiły mu się o uszy plotki o niej, z których wynikało, że po przodkach odziedziczyła smykałkę do matrymonialnych interesów: dzięki trzem rozwodom i jednemu mężowi-nieboszczkowi dorobiła się prawdziwej fortuny. Życzył jej szczęścia. Była wszak dobrą koleżanką dla Kimiko i wspaniałą zabawką tortur.
Dziesięć minut później wślizgnął się pod kołdrę, przesunął żoneczkę na tę zimniejszą część, a sam wymościł się w ciepełku, jakie mu przygotowała. Zawsze tak robił, a ona spała jak zabita, nieświadoma niczego.
Zamknął oczy, przywołując w pamięci szum bambusów czesanych wiatrem. Nadal nie potrafił oddać muzyki natury, mimo że od 1928 roku zapałał większą motywacją do nauki. Niejako czuł wdzięczność do Lasu Smoka za to, co mu się przytrafiło i co zmieniło jego nudne życie, więc chciał mu się odwdzięczyć. Urządzić na polanie recital, sprosić paru ważnych gości – nową śmietankę klasztorną, administrację powiatu, dużo ładnych dziewczyn z okolicy… Kazałby im pewnie śpiewać pod melodię piosenki z dawnych lat, a ponieważ nikt ich już nie pamięta, syciłby się podszytymi przerażeniem opłakanymi wysiłkami, po czym po kolei zabijał wykonawców.
Kimiko wykręciła się na drugi bok. Chase poczuł niesmak w ustach. Wiedział, że nie powinien tak zabawiać się w myślach, leżąc sobie przy niej, ale czasem po prostu ciężko odmówić jaszczurowi krwawych marzeń. Zresztą zachowywał się fair. Każdy inny normalny facet na jego miejscu, cierpiący na bezsenność, wyobrażałby sobie obok siebie dziwkę i tysiąc jeden sposobów na zgwałcenie jej. Paskudna zdrada, doprawdy.
– Kocham cię, perełko – wyszeptał jej w plecy, smyrając palcem między łopatkami. – A raczej wiem, że zbliżam się do tego…
Pragnął kiedyś spojrzeć w jej niebieskie oczy i szczerze wyznać to, co zawsze chciała od niego usłyszeć. Pomimo wad jego szczerość była ich błogosławieństwem. Kimiko wiedziała, że nigdy nie powie czegoś, co nie odzwierciedla rzeczywistości, a co tyczy się ich dwojga. Nie wstydził się, że nadal nie umiał wyznać czegoś tak oczywistego. Na szczęście ona nie narzekała, rozumiejąc, iż po dziewięćdziesięciu latach związku książę Heylinu wciąż boryka się z zimną stroną swojej duszy. Na jego problemy wystawiała swoją ulubioną amunicję: śmiech. Nazywała go popaprańcem, romantycznym-inaczej albo…
– Przecież kochasz, jaszczureczko.
Milczeli chwilę, nim Chase zdecydował się zakłócić ciszę:
– Czemu udawałaś, że śpisz?
– Musiałam się upewnić, czy nie czyhasz na moje PSP.
Odwróciła się do niego. Wbiła przytomny, intensywny wzrok w jego ślepia.
– Umiesz kochać. W przeciwnym razie, dawno skończyłaby ci się do mnie cierpliwość.
Tak go rozbawiła, że aż zapomniał uszczypnąć ją w jakiś smaczny kawałek ciała.
– Wiesz, lubię cię.
– Ja myślę. – Posłała mu zagadkowy uśmiech. – A co byś powiedział, gdybyśmy poszli na randkę do Lasu Smoka? I do Xiaolin?
– Że co?
Usiadła, śmiejąc się z jego zmieszania.
– Przypomnimy sobie dawne czasy. Usiądziemy pod drzewem, zjemy maliny, ja ci zrobię Laośkę, a potem kupię bilety na zwiedzanie świątyni.
– Ale po co? Planujesz spopielić klasztor do końca? – zapytał z ewidentną nutką nadziei w głosie.
– Zwariowałeś? Chcę odzyskać tamte spinki. Nie myśl, że o nich zapomniłam.
Uderzył się w czoło, nie wierząc własnym uszom. Kiedy przypomniał sobie skarbiec z biżuterią, którą Kimiko lata temu przestała nosić, uważając za zbyt ostentacyjną, na rzecz błyskotek lubianych przez gwiazdy, westchnął głęboko.
– Piasek Czasu też odzyskam – zaperzyła się na jego reakcję. – Naprawię go jakoś.
– Masz zamiar grzebać w przeszłości?
Wzruszyła ramionami.
– Spokojnie… zmieniłabym jedną lub dwie rzeczy.
– Na przykład? – drążył, czując przypływ niepokoju.
Kimiko milczała, wyginając usta w podkówkę.
– Cóż… to już nie ma znaczenia. Ona i tak już nie żyje.
– Ruling?
Kiwnęła głową.
– Chciałabym, aby nie zostawała w Szanghaju. W ogóle w Chinach. Najlepiej, aby wyjechała, zanim mój kraj na was napadł, i osiadła w Ameryce.
Spuściła wstydliwie oczy. Przez całą wojnę zbierała relacje od ofiar masakry urządzonej przez Japończyków.
Chase powiódł spojrzeniem na stół z gazetą. Zastanawiające, obie żyły, co podświadomie wyczuwały, a mimo to rozum kazał temu zaprzeczać.
– A jeśli gdzieś jej się wiedzie świecie?
Zaśmiała się grobowo.
– Musiałaby mieć ze sto parę lat.
– W młodości najadła się dużo ryżu. Chińczycy są długowieczni. – Przytulił ją. – Gdybyś spotkała Ruling, jako starą kobietę, co byś jej powiedziała?
Znów wzruszyła ramionami jak zmęczony, sceptycznie nastawiony do świata człowiek.
– Przeprosiłabym.
W jego oczach odbiło się pytanie.
– Oj, przestań. Widziałeś ją!
W głosie Kimiko pobrzmiewało oskarżenie.
Oczywiście, mała księżniczka przynajmniej raz musiała poczuć zazdrość o potencjalną rywalkę – o, zgrozo – koleżankę. Przypływ niecnej radości wykrzywił mu twarz.
– Była piękniejsza ode mnie, charakterna, pełna życia – wymieniała, wspomagając się palcami. – Też zasługiwała na nieśmiertelność.
– Dzieliłabyś się mną? – wypalił.
Zalała się szkarłatem.
– Co? Nie! Zwariowałeś? Jesteś mój. Nie to miałam na myśli.
Nawet nie starał się pohamować chichotu.
– Bywasz taka urocza. – Ugryzł lekko płatek jej ucha. – Nie można zmienić przeszłości, nie bez konsekwencji w teraźniejszości. Możesz być pewna tylko niej i w niej powinnaś działać. Zapomnij o Sheng Gong Wu.
Zatrzęsła się.
– I chciałabym wyjaśnić ojcu, co się ze mną stało.
Jeśli przez ułamek sekundy Chase współczuł Kimiko, tak teraz westchnął z irytacją.
– Wiesz, że to niemożliwe. Tak dziś, jak i w t e d y.
– Bałeś się, że cię nie zaakceptuje.
– Przyjąłby każdego, kto by dobrze zapłacił. Pogódź się z faktami. On cię nie kochał.
Kimiko wyrwała mu się z objęć, a ponieważ była zbyt zmęczona, żeby wstać i wyjść do drugiej sypialni ich apartamentu, schowała schowała twarz w poduszkę, po czym wybuchła płaczem stulecia.
„Ech, brawo, jaszczur, brawo”.
Zacisnął pięść, mnąc trzymane w nich rąbki prześcieradła. Skoro nie umiał skutecznie pocieszać, najlepiej by pomógł, każąc się jej wziąć w garść, co zrobiłby rzecz jasna niedelikatnie, jak ostatni cham. Kimiko obraziłaby się, a jemu z rana odbiłoby się to moralnym kacem. Żałosna, nielogiczna sytuacja.
„Kobiety…”
Pogłaskał ją po karku. Parzył jak rozgrzany wok.
– Jakie to ma znaczenie?
Zakrztusiła się łzami. Chase powtórzył głośniej:
– Jakie? Oni nie żyją. Odeszli, tak jak odszedł ich świat. Rozumiesz? Ich świat przestał być naszym światem. – Obrócił ją na plecy. Broniła się, tuląc poduszkę, ale ją także wyszarpał i zmusił do popatrzenia mu w oczy. – Nasza historia nadal się pisze, oni są historią. Przyszłość nie należy do nich, a do nas.
– Ale to moja rodzina…
– Cienie z przeszłości. Nic dla nich nie znaczyłaś. I co? Ty tu jesteś, ich jedzą robaki. Miej na nich wysrane, o to jedno cię proszę.
Przestała lamentować, choć z oczu wciąż płynęły łzy. Nagrodził ją uśmiechem.
– Śpij, perełko, bo wyczyszczę ci pamięć o nich.
Potrząsnęła głową. Chase podał Kimiko swoją ulubiona haftowaną chusteczkę, z którą rzadko się nie rozstawał, bo zawsze była jak znalazł do podobnych akcji.
– Za późno na lęk – dodał.
– Ale nie na przemyślenia.
– A do czego one cię zaprowadzą? Do depresji.
Powoli, lecz dokładnie osuszyła sobie twarz, przeżuwając te słowa. Chase uklepał jej poduszkę i położył niby dziecko.
– Nikt nie ma łatwo – przemówił łagodniejszym tonem. – A przede wszystkim nieśmiertelni.
Wygładziła rąbek kołdry na piersiach. Strapienie nie spełzło z jej twarzy.
– Czy my kierujemy się jakimś celem? – wyszeptała.
Dreszcz przebiegł mu po plecach. Spodziewał się, że prędzej cz później Kimiko zada mu to pytanie, ale nie czuł się przygotowany ani nawet na tyle kompetentny, by udzielić odpowiedzi.
– Cóż, ja zamierzam władać światem – rzekł dość beztrosko. – Tobie mogę odstąpić Japonię.
– Skąpiec. Sypnąłbyś Kanadą.
Odetchnął z ulgą. Strzępki humoru jeszcze się jej trzymały.
Położył głowę na poduszce dziewczyny, wkraczając w mgłę zapachową z jedwabiu, mleka, zielonej herbaty i wiśni. Kimiko naprawdę taką wydzielała woń. Nie rozumiał, czemu mu nie wierzyła. Ta słodycz dotrzymywała mu kroku od prawie stu lat. Przyzwyczaił się do niej, więc nie budziła już fascynacji jak na początku. Fascynacja dojrzała, ewoluując w szczęście. Upajał się obecnością ukochanej, gdyż zapach wywoływał rozmaite wspomnienia. Zaprowadził go do ich pierwszego spotkania, kiedy Chase odkrył obecność Kimiko właśnie dzięki zapachowi; powiódł jak po sznurku do wystraszonej istotki w koszuli nocnej o duszy naznaczonej Darem Smoka Ognia.
– Witaj – wyszeptał.
– Co?
– Przywitałem się z tobą, a ty ze mną nie. Od razu chciałaś mnie spalić.
Zmarszczyła nos, patrząc na niego jak na niespełna rozumu.
– Naćpałeś się czegoś? O czym ty mówisz?
– Wspominam nasze pierwsze spotkanie, gdy byłaś dziwnym dzieckiem i latałaś po Lesie Smoka bez mojej wiedzy.
– I co z tego wynika?
– Dalej uważam, że Niebiosa skrzyżowały nasze drogi. Wiesz, co to oznacza?
Iskierka zaciekawienia tląca się w oczach wystarczyła za odpowiedź.
– Znajdziemy szczęście w sobie – oświadczył.
Zachichotała.
– Proszę, proszę. Stać cię na coś omantycznie brzmiącego.
– Wypraszam sobie, to czysta filozofia.
– Jasne.
Otworzyła szeroko buzię w bardzo długim ziewnięciu, czym zaraziła Chase’a.
– Kradniesz moje powietrze – mruknął, trąc oczy.
– Yhm… To na jaki film pójdziemy?
– Bez znaczenia. Zrobię ci palcówkę jak za starych czasów – oznajmił słabnącym głosem.
Cichutko prychnęła. Czuła, że ciało traci na ciężkości.
– Na pewno nas ktoś kiedyś przyłapie.
– Takie zagrożenie bardzo mnie… jak to określić?
– Kręci?
Kiwnął głową i oplótł Kimiko w pasie.
Zasnęli jednocześnie, pełni nadziei co do przyszłości.

KONIEC

Tak, koniec! :D
Dziękuję każdemu, kto tu zaglądał i czytał! Szczególnie Layali (brawa dla niej za kolejny cudny szablon <333) oraz WandzieWadlewej (czytam Twoje komentarze z uśmiechem na ustach. To niesamowite, że jesteś tu, mimo że nie znasz kanonu! xD).

Swoje kolejne opowiadania będę publikować na Chamiko Stories, więc już teraz wszystkich zapraszam. Mam już połowę shota, trochę w innym stylu niż to, co do tej pory pisałam.

A Las Smoka? Nie, nie usunę treści jak w przypadku Innej Wersji. :D
Miałam skończyć bloga w lutym/marcu tego roku, ale cóż, czerwiec to też niezły wynik. xD

Do zobaczenia! <3

3 komentarze:

  1. Cześć, Raylie!
    Zgodnie z Twoją prośbą w komentarzu pozostawionym na podstronie Poprawki, pytania, sugestie, zmieniłam status Twojego opowiadania i na Katalogowych Kategoriach (tutaj), i na Katalogowych Tagach (tutaj).
    Reklama pojawi się jutro o 7:00, co, jak sądzę, będzie idealną porą przed aktualizacją najnowszych rozdziałów. :)
    Z niecierpliwością będziemy czekać na kolejne historie Twojego autorstwa, a tymczasem gratuluję ukończenia opowiadania!
    Pozdrawiam serdecznie
    Ayame
    Katalogowo

    PS. Trzymam za słowo odnośnie nieusuwania treści, jak w przypadku opowiadania Inna Wersja! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! :D

      Spokojnie, nie usunę, hahah xDDD

      Usuń
  2. Wybacz, że komentuję dopiero teraz, skoro przeczytałam już jakiś czas temu. Niestety nie miałam siły i mocy, żeby skleić sensowne zdanie, a jak raz coś uciułałam, to komentarz mi się nie dodał. Koniec końców jest jak jest.

    Bardzo dziękuję ci za tę historię, przeczytałam ją z czystą przyjemnością. Podoba mi się zakończenie, to że z jednej strony skończyli razem, a z drugiej nie jest tak różowo. Jeszcze te X lat później i pokazanie ich we współczesności - super.
    Dalej czuję ból podczas komentowania (wypowiedź na poziomie piwnicy), ale lepiej chyba coś napisać niż nic, więc zostawię to tak, jak jest (chociaż trochę siara).

    Życzę ci powodzenia w dalszym pisaniu, wychodzi ci to świetnie ; ))
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń